Kryminał · 21 min czytania
Tajemnicza nieznajoma (2): Śledztwo
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 1
Tajemnicza nieznajoma cz. 2
Śledztwo
Wiosna. Świat budził się do życia. Drzewa zaczynały się zielenić, puszczać pąki. Niektóre kwiaty już zachwycały różnorodnością kolorów. Dało się słyszeć śpiew ptaków. Ostatnie promyki zachodzącego Słońca docierały jeszcze do wielkiego okna. Było pięknie. To jednak tutaj niecałe pół roku temu było strasznie cicho i ciemno. Ta sama okolica, która teraz emanowała pięknem, była jeszcze niedawno świadkiem niewiarygodnie przerażających wydarzeń. „Świadkiem, który niestety nic nie powie i nie zdradzi…” – pomyślał mężczyzna stojący przy oknie niewielkiego hotelu położonego na skraju miasta. Za oknem roztaczał się piękny widok, jednak w końcu trzeba się wziąć do pracy. Detektyw Tomasz Petersen pochylił się nad aktami zgromadzonymi na temat powierzonej mu sprawy. Burmistrz niewielkiego miasteczka oferował niezłą sumkę za rozwiązanie tegoż, jak to nazwał „sporego problemu”. Rzeczywiście był to problem. W małej, spokojnej miejscowości na przestrzeni kilku dni zostają popełnione trzy zbrodnie. Poza tym już niedługo wybory samorządowe. Burmistrz zastrzegł, że detektyw nie może działać jawnie. Za to Tomasz zarządał dodatkowej sumy pieniędzy, na co pracodawca przystał bez chwili wahania. „Sądzę, że będzie to trudne śledztwo – napisał Tomasz w swoim podręcznym notatniku – nie ma żadnych podejrzanych, ani punktów zaczepnych. Poprzedni detektyw zaginął bez śladu. W tej sprawie będzie jednak prowadzone odrębne postępowanie.” 19 października zamordowano Józefa K. – tutejszego sprzedawcę pieczywa – wyczytał Tomasz Petersen z zapisek zaginionego detektywa, przekazanych przez burmistrza. Następnie zajrzał do akt Józefa K. Jedna z informacji znajdujących się tam była dość ciekawa; okazało się, że tenże przydrożny sprzedawca pieczywa był niegdyś znanym i cenionym genetykiem. „Nagła zmiana pozycji społecznej i dość drastyczna zmiana pracy – pomyślał Tomasz. – Coś musiało to spowodować.” Po chwili zamyślenia młody detektyw otworzył akta Marcina S. i Anny J. (oboje zamordowani 22 października). Te sprawy wydawały się być podobne. Możliwe, że te dwie osoby zabił ten sam człowiek. Morderstwo Józefa K. było inne. Chociaż nigdy nic nie wiadomo. W każdym razie mało prawdopodobne jest, że mordercy są trzej. Te trzy zabójstwa są powiązane jedną, może dwoma napastnikami. Tomasz Petersen postanowił najpierw zająć się sprawą śmierci byłego genetyka. W aktach zapisano jego adres: ulica Dębowa 4. Detektyw po wyjściu z hotelu wsiadł do służbowegop Audi i wyruszył. Było już niemalże ciemno. Sprawę przekazano mu późnym popołudniem, a on od razu chciał wziąć się do roboty. Do burmistrza miał się zgłosić dopiero po całkowitym rozwiązaniu sprawy, a więc nie musiał się z niczego tłumaczyć w trakcie dochodzenia. Takli układ mu odpowiadał. W domu Józefa K. teoretycznie nikogo nie powinno być, jednak dla pewności Tomasz zapukał do drzwi, po czym gdy nikt nie odpowiedział otworzył je jednym kopniakiem. Wcześniej obszedł dokoła cały niewielki zresztą budynek, by upewnić się, że nikt mu nie będzie przeszkadzał w śledztwie. Nie zauważył nic podejrzanego. Po zamknięciu drzwi od środka Tomasz usłyszał szelest papieru… Rozejrzał się i zauważył, że w oknach nie było szyb. „To pewnie wiatr” – pomyślał. Postąpił krokm do przodu i zaświecił latarkę. Było to skromnie urządzone mieszkanie, za skromnie jak na byłego lekarza – genetyka. Mimo, że nie żył on