Kryminał · 1 godz. 4 min czytania
Tajemnice Szumiących Dębów cz. I /1/
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 6
I
Pewnego poranka stało się coś, co utwierdziło mnie w przekonaniu, że coś dzieje się w tym domu nie tak, jak powinno. Spałam sobie smacznie, jak nigdy, kiedy obudził mnie przeraźliwy wrzask Sabinki. Jej pokój znajdował się w pobliżu mojego, więc nie miałam wątpliwości, że to ona.
Czym prędzej wyskoczyłam z łóżka, przebiegłam korytarz, otworzyłam drzwi i zobaczyłam Sabinkę… Siedziała na łóżku, blada jak ściana. W jej oczach widziałam niemalże przerażenie. Mówiła coś sama do siebie, nie potrafiłam wyłowić z tego ani jednego zdania. Trzęsła się ze strachu. Nie miałam pojęcia, co robić.
Oczywiście prawie natychmiast pojawiał się pielęgniarka i dała mi do zrozumienia, że mam się wymieść. Jednak to ja jej miałam dość i wreszcie postanowiłam dać upust swoim negatywnym uczuciom.
- Nie, to pani wyjdzie i to natychmiast. Ja zostanę z Sabinką i to jej na pewno lepiej zrobi. - chciał coś powiedzieć, ale i tym razem ją uprzedziłam. - Nie obchodzą mnie pani kwalifikacje, zrozumiano? Proszę w tej chwili wyjść. Zaraz za mną przybiegła Łucja, jednak gdy tylko zobaczyła, co się stało poszła do mojego gabinetu zadzwonić po lekarza. Odniosłam wrażenie, że Łucja doskonale wiedziała, co się stało. Szkoda tylko, że za nic na świecie nie zamierzała podzielić się ze mną ta wiedzą. - Poczekam na dole na doktora Kęckiego. - rzuciła oschle w moim kierunku i zeszła na dół.
Te wrzaski poderwały na równe nogi cały dom, oczywiście najbardziej niezadowolona była Roxi. - Cezary, co to ma znaczyć!? Co się w tym domu wyprawia!? Ja tu chcę spokojnie spać! Będę miała worki pod oczami! Wyobrażasz sobie, która jest godzina!? Pół do szóstej! Ja tu nikogo ze snu nie wyrywam!
Oczywiście, że nie. Robią to za nią jej dzieci! Ta rozwrzeszczana dwójka nawet nieboszczyka by poderwała. Miałam ochotę pójść tam i przyłożyć jej w twarz, ale się opanowałam. Postarał się trzeźwo myśleć. Udało mi się położyć Sabinkę w łóżku, ale za nic nie udało mi się jej uspokoić. Dopiero teraz zauważyłam, że kotary są rozsunięte, a wszystkie okna otwarte. Był okropny przeciąg, nie za bardzo rozumiałam, co to ma znaczyć. Pozamykałam okna, bo wilgotne i zimne jesienne powietrze nie nadawało się raczej do wietrzenia pokoju.
No tak, oczywiście ciotka Eugenia również pospieszyła na pomoc. Ona nie była mi tu potrzebna. Patrząc na śmiertelnie bladą, roztrzęsioną Sabinkę doszłam do wniosku, że ostatnią rzeczą, jaką jej życzę, była rozmowa z ciotka Eugenią. Nie chciałam zostawiać jej samej, ale jednocześnie nie chciałam pozwolić, aby ciotka tu weszła. Wypraszanie jej na odległość mijało się z celem. Na szczęście z opresji wybawił mnie doktor Kęcki, który sam poprosił, żebym wyszła. Był to drobny, starannie ubrany pan w średnim wieku o rudych włosach i przenikliwych jasnoniebieskich oczach. Tak, on na pewno wzbudzał zaufanie swoich pacjentów.
- Co się stało tej biednej dziewczynie? Tak, wiem, to bardzo osobista sprawa… - nie sądziłam, żeby ciotka wiedziała, co to znaczy osobista sprawa. - Wiem, ta jej choroba… Pewno się jej pogarsza. Biedactwo, postradała zmysły. Ja wiedziałam, ze tak będzie… Próbowała się zabić? Na pewno chciała skoczyć z okna. Żeby jeszcze z łazienki to by się nic nie stało, bo tam trawnik, ale tutaj… betonowy podjazd. Wszystko by się rozprysło i nic by z niej nie zostało. - miałam już dość tych dywagacji na temat stanu umysłowego Sabinki, ale ciotka była nieugięta. - Ja już dawno mówiłam Łucji, że trzeba ta bidulkę zamknąć w jakiejś lecznicy. Teraz pełno tego, a jej byłoby tam dobrze, zajęliby się nią… - no nie tego to już za wiele!
- Ciociu z Sabinką na pewno jest wszystko w porządku, a teraz niech ciocia napije się gorącego mleka i wraca do łóżka. - powiedziałam to z takim naciskiem, że nie mogła się sprzeciwić, a moje wymowne spojrzenie nie pozwoliło się jej już odezwać. Kiedy tylko ciocia znikła na schodach wyszedł doktor. Minę miał bardzo niewyraźną. Całe to wydarzenie zdawał się, że go zaniepokoiło, a nawet zdenerwowało. Wobec czegoś, lub kogoś przejawiał on wyraźnie wojownicze zamiary. Ich celem raczej nie byłam ja.
