Opowiadania.pl · 3 min czytania
Tak umiera...
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 2
Jako dziecko brałem do ręki ołówek i nudziłem rodziców o nowe kartki do rysowania. Gryzmoliłem zawzięcie zamki, rycerzy, smoki...
Kiedy tylko nauczyłem się pisać - zacząłem tworzyć własne historie, choć były to właściwie historyjki od-twarzane i kompilowane przez dziecięcy umysł.
Jako nastolatek już nie tylko odtwarzałem zasłyszane - ale i tworzyłem nowe. Zaczynałem dziesiątki historyjek i nie dokańczałem ich, bazgrałem i bazgrałem, niszcząc (?) kilogramy i tony papieru... biedne wycinane lasy.
Po dwudziestce wyrobiłem sobie ładny charakter pisma, choć moja dłoń nigdy nie przywykla do subtelnego pióra. Pisałem długopisem.
Dotyk papieru w dłoniach, przepięknego tworzywa, delikatnego, ale i potrafiącego przeciąć palec krawędzią do krwi... Poplamione tuszem palce, końcówka długopisu w zębach, wzrok zapatrzony w czystą kartkę, którą mogłem zapełnić na tyle sposobów, co tylko przyjdzie do głowy, nie tylko rycerze i smoki...
Część 22 / 2
Studia wymusiły zakup komputera.
Niecierpiałem klawiatury. Powolnego niezgrabnego klepania w klawisze, programu idiotycznie wtrącającego się w to co piszę.
Praca wymusiła szybkie klepanie w klawiaturę, powoli magia pióra (długopisu - lecz pióro brzmi bardziej poetycko) i dotyk papieru zaniknęły, odeszły, umarły wraz z wprawą w "pisaniu" na komputerze.
Zacząłem tracić przestrzeń wyobraźni, radość i kontakt pisania, zamiast magii kreatywności pojawiło się otępienie, ból oczu i głowy od monitora i tych nieprzyjaznych promieniujących z niego…