Ustawienia czytania
Preferencje tekstuŹródło: ustawienia tej wizyty
Motyw

Kryminał · 1 godz. 3 min czytania

Tajemnice Szumiących Dębów cz. I /2/

Bezpłatny fragment · pierwsze 50%

VI

- Zajęło mi to trochę czasu, ale wreszcie skończyłam. - Natalia wkroczyła triumfalnie do mojego salonu z plikiem zadrukowanych kartek. - Przepisałam ci na komputerze te najciekawsze kawałki, bo moich bazgrołów być nie rozczytała. Zawsze podziwiałam ją za tą jej dokładność i zaangażowanie. Ta praca przynajmniej sprawiła jej przyjemność, bo nie dość, że obcowała ze swoim własnym językiem to jeszcze i temat był dość ciekawy. Postanowiłam jak najszybciej zabrać się do lektury fragmentów dziennika. Natalia nie wyrażała chęci podzielenia się ze mną informacjami tam zawartymi, była świadoma, że ja muszę sama to wszystko przeanalizować i dopiero wtedy porównamy swoje wnioski.

16 październik 1847r [...] Ruszyły wielkie przygotowanie do zjazdu rodzinnego planowanego na początek listopada. Już nawet nie cicho, a głośno mówi się o zaręczynach Ingi z Corneliusem, to będzie prawdziwe święto, baronowa nie szczędzi wydatków, żeby wszystko było przygotowane na jak najwyższym poziomie. Inga ma słabość do tego dworu, mimo że to odludzie. Woli przebywać tutaj niż na wielkomiejskich salonach. Dla niej polowanie, grzybobranie, czy piknik prezentują większa wartość niż bankiety i bale w zamkach Berlina. Na pewno nie odziedziczyła tego zamiłowania do wsi po matce, baronowa Helga Osianderska to prawdziwa dama. Brzydziła się ona swoim małżeństwem, które nakazali jej rodzice, uważał je za obrazę je pozycji, jednak wola ojca, jest wolą świętą. Inga miała nieszczęście naradzić się z tego związku. Teraz, kiedy tylko nadarzyła się okazja wydania jej za mąż, a tym samym pozbycia się ostatniej pamiątki po mężu, baronowa bez zastanowienia z niej korzysta. Wszystko jednak odbędzie się z klasą godną córki baronowej. [...]

19 październik 1847r Baronowa coraz to nowe przepisy ze stolicy przywozi i domaga się, aby wszystko było na jak najwyższym poziomie. Zabija się tuczone prosiaki, gęsinę, kurczaki. Sałaty, bigosy, sosy… Ach, co to będzie! Aż strach pomyśleć, jak będzie wyglądał ślub tych dwojga młodzików. To dopiero będzie uczta. Toż to takie dwa gołąbeczki, miło będzie na nich patrzeć. Panienka będzie taka szczęśliwa, że będzie mogła tu wreszcie zamieszkać, ten dwór to dla niej raj. A oficjalnie nikt nic nie wie o zaręczynach, tak na dobrą sprawę to, to wszystko są plotki, ale ludzie mówią, ze ślub będzie na pewno.

27 październik 1847r Inga jest w siódmym niebie. Dzisiaj zajechał do dworu Cornelius. Jak ci młodzi do siebie pasują, a jak im się do wszystkiego spieszy. Jeszcze nic na pewno nie zostało ustalone, a już Cornelius przywiózł ze sobą malarza, co to namalował portretu obojga młodych. Toż to przecież za wcześnie, nie trzeba zapeszać. Na salonach jeszcze nikt, nic na pewno, a tam już farba dosycha. Ach ci młodzi… Mają oni szczęście, że baronowa się chce po prostu córki pozbyć, inaczej nikt by im na takie rzeczy nie pozwolił. Cornelius jest dobrze urodzony, więc małżeństwo mezaliansem nie będzie. Wstydu rodzinie nie przyniesie, skandalu nie będzie, więc niech się żenią, jeśli tylko chcą.

30 październik 1847r Wszystko przygotowane, wieczorem po polowaniu uczta jak się patrzy, wszyscy będą ja długo pamiętać. Takiej wieczerzy ten dwór jeszcze nie widział i w dodatku wszystko według najnowszej mody, prosto z Berlina. Teraz wszystko świeci pustkami, kto żyw wybył o świcie do lasu. Tylko służba uwija się aby zdążyć na czas i zaspokoić wyszukane gusta baronowej.

