Romans · 36 min czytania
Tak bardzo Cię kocham
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 2
- Dlaczego nie chcesz z nami jechać? - Mhm? - Zobaczysz będzie fajnie... - Nie mogę, umówiłam się na jutro z Darkiem. Chciał, żebym pojechała z nim na giełdę. - Jak kocha to poczeka. A poza tym... Adam ci się spodoba – kusił Wojtek – przystojniak. - Wojtek, daj sobie spokój. Ciągle ten Adam i Adam. Czy to taki cud? Z tego, co mówisz wynika, że to kolejny babiarz! Darek przynajmniej jest zakochany, wierny i... –Ewa zastanowiła się jak jeszcze można określić jej najnowszego wielbiciela -...Nudny...- dodała jakby do siebie. Faktycznie parę tygodni wpadła w „nastrój samouwielbienia” poprzedzony licznymi ćwiczeniami afirmacji, polecanymi przez amerykańskie poradniki, w których się zaczytywała. W sumie trochę za sprawą Wojtka, kolegi z pracy, trochę z przekory, zaczęła podrywać „mleczarza”, jak nazywali między sobą Darka. Chłopak był po prostu śliczny. Niewysoki, umięśniony, niebieskooki blondyn z kręconymi włosami, jak u aniołka i tak samo ujmującym uśmiechem. Czarujący w swej nieśmiałości, choć dobiegał trzydziestki, wydawał się zachwycony tym, że bezpardonowo wprosiła się któregoś dnia na piwo. Od tego czasu prawie, co wieczór pozwalała się zapraszać to na spacer, to na dyskotekę czy po prostu na piwo. Zawsze miły, sympatyczny, aż rozbrajający. Ewa czuła, że podoba jej się uwielbienie, jakie okazywał jej Darek. Czuła się ważna, piękna, ale... No właśnie! To chyba było trochę mało, może spodziewała się większych wrażeń? Czuła się rozczarowana? Znudzona? - W każdym razie nigdzie z wami nie jadę. Nie mogę Darka zrobić w konia. W końcu mu obiecałam. - Zadzwoń do niego i powiedz, że w taki upał wolisz jechać nad jezioro, a nie na śmierdzącą giełdę samochodową! - A jak też będzie chciał jechać? Chyba bardzo głupio byłoby mu powiedzieć, że chcę od niego odpocząć... Wojtek zaczął się śmiać. Zadzwonił telefon. - Wojtek jakiś Adam do ciebie - cholera to na pewno TEN Adam! Głos całkiem „przystojnie” zabrzmiał... Nie! Umówiłam się z Darkiem! A może jednak uda mi się wykręcić? Wojtek przerwał jej rozważania. - Umówiłem się z Adamem, że przyjedzie po mnie do pracy. Zobaczysz, ocenisz, może skorzystasz – dodał takim tonem, że Ewa złapała długopis i w niego rzuciła. - Ty obrzydliwy alfonsie, jednego mi naraiłeś, teraz drugiego... Bierzesz z tego procenty? - Ależ przecież ja nic nie mówię! – śmiał się Wojtek – tylko nie chcę abyś się nudziła, bo stajesz się nie do zniesienia! - Samarytanin się znalazł! Wypchaj się, umówiłam się z Darkiem i już! -- - Znowu jedziecie do tego Klocka? - Jeszcze nie wiem tato, czy chce mi się jechać. Musiałabym powiedzieć Darkowi... - On też jedzie? - Nie, ale Darek przymierza się do kupna nowego samochodu. Jedzie jutro na giełdę. A poza tym, czy ja z nim ślub brałam czy co? - Masz rację, baw się póki możesz! Ewa czuła, że Darkowi należałoby się szczere wytłumaczenie. Było jej Darka trochę szkoda. Co jest winien, że się zakochał, a ona nie? Bardzo go lubiła, był taki... kochany, słodki... Och, jak paskudnie nie w porządku się czuła... Narobiła chłopakowi nadziei, a teraz... Ale w końcu to tylko jeden wyjazd! Nic takiego! -- - Cześć Dareczku! Słuchaj, Gośka bardzo prosiła, abym z nią i Wojtkiem pojechała dziś do Klocka. Wiesz, oni w przyszłym tygodniu wyjeżdżają na trzy tygodnie, my nie widziałyśmy się już tyle czasu... Tak, chcemy sobie odrobić zaległe ploty, poopalać się... Wojtek? Nie wiem, co w tym czasie będzie robił. Najlepiej, żeby w ogóle z nami nie jechał, ale ktoś nas musi zawieźć... Tak, będę w niedzielę wieczorem. Pewnie tak jak ostatnio, koło siódmej - ósmej. Dobra, to na razie. – Uff! Udało się! Sama nie sądziła, że tak łatwo jej to przyjdzie. Nie miała przecież kłamać! Może to, dlatego, że przez telefon? Chociaż w końcu ile w tym wszystkim było nieprawdy? Z Gośką rzeczywiście nie widziała się ze dwa tygodnie. Może więcej? Musiały sobie pogadać. A to, że nie powiedziała, że jedzie ten przystojniaczek? Mogła nie wiedzieć, a poza tym Darek i tak go nie zna. – Zresztą ja też nie!