Akcja · 1 godz. czytania
Tajne akta Moskwy
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 5
AKTA NR 000 W cieniu GRU
Miesiąc po tym jak konsorcjum GOMI kupiło Pałac Kultury i Nauki, w Polsce zjawił się Aleksjej Toszczenko, który został wysłany przez moskiewskie GRU w celu zlikwidowania Janusza Mikusa. Tymczasem w Toruniu wybucha wojna gangów. O wpływy walczyły dwie grupy, jedną przewodzi „Doberman”, a drugą „Wielki Bill”. Prawą ręką „Dobermana” był Andrzej „Willy” Wiliamski.
Toszczenko kontaktuje się z warszawskim gangsterem Morawskim, którego szef jest również agentem GRU. Toszczenko prosi szefa Morawskiego, Innocentego Zadajcza o pomoc w zamordowaniu Mikusa.
Andrzej poznaje Lucjana, a ten pomaga mu w zlokalizowaniu dziupli „Wielkiego Billa”. „Willy” wkrótce zabija konkurenta, a następnego dnia razem ze swoimi przyjaciółmi Maciejem i Łukaszem pozbywają się swojego szefa „Dobermana”, a Andrzej zostaje nowym bossem toruńskiego gangu.
Innocenty Zadajcz dokonuje zamachu na Mikusa, ale to nie Janusza dosięgają kule tylko jego brata Ernesta. Toszczenko jest wściekły na Zadajcza. Postanawia sprowadzić do Polski swojego syna – Sasze Tudorowa, którego wysyła do Torunia. Tam Sasza w klubie należącym do Maćka, poznaje Annę – dziewczynę Andrzeja, która zakochuje się w Rosjaninie. Wiliamski następnego poranka widzi ich razem i postanawia pozbyć się człowieka, który odbił mu dziewczynę. Andrzej po raz kolejny kontaktuje się z Lucjanem, gdyż dzień wcześniej widział go razem z Tudorowem. Gotti ma współpracować z Rosjanami, którzy zagrozili, że zabiją mu syna. Lucjano nie ma wyboru, nasyła na Rosjan gang „Willy’ego”. Wkrótce ginie Sasza, a następnego wieczora dochodzi do egzekucji Toszczenki. Kolejną ofiarą Andrzeja miała być Ania, która cudem uszła z życiem. Policja zjechała się na „skarpę” i aresztowała gangsterów. Jednak Lucjano zdążył zabrać Andrzeja i Łukasza do podziemi Fortu I, gdzie mieli zostać do czasu kiedy sytuacja w Toruniu nie unormuje się.
Innocenty Zadajcz wyleciał samolotem do Moskwy. Udał się tam po pomoc…
* * *
Część 22 / 5
AKTA NR 001 GRU reaktywuje się
W podziemiach Fortu I rozmawiają Lucjano i Andrzej. Mimo iż „Willy” z Łukaszem nadal są poszukiwani, Gotti postanowił zaryzykować. Miał załatwić im nowe personalia. - Najprawdopodobniej będziecie mieli nowe nazwiska. Pracuję nad tym. To tylko kwestia czasu. Dostaniecie pracę w konsorcjum GOMI. Powrót do starych interesów jest zbyt ryzykowny – wyjaśniał Lucjano. - Panie Gotti, my nic innego nie umiemy, oprócz tego co robiliśmy do tej pory – mówił Andrzej. - Wolicie wrócić do starych zajęć? - Tak. Tam czujemy się pewniej. - Nie zabronię wam… Co zrobisz ze swoją byłą? Może cię rozpoznać. - Dokończę to co zacząłem na „skarpie”. Ona musi być martwa. - Dotknęła w twoje czułe miejsce? - Nawet nie wie pan jak czułe… Wie pan może co się dzieje na mieście? - Zaczyna robić się niespokojnie. Najwyższy czas żebyście wrócili. Inaczej mieszkańcy znowu będą świadkami powtórki z przed dwóch miesięcy. - Czas wracać do interesów.
W warszawskim komisie samochodowym Morawski rozmawia przez telefon komórkowy ze swym szefem Innocentym Zadajczem. - Już niedługo wracam do Polski – oznajmił Zadajcz. - Sam? – zapytał Morawski. - Nie, razem ze mną przybędzie sam Jurij Karumow. Osobiście zajmie się naszym wrogiem. - To wielka szycha w Moskwie. - Dokładnie.