Tragedia! Panicz Cornelius nie żyje! Wszystko odwołane. Biedna panienka, nie pozwolili jej patrzeć na to wszystko, ale ona musiała zobaczyć na własne oczy. Biedulka od razu się na ziemie osunęła, na nic poszło cucenie mocnym trunkiem, przynieśli ją na rękach do dworu, po doktora od razu posłali i mówią teraz, ze już dobrze, ale gdzież to dobrze będzie jak ona zobaczyła Corneliusa przez niedźwiedzia rozszarpanego! Toż to wiadomi, ze ona do siebie już nie przyjdzie, przecież to młódka. Taka była zakochana, taka szczęśliwa… Taka tragedia. To miało być polowanie takie, coby panie się nacieszyły. Za szarakiem psy puścić, żeby było, na co popatrzeć, coby wszystkie młódki się trochę zabawiły. A tu niedźwiedź się zbudził i akurat na panicza trafił. Taka niesprawiedliwość… [...]

11 listopada 1847r Powiadają, ze panienka zmysły postradała. Nikomu nie wolno wchodzić do jej sypialni, doktor przy niej cały czas siedzi, coś tam aplikuje. Nerwy to poważna sprawa, już się baronowa nie musi o córkę martwić, teraz to jej już nic nie pomoże, jak jaka niedorozwinięta się będzie zachowywała. Kazała sobie portret Corneliusa, ten świeżo namalowany w sypialni powiesić. Kto to widział?! Podobno nawet z łóżka nie wstaje, tylko cały czas mówi do niego. Z obrazem rozmawia! Baronowa wyjechała do Berlina, jak zwykle się córka nie interesuje. Przysłała tylko jej guwernantkę. Stara to kobieta o miłej powierzchowności i idealnie białych włosach upiętych starannie na czubku głowy. Zajmował się ona Ingą od samego początku, była przy jej narodzinach, a teraz będzie pewnie i przy śmierci. Jak przy dziecku wszystko robiła tak i teraz przy dorosłej prawie, ze kobiecie musi wszystko załatwić.

12 grudnia 1947r Panienka się nie otrząsnęła z tego wszystkiego, a baronowa zamiast ją gdzieś wywieźć, daleko stąd, najlepiej do jakiejś lecznicy, to jej męża przywiozła! Odbyły się właśnie zaręczyny Ingi z Christpherem Reichardtem. Ta bidulka przecież nie wie, co się dookoła niej dzieje, a tu ją za mąż wydają! Ona pewnie nawet tego nie rozumie. Ale to jeszcze, za kogo ją wydają! Stary gbur i tyle! Widać, ze baronowa uczuć nie ma. [...]

22 grudnia1947r Datę ślubu już ustalono na kwiecień. Jak panienka dożyje tego czasu… Prawie nikt jej nie widuje, cały czas rozmawia z obrazem. Każdy stara się jak może, ale ona przecież żyć nie chce. To jakieś owoce, to bulionik, to pierś z kurczaczka, ale ona nic, biedulka jak śmierć wygląda. Kolejna tragedie w tym domu będzie, ale może to i dobrze, bo lepiej, żeby ona w lepszym świecie ze swoim ukochanym była, niźli tutaj z tym starym gburem.

18 kwietnia 1848r Ślub odbył się w stolicy. Przyjęcie podobno było bardzo wystawne, ale to wszystko i tak na nic bo panienka już przecież normalna nie jest… Biedactwo, aż dziw, że ona była jeszcze w stanie przysięgę przed księdzem złożyć, pewnie i tak nie była świadoma tego, co robi… Teraz nastaną tu nowe rządy. Ten stary gbur to niby jakaś rodzina baronowej, ale to on sam się przyplątał do niej i poprosił o rękę córki, żeby nie wiem, kto o nią poprosił, to przecież baronowa i tak by się zgodziła. Że też musiało trafić na niego.

21 kwietnia 1848r Panienka wróciła już ze stolicy razem ze swoim mężem, tym nadętym starym gburem. Widać dotarło do niej jednak to, co się stało, bo jest teraz jeszcze bardziej smutna, pogrążona i nieobecna niż przed wyjazdem. W jej podkrążonych oczach jest tylko smutek, a nienaturalna bladość potęguje tylko wrażenie, że jest ona jakby oderwana od rzeczywistości. Po powrocie poszła prosto w swojej sypialni. Poszłam zanieś jej cośkolwiek do jedzenia, albo picia, ale drzwi były zamknięte. Nie chciał ich otworzyć. Może nawet nie zdawała sobie sprawy, ze tam jestem. Słyszałam jej głos, łamiący się szept. Mówiła do NIEGO… Tak, ona już była na tamtym świecie. Była z nim.