- od razu dodała, zaskoczona odkryciem, w myślach. – Boże, Wojtek usiłował mnie zainteresować tym Adamem w tak nachalny sposób, więc pewnie i jemu nagadał na mnie jakiś głupot? Jak ja nienawidzę takich randek w ciemno! -- - Cześć Gosiaczku! – Ewa rzuciła się przyjaciółce na szyję. - Tutaj wsiadaj, Wojtek pojedzie na budzie – Gośka przepuściła Ewę na siedzenie obok kierowcy, sama siadając przy oknie. W fordzie – busie z przodu mogły siedzieć aż trzy, a może tylko trzy osoby. Wojtek jechał „na pace”. - Nie mieliśmy okazji się poznać, Michał – siedzący za kierownicą chłopak szarmancko pocałował ja w rękę. Gośka parsknęła śmiechem. - Ewa – wyjąkała zbita z tropu. W końcu Wojtek mówił, że to Adam... A zresztą, co to za różnica? Odwróciła się w stronę koleżanki. W końcu miały sobie tyle do powiedzenia. Początkowo Ewie było trochę głupio opowiadać o swoich sprawach przy obcym facecie, ale co tam. Po chwili prawie całkowicie zapomniała o siedzącym obok przystojniaczku. Wojtek siedział z tyłu podejrzanie cicho, więc zaczęli sobie żartować, że pewnie dobrał się do „browaru”. Jakież było ich zdumienie, kiedy w oknie pojawiła się najpierw ręka, a potem cały Wojtek. W pędzącym samochodzie! Znudziło mu się samemu, więc... zajrzał do nich. Już po chwili podawał dziewczynom piwo, atmosfera rozluźniała się coraz bardziej. Na miejscu najpierw postanowili się wykąpać. Ewa z Gośką rozlokowały się na pomoście i wróciły do przerwanych plotek. - No i jak ci się podoba? - Przystojniaczek, ale za bardzo wygląda na podrywacza, nie mam ochoty... - Adam naprawdę jest fajny. Zobaczysz. Fakt, że nie przepuści żadnej – jak jest wolny, ale jak się zakocha, to po grób... - Nie zamierzam tego sprawdzać! Ale jest niczego sobie... za to wy jesteście... - To Wojtek, to Wojtek... – Gośka podniosła ręce w geście poddania, śmiejąc się głośno. - Terefere! A kto kazał mi usiąść obok niego? Na każdym zakręcie na niego leciałam! Już zaczęłam podejrzewać, że specjalnie tak ostro zakręca! Panowie wyszli z wody. Ewa spojrzała na nich i od razu wyczuła, że nie mają dobrych zamiarów. - Ani mi się ważcie! Mam na sobie dokumenty! Tylko spróbujcie! – już leciała do wody a za nią Gośka. Parskając wodą i śmiechem wyszły z jeziora. Potem było piwko i mnóstwo śmiechu. W końcu postanowili gdzieś rozbić namiot. Wrócili do samochodu i ruszyli w poszukiwaniu idealnego miejsca. Na polnej drodze wzbijali tumany kurzu, przez co mająca już trochę w czubie Gośka, dostała ataku śmiechu i dość długo nie mogła się uspokoić. Obozowisko rozbili na leśnej polanie, rozpali ognisko i zabrali się za kolację. Potem było morze piwa, po którym Wojtek się rozchorował, więc już w trójkę poszli na spacer po lesie. W środku nocy. Wrócili wyciszeni. Ewa poszła spać, Gośka z Adamem jeszcze do rana prowadzili filozoficzne spory...
* Aśka mówiła, żeby wysiąść zaraz za szpitalem. Potem prosto i w prawo i prosto. I już. Nacisnęłam dzwonek domofonu w starej odrapanej kamienicy. Ponura ulica. Robotnicza. Kurczę, nikt się nie odzywa. Przecież umówiłyśmy się na siódmą! Nie ma jej? Boże, czyżbym coś pochrzaniła? Może zegarek źle działa? Nie. Chyba wpadłam w niepotrzebny popłoch. To przez ten upał. Jeszcze raz nacisnęłam dzwonek. Może zepsuty? Z której strony ona może mieć okna? Oho! Coś za drzwiami trzasnęło! Może ktoś wyjdzie, to poproszę żeby mnie wpuścił.