Część 22 / 6
- Co z nią? - zapytałam. - Dostała środek na uspokojenie, teraz śpi, ale dobrze by było gdyby ktoś z nią był. Wszystko będzie dobrze. Pani Łucjo, możemy porozmawiać? - powiedział do cioci, która właśnie pojawiał się na korytarzu. - Oczywiście chodźmy do saloniku. Ja sama postanowiłam iść do biblioteki po jakąś książkę, żeby mieć jakieś zajęcie siedząc przy Sabince. Naprawdę niechcący usłyszałam fragment rozmowy między doktorem, a Łucją. Zarówno do biblioteki, jak i do saloniku prowadziły oddzielne drzwi z korytarza, jednak z jednego pomieszczenie do drugiego dało się przejść bezpośrednio. Właśnie te wewnętrzne drzwi były teraz uchylone. Nie bez zainteresowania podsłuchałam fragment rozmowy.
- Musisz coś z tym zrobić. Może ty jesteś do tego wszystkiego już przyzwyczajona, ale nerwy tej młodej damy są tak nadwyrężone, że takie coś może się dla niej bardzo źle skończyć, zresztą chyba sama widziałaś, co się z nią działo. To się nie może powtórzyć! Ona jest chora, potrzebuje spokoju. - Ale ja doprawdy nie wiem, co mam robić… Sandra pytała mnie ostatnio, kto chodzi po domu w nocy… co jej miałam powiedzieć? Za dużo osób jest teraz w domu. Dopóki sami nie zobaczą, to nie uwierzą. Przykro mi z powodu Sabinki… Nic jej nie będzie?
Wróciłam do przeglądania zawartości półek, wyciągnęłam w końcu jakąś książkę i wyszłam z biblioteki. W tej samej chwili również Łucja i doktor wychodzili z saloniku. Ciotka posłała mi zaniepokojone, nerwowe spojrzenie. - Posiedzę przy Sabince. - i jakby dla usprawiedliwienie mojej obecności tam, machnęłam książką.
Wkrótce na dole zaczął się ruch. Dora nakrywała już do stołu, a pani Lucia przygotowywała śniadanie. Łucja rzucała jakieś nerwowe polecenia. Słyszałam także pełen wyrzutów głos Roksany. Znowu miałam ochotę jej coś zrobić. Co za wstrętna kobieta! Jeżeli te jej niewychowane pannice zaczną znowu wrzeszczeć, to przegonię je na cztery wiatry.
Spojrzałam na Sabinkę. Wyglądał już zupełnie normalnie, to znaczy prawie normalnie, trupią bladość zastąpiła jej zwyczajna, codzienna bladość… Można było nawet powiedzieć, że właściwie nic się nie stało. Gęstwina miękkich, brązowych włosów opadała na poduszki, gęste, ciemne rzęsy zakrywała, zamknięte teraz, głęboko osadzone, zielonkawo - szare oczy. Była piękna i delikatna, kiedyś rozrywkowa, wysportowana ryzykantka, teraz spokojna, małomówna, opanowana i powściągliwa.
Dora wbrew zwyczajowi tego domu przyniosła mi śniadanie do pokoju Sabinki. W kierunku łóżka rzuciła krótkie, smutne spojrzenie, a potem wyszła. Spojrzałam na talerz. Twarożek ze szczypiorkiem, kilka plasterków wędliny, żółtego serka, pomidora i ogórka. W plecionym koszyczku na zielonej serwetce leżało kilka kromeczek chleba, a obok stał kubek kawy. Nawet nie wiedziałam, że jestem taka głodna. Opróżniłam talerz i z kubkiem kawy podeszłam do okna. Cezary widocznie utemperował te swoje panienki, bo jeździły sobie, albo przynajmniej próbowały jeździć rowerami po żwirowych alejkach w zupełnej ciszy.
- Która godzina? - zapytał zaspany głos. - Sabinka, jak się czujesz? - mój zdziwiony, pytający wzrok zmusił ją do zastanowienia nad tym, co się stało i raczej jej to na dobre nie wyszło. - Ja… ja… chyba dobrze… widziałam… ojej… - znowu się zdenerwowała, zbladła i nie potrafiła wypowiedzieć jednego pełnego zdania. - Sabinka, uspokój się. Cokolwiek to było, już tego nie ma. No już dobrze.
Udało mi się przywrócić ją do jako takiego ładu, składu i porządku. Potem przyniosłam jej śniadanie i z ulgą patrzyłam, jak z apetytem je wcina. W między czasie sama miałam ogromny dylemat, pytać o to, co się stało, czy nie… Na szczęście sama mnie wyręczyła.