4 maja 1848r Ten nadęty stary gbur zaczyna wprowadzać tutaj nowe porządki. Zaczął się już czuć tutaj jak u siebie w domu, wszystkich rozstawia po katach, na każdym kroku tylko reprymendy i pretensje. Ileż można to znosić?! Wszystko mu nie pasuje, każdego drobiazgu się uczepi. Ale, żeby sam jeszcze coś zrobił to nie! On pewnie nawet zapomniał, ze ma żonę. Po co mu ta bidulka, skoro może się już rozporządzać jej pieniędzmi… O, ale on nie wie, co to umiar, szasta na prawo i lewo, ale żeby jeszcze na jakieś sensowne rzeczy, to nie! A baronowa to się już córką w ogóle nie interesuje, gdyby ona ją tak do jakiejś lecznicy wywiozła i tę rozpustę tu przykrócił to by to każdemu na dobre wyszło, ale ona teraz za mąż wychodzi! Przeczekała jak Pan Bóg przykazał żałobę, we wdowieńskim stanie pożyła trochę dla pozorów, ale żeby jej przez chwilę, chociaż żal męża było, to było nawet trudno ślepcowi uwierzyć… Co to się teraz robi na tym świecie…

7 lipca 1848r Panienka nie żyje… Dla niej to nawet szczęście. Ale największą tragedią jest to, ze tu nawet nie ma, kto po niej płakać. Matka i mąż rozpacz udają z przyzwoitości, a przecież nikogo więcej ona bliskiego na tym świecie nie miała.

15 września 1848r Już było po kolacji, wszystko zostało uprzątnięte, więc moja praca tez się już skończyła. Siedziałam sobie i czytałam książkę, a tu przychodzi po mnie Martin i mówi, że Gienia się już z tym światem zegna i chcę ze mną jeszcze tylko porozmawiać. Chyba nawet nie byłam tym zdziwiona. Gienia była już wiekową kobietą, pochodziła z Polski, pracowała tutaj jako pokojówka. Po śmierci Jadzi, ja objęłam posadę gospodyni, a ona pomogła mi się tu ze wszystkim zapoznać i dlatego pozostawałyśmy od początku w bardzo zażyłych stosunkach. Weszłam do malutkiego pokoiku i kiedy spojrzałam na tę zorana zmarszczkami blada twarz i jakby już nieobecne spojrzenie, to wiedziałam, ze śmierci już ją za rękę trzyma. Przykazała mu usiąść i słuchać. Mówiła urywanymi zdaniami i wyglądało to mniej więcej tak: "Słuchaj mnie i już nic nie pytaj… nie mam czasu na odpowiedzi… mój świętej pamięci Felek… on pijak był… ale i tak dobry chłop… i w kościele pomagał… i jak tego młodego panicza niedźwiedź rozszarpał… on już wtedy był nieźle wstawiony… mówiłam, żeby się księdzu na oczy nie pokazywał, ale on swoje wiedział… no i to z niego wyciągnął… - wsadził mi do ręki małe zawiniątko. - … powiedział, że on się w te sprawy mieszał nie będzie… tych wyższych sfer… zrób z tym, co ci sumienie podpowie… idź już i zawezwij do mnie księdza… niech cię Bóg błogosławi…" Wyszłam oszołomiona. Nie wiedziałam jeszcze, o co chodziło, gdy tylko weszłam do swojego pokoju rozwinęłam zawiniątko i zobaczyła… trzy kule ze strzelby… Gienia zmarła jeszcze tej nocy.

16 września 1848r Tamtej nocy już nie usnęłam, zastanawiałam się co zrobić. W końcu postanowiłam. Pośród żywych już ich nie ma, a umarłym się to na nic nie zda, więc poszłam do księdza i w tajemnicy spowiedzi mu to wszystko wyznałam. Niechaj zaznają teraz spokoju wiecznego.

Przeczytał to wszystko chyba jeszcze ze trzy razy, a i tak cały czas w szoku byłam. Natalia to pewnie miała o wiele jaśniejszy obraz sytuacji, bo ona czytał całość, a nie tylko nieliczne urywki. W sumie to mogłam poprosić Korneliusza, żeby mi do snu tą księgę czytał. Wtedy wiedziałabym wszystko. No, ale cóż w sumie to wiem tyle, ile potrzeba, żeby rozwikłać tę całą tajemnice. Był wątek romantycznej, nieszczęśliwej miłości. Chciałam morderstwa, więc je teraz mam. Jakiś niezwykle życzliwy człowiek usunął z ziemskiego padołu Korneliusza i to w sposób nader dziwny. Niedźwiedź… A co by było gdyby się nie pojawił i nie zatarł śladów morderstwa? Przecież wtedy wszyscy by się zorientowali, co tak naprawdę się stało. To wszystko musi mieć jeszcze jakieś drugie dno i ono właśnie będzie rozwiązaniem całej tajemnicy.

Jak na razie pora udać się do pracy, zarobić nie wiadomo po, co trochę pieniędzy, wypełnić trochę papierków, a potem wrócić tutaj i porozmawiać z Natalią. Mam jeszcze jedno bojowe zadanie, które sobie zostawię na weekend. Zobaczymy co z niego wyjdzie. - I jak ci się podobała lektura? - zapytała Natalia, jak tylko pojawiłam się w drzwiach. - Natka, miałam ciężki dzień w pracy, pozwolisz, że się wykąpią, uspokoję i wtedy pogadamy?