- O, cześć! Właśnie powiedziałam robotnikom, że jak przyjdzie taka mała jak ja, to ty i mają cię wpuścić. Właśnie wybieram się do sklepu po żarło i browar dla nich. Chodź ze mną, to niedaleko.
No i poszłyśmy. Dzielnica „robotniczo – studencka”. Trochę... No, trochę bym się bała tu sama... Aśka jednak jest szczęśliwa. No połowicznie. Właśnie przeprowadza remont w niedawno kupionym mieszkaniu, który pochłonął całe jej oszczędności. I nie tylko. Rodziców też. A końca nie widać. Dwa duże pokoje, olbrzymia kuchnia i malutka łazienka. Super.
Po powrocie ze spożywczego otworzyłyśmy wino. Błąd. Murarz nam otworzył „swoim sposobem”, jako że nie miałyśmy korkociągu. I kieliszków też. A co tam! Kto powiedział, że nie możemy napić się z gwinta? Bridget Jones pewnie w ogóle by się nad tym nie zastanawiała. No, ale ona piła więcej niż my. Po godzinie Aśka wreszcie się przebrała, wino było dopite i mogłyśmy iść. Humor nam dopisywał, szykowała się niezła zabawa... Przecież dziś zaczyna się Jarmark! I jest koncert na Ołowiance! I jest lato! Ilość turystów w centrum sięgała apogeum! Język polski był jakby w mniejszości... Ledwo przecisnęłyśmy się do Długiej. Nie miałyśmy szans przedrzeć się normalną drogą. Musiałyśmy iść naokoło. Nawet nie mogłyśmy normalnie pogadać. Musiałyśmy się pilnować. Kiedy doszłyśmy do Żurawia – byłyśmy skonane i miałyśmy dość wszystkich koncertów świata. Tłum walił w jedną i w drugą stronę, tłum stał przy barierce... Jachty zasłaniały wszystko poza... reklamą Rafinerii. Ludzie głównie gadali, Halinkę było słychać tak jakoś słabo... No cóż! Nie ma to jak telewizor. We własnym domu! Wycofałyśmy się. Ponieważ musiałyśmy pogadać, zakotwiczyłyśmy się w knajpce przy Mariackiej. Aśka namawiała mnie: - - Idź do kibelka, no idź... Cóż było robić. Poszłam. Zobaczyłam. Wyszłam. - Zgapiłaś! Nawet te niebieskie fugi... Fajne! – oczywiście chodziło o kafelki, które Aśka właśnie kładła w nowej łazience. Zamówiłyśmy piwko. Komary żarły, jakbyśmy były ich jedynym daniem tego dnia... Jakby nie było turystów! - No to, kiedy się wprowadzasz? - Za jakieś dwa miesiące. Ale się cieszę! - No myślę, kiedy parapetówa? - Ha ha ha! Chyba, że zacznę już zbierać z karteczką: ”Zrobiłam remont w domu. Zbieram na imprezę.” - Szkoda, że nam się nie udało z tym koncertem. Tak miałam ochotę się pobawić, zaszaleć, jak kiedyś... - Jak kiedyś? - Ale dość o zjawach z przeszłości. Powiedz mi, co czytasz, a powiem ci, kim jesteś? – Zawsze byłam ciekawa, co czytają moi przyjaciele. Zawsze miałam nadzieję, że jeśli jest coś, czego jeszcze nie czytałam, to mi pożyczą... - Ostatnio miałam zbyt wiele czasu... Skończyłam wreszcie Marqueza... - No i? - Ciężki, ale da się przeczytać. A ty? Co czytasz? - W tej chwili zrobiłam sobie przerwę na „Anię z Zielonego Wzgórza”. Lubię się dowartościować po czymś takim jak „Pachnidło” Suskinda... - O perfumach doskonałych? - Tak, z dziewiczego ciała...brrr. Fajna książka. Ale nie mówiłam ci, że kilka tygodni temu odkryłam Paulo Cohelo? Zakochałam się! „Alchemik”, odtąd to moja biblia! - A byłaś w końcu na „Dzienniku...”? - Nie! Albo nie mam z kim albo nie mam kiedy! Mogłabym z Ulką, bo ona też by chciała, ale jakoś nie możemy się dogadać w sprawie terminu. W końcu albo pójdę sama albo obejrzę na video.