Tymczasem Ania Kowalczyk siedziała na ławce w parku ze swoją przyjaciółką Moniką. - Boję się każdego dnia – wyznała Anna. - Na pewno wyjechał z kraju – uspokajała Monika. - On chciał mnie zabić. - A co z Saszą, znaleźli go? - Wciąż przeszukują Wisłę. Zamordowali go, mojego Sasze – zaczęła płakać Anna. - On był tak samo zły jak Andrzej. - Ale go kochałam. - A Andrzeja? - On też był mi bliski. - Ty nigdy nie mogłaś się zdecydować na jednego. - Muszę już iść – Anna spojrzała na zegarek. - To do zobaczenia. - Pa. Anna zaczęła iść chodnikiem, jej koleżanka Monika poszła w drugą stronę. Kowalczyk minęła kilku przechodniów. Nagle zza pleców usłyszała nieznajomy męski głos: - Pani Kowalczyk? - Co? – odwróciła się dziewczyna. - Pani Anna Kowalczyk? – powtórzył pytanie mężczyzna. - Tak. - Zapraszam do samochodu – mężczyzna wskazał na szarą limuzynę stojącą przy chodniku. - Nie znam pana. - Ale mój szef tak. Chciałby z panią porozmawiać. Proszę się zgodzić. Nikt nie chce „scen” na środku ulicy. Dziewczyna wiedziała, że nie ma wyjścia. Wsiadła do limuzyny, w której czekał Lucjano. Kazał kierowcy jechać przed siebie i zaczął rozmowę z gościem. - Chciałbym podziękować za przemilczenie mojej obecności na „skarpie” w pani zeznaniach na policji. - Kim pan jest? - Uczciwym biznesmenem – odparł z ironią Lucjano. - Który zleca morderstwa. - To nie ja chciałem pierwszy zabić. Dziewczyno zrozum, że to była wojna, której ja nie rozpocząłem. Twój Rosjanin chciał zabić mi przyjaciela i syna. Miałem czekać aż spełni te groźby. Nie masz dzieci, więc nie wiesz jak to jest. - Przepraszam… Czy coś mi grozi? - Ja ci nic nie zrobię. Chciałem podziękować za to, że pominęłaś mnie w zeznaniach. - A gdzie jest Andrzej? - Daleko stąd. Nic Ci nie grozi. A jak będziesz potrzebowała pracy do zgłoś się do mnie. Po rozmowie Lucjano kazał zatrzymać limuzynę i Anna wyszła z wozu.
W Polsce zaczął się okres przedwyborczy. Partia, która przez ostatnie cztery lata rządziła w Polsce zaczęła kilka miesięcy temu wegetację. Posłowie usilnie starali się trzymać swych stołków zapominając jednocześnie o wyborczych obietnicach z przed czterech lat. W tych wyborach nie mieli szans wejść do parlamentu. Ludzie, którzy współpracowali z Moskwą mieli na dobre utracić władzę. Ich sytuacja była tym gorsza, że opozycja obiecała rozliczyć stary rząd. GRU w obawie przed utratą wpływów w Polsce rozkazało niektórym posłom powołać odrębną partię – Wieczna Demokracja, na której czele stanął prawicowy poseł, mający tylko ładnie wyglądać na tle postkomunistów. W partii tej pojawili się też ludzie, którzy jeszcze szesnaście lat temu walczyli o niepodległą Polskę. Jednak oni chcieli się zbliżyć do „czerwonych” jak najbardziej, po to aby w odpowiednim momencie zdemaskować zdrajców Rzeczpospolitej.
Lucjano pojechał do prezydenta Torunia, by ostatecznie zakończyć transakcję sprzedaży gruntu pod nowy dom. - Nie było łatwo dostać pozwolenie na sprzedaż – tłumaczył prezydent. - Rozumiem. Dlatego tym większa moja wdzięczność – odparł Lucjano. - Panie Gotti, jeżeli spadnie choć jedno drzewo, obiecuję, że będzie pan miał kłopoty. - Proszę się nie martwić. Las zostanie nienaruszony. Dopełnię wszystkich warunków umowy. - Mam nadzieję. - Mogę już rozpocząć budowę? - Oczywiście. - Dziękuję i do widzenia. - Do zobaczenia, panie Gotti. Jeszcze tego samego dnia Lucjano zaprosił Janusza na „skarpę”. Obaj zjawili się tam swoimi limuzynami, stanęli na brzegu „skarpy” i wpatrując się w panoramę miasta zaczęli rozmawiać: - Po co mnie tu ściągnąłeś, Gotti? – dziwił się Janusz. - Chciałem panu powiedzieć, że chcę wybudować nowy dom. - No, to ci nowina. - Kupiłem już grunt. - Tak, a gdzie? - Tutaj. - No domyślam się, że w Toruniu, ale gdzie, konkretnie? - No, tutaj – Lucjano zaczął tupać nogą w ziemię. - Kupiłeś „skarpę”? – zdziwił się Mikus. - Dokładnie. Wreszcie to miejsce jest tylko moje. - Nawet nie wspomniałeś, że chcesz kupić jakiś teren. - Nie chciałem zapeszyć. - No i nie zapeszyłeś. Nie pozostaje mi nic innego tylko pogratulować ci. - Dziękuję.