już od około pół roku nie było tutaj żadnych śladów włamania, ani bezmyślnej kradzieży. Detektyw zaglądał do kolejnych pomieszczeń i dopiero w tym na końcu korytarza zatrzymał się dłużej. Tamże jego oczom ukazałyb się sterty bezładnie porozrzucanych papierów i wszelakich rupieci. Wyglądało to tak, jakby ktoś tu w pośpiechu czegoś szukał. Tomasz, mimo, że padał z nóg ze zmęczenia usiadł i zaczął wertować rzeczy znajdujące się na podłodze w poszukiwaniu jakichś śladów, wskazówek, dowodów… niczego takiego jednak tam nie było. Same rachunki, stare listy, czy kupony totolotka. Tymczasem na dworze zrobiło się całkowicie ciemno. Księżyc i gwiazdy zostały przykryte ciemnymi chmurami nie zwiastującymi niczego dobrego… Tomasz Petersen już od niechcenia przerzucał wszystko co było w zasięgu jego słoni. Wtem w ręce „wpadło” mu coś czego wcześniej nie dostrzegł. Była to kaseta wideo, na której znajdował się napis ‘DOWÓD’. Detektyw szybko włożył ją do magnetowidu znajdującego się na podłodze. Tam też znajdował się pilot. Tomasz wcisnął przycisk odtwarzania. Na ekranie niewielkiego telewizora pojawiło się jakieś niewielkie pomieszczenie, w którym większość miejsca zajmowały tajemnicze aparatury i urządzenia niewiadomego przeznaczenia, a także probówki. Miejsce to przypominało laboratorium, a w każdym razie jakąś profesjonalną placówkę naukową. Wtem do tegoż pomieszczenia wszedł jakiś chłopiec. Szczerze mówiąc „wszedł’ to za dużo powiedziane; lepiej powiedzieć: „dostał się” tam przy pomocy dwóch osobników w białych fartuchach – byli to prawdopodobnie jacyś sanitariusze. On sam ledwie powłóczył nogami. Dokładnych rysów twarzy chłopca nie można było dostrzec – obraz był zbyt niewyraźny. Po chwili do pomieszczenia wszedł jeszcze jeden mężczyzna, ubrany w lekarski kitel. Jego twarzy również nie dało rady rozpoznać. Sanitariusze posadzili chłopca na krześle i wyszli. Doktor tymczasem zajął się skomplikowanym urządzeniem przypominającym radioodbiornik, a zakończonym przewodami i ostrymi igłami. Nagle, ku zdumieniu Tomasza Petersena, wbił on je bez skrupułów w głowę siedzącego chłopca. Następnie podszedł do urządzenia, które było obecnie „połączone” z młodzieńcem i przez chwilę regulował coś przy licznych pokrętłach. Wtedy to chłopcem wstrząsnęły drgawki, podobne do przedśmiertnych konwulsji. Z czasem nasilały się one, lecz mężczyzna stojący przy pokrętłach – nie reagował, tak jakby wszystko było w porządku. „On go zabije” – pomyślał Tomasz. Nic takiego się jednak nie stało. Po paru minutach „kuracji wstrząsowej” do pomieszczenia weszli ci sanitariusze i zabrali chłopca. „Oni chyba nie wiedzą, że są nagrywani” – rzekł do siebie detektyw. Jakby na potwierdzenie tych słów doktor zbliżył się do obiektywy – prawdopodobnie ukrytej – kamery. Jego twarz stawała się coraz bardziej wyraźna… „Jeszcze chwila i będzie wiadomo z kim mam do czynienia” – pomyślał Tomasz i z narastającą ciekawością wpatrywał się w ekran telewizora. Jeszcze tylko chwila… i … wtem poczuł, że coś z niewyobrażalną siłą uderzyło go w tył głowy. Przed oczami zrobiło mu się ciemno i… upadł bezwładnie na stertę porozrzucanych wkoło papierów. Detektyw Petersen ocknął się z okropnym bólem głowy. Natychmiast wstał na równe nogi i rozejrzał się dookoła. Przez pewien czas zastanawiał się gdzie jest i co tu robi. Zaćmienie po chwili minęło i Tomasz przypomniał sobie film na kasecie, doktora – dręczyciela i potężne uderzenie w głowę. W tym momencie detektyw ze strachem złapał się za głowę; na jego dłoni pozostał