Natalia oczywiście nie zgłosiła żadnych obiekcji. Dla mnie wbrew pozorom ta rozmowa była sensem egzystencji, ale wolałam usiąść do niej spokojnie bez żadnych już zajęć na głowie. Chciałam wtedy już myśleć tylko o jednym, żeby jak najlepiej skupić na wydarzeniach sprzed równych stu pięćdziesięciu pięciu lat.

Oczywiście z pustym żołądkiem bym niczego nie wymyśliła, ale Natalia nie pozwoliła mi zjeść obiadu, tylko zaniosła moc jedzenia do saloniku. Zupa, piure ziemniaczane, roladki mięsne z sosem grzybowym, surówka z czerwonej kapusty, ciasto, kanapki, sałatka z pieczarek, kompot, kawa, herbata… Załamałam się jak to wszystko zobaczyłam. Jak zjem tyle, to nawet myśleć już nie będę w stanie. Chyba dla pobudzenia umysłu Natalia wyciągnęła jeszcze zza pazuchy Malibu… Czy ona pomyślała o wszystkim, czy tylko mi się wydaje?

- No, zjadłaś a teraz mów, co o tym wszystkim sądzisz. - Morderstwo. - wyjąkałam z pełnymi ustami. - Lepiej ty mi powiedz o tym, czego nie czytałam, a ja skończę jeść. - powiedziałam niemal błagalnym tonem. - Masz rację, od tego powinnam była zacząć. W ogóle to, to, co czytałaś to jest chyba jedna dziesiąta, albo dwudziesta wszystkiego. Ta kobieta wbrew pozorom była bardzo obowiązkowa i opisywała wszelkie zakupy, jadłospisy, domowe awarie, mnóstwo przepisów wszelkiego rodzaju, jednym słowem prawdziwa złota gosposia. Z taka to nawet igła nie miała prawa zginąć. Osobistych opinii, było tam tyle, co kot napłakał, wszystko rzeczowe opisy spotkań, bankietów, mnóstwa zdarzeń. Prawdziwi obserwator, ale nie komentator. Wiedziała wszystko, co się działo dookoła, ale nie dawała tego po sobie poznać. Jak, więc widać spośród tony istotnych może, ale nie dla nas informacji, wyłowiłam jedynie niezbędne minimum. Wniosek sam się nasuwa, trochę to wszystko dziwne no, ale chyba prawdziwe. W każdym razie mniej więcej zagadka rozwiązana, morderstwo jest, wiec wiadomo dlaczego jest i duch.

- Czyli, że bawimy się w detektywów. Jak dla mnie sprawa jest prosta. Na śmierci Korneliusza zyskała tylko jedna osoba, powiedz mi teraz tylko, czy była ona wtedy w Szumiących Dębach. - Myślimy o tym samym. Otóż była. Szanowny pan Krzysztof był na tyle zapamiętałym myśliwym, ze przywiózł ze sobą cały arsenał broni myśliwskiej i nawet własne psy. Wszyscy się ich bali, ale on twierdził, że one we wszystkim słuchają tylko jego, więc jeżeli on nie wyda jakiegoś polecenie to są po prostu dla ludzi niegroźne. Wychowywał je od szczeniaków, były jego dumą. Prawdę mówiąc miał czym zaimponować tym miejskim damulkom, które się tu wtedy zjechały. - Jeszcze jedno. Był on jakąś rodzina dla baronowej, ale samo powinowactwo nie stanowi o stanie majątkowym. - wystarczyło podsunąć jakiś wątek, a Natalii już go kontynuowała, była doskonale przygotowana. - Polowanie było jego największą i jedyną pasją i jej poświęcił całe swoje życie, o inne dobra materialne nie dbał. Bardziej interesowało go to, żeby jego psy miały, co jeść niźli on sam. Jego kolekcja broni była znana i podziwia w szerokich kręgach. Poza tym lubił bardzo przesiadywać w karczmach i gospodach, a oprócz tego dużo podróżował, zazwyczaj w poszukiwaniu nowych terenów łowieckich. Do tego stopnia nie dbał, więc o swój majątek, że w końcu nie miał już, o co dbać. To małżeństwo było dla niego darem z niebios. Baronowa być może miała jakieś obiekcji, pewnie nawet potężne, bo to nie był odpowiedni kandydat. Podobno szczerze lubiła Korneliusza i jego śmierć nawet ja obeszła, jednak chciała się pozbyć córki, która przypominał jej o zmarłym mężu, więc wydał ją za pierwszego lepszego kandydata, mimo protestów własnego sumienia. Krążyły plotki, ze sama się kochała w młodziutkim Korneliuszu, dlatego po jego śmierci, czym prędzej wyjechała i w Szumiących Dębach pojawiał się jeszcze tylko dwukrotnie, na zaręczynach córki i na jej pogrzebie. Niechęć jej do tego dworu powodowana raczej była tragicznymi wspomnieniami, niż niechęcią do córki.