Wieczorem Lucjano zjawił się w podziemiach Fortu I, by wręczyć nowe dokumenty Andrzejowi i Łukaszowi. Gotti przywitał się z panami i usiadł wygodnie na skórzanej sofie, zakładając nogę na nogę. - Andrzeju… od dziś będziesz się nazywał Piotr Świechura, a ty Łukaszu… Radosław Bilkiewicz. Gratulacje panowie! Rozpoczynacie nowe życie z czystym kontem – oznajmił Lucjano. - Dziękujemy za wszystko, panie Gotti – powiedział Andrzej. - Pomogliście mi, to teraz ja pomogłem wam.
Część 33 / 5
Na lotnisku Okęcie w Warszawie do lądowania podchodzi samolot pasażerski z Moskwy. Kilkanaście minut później do białego Nissana, przy którym czekał Morawski podeszli Zadajcz i Karumow. - Witajcie towarzysze – przywitał się Morawski. - To jest mój zaufany człowiek Morawski – powiedział Zadajcz do Karumowa. - Da - odparł Jurij. Mężczyźni wsiedli do samochodu i pojechali do rezydencji Innocentego. Natomiast Janusz i Lucjano udali się dziś na festyn na toruńskiej Starówce. Byli honorowymi gośćmi imprezy. Obaj mężczyźni weszli na scenę. Janusz podszedł do mikrofonu: - Witam wszystkich na festynie podczas, którego będą zbierane pieniądze na rzecz najbardziej potrzebujących. Ja, razem ze swoim wspólnikiem, Lucjanem Gotti, który stoi tu, koło mnie, postanowiliśmy przekazać na ten cel 100 tyś. złotych. Korzystając z okazji, chciałbym poinformować, że konsorcjum GOMI planuje otworzyć w Toruniu pierwszy czysto polski hipermarket. Koniec wyzysku Francuzów, Niemców i innych właścicieli wielkich sieci sklepów. My będziemy płacić uczciwie! Następnie do mikrofonu podszedł Lucjano i rozpoczął swoją kwestię. - Jak już część z was wie jestem Lucjano Gotti. Napawa mnie duma, gdy pomyślę, że mogę mieszkać i pracować w tak cudownym mieście jakim jest Toruń. Za mną stoi gotyckie dzieło – Ratusz Staromiejski. Miasto powierzyło nam ten przepiękny budynek, abyśmy utworzyli w nim fundację, która będzie pomagała tym, którzy tej pomocy będą oczekiwać. Mam nadzieję, że wspólnie zbudujemy lepsze miasto, dla każdego. Stworzymy miasto, w którym żyje się dostatnio. Sprawimy, aby nikt nie chciał stąd wyjeżdżać. Wspólnymi siłami zbudujemy fundamenty dla lepszego jutra. Dlatego też namówiłem pana Janusza Mikusa do tego, aby startował w wyborach na prezydenta Torunia. Gwarantuję, że będzie sprawował tę funkcję całkowicie społecznie. Wszystkie prezydenckie dochody będą przekazywane na konto naszej fundacji „Ludzie ludziom”. Obecni na Starym Rynku z uwagą słuchali Lucjana. Mówił tak optymistycznie, że zaczęli mu ufać. Zaczęli wierzyć, że ogarnięte bezrobociem miasto, zmieni się na lepsze.
Następnego dnia, wcześnie rano, gdy zaczęło świtać, na „skarpę” wjechała szara limuzyna Lucjana. Kierowca samochodu otworzył drzwi. Z auta wyszedł Gotti, Andrzej i Łukasz. Łukasz został przy wozie, a Lucjano z Wiliamskim podeszli na brzeg „skarpy”. - Brakowało Ci tego widoku? – zapytał Lucjano. - Nawet pan nie wie jak bardzo – odparł Andrzej. - To się napatrz, bo wkrótce będzie tu stał dom. - Ktoś kupił ten teren? - Nie ktoś, tylko ja – zaśmiał się Lucjano. - Dobrze, że „skarpa” trafiła w pańskie ręce – uspokoił się „Willy”. - Wracasz do domu? - Tak. Rodzice się zamartwiają. - Mogą tam na ciebie czekać. - Zaryzykuję. Policja w Toruniu nie jest zbyt mądra. Jedyny glina z intelektem wyjechał do Warszawy. - Zatruski. - Tak. Komisarz Roman Zatruski – morderca mojego kuzyna. - Wsiadajcie do samochodu – powiedział Lucjano do Andrzeja i Łukasza. - Gdzieś jedziemy? – zdziwił się Andrzej. - Tak. Zobaczysz gdzie. Cała trójka wsiadła do limuzyny. Kierowca zawrócił auto i podążył w kierunku Starego Miasta. Następnie mostem drogowym przejechał Wisłę i tuż za nim skręcił na żużlową drogę. Auto się zatrzymało. Lucjano bez słowa wyjaśnienia wyszedł z limuzyny i zszedł pod most drogowy. Łukasz i Andrzej byli nieco zdziwieni, ale poszli za Gottim. Na dole panowała wilgoć, zapach też nie był najprzyjemniejszy. Było również dość