Ustawienia czytania
Preferencje tekstuŹródło: ustawienia tej wizyty
Motyw

Psychologia · 7 min czytania

Tak umierała Kasandra

Bezpłatny fragment · pierwsze 50%

TAK UMIERAŁA KASANDRA Zbawiałam świat. Codziennie rano, przy myciu zębów, utrzymywałam ludzkość przy życiu. Moje pięć podskoków w przedpokoju pomagało topielcom zaczerpnąć powietrza, a kiedy dotykałam klamki po raz dwusetny pierwszy, karetki docierały na czas do zawałowców. Nie wiem, dlaczego akurat mnie wybrano na współczesnego Chrystusa, ale przejęcie Jego roli nie sprawiło mi problemów. Zamiast spodziewanego ciężaru, moja misja przynosiła mi poczucie spełnienia, a co więcej uspokajała myśli, pomagała znaleźć ukojenie i ciszę w świadomości, że już nic nikomu nie grozi. Problemy zaczynały się przy wieczornym oglądaniu wiadomości. Wypadek samochodowy, dwie ofiary, chociaż dotknęłam kranu lewą, prawą i jeszcze raz lewą ręką. Pożar, jedna ofiara, chociaż pół godziny poświęciłam na mycie jednej dłoni, a kolejne pół na mycie drugiej. Utopienia pomimo tych pięciu podskoków w przedpokoju. Zadręczałam się katastrofami - za wszystkie ofiary byłam odpowiedzialna. Moje codzienne rytuały miały służyć ich bezpieczeństwu, uchronić przed okrutnymi zakusami losu. Taką rolę powierzył mi Bóg, byłam Jego namiestnikiem na Ziemi, prawdziwszym niż papież, siedzący na złotym tronie w Watykanie, bo posiadającym rzeczywisty wpływ na losy żyjących. Rozliczne godziny spędzałam na rozmowach z Nim, próbując uzyskać odpowiedź, gdzie popełniam błędy i czemu kolejne owieczki uciekają z mojego stada. Wprost nigdy nie odpowiadał; sztuka rozmowy z Bogiem polega na odczytywaniu dyskretnych sygnałów, jakie wysyła. Niekiedy jest to lekkie mrugnięcie umierającej gwiazdy, innym razem coś bardziej prozaicznego – samolot przelatujący właśnie w tym konkretnym momencie, kobieta, która stukając obcasami, wybija skomplikowany kod na płytkach chodnikowych. Za każdym razem jednak doczekiwałam się odpowiedzi. Wystarczyło czekać i monotonnie powtarzać słowa „Ojcze nasz”, zawsze w takim samym tempie i rytmie, przechylając głowę na prawą stronę i koniuszkiem języka dotykając podniebienia. Odkryłam ten sposób już dawno; tylko tak mogłam sprawić, że Trójca Święta mnie słuchała i wyraźnie to sygnalizowała. Czasem, kiedy obserwowałam ludzi wracających z pobliskiego kościoła po wieczornej mszy, chciało mi się śmiać. Wszystkie ich modlitwy, prośby i żądania nie mogły doczekać się spełnienia, gdyż Bóg zwyczajnie ich nie słyszał. Tak prozaiczne rozwiązanie, jakim było przekrzywienie głowy na prawo i dotknięcie podniebienia czubkiem języka, nawet nie przeszło im przez myśl. Siedząc na parapecie, zaśmiewałam się do łez, chociaż oczywiście wcale tych swoich modlitw nie potrzebowali – bo mieli mnie. Chroniłam ich, leczyłam, a nawet dostarczałam jedzenie na rodzinne stoły, ba! pilnowałam, aby dzieci ciepło się ubierały – kto przy tym wszystkim potrzebowałby jeszcze Boga? Ale ich niesłyszane błagania, nie przeszkadzały mi. Nie pragnęłam sławy i zaszczytów, skupiałam się tylko i wyłącznie na mojej pracy, bo – pod pewnymi względami – mój dzień powszechny bardzo podobny był do dnia roboczego przeciętnego pracownika. Zaczynałam o 5:27, najpierw otwierając oko prawe, a potem lewe. Potem rozciągałam się, pozycję zmieniając dokładnie co dziesiątą sekundę. Z łóżka wychodziłam prawą nogą, zostawiając po sobie idealnie rozprasowaną kołdrę i

Postęp podglądu tylko w tej sesji · 0%
Tak umierała Kasandra — czytnik · opowiadania