- No, no, no, ładną miałaś lekturę, jest jeszcze cos ciekawego, czego nie dane mi było przeczytać? Trochę to wszystko tutaj było zagmatwane, to znaczy te wszystkie okoliczności towarzyszące, bo główny wątek wydaje się jasny i przejrzysty. Ogromnie współczuję Indze. Niełatwe miała życie. Niekochana przez matkę, pewnie nawet przez nią ignorowana przez całe życie, straciła ukochanego, wydana za starego, zgrzybiałego myśliwego… Tak jej życiem była miłość. Kochała aż za bardzo i to było przyczyną tragedii. Gdy ukochany zginął, umarła miłość, a tym samym i ona. To, co pozostało było tylko cieniem, samą powłoką, a w środku nie było już życia, była tylko pustka. Umarła razem z Korneliuszem, zabiła ją jej miłość do niego. Bezgraniczne uczucie, które zatarło w końcu granice między światem żywych i umarłych. Żyła, albo raczej egzystowała na równi w jednym i drugim w sercu mając tylko pustkę i wspomnienie miłości.

Jakże jest to podobne do Sabinki. Razem z Bernardem umarła część jej, teraz pogrążona we własnym cierpieniu powoli pogrąża się w pustkę, …zamknięta w tym pokoju z oczyma wpatrującymi się w jeden mały punkt, na śniadanie dostaje pocałunek księżyca, gdzież za ścianą budzi się jej nowy dzień… Czy to nie zastanawiający zbieg okoliczności, że dwie największe tragedie tego domu rozgrywają się w tym samym pokoju? Różni je tylko odstęp czasu, ale wszystko inne pozostało takie samo, miłość i cierpienie… miłość i cierpienie… Czyż to nie okrutne? Z zarazem piękne… Od dwu wieków niezmienne. - Nad czym się tak zamyśliłaś? - Natalia wyrwała mnie z tych filozoficznych dywagacji. - Nad Sabinką, ale nie ważne. Na czym stanęłyśmy? - Widzę, ze tez dostrzegłaś podobieństwo. Ale lepiej wróćmy do tematu morderstwa, żeby ten grobowy nastrój się ulotnił. Wiesz, co? A może to baronowa go zamordowała. Stwierdziła, że albo będzie jej, albo niczyj. - Natka kobieta tak dobrze sytuowana, z taka pozycja społeczną strzelałaby do narzeczonego córki z myśliwskiej strzelby w czasie polowania!? Przecież ona nie znosiła myślistwa, wątpię czy umiał się posługiwać bronią. W jej stylu byłoby raczej otrucie, jakiś arszenik, może cykuta. Gdyby okoliczności były inne, to może ten motyw byłby realny, ale to była typowo męska zbrodnia. - Chyba, że był tam jakiś transwestyta…

To było skutki picia Malibu… Resztę nocy spędziłyśmy na tych kryminalnych dywagacjach i na opróżnianiu butelki i kartonu z mlekiem. Dzięki temu wszystkiemu spałam jakieś trzy godziny, do pracy poszłam nie czując się i zapewne jeszcze z promilami we krwi, a gdy tylko wróciłam z ulga powitałam łóżko…

VII

Ze słodkiego snu wyrwały mnie krzyki. Gardło, z którego się wydobywało należało niechybnie do Roksany. Co za kobieta! Ubrałam się jakoś dziwnie, nie wiem nawet czy odpowiednio do pogodny i zeszłam na dół, akurat w momencie, który pozwolił mi być świadkiem całego widowiska. Trzeba dodać, ze nie tylko ja tak postąpiłam. Roksana postanowiła nie mieszkać dłużej pod jednym dachem z kryminalistką, duchem i kobietą, która zaprzedała dusze diabłu. Energicznie wyrzucała wszystkie swoje walizki na korytarz, wrzeszcząc przy tym straszliwe. Zamieszanie to wywołał niemałe. Przed dom podjechała taksówka. Widać było, że to jednak nie żarty. - Nikt nie będzie na mnie nasyłał zjaw nie z tego świata! Nie będę dłużej żyła pod jednym dachem z antychrystem, szarlatanem, diabłem wcielonym! Ale ja się zemszczę! Jeszcze mnie popamiętasz! - rzuciła mi prosto w twarz. Patrzyłam na nią z dobrze już jej znaną pogardą i pożałowaniem. Moje oblicze pozostało niewzruszone, natomiast jej wykrzywiał grymas złości, co urody jej na pewno nie dodawało. - Nie myślałam, ze sprawisz mi kiedyś większa przyjemność niż teraz. - odpowiedziałam z jadowitą satysfakcją. To dało jej do zrozumienia, ze jestem góra, więc zamknęła się i poszła w kierunki taksówki.