głośno, bez przerwy dało się słyszeć samochody przejeżdżające nad głową. Lucjano stanął, rozejrzał się dookoła, po chwili lekko się uśmiechnął. Andrzej z przyjacielem stali kilka metrów od Gottiego i przyglądali mu się. Wreszcie Lucjano popatrzał na mężczyzn i przemówił: - W latach 90’ było to miejsce naszych spotkań. Tu załatwiano wszystkie interesy. Nasze interesy. Jednak prawdziwy biznes robiło się na zamku… Panowie zapraszam za mną. Lucjano zaczął iść leśną drogą, która była wyłożona „kocimi łbami”. Drzewa tworzyły korytarz, na którego końcu była dalsza część drogi, tylko, że bez drzew. Po prawej stronie była piękna zielona trawa i kilka ławek, a także miejsce na ognisko. Lewa strona należała do ruin Zamku Dybowskiego. Mężczyźni weszli główną bramą na dziedziniec. Lucjano rozłożył ręce i uniósł je do góry, po chwili zaczął się powoli kręcić w koło: - Panowie! To miejsce widziało takie rzeczy, że wam, młodym, nawet się nie śni! - A konkretnie? – zapytał Łukasz. Lucjano zatrzymał się, ale był odwrócony do mężczyzn tyłem. - Egzekucje, pobicia, nakłanianie do mówienia, spotkania dwóch grup, z których tylko jedna wracała do domu. Setki litrów przelanej krwi. W imię czego? W imię pieniędzy, zasad, władzy i chorych idei… Właśnie tu, w ruinach Zamku Dybowskiego zbrodnia goniła zbrodnię. Tu były same zbrodnie… Wejdźmy na górę – zaproponował Lucjano. Mężczyźni zniszczonymi, krętymi, stromymi schodami weszli na sam szczyt ruin zamku. Lucjano zaczął patrzeć się z góry na dziedziniec. - Pamiętam to jak dziś – zaczął Gotti – To było w 1997 roku. Coś zaczęło się psuć w relacjach między moim szefem, a tak zwaną „radą”, która defacto rządziła w mieście, gdyż to ona podejmowała większość decyzji. Mikus wymyślił żeby ściągnąć ich tu, w ruiny zamku. Pod pretekstem zebrania, wszyscy zjechali się na dziedziniec. Jednak oprócz ich samych na dziedzińcu nie było nikogo. Razem z trzydziestoma żołnierzami siedzieliśmy tu, na górze, rozmieszczeni równomiernie. Wydałem rozkaz… Żołnierze zaczęli strzelać do „rady”. Nie mieli szansy na przeżycie… Byli niczym świnie wystawione na rzeź. Wybyliśmy wszystkich, jeden po drugim. Do dziś spoczywają ich ciała w lesie za zamkiem. Osiemnastu członków „rady” do dziś szuka policja. Jak na razie bez skutecznie… - Lucjano na chwilę zamilkł – Opowiedziałem wam to wszystko dlatego, abyście zrozumieli, że mafia to nie jest zabawa i że w tym biznesie łatwo o śmierć. Bardzo łatwo przegrać. Jeżeli któryś z was upadnie to już się nie podniesie. - My już raz upadliśmy, a dzięki panu wstaliśmy – powiedział Andrzej. - To nie był upadek tylko potknięcie. - Ma pan racje. - Wracamy… Chciałem wam pokazać to miejsce, bo to tu będziemy się teraz spotykać. Jak coś, to tylko tu. W tych ruinach. - Oczywiście, panie Gotti.
W czasie gdy w Toruniu było słońce, w Warszawie padał deszcz, ale to nie przeszkodziło Ernestowi spotkać się pod mostem Poniatowskiego z jednym z czołowych działaczy Wiecznej Demokracji – Tadeuszem Poznanieckim. Lekko zmoknięty Tadeusz wsiadł do Mercedesa Ernesta, podał biznesmenowi rękę na przywitanie i zaczęli rozmowę: - Panie Erneście, potrzebuję pańskiej pomocy. Sam nie dam sobie rady – tłumaczył Tadeusz. - Co mam zrobić? - W Moskwie są akta wszystkich zdrajców. Tam są oczywiście bohaterami. Jak będziemy mieli te dokumenty, to dzięki mediom doprowadzimy do wygnania komuchów raz na zawsze – tłumaczył Poznaniecki. - To znaczy, że mam wysłać kogoś do Rosji, aby znalazł te dokumenty? - Dokładnie, panie Mikus. Chyba zależy panu na lepszej Polsce? - Oczywiście. Ale wywóz takich dokumentów z Rosji nie będzie łatwy. - Naturalnie, że nie. Jednak myślę, że da sobie pan radę. - Nie mogę się doczekać dnia, w którym zdemaskujemy tych skurwieli. - Też się nie mogę doczekać. Jednak na razie muszę być blisko nich, może będą popełniać jakieś błędy. - Powodzenia, panie Poznaniecki. - Powodzenie jest bardziej tobie potrzebne. - Ma pan racje.
