Ustawienia czytania
Preferencje tekstuŹródło: ustawienia tej wizyty
Motyw

Inne · 14 min czytania

takie tango

Bezpłatny fragment · pierwsze 50%

Takie tango

A potem leżał skulony pod ścianą, w holu dworca kolejowego. Była jesień. Zakopane pogrążało się stopniowo w mgłach i dymach palonych liści. Szare niebo, padający deszcz oraz zalegające na chodnikach błoto powodowały, że ludzie i miasto sprawiały wrażenie jakby żywcem wyjętych z sennych wizji prozy Schulza. Nieokreślone, obce. Góry majaczyły gdzieś bezkonturowo, odległe i niedostępne. Ogromna masa milczącego granitu - Giewont - tonęła w chmurach. Miasto, latem i zimą tak pełne ludzi, tak tętniące pulsami przyjezdnych w wielobarwnych strojach stawało się teraz ciche, opustoszałe, zamarłe. Brązowordzawe liście walały się na jezdniach i chodnikach. Nieustająca mżawka wymiatała ludzi z Krupówek, zapędzała ich do ciepłych kawiarń i restauracji. Kolejka na Gubałówkę od dwóch tygodni była nieczynna. Powoli zaczęto myśleć, że zawsze jest tutaj właśnie tak.