- Sandra, posłuchaj, w tym domu dzieją się dziwne rzeczy. Wieczorem wszystkie okna były pozamykane, bo jest już przecież strasznie zimno, zanim się położyłam, nawet sprawdziłam, czy nigdzie nie wieje. Kotary też były pozasuwane. Rano, to znaczy jeszcze zbyt widno nie było… nieważne, obudziłam się, bo po prostu zmarzłam. Wszystkie ona były otworzone i strasznie wiało. Pomyślałam, że ktoś sobie urządził jakąś głupią zabawę, ale wtedy zobaczyłam jego… - dopiero tutaj głos się jej załamał, jeszcze raz zerknęła na okna i zaczęła mówić dalej. - Stał tam, był tak dziwnie ubrany, jak nie z tej epoki. Zamknęłam oczy, myślałam, że to jakieś przywidzenie, nawet się uszczypnęłam, ale to nic nie dało, stał tam nadal, potem wyciągnął w moja stronę ręce, były całe zakrwawione… - znowu zbladła. Położyła się na łóżku i zamknęła oczy.
Tak długi monolog z jej ust to był niemal cud. Co dziwniejsze można było wyczuć w jej głosie ożywienie. Zważając na jej stan zdrowia (dla ścisłości dodam, ze wiedziałam tylko, że jest bardzo zły, nic poza tym) to wydarzenie powinno mocno się na nim odbić, jednak nic takiego się nie stało. Kiedy Sabinka zorientowała się, ze w pokoju zamiast pielęgniarki jestem ja wyraźnie odczuła ulgę, znikło napięcie. Wniosek przyszedł mi do głowy tylko jeden, każdy kontakt z otoczeniem, choćby miał być najbardziej tragiczny był dla niej na wagę złota.
Część 33 / 6
Poczekałam, aż wrócą jej normalne kolory i mimo woli zadałam pytanie. - Sabinka, ale kto to był? - Jak to, kto? Duch!
Usiadłam na fotelu, wpatrzyłam się w okno i siedziałam tak bez ruchu przez jakieś dziesięć minut. Sabinka zaczęła mi się dziwnie przyglądać, pewnie miałam wspaniały wyraz twarzy. Bezgraniczne zdziwienie… nie chyba nie, w końcu czegoś takiego się chyba spodziewałam. Stary dom, nocne hałasy, w gra wchodził tylko duch. Do tego dziwne zdenerwowanie ciotki… Wszystko pasuje.
Tylko, dlaczego akurat Sabinka musiała mnie utwierdzić w słuszności czegoś, czemu zaprzecza zdrowy rozsądek? Doktor miał rację, w jej przypadku to jest bardzo niebezpieczne. To znaczy teraz, bo kiedyś byłaby w stanie obrócić to w żart i takiemu duchowi zaproponowałaby kieliszeczek koniaku i ciepłą kąpiel. Trzeba się pozbyć ducha to raz, a dwa, muszę za wszelką cenę zrobić coś żeby wróciła stara Sabinka. Postanowione. Stwierdziłam przy okazji, że przydałaby mi się chwila poważnego zastanowienia nad tym wszystkim, co się właśnie wydarzyło. W moich rękach wylądował kolejny kubek gorącej kawy i talerzyk ze świeżymi drożdżówkami. Kiedy już dotarłam z tym do siebie, włączyłam muzykę i z pełnymi ustami stwierdziłam, że przecież duchy to żyją tylko w bajkach, baśniach, legendach… i chorej wyobraźni. Co, jak co, laby byłam pewna, że Sabinka ma wszystko po kolei poukładane. Nikt nigdy tak naprawdę żadnych duchów nie widział… Tyle już ich było w historii, ale… Nie, to jest niemożliwe, duchów nie ma, takie zjawiska nie istnieją. Wróżki, czarodzieje, pośrednictwo ze światem umarłych, uroki, to wszystko tylko iluzja, sprytne oszustwa. Zjawiska paranormalne… Czy coś takiego musiał spotkać akurat mnie? Największego sceptyka w historii?
II
Pierwszym krokiem do wyjaśnienia czegokolwiek była rozmowa z ciocią. Ona zapewne doskonale wiedziała, co się tutaj dzieje. Tylko, dlaczego robiła z tego taką tajemnice? Przecież prędzej, czy później wszystko wyszłaby na jaw. Niestety muszę też pracować. Rozmowa sobie poczeka, aż znajdę więcej wolnego czasu.
- Sandra, podwieziesz mnie do miasteczka? Mariusz już pojechał, a ja jestem chyba spóźniona. - zdyszana Natalia z kawą i kanapką w ręce wybiegła z domu. - Oczywiście, tylko szybko. - mówiąc to spojrzałam na jej śniadanie. - Ależ ja jestem już gotowa, możemy jechać. No tak, siedziała sobie w samochodzie kończyła swoje śniadanie i wygrzebywała z torebki kosmetyki. Żeby się pomalować wystarczyło jej malutkie lusterko i kawałek prostej drogi. Nigdy bym nie pomyślała, że Natalia jest aż tak… niezorganizowana, a do tego strasznie zaradna. Czy te dwie cechy się aby przypadkiem nie wykluczają…? W każdym razie może ona za późno wstać, ale i tak wszędzie zdąży, jak widać… Jest w stanie wszystko załatwić, jednak robi to w bardzo dziwny sposób i w dziwnej kolejności.