Wieczorem w willi Gottich, Lucjano jak co dzień oglądał film w telewizji. Magda weszła do pokoju, wzięła pilota i wyłączyła odbiornik. - Czemu wyłączyłaś?! – zdenerwował się Lucjano. - Musimy poważnie porozmawiać – oznajmiła Magda. - Nie możemy po filmie? - Nie! - Słucham Ciebie, kochana żono. - Ja już dłużej nie mogę. Prawie cię nie ma w domu, a jeżeli już jesteś to oglądasz telewizję, albo siedzisz w Internecie. Nie tak sobie to wyobrażałam. - Robię wszystko co mogę, by żyło nam się dostatnie. Masz wszystko czego dusza zapragnie. - Zamieniłabym całe to bogactwo, by mieć cię przynajmniej pięć godzin dziennie tylko dla siebie. Aby było jak dawniej. - Ubierz coś i jedziemy. - Gdzie? - Zobaczysz. Lucjano zabrał Magdę na „skarpę” i zdradził jej co zamierza w najbliższej przyszłości tu wybudować. Kobieta zrozumiała, że Lucjano chce dla rodziny jak najlepiej i stara się jak może.
* * *
AKTA NR 002 Cisza przed „burzą”
Pod toruńskim mostem drogowym zjechało się pięć samochodów. Na miejscu czekali już Andrzej i Łukasz. - Wróciliśmy! – zaczął Andrzej – Wróciliśmy po to, aby rządzić. Ale nie chcemy tego robić sami. Chcemy, aby wasza piątka stworzyła „radę pięciu”. W latach 90’ również była rada i to właśnie wtedy toruńska mafia przeżywała największy rozkwit. Chcę, abyśmy odzyskali dawną świetność! Jeden z gangsterów popatrzał się na resztę, po czym rzekł: - Zgadzamy się… Jak mamy teraz do was mówić? - Jestem „Wichura”, a to mój przyjaciel „Bila”. Nie ma już „Willego” i lepiej dla wszystkich, abyście zapomnieli o nim. - Oczywiście. Gdy wszyscy się rozjechali, Andrzej i Łukasz poszli na ławki naprzeciwko ruin zamku. - Chcesz oddać im władzę? – zdziwił się Łukasz. - No co ty. Musimy znowu wejść do gry. Oni nam w tym pomogą, a potem zrobimy z nim to co zrobił Gotti ze starą „radą”. - Przebiegły jak zawsze. - A jak – zaśmiał się Andrzej. - Mogę u ciebie przenocować? - Starzy? - Wyjebali mnie na zbity pysk. Powiedzieli, że nie będą z przestępcą pod jednym dachem mieszkać. - Jasne, że możesz u mnie zostać – Andrzej poklepał Łukasza po ramieniu.
Część 44 / 5
Fundacja „Ludzie ludziom” rozwijała się. Ludzie i firmy chętnie dawały pieniądze na szlachetny cel. Zadajcz, Karumow i Morawski przygotowywali się do ostatecznej bitwy z Mikusem. Bitwy, którą GRU nie zamierzało przegrać. Popołudniu Andrzej i Łukasz stali w pokoju Wiliamskiego przy oknie. Właśnie stąd rozciągał się widok na całe osiedle. - Miasto znowu nasze – powiedział zadowolony Andrzej. - Mam nadzieję, że tym razem dłużej będziemy się cieszyć władzą. - Taaa. Trzeba sobie znaleźć jakieś mieszkanie. Sąsiedzi się w końcu zorientują, że wróciłem i któryś może mnie podpierdolić na policji. - Masz rację. To zbyt niebezpieczne… A co z Maćkiem? - Ciągle o nim myślę. To nasz przyjaciel. Trzeba mu pomóc, ale kurwa nie wiem jak! To jest w tym najgorsze. - Coś wymyślimy – pocieszał Łukasz. Andrzej posmutniał. Usiadł na kanapie, która stała koło okna. - Co jest, Jędruś? – zmartwił się Łukasz. - Myślę o Ance – odetchnął ciężko mężczyzna. - Nadal ją kochasz? - Najgorsze jest to, że tak. - I mimo to chcesz ją… - Muszę. Zdradziła mnie.