Jeden problem mam już z głowy. Nie będę musiał słuchać jej wrzasków i patrzeć na nią przy na pewno długi czas. Chociaż jedna rzecz zaczęła mnie zastanawiać. Mianowicie te wszystkie rzekome kradzieże, udało mi się zamknąć jej gębę, jednak sama się przekonałam, że ta kretynka mogła mieć rację, bowiem mi też zaczęła ginąć drobna biżuteria. W żadnym wypadku nie posądzałam o to Lidki, to była ostatnia rzecz, na którą mogłabym się zdobyć. Fakt jednak pozostaje faktem, coś się tutaj dzieje, a ja nie wiem, co. Pomijając Roksanę i przyległości musze doprowadzić do końca jeszcze dwie sprawy, chociaż nie mam pojęcia, w jaki sposób. Nie wiem tez, od czego zacząć.

Trzeba by porozmawiać z Sabinką. Musze jej jakoś wyperswadować tę opiekę medyczną. Nie wiem jak, ale jestem gotowa zrobić to nawet siłą i jeżeli nie pozostanie mi inna możliwość to tak też zrobię. Sabina nie potrzebuje przyzwoitki, guwernantki, bony, ani innego rodzaju opiekunki. Jedyne, czego jej trzeba to rzetelne badania lekarskie. Powzięte zadanie jednak nie dało się zrealizować. Sabina tak ślepo wierzyła we wszystko, co mówiła wielebna Aldona, że na żaden pobyt w szpitalu nie chciała się zgodzić. Twierdziła, że Aldona wie najlepiej, co jej jest, poza tym kolejne badania nic przecież nie dadzą, nie wyleczą jej, po co po raz kolejny dowiadywać się tego samego, to jej na pewno nie pomoże, a może się jeszcze bardziej załamać, jak będzie słuchała wywodów lekarzy na temat swojego pogarszającego się stanu zdrowia. Ona ufa Aldonie i jej możliwościom, poza tym Aldona dba o nią najlepiej jak potrafi i regularnie pobiera jej krew do analizy, żeby zapobiec jakimkolwiek powikłaniom. Pokazuje jej zawsze wyniki i mówi dokładnie, co jest nie tak.

Toż to przecież anioł nie kobieta. Po prostu wzór wszelkich cnót, powinna świętą zostać. Mam już tego serdecznie dość! Już ja coś na to poradzę. Niestety wyrastają przede mną przeszkody naturalne, ze tak powiem z krwi i kości. - Stan tej bidulki się pogarsza… ach biedactwo, że tez musi tak cierpieć… - ciotka Eugenia znów zaczęła swój wywód na temat stanu psychicznego Sabiny. - Ale to musi być coś zaraźliwego, bo i przecież Roksanie się udzieliło. Może to jakiś wirus mózgu… - popadła w zastanowienie nad swoją teorią. Postanowiłam jej nie przerywać i czekać aż temat sam się wypali, bo każda moja uwago była jak dołożenie drew do ogniska. - W sumie to przecież dobrze, ze wyjechała, może znajdzie tam sobie jakiegoś nowego kochanka i przestanie głowę Cezaremu zawracać. Żeby tylko dziewczynki zostawiła w spokoju i się stąd wyniosła. - co do dziewczynek, to według mnie mogła je ze sobą zabrać nawet na koniec świata, chociaż ostatnio pod ostra komendą Łucji i Dory zaczęły przypominać ludzkie istoty. Niestety mimo tego, nadal nie mogłam bezboleśnie strawić ich obecności. - Trzeba porozmawiać z Franciszkiem na temat dobrego adwokata od rozwodów, na pewni niedługo się przyda. Nie ufam za bardzo Juliuszowi, może jest zaufanym przyjacielem rodziny, ale jest już stary, jeszcze uległby urokowi tej kurtyzany i źle wypadł podział majątku, a przecież nie wolno jej zostawić ani grosza…

Ciocia rozkręciła się już na temat planowanego rychło rozwodu i dała mi spokój udając się na poszukiwanie Franciszka, biedny wujek, przecież on nie zielonego pojęcia o żadnym rozwodzie, nigdy by nawet na taki pomysł nie wpadł, chociaż gdyby okazał się on rzeczywistością, to pewnie by się ogromnie ucieszył. Cała rodzina czeka tylko na jakiś znak, ze jest to możliwe, więc jeśli ciotka głośno wystąpi z taką teorią to ktoś gotowy jest jej uwierzyć… Miejmy nadzieję, ze tak się nie stanie, wszyscy w tym domu mają wystarczająco dużo oleju w głowie, podejrzewam, ze najprędzej w to wszystko uwierzyłaby sama Roksana, ale ona na szczęście jest daleko stąd. Aby ukoić jej zszarpane nerwy Cezary zafundował jej pobyt na Lazurowym Wybrzeżu. Kosztowne leczenie…

Sam Cezary pod nieobecność harpagony jakby odżył. Bardziej angażuje się w życie rodzinne, jest skory do rozmów i pomocy w gospodarstwie. Zaczął się interesować końmi, mówi, ze w dzieciństwie sam jeździł i teraz chciałby spróbować na nowo. Człowiek biznesy, który wstydził się swoich korzeni teraz wrócił do nich całym swoim sercem. Przynajmniej jeden pozytywny akcent. Niedługi czas potem wydarzyła się rzecz niesłychana. Otóż wielebna Aldona opuściła swój posterunek. Był to dla mnie nie lada szok. Teraz miałam szanse ją zdetronizować. Pozostawało tylko obrać dobrą taktykę.