Po mojej interwencji u Mariusza, który na szczęście zmądrzał, pan Juliusz załatwił jej pracę sekretarki. Idzie jej na tyle dobrze, że ma szansę na awans, na stanowisko asystentki jakiegoś tam pana dyrektora. Poza tym widać, że jest szczęśliwa. W pół godziny w biegu jest w stanie przygotować się do wyjścia do pracy, wraca często późno, przynosi do domu tony papierów, spędza wieczory przed komputerem, ale właśnie dzięki temu tryska radością i pozytywną energią.
Ja sama jestem osobą bardzo zorganizowaną, chorobliwie punktualną i nie wiem, co jeszcze. Pracuje, pomagam pani Luci, a poza tym i tak mam czas na wszystko, no może poza rozmową z ciocią. Ostatnio, to w ogóle wszystko w tym domu się jakoś wali. Dora się rozchorowała, prawdopodobnie na grypę i leży w łóżku, więc jak wracam z pracy to zawsze robię zakupy żeby chociaż trochę pomóc. Znowu jakiś dziwny widok przed domem… Co to jest? No pięknie, radiowóz policyjny. Nie ma pana Serafina, trudno, do garażu trafię sama bez problemu, ale co to za zamieszanie, co się znowu stało?!
Do domu postanowiłam wejść przez główne wejście, nie przez wewnętrzne drzwi bezpośrednio z garażu. Niestety przedstawiciele władzy właśnie wsiadali do czegoś, co na miano samochodu nawet nie zasługiwało. Pan funkcjonariusz, żeby nie powiedzieć młody i przystojny, skinął mi głową i na chwilę, która trwała chyba całą wieczność spotkały się nasze spojrzenia. Odrobinę oszołomiona i wytracona z równowagi weszłam do domu, w jadalni siedziała wyraźnie zmartwiona i wytracona z równowagi Łucja. Zaniosłam zakupy do kuchni i gdzie pani Lucia samotnie próbowała zapanować nad obiadem. Niestety jej to nie wychodziło, co chwilę coś wypadało jej z rąk.
- Co się stało? Przy wyjściu minęłam się z policją. - Wszystko dzieje się naraz. Jak ja mam sobie poradzić? Sama nie dam rady… - powiedział zdesperowana ciocia. - Lidia jest w szpitalu… to znaczy nie tak. Boże Dora jest chora, Lidia tez się prędko nie pojawi, Serafin pewnie też. Ja to przecież rozumiem, ale… ten dom musi jakoś funkcjonować. - Ciociu, po kolei. Co się tutaj stało? - Ten ich syn, Wiktor, wdał się w jakąś bójkę. Poważnie go tam poturbowali, wylądował w szpitalu, musieli go operować. Nie wiadomo, kto zaczął, ale znając jego to… No i Lidka zaraz pojechała do szpitala, razem z Serafinem i pewnie prędko nie wrócą, a nawet jeśli, to przecież nie będę im kazała pracować… Ja to wszystko rozumiem, tylko…
Część 44 / 6
Ja też doskonale rozumiałam. Ten dom bez służby nie będzie mógł normalnie funkcjonować. Pani Lucia sama sobie ze wszystkim nie poradzi. Na samym początku strasznie się dziwiłam, ze tych kilku ludzi jest w stanie utrzymać ten dom w należytym porządku, teraz będzie to niestety niemożliwe. No cóż, pracy za dużo teraz nie mam, więc już wiem, czym się będę zajmowała przez najbliższe kilka dni. Roksaną zajmie się Cezary, Waleria będzie gotowała we własnej kuchni i sama zaopiekuje się tym swoim świętym przybytkiem. To chyba wystarczy.
Gdy tylko Natalia wróciła, urządziłyśmy naradę wojenną i doszłyśmy do jednomyślnego wniosku. Natalia będzie razem z Mariuszem robiła zakupy, jak będą wracali z pracy, a ja zajmę się wszystkim po trochu. Będę sprzątała, nakrywała do stołu, pomagała w kuchni. Praktycznie natychmiast przystąpiłyśmy do wykonywania swoich nowych obowiązków, tak że obiad był nawet nieźle przygotowany i podany na czas.