Następnego dnia w południe Lucjano zorganizował w Ratuszu Staromiejskim fundacja „Ludzie ludziom” zorganizowała imprezę na rzecz potrzebujących. Zjechali się biznesmeni, przedstawiciele władz i mediów. Konferansjer wyszedł z mikrofonem na przygotowaną wcześniej scenę. Zaczęła rozbrzmiewać tajemnicza muzyka, a mężczyzna zaczął zapowiadać gościa specjalnego. - Witam wszystkich. Już za chwilę zjawi się tu osoba, na która wszyscy czekamy. Już za chwilę zjawi się tu… Lucjano Gotti. Po tych słowach na scenę wszedł Lucjano, wziął mikrofon od konferansjera i zaczął swoją kwestię. - Mam nadzieję, że wyjdziecie z stąd bez grosza – zaśmiał się Gotti – A pieniądze jakie przegracie w moim kasynie zasilą konto fundacji. Bez obaw, krupierzy są tak wyszkoleni, aby wycisnąć z was wszystkie pieniądze. Ludzie zebrani na sali zaczęli wiwatować. Nie wiadomo czemu, przecież Lucjano nie wygłosił wybitnego przemówienia. Wręcz przeciwnie, jego przemówienie było dość bezczelne. Ale widać takie zachowanie przypadło do gustu publiczności. Biznesmeni i politycy zaczęli grę, media robiły materiały dla swoich gazet i telewizji. Jeden z dziennikarzy podszedł do Lucjana, który chodził po kasynie i przyglądał się gościom. - Przepraszam. Jestem Mirosław Kolski z telewizji TVSK. Chciałbym przeprowadzić z panem wywiad. Zgadza się pan? - Jasne, że tak. Zapraszam na górę. Lucjano zabrał dziennikarza na szczyt wierzy ratuszowej, gdzie na świeżym powietrzu stał stolik i dwa eleganckie fotele. - Proszę usiąść – powiedział Lucjano. - Dziękuję – odparł Kolski, po czym zapytał – Mogę zadać pierwsze pytanie? - Oczywiście.
Tymczasem z mostu drogowego zjechała czarna Honda, na żużlową drogę. Z auta wysiadł Andrzej, jednak kierowcą był ktoś inny. Wiliamski zszedł stromym zejściem pod most, gdzie czekał już jeden z członków „rady pięciu” – Hieronim. - O co chodzi? – zapytał Andrzej. - Przez ten miesiąc jak was nie było zarobiliśmy trochę pieniędzy – tłumaczył gangster. - Razem z „Bilą” liczymy na procent. Nikt chyba nie chce kłopotów. - No nie. Dlatego zdecydowaliśmy się oddać wam 20%. - Tym razem niech będzie. Ale tylko dlatego, że nas nie było… To ile tego jest? - Osiemset tysięcy złotych. - No nieźle. To dawaj je. Hieronim wręczył Andrzejowi pudełko pod silniku od komputera. „Wichura” otworzył pudełko i zajrzał do środka. Zobaczył 14 wiązek z 200 zł banknotami. Każda wiązka zawierała 50 tysięcy złotych. Andrzej zamknął pudło, pożegnał Hieronima i poszedł w kierunku Hondy.
Wróćmy do wywiadu jakiego udziela właśnie Lucjano dziennikarzowi TVST. - Panie Gotti, jak pan stał się tak wpływowym biznesmenem? Przecież pojawił się pan nagle i od razu osiągnął sukces. - Spotkałem na swojej drodze właściwego człowieka, który zaproponował współpracę. Tym człowiekiem był Janusz Mikus. Jemu zawdzięczam to co teraz mam. - Czemu pan się zdecydował założyć fundację? - W Toruniu jest strasznie dużo osób potrzebujących. W mieście jest olbrzymie bezrobocie. Kiedyś zastanawiałem się jak tym ludziom pomóc i doszedłem do wniosku, że fundacja jest jedynym rozwiązaniem. - A co pan wie o zamordowanym rosyjskim agencie tajnych służb? Został zastrzelony niedaleko konsorcjum GOMI. - Tak wiem, że to się stało niedaleko. Ale z tego co czytałem w gazetach zabito tego nieszczęśnika w nocy. Konsorcjum nie pracuje o takich porach. Nic nie słyszałem. - A czemu kupił pan to miejsce, w którym zginął Rosjanin? - Nie rozumiem? - Kupił pan teren, na którym miesiąc temu zabito człowieka. - Nie miałem pojęcia, że to tam. - A może chce pan zatrzeć jakieś ślady? - To są bzdurne insynuacje! Myślę, że już skończyliśmy rozmowę! Lucjano wrócił na główną salę nieco zdenerwowany rozmową z dziennikarzem.
Andrzej wrócił do domu. Otworzył pudełko z pieniędzmi i dał 400 tysięcy złotych Łukaszowi. Wiliamski usiadł na wersalce w swoim pokoju, położył rękę na oparci, zacisnął lekko pięść i położył na niej brodę, patrzył przez okno. Przed chwilą zarobił 400 tysięcy, ale wyglądał jak bankrut. Jego twarz wyrażała smutek, zatroskanie i rozterki. Łukasz to zauważył, usiadł przy przyjacielu i zapytał: - Co, znowu Anka? Andrzej milczał. - Ej! Jędruś, o co chodzi? – nie odpuszczał Łukasz. - Tak, Anka – przemówił mężczyzna. - Idziemy wieczorem się zabawić. Rozerwiesz się w klubie. - Staram się o niej zapomnieć, ale to bez sensu. Ja ją chyba nadal kocham. - Po tym co ci zrobiła? - Serce nie sługa. - To, to ja wiem. Mojemu dziadkowi pięć lat temu przestało służyć – zaśmiał się Łukasz. - Nie to miałem na myśli – zirytował się Andrzej. - Wiem, przepraszam, ale chciałem cię rozweselić. - To ja przepraszam. Zaprzątam ci głowę moimi kłopotami. - Jesteśmy przyjaciółmi. Zawsze cię wysłucham. - Teraz musimy kupić jakieś mieszkanie.