ślad świeżo zakrzepniętej krwi. Po powrocie do hotelu udał się pod prysznic. Woda spływająca do kratki była zabarwiona mocną czerwienią, a bardzo mocny ból głowy nasilał się. Kiedy położył się na łóżku – momentalnie zasnął. Obudził go śpiew ptaków i dostające się przez okno, jaskrawe promyki wschodzącego Słońca. Petersen od razu wstał z – jak się okazało twardego i niewygodnego łóżka, lecz na nogach ustał tylko chwilę. Był bardzo osłabiony, kręciło mu się w głowie i zamroczony usiadł. Po chwili bezczynnego wpatrywania się w podłogę Tomasz postanowił udać się do położonego na drugim skraju miasta ośrodka zdrowia. Z trudem zwlókł się po schodach, kląc co chwilę pod nosem z powodu trudnego do wytrzymania bólu głowy. Stanął obok samochodu i dopiero wtedy uświadomił sobie, że zapomniał zabrać kluczyków. - Niech to szlag ! – zakrzyknął wściekły. - Czy mogę w czymś panu pomóc? – spytał ktoś stojący za plecami detektywa. Tomasz momentalnie odwrócił się za siebie, przytrzymując się jednocześnie maski służbowego Audi i spojrzał na osobę, która się do niego zwróciła. Był to niski i niepozorny, a zarazem bardzo elegancko ubrany mężczyzna. Widocznie zauważył on problemy z utrzymaniem się na nogach Tomasza, gdyż dodał po chwili: - Jestem lekarzem. Czy źle się pan czuje? - Tak. Boli mnie głowa – odparł sycząc z bólu Petersen. - A co się panu stało? - Upadłem na schodach i chyba rozciąłem sobie skórę – skłamał. Mężczyzna otworzył stojący obok swój samochód – srebrne Volvo i gestem zaprosił do środka. - Widzę, że nie jest pan w stanie prowadzić, więc może ja zawiozę pana do ośrodka zdrowia i tam panu pomogę – zaproponował, po czym dodał – tylko szybko, bo może się panu wdać zakażenie. Teraz Tomaszowi nie trzeba było powtarzać dwa razy. Gdyby wdało mu się zakażenie, możliwe, że nie obyłoby się bez wizyty w szpitalu. A zlecenie czeka na wykonanie. To znaczy zlecenie też, najważniejsza jest kasa, bo z nią ostatnio było krucho. Dlatego detektyw chciał szybko uporać się z powierzonym mu zadaniem. Nie miał jednak zamiaru odwalić roboty. Wszystko powinno być wykonane i sprawdzone dokładnie – bez niedomówień. To była jego dewiza. - Jestem Artur Dębski – przedstawił się doktor w trakcie jazdy. – Pan jeśli nie chce, nie musi mi się przedstawiać. - Nazywam się Jan Wiśniewski – wymyślił na poczekaniu Tomasz. Tymczasem reakcja lekarza była niespodziewana. Rzekł on: - Źle mnie pan zrozumiał. Ja pana znam: Tomasz Petersen – prywatny detektyw. Czyż nie? Tomasza zatkało. Lekko zszokowany wybąkał coś niewyraźnie pod nosem. Od tej pory jechali w ciszy. Jednak detektywa ciągle zawzięcie pracował. Coś mu nie pasowało. „Skąd on mógł znać moje imię, nazwisko, a na dodatek zawód. Nigdy wcześniej w tych okolicach nie byłem…” – myślał. Wtem do głowy detektywa wkradła się mała niepewność, a później coś na kształt teorii spiskowej. Osoba, która wczoraj wieczorem uderzyła go, gdy przebywał w domu Józefa K. to właśnie Artur Dębski. Może twierdzenia tejże teorii posunęły by się dalej, lecz w tym momencie ból głowy u Tomasza nasilił się znacznie, doprowadzając do utraty przytomności. Kiedy się obudził, leżał na kozetce lekarskiej i był już prawdopodobnie po zabiegu, gdyż wyczuł, że na głowie ma założone szwy. Co się działo dokładnie, gdy był nieprzytomny – nie wiedział. Nie pamiętał nic z rozmowy przeprowadzonej z doktorem Dębskim. Po chwili bezmyślnego wpatrywania się w sufit Tomasz usiadł. Nikt do niego nie podszedł, a więc bez słowa udał się w kierunku drzwi. Dopiero za progiem rzucił „Do…