- Cezary, ja nie zamierzam mieszkać w jednym domu z kryminalistą! W takim szanowanym domu dzieją się takie rzeczy. A jak to mi kiedyś wbije nóż w plecy?! Cezary zrób z tym coś! - wrzeszczała zbulwersowana Roksana. - Trzeba ich stąd wyrzucić. Po kimś on musiał odziedziczyć ten swój charakterek. - wtrąciła swoje trzy grosze Waleria. - Wiadomo, czy nas przypadkiem nie okradają? Od samego początku sprzeciwiałam się temu, żeby oni tu pracowali. - Ojciec nigdy się nie mylił, jeżeli chodziło o ludzi. - uciął wszystkie uwagi Franciszek. - Przecież ta dziewczyna sprząta wszystkie pokoje… - zamyśliła się ciotka Eugenia. - Widziała, ze miał kiedyś bardzo wypchane kieszenie w fartuchu, tak teraz sobie to przypominam… - nie wątpiłam ani przez chwilę, ze pod wpływem chwili ciotka wymyśliła odpowiednią historyjkę. - Biedna dziewczyna… może to ta… no… jak to się nazywa? - mówiła raczej do siebie niż do kogoś. - rękomaniaczka, nie… klepomaniaczka , nie też nie… mam! Kleptomanka! Musimy jej pomóc, to się przecież leczy…
No tak, propozycja nie do odrzucenia. Dlaczego ona wszystkich chciałaby leczyć? Co za kobieta! Ciekawe kiedy i mnie spotka ta przyjemność. Żeby tylko ciocia czasem nie przeszła od słów do czynów, bo pewnie znając życie okres tej cudownej przemiany wypadłby akurat w czasie moich problem i a nóż wylądowałabym w jak to ciocia nazywa lecznicy… Krótko mówiąc muszę się pilnować.
Natalia wreszcie była w swoim żywiole, rano praca, po południu zajęcia w domu, a wieczorem kawka przy kominku. Tego jej było potrzeba od samego początku. Nawał zajęć był balsamem dla jej duszy, a stwierdzenie, że nie ma na nic czasu po prostu nie istniało w jej słowniku. Ona zawsze miała na wszystko czas i ku mojemu zdziwieniu zawsze ze wszystkim zdążała.
Pogoda się już całkowicie popsuła. Zazwyczaj końcem października można było podziwiać piękną, polską, złotą jesień. Niestety teraz nawet nie chciało się wyglądać przez okno, wiało, padało i było zimno. Jazda na rowerze, czy konno nie stanowiła już żadnej przyjemności, ale na szczęście w domu było wiele zajęć, więc nikt nie zdążył się nudzić. - Sandra! Sandra, obudź się! - Sabinka, jest jeszcze ciemno, czego ty ode mnie chcesz? - zapytałam zaspana. - Ja znowu go widziałam… - na te słowa poderwała się z łóżka i pierwszą rzeczą, jaka rzuciła mi się w oczy była Sabinka…
To znaczy nie tak… Ona była normalna, może trochę blada jak zwykle zresztą i roztrzęsiona, ale stała tu przede mną i wrzeszczała mi coś do ucha. Nie leżał w swoim łóżku pod opieka tej kobiety, tylko stała przede mną w moim pokoju i z wyraźnym ożywieniem coś do mnie mówiła, chociaż sens jej słów jak na razie do mnie nie docierał. Poza tym, jakim cudem udało jej się wyrwać spod kurateli tej pielęgniarki?! Dużo bardziej zdziwiło mnie, więc jej zachowanie niż pojawianie ducha.
- Co znaczy znowu go widziałaś? - znowu zadałam jakieś kretyńskie pytanie. Niedługo będę się wypowiadała na poziomie Roxi. - Zaćmienia umysłu dostałaś?! A może się zakochałaś?! Mówię, że ducha widziałam! - dzięki mojemu chwilowemu debilizmowi Sabinka w pełni odzyskała ludzkie kolory i teraz była bardziej wkurzona na mnie niż przejęta jakimś duchem. - Ja rozumiem, o czym ty do mnie rozmawiasz, cholera! Jest szósta rano, mam chyba prawo nie kontaktować! Opowiedz lepiej wszystko po kolei. - powiedziałam zrezygnowana. - Co tu opowiadać… Było tak samo jak poprzednim razem. On nie jest wcale taki straszny, tylko ta krew… Gdyby nie to, to mogłabym powiedzieć, ze w miarę przystojny z niego facet.
Ja się przypadkiem nie przesłyszałam?! Takie słowa w ustach Sabinki?! Ten duch dobrze na nią wpłynął. Chociaż tyle z niego pożytku. Teraz już nie mogę odkładać rozmowy z Łucją, tę sprawę trzeba wyjaśnić i nie wiem, dlaczego Sabinka żyje w przekonaniu, że ja to powinnam zrobić. Naszą sielankowa rozmowę przerwało pojawienie się pielęgniarki. Spojrzała ona na Sabinkę jak na małe dziecko, które właśnie złamało zakaz.