Część 22 / 2
Aśka jest zagorzałą wielbicielką kina. Oglądała wszystko, co wchodziło na ekrany. Moim skromnym zdaniem byłaby niezłym krytykiem. Jak coś jej się podobało, to wiadomo, że będzie to hit, nawet bez reklamy. A jak nie to i reklama nie pomogła...
- Wiesz, czytałam niedawno w jakiejś gazecie, że Collin Firth, ten, co grał Marka Darcy, grał też kiedyś w „Dumie i uprzedzeniu” pana Darcy...- kontynuowałam wątek - No i...? - I podobno autorka zażyczyła sobie, aby to on grał Marka... - No i...? - Nie pamiętasz? Bridget robi wywiad właśnie z Collinem Firthem... - Aaa...- dopiero teraz Aśka zrozumiała, do czego dążę – A właściwie to, co z tego? - Nic, tylko taka ciekawostka – na moje nieszczęście, ja żyję z bohaterami powieści, które czytam, Aśka po prostu czyta. Może, dlatego jest ode mnie praktyczniejsza i mądrzejsza! Ja ciągle zapominam, że w życiu nie ma happy endów. W głowie mi się nie mieści, że coś nie kończy się dobrze. Choć mnie się nie skończyło... ciągle mam nadzieję? Czyżby? - Przypomniało mi się – Aśka wyrwała mnie z zadumy nad mym losem – że niedawno w jakimś czasopiśmie ogłoszono konkurs na powieść współczesną. Pomyślałam o tobie. Lubisz przecież pisać i pewnie... - Znowu? Mam się znów rozczarować? Po co! Już dawno minęły te czasy, kiedy chciałam zostać drugą Judith Kranz, o Chmielewskiej nie wspomnę. Pomysł na pewno by się znalazł, ale... chyba mam dość porażek... - I kto to mówi? Ty? Nie zrezygnowałaś z optymizmu nawet wtedy, kiedy zostałaś sama! A teraz, w bardziej błahej sprawie się poddajesz? - Trudno oceniać, co, dla kogo jest błahe... - Chyba mnie nie kokietujesz? Wiem, że lubisz pisać, marzysz o pisaniu i z pewnością to się nie zmieniło. O co chodzi? - Widzisz, kiedyś... marzyłam...pisałam, bardziej dla siebie. - Ale nam podobały się twoje opowiadania! - To było dawno... I nieprawda... - Prawda, do tej pory mam egzemplarz naszej „Kroniki” z jednym z twoich opowiadań! - E tam, takie dziecinne pisanie. - A pamiętasz jak twoje opowiadanie nasza polonistka zakwalifikowała do ogólnopolskiego konkursu? - Mmm, tyle, że moja kariera skończyła się w sekretariacie... - Co? - Sekretarce nie chciało się przepisać mojego rękopisu na maszynie i nie wysłała... Jak skończyliśmy budę, tak niby mimochodem polonistka mi go oddała. Opowiedziała mi o wszystkim, trochę za późno. Gdybym wcześniej wiedziała, że nie ma kto go przepisać, dałabym mamie do pracy... A tak... - Ale nic straconego! – Aśka krzyknęła radośnie - możesz to nadrobić teraz. I twoja kariera powieściopisarki... - Przestań, proszę... - W domu dam ci namiary. A teraz może jeszcze po piwku? Popatrz jak super wyglądają te sztuczne ognie nad Motławą! - Zawsze są piękne...