- Sandra, co się stało z pielęgniarką, całe rano chodziła jakaś taka roztargniona, co jest do niej zgoła niepodobne. - zauważyła Natalia. - Weszłam do kuchni, żeby odnieść talerz, który miałam w pokoju, ona akurat robiła sobie herbatę, na mój widok upuściła szklankę. Zaczęła bąkać jakieś tam słowa przeprosin, ale nie potrafiła ukryć zdenerwowania, miała takie rozbiegane oczy i strasznie trzęsły się jej ręce. To naprawdę do niej nie podobne. - Otóż Natka, wielebna Aldona urządziła sobie wychodne, nie ma jej dzisiaj prawdopodobnie cały dzień. Widziałam, jak wsiada do taksówki. Piorunujące wrażenie wywołało to na Natalii. Można by powiedzieć, ze szczęka jej uderzyła o podłogę. Bo to przecież wyglądało tak, jakby Cerber wziął sobie dzień wolnego. Gdyby miała cos w ręce to na pewno by to w tym momencie upuściła. Na szczęście nie miała, wiec tylko usiadła na kanapie i odczekała chwilę, aż wróciły jej normalne kolory i zdolność posługiwania się językiem.

- Ona się z kimś umówiła. - wybąkała po chwili. - Czekała na telefon. Całe rano kręciła się po holu, jak tylko usłyszała dzwonek to poszła odebrać, ale to nie było do niej, więc oddała mnie słuchawkę, bo akurat przechodziłam. Pamiętam, że ściskała ją tak kurczowo, ze aż jej kostki pobielały. Dla mnie oznaczała ta cała sytuacja tylko jedno, mam jeden dzień, żeby przywrócić Sabinkę do porządku. To mało czasu, a zadanie jest nad wyraz trudne. Przynajmniej raz nie będę czułą na sobie czyjegoś wzroku, nikt nie będzie podsłuchiwał za drzwiami i Sabinka nie będzie się nikogo bała.

Jej drobna postać prawie nikła pośród wszystkich poduszek. Kotary były pozasuwane, więc je odsłoniłam. Byłam przekonana, ze Sabina śpi i nie miałam wcale skrupułów przed jej obudzeniem, jednak myliłam się. Nie spała, jednak nie mogłam powiedzieć, aby była w tym momencie w pełni władz umysłowych i fizycznych. Ona po prostu była naćpana. Wprawiło mnie to w takie osłupienie, że jak usiadłam tak siedziałam chyba przez ładne kilka minut, a w głowie miałam zupełny mętlik. To znaczy nie tak, właśnie teraz wszystkie sprawy zaczęły się układać w jako tako logiczną całość, chociaż było to dla mnie tak fantastyczne, ze zastanawiałam się czy przypadkiem ze mną jest wszystko w porządku. Kiedy już oprzytomniałam znalazłam na jej przedramieniu śwież ślad po wkłuciu, jednak tylko jeden. Powinny być dwa, biorąc pod uwagę, ze Sabina bierze jakieś tam leki, a był tylko jeden… Nie było niestety możliwości, żebym się teraz z nią dogadała. Była całkowicie odcięta od rzeczywistości.

Zeszłam do kuchni, a potem z kubkiem gorącej, mocnej kawy wróciłam do siebie. Musiałam zaplanować jakieś sensowne działania. Zastanawianie się, co ja właściwie chcę osiągnąć i od czego mam zacząć zajęło mi trochę czasu, ale w końcu wzięłam się w garść. Pozostała mi do zrobienia tylko jedna rzecz. Udałam się do pokoju wielebnej Aldony. Nie była ona na tyle głupia, żeby zostawić go otwartym na oścież, jednak nie wiedział, ze większość drzwi w tym domu ma podobne zamki i niektóre klucze pasują nie tylko do jednego. Udało mi się trafić na taki wielofunkcyjny klucz i zajęłam się poszukiwaniami. Szybko odnalazłam teczkę ze wszystkim wynikami badań, potem zabrałam opakowanie rzekomych lekarstw i na koniec jedną strzykawkę.