- Jest pani bardzo słaba, nie powinna pani wstawać z łóżka i to jeszcze o tak wczesnej porze. Postąpiła pani bardzo nieodpowiedzialnie. - zganiła ją tonem dobrej i kochanej opiekunki, jednak dla mnie były to słowa pełne wyrzutu, tak jakby mówiła "Zaraz cię ukaże za tą niesubordynację." Wyraz twarzy Sabinki zmienił w mgnieniu oka. Pojawiło się na niej najpierw zakłopotanie, potem poczucie winy. Poczułam nienawiść do tej kobiety, która teraz objęła wpół Sabinkę i wyprowadziła ją z mojej sypialni. Mój kobiecy szósty zmysł mówił mi, że Sabinka wcale nie potrzebuje opieki medycznej…
Część 55 / 6
W związku z wczesną pobudką przygotowanie do śniadania zaczęły się również bardzo wcześnie. To wszystko, jeżeli się dobrze zorganizuje nie jest wcale takie trudne, powiedziałbym nawet, ze jest dziecinnie proste. Trzeba tylko umieć gotować, ale z tym akurat sobie radzimy. Niestety trzeba tez znosić ciągłe pretensje ciotki Eugenii. Albo serwetki są zbyt krzykliwe, albo półmiski są ustawione nie tak, jak trzeba… Ostatnio stwierdziła, że powinnyśmy zakładać fartuszki. Och, jaką ja wtedy miałam ochotę zapędzić ją do zmywania garów. Niestety musiałam to zrobić sama, a ona stała obok, patrzyła mi na ręce i wygłaszała przy okazji kazanie dotyczące niszczenia rąk przez detergenty. Stwierdziła oczywiście, że powinnam założyć rękawiczki, a wtedy nie wytrzymałam i delikatnie dałam jej do zrozumienia, że właśnie zaczyna się jakaś pasjonująca telenowela.
W przerwie od wszystkiego doszłam do wniosku, że przez ten cały dom i okoliczności towarzyszące czuję się jakbym się odrobinę cofnęła w czasie. Mamy przecież dwudziesty pierwszy wiek, a ja żyje w wielkim dworze, ze służbą i duchem. No cóż ludzie mieszkają teraz w zamkach i mają kucharki, pokojówki i tym podobne pomoce domowe, ale ten duch to już lekka przesada. Wszędzie natykam się na historię, a to stare portrety i reprodukcje, a to wojenne odznaczenia moich przodków, a to jakaś ułańska szabla nad kominkiem. Jedyny element współczesności stanowią tu ludzie.
Część osób w tym domu pracuje, prowadzi się tu poważną firmę, odwiedza nas najprawdziwsza policja, dotarł tu transport z napędem na cztery koła, elektryczność, gaz, woda i linia telefoniczna, nawet telefony komórkowe mają tu zasięg i to w każdej sieci, jednak i tak czuję się tutaj trochę nierealnie. Po prostu nie te czasy… Duch, jak to duch, chodzi sobie i straszy… Jednak wrodzony sceptycyzm nie pozwala nie wziąć pod uwagę możliwości jakiegoś, że tak powiem przekrętu. Za każdym razem, jak widziała go Sabinka było jeszcze nie całkiem widno, a poza tym wszystkie okna były pootwierane. Może to sugerować, że jakiś szaleniec zadał sobie wiele trudu, aby wdrapać się do jej okna i przy pomocy niezłej charakteryzacji porządnie ją przestraszyć.
Jaki miałby mieć w tym cel? Nie mam zielonego pojęcia. Sabinę w jej obecnym stanie łatwo jest wyprawić na tamten świat, a przynajmniej było, za pierwszym razem, teraz to już jest trochę wątpliwa sprawa, ale jednak nadal jest to zapewne możliwe. Jeżeli nie zostawiła testamentu, to jej udziały w firmie przypadają Franciszkowi i ja szczerze wątpię, żeby zadawał się on aż tyle trudu, żeby je zdobyć. Poza tym nie wyobrażam go sobie ubranego w jakieś antyczne stroje, wymazanego keczupem i wspinającego się po murze, tylko po to, aby przyprawić Sabinę o zawał serca. Jeszcze jedno, mimo nawet najlepszej charakteryzacji, ona na pewno nie powiedziałby o nim, że jest przystojny. Jeżeli chodzi o Sabinkę to, to stwierdzenie było, jest i będzie zarezerwowane tylko i wyłącznie dla Bernarda.
Pozostaje, więc kilka możliwości. Po pierwsze to wszystko mogło zostać skierowane na Sabinkę przez pomyłkę. Po drugie, posiada ona coś ważnego, lub cennego, co ktoś chce zdobyć. Po trzecie jest to spisek uknuty nie wiem przez kogo i po co. Po czwarte, to naprawdę jest średniowieczny duch. Trzeba zaznaczyć, że wszystkie te możliwości wydają mi się bezsensowne i pozbawione logiki, biorąc jednak pod uwagę fakt, że rzeczywiście coś się tutaj dzieje, to któraś z nich musi być prawdziwa.