Następnego dnia, Ernest Mikus wezwał do swojego gabinetu Michała. Nalał mu szklankę koniaku i usiadł naprzeciwko. - Mam dla ciebie ważne zadanie – zaczął Ernest. - Zamieniam się w słuch – odparł Michał. - Możesz odmówić, to nie jest przymus tylko propozycja. - Proszę mówić dalej. - Chciałbym żebyś wyjechał w podróż służbową do Moskwy. Potrzebne mi są dokumenty, które pozwoliły by obalić rząd w Polsce. - I to jest ten wyjazd służbowy? - Tak. Gdyż zwierzchnicy naszych posłów chcą obalić nasze konsorcjum. Nie możemy na to pozwolić. - Wobec tego pojadę. Ernest nie mógł powiedzieć Michałowi całej prawdy. Obawiał się, że mężczyzna tego niezrozumień. Wiedział natomiast, że jest oddany bez reszty konsorcjum GOMI i właśnie to postanowił wykorzystać.
Tymczasem Andrzej spacerował po toruńskiej Starówce. Potem skręcił w stronę bulwaru. Usiadł na stopniach, które prowadziły do Wisły. Nieruchomym wzrokiem patrzył na płynącą rzekę. Nagle kontem oka zobaczył mężczyznę, który stał za nim. Przekręcił bardziej głowę w lewo i zobaczył swojego żołnierza Przemysława. - Coś się stało? – zapytał Andrzej. - Jedziemy na wycieczkę. Przyłączy się pan? – zapytał Przemek. - Chętnie. Andrzej wstał ze schodów i razem z Przemkiem poszli w kierunku zaparkowanej niedaleko Hondy. Przemek wjechał do lasu, niedaleko Zamku Dybowskiego. Mężczyzna wysiadł z auta i otworzył bagażnik, w którym leżał zakneblowany młody chłopak. Andrzej spojrzał na Przemka. - A ten to kto?! - Nie podobało mu się, że pan i „Bila” wróciliście do gry. Próbował wszcząć rewolucję – wyjaśniał Przemek. - Zdejmij mu tę taśmę z mordy! Przemek posłusznie oderwał taśmę samoprzylepną z twarzy mężczyzny. - A tobie co się k*** nie podoba?! – zaczął Andrzej. - Panie „Wichura” ja przepraszam – wyjęczał z przerażenia mężczyzna. - Przemek, daj klamkę. - Się robi, szefie – Przemek podał Andrzejowi pistolet. - Teraz mnie posłuchaj. Nie będziesz robił żadnej rewolty w moim mieście!… Przemek! Ręka! – Andrzej wskazał na prawą dłoń spiskowca. Przemek przygniótł rękę mężczyzny nogą. Andrzej przystawił lufę pistoletu do dłoni i nacisnął na spust. Z ręki spiskowca zaczęła płynąć krew. - Ma być spokój w Toruniu. Bo następnym razem nie będę celował w dłoń tylko prosto w łeb. A teraz wyp***j.
Część 55 / 5
Tymczasem Ania spacerowała po parku, do którego zawsze przychodziła z Andrzejem. Dziewczyna zaczęła tęsknić za chłopakiem. Mimo, że chciał ją skrzywdzić, Ania odczuwała pustkę w sercu. Dziewczyna usiadła na ławce i zaczęła przypominać sobie chwile z Andrzejem. Zrozumiała, że wobec niej zawsze był dobrym człowiekiem, i że to ona zawiniła. Chciała cofnąć czas, ale było to niemożliwe. Zaczęła dochodzić do wniosku, że w Saszy była tylko zauroczona. Tak naprawdę zawsze kochała Andrzeja i to za nim teraz tęskni. Biały Nissan kierowany przez Morawskiego jedzie w kierunku Torunia. Na tylnym siedzeniu samochodu siedzą Zadajcz i Karumow. - Czy Toszczenko i Tudorow kontaktowali się z kimś w Toruniu? – zapytał Karumow. - Tak. Tudorow poznał jakąś dupę. Nazywała się chyba Anna Kowalczyk. Ustalimy gdzie mieszka. - I to jak najszybciej muszę z nią porozmawiać. Jeżeli za duże wie musi zginąć. - To zrozumiałe. - Znaleźli już Sasze? - Wciąż przeszukują Wisłę. Zdaniem tej Kowalczyk został utopiony. - Wiesz może kto podniósł rękę na naszych agentów? - Niejaki Andrzej Wiliamski. Jest poszukiwany od półtora miesiąca. Zapadł się jak kamień w wodę, razem ze swoim przyjacielem Łukaszem. Ten cały Wiliamski się wnerwił bo Tudorow odbił mu panienkę – tłumaczył Innocenty. - Czyli Mikus i ten jego przydupas nie mieli z tym nic wspólnego? - Policja nic nie wie o nich, ale ja myślę, że to ich sprawka. Pewnie nadal mają znajomych w miejscowych gangach. - Pozbędziemy się wszystkich, ale najpierw Mikus odda nam swoje konsorcjum.
