Przygoda · 6 min czytania
Tak to czasem bywa
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 1
Zdałam maturę. Z polskiego na 80%, z angielskiego na 95% i z historii na 60%. Nienajgorzej pomyślałam, kiedy zobaczyłam wyniki. Ale i tak nie wybierałam się na studia. Przynajmniej na razie. I tak praktycznie nie miałam szans, żeby dostać się na moje wymarzone aktorstwo. Ojciec się wściekł, kiedy powiedziałam mu, że wyjeżdżam na rok do Stanów pracować jako au pair. Mama była nawet zadowolona. Twierdziła, że podszkolę sobie język, poznam inna kulturę, itd. Miła kobieta w średnim wieku o niesamowicie jasnych oczach powiedziała, że mogę sobie wybrać stan, do którego chce pojechać. A potem dodała jeszcze, że gdybym chciała istnieje możliwość wyjechania na Hawaje, bo tam też są amerykańskie rodziny poszukujące opiekunek do dzieci. Nie zastanawiałam się długo. Hawaje były jak najbardziej ok. I tak to się zaczęło. Całkiem nowy rozdział w moim życiu.
Dowiedziałam się, że rodzina, do której pojadę ma jedno dziecko. Chłopca w wieku 2 lat. Jego matka to Hawajka, a ojciec Amerykanin. Ich nazwisko coś mi mówiło. Holloway. Ale za żadne skarby nie mogłam sobie przypomnieć skąd je znam.
Najpierw 4 dni szkolenia w Nowym Jorku, potem samolotem na lotnisko o egzotycznej nazwie Kona. Stamtąd odebrać miał mnie ojciec, albo matka dziecka. Od razu mieliśmy pojechać do ich domu w jakiejś małej, luksusowej miejscowości Waikoloa. Tak, ta pani w biurze powiedziała, że rodzina, do której trafię jest majętna. Spoko, pomyślałam tym lepiej. Ale z drugiej strony to mogą być bogate dupki, które będą mnie traktować jak śmiecia. Kobieta o jasnych oczach musiała chyba wyczytać obawę z mojej twarzy, bo uśmiechnęła się i zapewniła miękkim głosem, że na pewno polubię tę rodzinę. Coś tajemniczego było w tym wszystkim. Extra.
Szkolenie było ok. Poznałam kilka dziewczyn, które też miały pracować, jako Au pair. Jedna, która najbardziej przypadła mi do gustu była z Pakistanu i nazywała się Syliqa. Po angielsku mówiła dużo słabiej niż ja, co trochę dodawało mi odwagi. Chodź nie należę do osób, które boją się nowych sytuacji, zaczynałam odczuwać niepokój. W dzień wyjazdu nie mogłam nic przełknąć, ręce pociły mi się niemiłosiernie. Stałam oparta o umywalkę w łazience na lotnisku i patrzyłam się w lustro na swoje odbicie. Uspokój się – powtarzałam jak mantrę – wszystko będzie ok. Kochasz wyzwania. Moja jasna cera usiana piegami wydawała mi się tak nierealna, gdy na nią patrzyłam. Jakbym śniła. Przeczesałam swoje długie rude włosy grzebieniem, a rzęsy, które okalały zielone oczy pociągnęłam brązowym tuszem. Będzie dobrze. Wzięłam głęboki wdech i…