II - Uff! Ale gorąco! Że też chce wam się smażyć w samochodzie w taki upał! – Ewa wysapała pomiędzy jednym łykiem zimnej wody a drugim. - Chce! To będą wspaniałe wakacje! – odpowiedziała radośnie Gośka pakując plecak. – Cudowne! Łap! – krzyknęła przez okno do Wojtka rzucając mu bagaże. Wojtek z Jarkiem sprawnie ładowali wszystko do saaba. Ostatnie buziaczki, życzenia miłej podróży. Wojtek z porozumiewawczym błyskiem w oku dał Ewie klucze. - No to się rządźcie... - Słucham? - No bawcie się dobrze – parsknął śmiechem, zrobił „pa, pa” i... wyskoczył przez okno. Po chwili z głośnym trąbieniem odjechali. Nastała krępująca cisza...zostali sami... Klakson za oknem trochę ich ożywił. Wojtek zapomniał aparatu fotograficznego. Ze śmiechem mu podali. „Pa, pa” - To, co robimy? - No...- Ewa trochę speszona i nieco zbita z tropu nie wiedziała, co powiedzieć. W końcu nie co dzień zostaje się sam na sam z przystojnym facetem poznanym zaledwie tydzień temu i to na... trzy tygodnie! Jak to możliwe? Jak mogła się zgodzić na to pilnowanie mieszkania? To upał! Tak, to upał rzucił jej się na mózg... - Czekałam na ten koncert Manaamu od dawna... - No tak, ale do koncertu zostało jeszcze kilka godzin. Idziemy do „Złotego Grosza”? - O.K. Poszli do knajpki nad Motławą. Na ulicach był tłok, choć nie było jeszcze siódmej. No tak! Rozpoczęcie Jarmarku. Przy piwie rozmowa wreszcie zaczęła się ożywiać. Obsługiwał ich Sebastian, który cały czas rzucał żartami. Ludzie byli radośni. Okazało się, że Adam zna niemal połowę gości. Co chwila ktoś się z nim witał. Albo on z kimś... W pewnym momencie zniknął bez uprzedzenia. Zanim jednak Ewa zaczęła się na dobre denerwować, zaszedł ją od tyłu i obsypał czerwonymi różami! A potem była już tylko radość, młodość i muzyka...I fajerwerki... - Wiesz, czuję jakbym cię znał sto lat, a nie dopiero tydzień – oboje leżeli na wersalce w mieszkaniu Gośki i Wojtka. Ubrani. Szczęśliwi. Zmęczeni. - Może to głupie, ale chcę mieć z tobą dzieci. Takie malutkie Ewunie... - Może to głupie, ale... może już się kiedyś znaliśmy? W innym życiu? I byliśmy razem. Jak mąż i żona. - Tak! I teraz znów będziemy. Zostaniesz moją żoną? Ewa roześmiała się. - Przecież już jestem. Od wieków. Na zawsze... Przytulili się i zasnęli. W końcu wszystko już było ustalone.
** Umówiłyśmy się w Empiku. Gośka była już w środku. Przeglądała książki. Normalka. Łączyła nas miłość do książek. I nie tylko. Razem 10 lat temu zaczytywałyśmy się w „Twoim Stylu”. Potem Gośka przerzuciła się na „Cosmo”. Ja pozostałam wierna. Jak zwykle. Mam teraz w piwnicy skład makulatury. Czuję się związana uczuciowo. Żal mi wyrzucić. To samo mam z książkami. I z ludźmi. Nie potrafię się z nimi rozstać. Niestety. Ale jeżeli chodzi o Gosię, to oprócz wspomnianej miłości do literatury łączy nas dziesięcioletnia znajomość, przyjaźń? Z czasów szkolnych. Razem chodziłyśmy na wagary. Po skończeniu szkoły znajomość zeszła do podziemia. Ona wróciła do męża i synka, a ja... No tak, wtedy był... I miał być ślub. Ale rozeszło się po kościach. Wtedy pracowałam w tej obrzydliwej firmie i z Gośką łączyła nas cieniutka nić prozy pisanej. Przez nas. Potem Wojtek się zatrudnił w mojej firmie i kontakt bliższy powrócił. - Buźka kochanie! – ukucnęłam obok Gosi. Chyba się zlękła. – Przepraszam, nie chciałam cię wystraszyć. - Cześć! Idziemy? Ja już obejrzałam, co chciałam, mogę iść. - Ja zawsze jak tu wpadnę to tracę poczucie rzeczywistości. Kiedyś weszłam tylko, żeby coś zobaczyć, a dopiero po 2,5 godz. „obudził” mnie telefon od mamy! - Zawsze znajdzie się „coś” ciekawego... - To, co, jak zwykle na Starówkę? - Sphinx? - Nie jestem głodna, ale... Ostatnio, kiedy byłam tu z Aśką, nie wpuścili nas! Nie było miejsc! - Cóż, spróbujmy. Ruszyłyśmy w stronę Starówki. Po drodze szybko i skrótowo zdałyśmy sobie relacje, „co się ostatnio wydarzyło”. Właśnie wracałam z wizyty u naszej wspólnej koleżanki Baśki, która niedawno urodziła synka. - Wiesz ten mały jest zupełnie podobny do Marka. I nawet tak samo łysy...- Pozwoliłam sobie na żartobliwą złośliwość. Bardzo lubię oboje, choć oczywiście Baśkę bardziej niż Marka. I wcale nie, dlatego, że on był facetem. Zdarzało mi się lubić facetów. Choć generalnie byli dla mnie rasą niższą... Roześmiałyśmy się. Niestety, większości naszych męskich rówieśników Matka Natura nie oszczędziła. Jedni łysieli, innym rosły brzuszki... My jednak nadal byłyśmy piękne i młode...
Jednak znalazłyśmy stolik. - Wiesz, najpierw wymieńmy się…