Moje działania miały jako taki sens i były dosyć logiczne. Dwie pierwsze rzeczy zaniosłam do swojego gabinetu, a z trzecia udałam się do Natalii. Nie chciałam jej tłumaczyć wszystkiego, więc po prostu poprosiłam ją, żeby pobrała od Sabiny próbkę krwi do analizy. Domyśliła się zapewne większości, a także motywów, które mną kierowały. Darem z nieba były dla mnie pielęgniarskie umiejętności Natki, która bez słowa wręczyła mi strzykawkę pełna brunatno czerwonego płynu. Z tym wszystkim udałam się do doktora Kęckiego, tłumacząc mu, do czego właściwie dążę. Na początku był wobec mnie z deka sceptyczny potem jednak, kiedy wyjaśniłam, o co chodzi z zapałem odniósł się do mojego pomysłu. Obiecał wszystko załatwić.

Nie byłam na tyle głupia, żeby zostawić mu wszystkie dokumenty. Jeśli moje przypuszczenia są prawdziwe, to chciałam, aby na razie Aldona czuła się bezpieczna, więc teczka wróciła na swoje miejsce, a u doktora zostały ksera wszystkich dokumentów. Wystarczyło teraz czekać na wyniki analizy. Aldona widać pomyślnie załatwiła wszystkie sprawy, bowiem wróciła o wiele spokojniejsza niż wyjeżdżała, a gdy jeszcze zobaczyła śpiącą Sabinkę i wszystko na swoim miejscu to już na pewno odetchnęła z ulgą. Całe szczęście, ze nie była zbyt dokładna w kontrolowaniu całego swojego dobytku.

Kolejne dzień upłynął mi na oczekiwaniu na doktora Kęckiego. W końcu wieczorem doczekałam się. Udaliśmy się na rozmowę do saloniku uprzednio sprawdzając, czy drzwi do biblioteki są zamknięte i czy nikogo w niej nie ma. Nauczona własnym doświadczenie wolałam mieć pewność, ze jak na razie wszystko pozostanie między nami. - Przejdę od razu do rzeczy, ciekaw jestem, bowiem jeszcze kilku szczegółów, które być może mi pani ujawni. Ta cała historia szczerze mówiąc jest dosyć dziwna i zaintrygowała mnie ona mocno z lekarskiego punku widzenia, ale oczywiście nie tylko. Otóż, co tu się dłużej rozwodzić. Opakowanie, które mi pani dostarczyła powinno zawierać dwadzieścia ampułek silnego leku nasercowego, zamiast niego była tam morfina. Wyniki badań krwi pani Sabinki są pomijając prawdopodobne uzależnienie od wyżej wymienionego leku, bardzo dobre i nie wykazują żadnych odchyleń od normy. Przedstawione przez panią dokumenty są najwyraźniej podrobione. To wszystko, co ja mam do powiedzenia na temat tej sprawy. - zakończył swój wywód, a ja osłupiała wpatrywałam się w niego jeszcze przez dobrą chwilę.

Oczywiście czegoś takiego cały czas się spodziewałam, ale potwierdzenie moich wszelkich przypuszczeń całkowicie mnie zaskoczyło. Więc takie rzeczy dzieją się w tym domu już od półtora roku… Biedna Sabinka. Opowiedziałam doktorowi wszystko, co mi było wiadome na temat tej sprawy i zakomunikowałam, ze jak na razie nic z tym robić nie będę, to znaczy poza rozmową z Sabiną. On oczywiście potępił moje plany i zamierzenia, ale pozostawił mi wolną rękę. Rozstaliśmy się w milczeniu. Zdawałam sobie sprawę, ze ta rozmowa będzie trudna i burzliwa, jednak nie podejrzewałam, że do tego stopnia. Wyłożyłam czarno na białym wszystkie fakty, które dotychczas były mi znane i niestety nie doczekałam się satysfakcjonującej odpowiedzi.

- Ja jej ufam, a ty nie. Ona najlepiej wie, co mi dolega i jak mnie leczyć. Konsultował się ze wszystkimi najlepszymi specjalistami. Co na temat mojej choroby może wiedzieć jakiś stary, wiejski doktor? - zapytała rzeczowo. Była zupełnie pewna tego, co mówiła. - Tu są wyniki nadań twojej krwi! To, że są zupełnie prawidłowe mógł stwierdzić nawet głupi, stary, wiejski lekarz! Czy zrozumiesz wreszcie, ze ta kobieta omamiła cię swoimi kłamstwami!? - Przestań! Dlaczego ty nie potrafisz zrozumieć, jak bardzo jestem chora?! Ja umieram! Czy możesz to uszanować?! Wynoś się stąd ty szarlatanie! - wrzasnęła i wskazała mi drzwi. W jej oczach była wojowniczość, była gotowa bronić diagnozy przedstawionej jej przez Aldonę niczym świętości, ponad wszystko. Złapałam ją za ramiona, potrząsnęłam nią mocno, spojrzałam jej prosto w oczy i powiedziałam, ze czy tego chce czy nie, ja ją z tego wyciągnę, nawet wbrew jej woli. Potem wyszłam nie czekając na odpowiedź.

VIII

Zbliżały się już mikołajki, a co za tym idzie…

Postęp podglądu tylko w tej sesji · 0%