A on leżał pod obskurną dworcową ścianą. Zwinięty, zmarzły, prawie bez czucia. Ci, co przyjeżdżali i ci, co odjeżdżali starali się tam nie patrzyć. Rzucali tylko błyskawiczne spojrzenia i odwracali głowy. „Jakiś żebrak”. Z megafonu zapowiadano kolejny pociąg. Ludzie wysypywali się na peron, turyści targali ogromne plecaki. Chłopak był młody, twarz miał zarośniętą, pobrudzone dżinsowe ubranie. Wokół unosił się zapach alkoholu. Przyszedł tu wczoraj; najpierw siedział na ławce, patrzył nieruchomo w ścianę, potem, gdy zrobiło się późno, położył się. Ale ktoś go stamtąd wyrzucił. Pamiętał tylko, że zrobił parę kroków i upadł. Nie był stąd. Przyjechał tu właściwie z daleka. Lubił Zakopane, lubił jego atmosferę, te stare domy, te piękne kościoły, ten stary tajemniczy cmentarz przy Kościeliskiej. I Tatry. Znał je dobrze, wielokrotnie przypatrywał im się długo z Gubałówki, wielokrotnie przemierzał ich szlaki. Bywał tu latem. Sam. Gdy wszystko się zieleniło i pachniało w słońcu, gdy miasto było wesołe, a góry stały otworem. Dlaczego teraz tu się znalazł? To wiedział. Bo tylko to miejsce było jedynym, w którym wcześniej znajdował spokój, w którym czuł się bezpiecznie, pośród łąk, grani, drewnianych schronisk - oddalony od wszelkich życiowych zawirowań. Spał. Czasem budził się na moment, potem zasypiał znów. I jakieś obrazy, jakieś myśli przelatywały mu przez głowę... Wierzył ludziom. Ufał im. Prawie zawsze miał dla nich czas, dla kolegów, koleżanek ze studiów. Dla innych też. Słuchał, pytał, był. I nawet gdy ktoś go skrzywdził, odkrywał wiele rzeczy na jego usprawiedliwienie. Bronił go w myślach. Nie godził się z takim obrazem drugiej osoby. Myślał, że każdy w końcu zrozumie swój błąd, był pewien, że w końcu wszystko się poukłada, wyjaśni. Jakakolwiek by zaistniała sytuacja. Tam, gdzie mieszkał, miał dosyć dużo znajomych. Rzadko im o sobie mówił. Nie lubił tego. Było parę osób, którym zaufał szczególnie. Przed nimi nie krył się ze swoimi planami, spostrzeżeniami, marzeniami. Oni też dzielili się z nim swoimi myślami. To była właśnie bliskość. Chłopak sądził, że wspiął się już na pewien poziom wyrozumiałości, który pozwoli mu spokojnie znosić wszystkie niepowodzenia, który pozwoli mu nie mieć do nikogo pretensji, nie odwracać się od ludzi. Wiedział, że w każdym jest dobro, i jeśli ktoś sprawia mu przykrość, znaczy to, że po prostu coś bardzo go gnębi. Wtedy wiedział, że nie ma po co się obrażać, uciekać od niego, ale wyjść do niego mimo wszystko. Pomagał wyjść z ciemności, dużo słuchał, dużo też sam mówił. Przynajmniej starał się tak robić. Zresztą tak mówił mu Bóg. Tylko że, nie wiadomo, dlaczego, jemu zdarzyło się to, co się zdarzyło. Najpierw była jedna osoba. Dziewczyna. I jakieś uczucie. Wszystko miało być pięknie, spokojnie - ale nie. Ona powiedziała, że to nie ona. Potem ktoś następny. Powiedział jej prawie wszystko, zaufał bardzo. To był szok, gdy rzekła mu nagle „Odwal się”- i poszła. Bardzo długo nie mógł tego pojąć. I było jeszcze paru innych ludzi. Koledzy, pseudoprzyjaciele - było dobrze do czasu. Ale gdy przychodził moment, gdy on potrzebował wsparcia, nikt nie miał chwili, wszyscy stawali się obcy. „Sorry, wyjeżdżam, sorry, mam naukę, sorry, nie chce mi się”. Nie rozumiał tego. I była jeszcze jedna dziewczyna. Pierwsza spełniona miłość jego życia. Zainwestowali w ten związek wiele. Przerozmawiali wspólnie tysiące godzin, przespacerowali wiele kilometrów, bywali w wielu miejscach razem, śmiali się i płakali, poznali swe rodziny, znajomych, rozmawiali o wspólnej przyszłości, wspólnym domu. Naprawdę się kochali. Tyle że po 3 latach ciągle pojawiały się jakieś głupie kłótnie, jakieś pretensje i niedomówienia. Okazało się, że mają trochę inne wizje życia. I stało się tak, jak to się czasem zdarza, co jest okrutnym paradoksem życia: kochali się mocno, ale nie potrafili być razem, kochali się mocno, ale nie potrafili się nie ranić. Ona to przerwała. Jednak zbyt nagle, zbyt okrutnie. Chłopak nie mógł się otrząsnąć. Czuł się jak człowiek pozostawiony nagle sam w ogromnym ciemnym lesie. Bardzo chciał móc wierzyć ludziom. Wcześniej starał się być otwarty, wiarygodny, dobry. Lubił ludzi bardzo. Wydawało mu się, że nawet ich kocha. Nie bał się ich wcale, myślał, że wreszcie znalazł przyjaciół, o których się myśli, na których słowa zwraca się uwagę, z którymi można o wszystkim pogadać. Ale nie. Okazało się, że nie. Ci ludzie w końcu zostawili go. Czasem nawet bez żadnego słowa. A on był przecież przekonany, że to właśnie słowa mogą wszystko załatwić, rozwiązać - jeśli cos było źle. Ale oni odeszli. Po prostu. Pytał o powody - czy to jego wina. Albo nie mówili nic, albo coś bardzo dziwnego, że to nie było tak, jak miało być. Zawiódł się mocno. Nie pojmował ich zachowania, przecież tyle z nimi gadał, tyle był, przecież było tak dobrze. A oni poszli. I nie chodziło nawet już tak bardzo, że te osoby wiele dla niego znaczyły. Chodziło o to, że przez takie zachowania tracił wiarę. Tracił wiarę w człowieka, którą zgromadził sobie dotychczas. Zaczynał się bać, zaczynał się szczelnie w sobie zamykać. Nie chciał tego. Naprawdę nie chciał przestać wierzyć ludziom, nie chciał od nich uciekać. Nie chciał godzić się z ich nieczułością.

Ale powoli, niepostrzeżenie - coś w nim się kurczyło. Powoli, ale konsekwentnie, zaczął obrastać w cynizm. Spostrzegł to z przerażeniem. Że staje się ironiczny, złośliwy, opryskliwy. Zaczyna unikać ludzi, nie umie już z nimi rozmawiać. Że przestaje im ufać. I tylko jedna myśl: wyjechać stąd. Jak najszybciej. Z tego miasta, od tych ludzi i miejsc. Żeby nie musieć już nigdzie dzwonić, odbierać telefonów, żeby nie spotkać znów kogoś, kto powie mu, że go lubi, a on już nie uwierzy. Wyjechać.

Znalazł się w Zakopanem. Tatry - miejsce, które łączyło się z dobrymi

Postęp podglądu tylko w tej sesji · 0%
takie tango — czytnik · opowiadania