- Ciociu, o co chodzi z tym duchem? - bezpośrednie pytania podobno zawsze są najlepsze. - Ach… - spojrzała na mnie, jednak wyraz mojej twarzy nie pozostawiał jej nadziei na wykręcenie się od odpowiedzi. - Przez ten epizod z Sabiną i tak się już dowiedziałaś. To się zaczęło bardzo dano temu. W tym domu mieszkali jacyś nasi niemieccy praprzodkowie. Mniej więcej o tej samej porze roku, co teraz odbywało się tu polowanie. Przyjechał na nie jakiś tam kuzyn, rodzina, ale siódma woda po kisielu. Został rozszarpany przez niedźwiedzia. Od tamtego czasu, zawsze o tej samej porze roku pojawia się jako duch. Tyle, to jest cała historia. - Nie było żadnego morderstwa? Jak to tylko tyle? On nie ma po co straszyć. Musiało się wydarzyć cos jeszcze. - Sandra, kochanie, ja wiem tylko tyle. Przez te kilka tygodni w roku życie umila nam duch. Mnóstwo służby przez niego straciliśmy, ale on jest całkowicie, że tak powiem niegroźny. Sabina ma słabe nerwy, ale pozostali mieszkańcy tego domu o wszystkim wiedzą i się tym nie przejmują. Najlepiej będzie, jak ty też tak uczynisz, niech sobie biedak straszy, robi to już od dwóch wieków, więc mu nie przeszkadzaj. - Ale… a zresztą…
Jeżeli straszy już od dwóch wieków, to chyba jest prawdziwy o ile ducha w ogóle można nazwać prawdziwym. Jednak z daleka wyczuwało się niechęć cioci do tego tematu, nie ukrywała nawet, że jej zdaniem powinnam się od tego trzymać z daleka i w ogóle się tym nie interesować. Jakiś spisek? Chyba zaczynam cierpieć na jakiś rodzaj manii prześladowczej. W każdym razie odeszłam zrezygnowana, zakładając, że to zjawisko paranormalne rzeczywiście jest duchem. W związku z tym musiałam się tym jakoś zająć, bo tak jak jest, być nie może! W tym wszystkim musi być jakiś sens! "Niech sobie straszy." Phi! Ona myśli, że ja na to pozwolę!? Jeżeli straszy, to ma do tego jakiś powód i ja go znajdę. Ten biedak nie powinien się męczyć w tym domu przez następne dwieście lat. Ja sama bym tu tyle nie wytrzymała.
Ile on musiał przejść?! Dwie wojny, jedna gorsza od drugiej, samochody, samoloty, elektryczność, telefony, komórki, komputery, Internet, rozwiązłość obyczajów! Od tego wszystkiego przecież można zgłupieć. Biedny on jest jednym słowem. Trzeba zrobić coś, żeby sobie spokojnie wrócił do swoich czasów. Chyba prace nad odtransportowaniem ducha w przeszłość należałoby zacząć od biblioteki, ale dziwna siła zaprowadziła mnie najpierw do pokoju Sabinki. Oczywiście najpierw spotkałam się tam z potępiającym wzrokiem pielęgniarki, jednak nie pozostałem jej dłużna. Rzuciłam jej pełne pogardy spojrzenie i nie zważając, na twierdzenia, że pani Sabinka źle się czuje po tej porannej eskapadzie i tym podobnych, wyprosiłam ja z pokoju i usiadłam obok Sabinki.
- Sandra może rzeczywiście lepiej będzie jak wyjdziesz, jestem bardzo słaba. Aldona wie, co mówi. Opiekuje się mną już od roku. - powiedział z trudnością, ledwo dosłyszalnym łamiącym się głosem. - Ona wyszła, nie ma jej tu. Możesz ze mną porozmawiać. Poza tym jesteś dorosła. Ona nie może tobą kierować. - mój głos był pełen wyrzutu, choć tego nie chciałam. Wiedziałam już jednak, że delikatna perswazja nic tu nie zdziała. - Ona najlepiej wie, czego mi potrzeba. Jestem taka zmęczona… - powiedział i niemal natychmiast zasnęła.
Pielęgniarka, Aldona, pojawiła się prawie, że w tej samej chwili z triumfującym uśmiechem na ustach. Zmierzyła mnie wzrokiem i uprzejmie wskazała drzwi. Nie wątpiłam, ze słyszała każde słowo przed chwilę wypowiedziane i była niezmiernie dumna z takiego obrotu spraw. Zrezygnowana udałam się najpierw po kawę do kuchni, a potem do własnego salonu. Nie miałam siły ani ochoty myśleć już o tym wszystkim, co się tutaj dzieje. Zawiesiłam wzrok, na jakimś abstrakcyjnym obrazie wiszącym pomiędzy jednymi, a drugimi drzwiami na taras i nawet nie wiem, kiedy zasnęłam.
Część 66 / 6
III
Otworzyłam zaspane oczy. Na stoliku stała wypita do połowy kawa. Ktoś przykrył mnie kocem. W duchu mu za to podziękowałam i teraz naciągnęłam go pod samą brodę. Było mi zimno, byłam głodna i nadal nic mi się nie chciało. Za oknami szumiały dęby, krople deszczy zaczęły nieśmiało uderzać w szyby. Przypomniałam sobie wtedy, jak byłam mała i jak mam mówiła mi, że to aniołki płaczą w niebie. Zawsze się potem zastanawiałam, jak zaczynał padać deszcz, dlaczego te aniołki płaczą, przecież w niebie jest im dobrze i doszłam do wniosku, że płaczą, gdy ktoś na ziemi jest smutny albo, gdy potrzebuje pomocy. Ot rozumowanie siedmioletniego dziecka. Wydoroślałam, jednak aniołki zostały.