Następnego dnia w południe, Ernest Mikus razem z Michałem pojechali na lotnisko Okęcie. To właśnie dziś Michał odlatuje do Moskwy, gdzie będzie szukał dokumentów, które obciążyły by obóz rządzący w Polsce. - Powodzenia, Michale. - Dziękuję, panie Mikus. - Jak będziesz czegoś potrzebował to dzwoń. - Oczywiście.
* * *
AKTA NR 003 Porwanie
Andrzeja w nocy zbudził hałas alarmu samochodowego. Podniósł się z łóżka i wyjrzał przez okno. Na parkingu stał zielony Fiat Punto, to jemu włączył się alarm. Andrzej podszedł do szafy, wyjął z niej szlafrok, założył na siebie i wyszedł z mieszkania zabierając kij bejzbolowy ze sobą. Po wyjściu z klatki udał się w kierunku parkingu. Doszedł do fiata i kilkakrotnie uderzył kijem w boczną szybę. Andrzej usłyszał czyjś krzyk, ale nie zainteresował się tym, tylko robił swoje. Po wybiciu szyby, otworzył drzwi, a potem maskę samochodu. Znalazł przewody od alarmu i je wyrwał. Samochód zamilkł. Andrzej odwrócił się i zobaczył biegnącego w jego kierunku mężczyznę. - Coś ty, k***a zrobił z moim wozem! – krzyczał. - To gówno nazywasz wozem – odparł Andrzej. - Wy***ie ci! - Nie mów tylko czyń – Andrzej uderzył mężczyznę kijem w ramię. - Złamałeś mi rękę gnoju! – krzyczał leżąc na ziemi. - Zamknij się – Andrzej jeszcze poprawił mu pięścią w twarz i wrócił do mieszkania.
Lucjano postanowił ponownie spotkać się z Anną. Tym razem miał dla niej konkretną propozycję pracy. Gotti podjechał pod blok Ani, a ona akurat siedziała na ławce ze przyjaciółką Moniką. Lucjano wyszedł z limuzyny i podszedł do dziewczyn. - Witam panie… Pani Aniu możemy porozmawiać? - Przecież mówiłam, że nic nie powiem – wystraszyła się dziewczyna. - Nie o to chodzi. Potrzebuję pani pomocy. - Mojej? – zdziwiła się Ania. - Przejdźmy się kawałek – zaproponował Lucjano. Dziewczyna wstała i zaczęła iść chodnikiem razem z Gottim. - Pani Aniu, chodzi o to, że potrzebuję kogoś zaufanego. - Nie rozumiem? - Powiem wprost. Potrzebuję kogoś kto pomógłby mojej żonie w codziennych obowiązkach. - Chodzi panu o służącą? - Nie, skądże znowu. Chodzi o opiekę i pomoc. Będzie pani traktowana na równi z nami. Przecież każdy człowiek jest równy. - Kiedy mogłabym zacząć? - Zgadza się pani? - Tak. Każdy potrzebuje pieniędzy. - Może jutro o dziesiątej rano? - Zgoda. - Przyślę po panią samochód. - Dziękuję.
Natomiast „rada pięciu” postanowiła oficjalnie przedstawić żołnierzom bossów. „Wichura” i „Bila” zjawili się w podziemiach Zamku Krzyżackiego. Teren ten należał do Hieronima, dlatego łatwo można było to zorganizować. - Panowie, zebraliśmy się, abyście poznali naszych szefów. „Wichura” i „Bila” będą „kręcić” tym interesem. Jesteście najważniejsi, dlatego tu stoicie. Do was mamy największe zaufanie – mówił Hieronim. - Razem osiągniemy to co innym się nie udało – przemówił „Wichura”. Po spotkaniu, Andrzej i Łukasz poszli na bulwar, usiedli na schodach, a „Wichura” zaczął mówić o swoich planach. - Przemek ma dobre kontakty z nowymi żołnierzami. Ja mam dobre kontakty ze starymi. Gdy „rada pięciu” przestanie istnieć nikt nie będzie robił nam wyrzutów. - Ty naprawdę chcesz się ich pozbyć? - A po co nam oni. Darmozjady i nic więcej. Ale zrobimy to inaczej niż Lucjano Gotti. Przemyślałem to sobie i doszedłem do