Założyłam bluzę i wyszłam na taras. Jakby specjalnie dla mnie spomiędzy chmur zaczęły przebłyskiwać promienie słońca. Zwróciłam twarz w kierunku nieba. Krople deszczu spadały na moją twarz. Poczułam, że razem z każdą ta kroplą wraca mi moja energia życiowa. Otworzyłam oczy, zobaczyłam błękitne, rozświetlone promieniami słońca niebo.
Wróciłam do pokoju, przebrałam się, wysuszyłam włosy. Potem postanowiłam coś zjeść. W kuchni znalazłam pozostałości po obiedzie. Zabrałam to razem z kawą do biblioteki, bo gdzie jak nie tam miało się znajdować rozwiązanie zagadki związanej z duchem? Mój optymizm odrobinę przygasł, gdy stanęłam naprzeciw regałów pełnych książek i nie miałam zielonego pojęcia, po którą sięgnąć. Chociaż zawsze książki lubiłam czytać, to jednak tutaj na brak zajęcia lub towarzystwa nie narzekałam, a co za tym idzie w bibliotece byłam zaledwie kilka razy i nie miałam zielonego pojęcia, gdzie mam, czego szukać. Było zresztą o wiele gorzej, bo ja nie miałam pojęcie, czego mam szukać!
Wybrałam "najlogiczniejsze" rozwiązanie z możliwych, stanęłam jak głupia naprzeciwko regału i wpatrzyłam się w grzbiety stojących tam książek. Pomyślałam przy tym, że w końcu coś mnie olśni… No i olśniło. Otworzyło się okno, do biblioteki wpadł podmuch zimnego wiatru, a z jednej z półek wypadła cienka książeczka w zniszczonej oprawie. To już na pewno jak dla mnie było działanie sił nadprzyrodzonych. Żaden śmiertelnik nie zadawałby sobie aż tyle trudu, a zbieg okoliczności nie wierzyłam. Świadczy to tylko tym, że w tym domu rzeczywiście straszy.
Książeczka była cienka i może nawet bardziej pasowałoby do niej miano broszurki, bo okazała się być opisem dziejów tego dworu, ujętym jednak w coś w rodzaju ramowego planu. Rzeczywiście tego właśnie na początek mi było potrzeba. Przebiegałam wzrokiem stronę po stronie, aż znalazłam to, czego szukałam. Październik 1847 roku. Planowane są zrękowiny młodej baronowej Osianderskiej z dalekim kuzynem Corneliusem Frobergerem. Następuje tragiczna śmierć Corneliusa podczas polowania. O ręka młodej baronowej star się teraz Christopher Reichardt również skoligacony z rodzina baronowej i po pół roku odbywają się zaślubiny. Młoda para w podarunku od baronowej otrzymuje dwór Szumiące Dęby. Niewiele, ale zawsze to już coś. Przynajmniej wiem, jak nazywa się nasz szanowny duch. Korneliusz… Po prostu uwodzicielskie imię. No, ale jak się miało po dwanaścioro dzieci, to trzeba było wymyślać. Nie lada zadanie stało przed taką matką.
- Sandra! Sandra! O wreszcie cię znalazłam. Dlaczego się nawet nie odezwiesz?! - zapytał z wyrzutem w głosie Natalia. - Właśnie przyjechałam z pracy. Ty nie masz nic do roboty? - powiedziała z udawaną naganą, a do tego z figlarnym uśmieszkiem na twarzy. - Niech zgadnę, dostałaś awans? - Dobrze zgadłaś. Widzisz ja tu ciężko pracuję, a ty przesiadujesz w bibliotece… ładnie to tak?
Pokazałam jej wszystko to, co znalazłam, albo raczej początki tego, co znaleźć miałam i pomijając wszystkie domysły na temat możliwej zbrodni zaczęłyśmy w końcu planować dzisiejszy wieczór, który ze względu na awans Natalii miał być wyjątkowy. Oczywiście jej pozwoliłam tylko planować, a potem sprzedałam ją Grażynie do pomocy przy szyciu sukienki dla Dominiki, a sama razem z Mariuszem zaczęłam się przygotowaniami.
Oczywiście głównym punktem programu była kolacja. Na dobry początek wujek Franciszek, jako głowa rodziny, pan domu i kto, co tam jeszcze chce, wzniósł uroczysty toast. Zestaw dań również był wyjątkowy, pani Lucia się naprawdę postarała. Jednak najlepsze było jeszcze przez nami. Gdy wszyscy przeszli do salonu, Dora wniosła wspaniały czekoladowy tort, który teraz biedna Natalia musiał sama pokroić trzęsącymi się ze szczęścia rękami. Dopiero wtedy rozpoczęła się prawdziwa zabawa, jednak ja już nie podziwiałam dalszych jej uroków. Wzięłam talerzyk z tortem i postanowiłam zanieść go Sabinie. Do trzech razy sztuka. W końcu będzie musiał ze mną porozmawiać.
Historia się powtórzyła, to znaczy grzecznym aczkolwiek stanowczym tonem wyprosiłam pielęgniarkę z pokoju i postanowiłam, że tym razem nie dam się tak łatwo spławić. Na szczęście Sabinka wyrażał chęć do rozmowy, albo raczej pasowałoby tu stwierdzenie, że tym razem była w stanie…