fantastyka · 19 min czytania
Tam, gdzie istnieją czarne anioły
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 1
- Mamo, gdzie mam postawić tę ciężką walizkę!? – krzyknęła July do zamyślonej kobiety stojącej pod oknem. - Już idę kochanie. Postaw to na razie na biurku. Jesteś głodna? Zostały nam jeszcze kanapki z podróży. - Nie, dzięki. – odpowiedziała dziewczynka. Miała lat siedem, czarne włosy sięgające ramion, zielone oczy i drobną sylwetkę. Od zawsze była bardzo blada. Nigdy nie mogła się opalić. Do tego czasu chodziła do pierwszej klasy szkoły podstawowej w Salt Lake City, tam też mieszkała. Na początku z mamą i tatą, później jednak ojciec się od nich wyprowadził, z powodu, którego dziewczynka nie znała. Zresztą i tak ją to nie interesowało. Rodzice wzięli rozwód, dlatego też July wraz z mamą – Karen – przeprowadziły się do Meksyku, a raczej na jego obrzeża. Teraz właśnie wypakowywały swoje bagaże i urządzały pokoje. Ich nowy domek położony był na północ od miasta, w małej wiosce o nazwie Gerou. Krajobraz wokół posady nie był za ciekawy. Przeważały gleby i piaski, trawy zdarzały się rzadko. Praktycznie wcale nie było zieleni, za to dużo skał i innych kamieni. Karen i dziecku nie za bardzo się to podobało, ale na razie na nic innego nie było ich stać. Kiedy mama July przyjmie się do pracy w mieście wtedy przeprowadzą się do centrum, ale na razie nie było o tym mowy. Mieszkania w Meksyku były bardzo drogie. - Mogę iść się pobawić z dziećmi?- marudziła dziewczynka. - Przecież nie znasz ani terenu, ani żadnych dzieci. – powiedziała Karen(o ile w ogóle są tu jakieś, to miejsce wygląda na kompletne pustkowie, nie widziałam tu jeszcze śladów cywilizacji, nie licząc metalowego kosza na śmieci, stojącego przed budynkiem)-pomyślała. Z rozmyślań jednak wyrwało ją głośne i dobitne stukanie(walenie) do drzwi. - Kto tam? – zapytała i zajrzała przez judasz. Zobaczyła niską, starszą kobietę, całą ubraną na czarno. - Proszę mnie wpuścić, chciałam porozmawiać! – krzyknęła niemal staruszka. Karen otworzyła drzwi, a nieznajoma pani wparowała do domu. - Hej, a może trochę prywatności! – zdenerwowała się Karen. - Proszę, proszę, nowa , a już się rządzi. Ładnie to o tobie świadczy. - Przepraszam, jestem dzisiaj trochę nerwowa, wie pani rozwód, przeprowadzka. – tłumaczyła się. Nieproszona zmierzyła ją tylko nieprzyjaznym wzrokiem. - Rozwódka, taaak? Mhmhmh. - Coś ze mną nie tak? – zapytała zdziwiona Karen. - Nie, nie, absolutnie, wręcz przeciwnie, masz już doświadczenie w traceniu bliskich ci osób.... Chciałam porozmawiać, ale właściwie to już wszystko wiem. Do widzenia, a może raczej do zobaczenia wkrótce... Wyszła i trzasnęła drzwiami. - To było co najmniej podejrzane i tajemnicze. –powiedziała kobieta, po czym dalej rozpakowywała walizki. Zbliżał się wieczór, a one nie miały nic do jedzenia. W między czasie zjadły prowiant pozostały z podróży. Przydałoby się coś zjeść- myślała Karen. - July, co powiesz o małym wypadzie do jakiejś pobliskiej restauracji. Umieram z głodu. - Ja też! Tylko wezmę misia mamo. Na dworze już się zmierzchało, kiedy szły wąską dróżką, znajdującą się między obiema skałami. Jeszcze trochę i nie będzie nic widać, dlaczego do cholery nie postawią tu lamp – przeklinała w duchu kobieta. - Mówiłaś coś mamusiu? - Nie skarbie. Chodźmy trochę szybciej, jest już dość późno. Karen cały czas kierowała się małą mapką wioski, w końcu doszły do niewielkiej kawiarenki, w której oknach świeciło się. Widać, że jest dużo ludzi, słychać ich aż tutaj, mam nadzieje, ze w przeciwieństwie od tej nieprzyjemnej kobiety będą normalni. Nawet nie wiem jak się nazywała. – rozważała kobieta. W końcu doszły. Weszły do środka i nagle cały hałas i zgiełk ucichł. Panowała kompletna cisza, a wszystkie pary oczu skierowane były na matkę z dzieckiem. Karen poczuła się nieswojo i bardzo głupio. Popatrzyła na ich wszystkich i ze zdziwieniem stwierdziła, że wszyscy ubrani byli na czarno! Tego już było za wiele! Co to wszystko ma znaczyć?! – krzyknęła w sobie. Nadal się wpatrywali. Co też Ci ludzie w niej takiego widzą, może jest gdzieś brudna? – myślała. - Mamusiu, dlaczego oni się na nas tak gapią?! Boję się ich! – zawołała na cały głos July. Karen ściszyła głos: - Wystarczy „patrzą”, nie używaj brzydkich słow. Nie wiem dlaczego to robią. Może niedługo się dowiem, to ci powiem. - Obiecujesz! – zapiszczała mała. - Tak, i nie wrzeszcz tak. Co chcesz zjeść? Mają naleśniki, jajecznice i jakieś zupy. No, jest też ryba z surówkami i ciasto drożdżowe. - A ja chcę naleśniki! – zawołała dziewczynka. Kobieta odwróciła się w prawo, potem w lewo, ci ludzie nadal obserwowali ją i dziecko. Postanowiła nie zwracać na nich uwagi, chociaż to bardzo trudne. - Mamo! Chcę naleśniki!!! – upominała się July. - Na miłość Boska, ciszej! - Kiedy ty mnie wcale nie słuchasz. Do blatu podeszła barmanka. Była to wysoka kobieta przy kości z długimi czarnymi włosami, takimi jak ubranie. - Są naleśniki? – zapytała mama dziewczynki. - NIE. – stanowczo odpowiedziała kobieta. Karen aż podskoczyła ze strach na dźwięk jej głosu. Był strasznie gruby i głośny. - A jajecznica? - NIE. - To może zupa jest, może być pomidorowa. – zaproponowała kobieta. - Nie ma żadnej zupy. - A ryba? – z powątpieniem zapytała Karen. - Też nie ma! – prawie krzyknęła kobieta za ladą. - W takim razie co jest. - Frytki! - Niezbyt to dobre dla dziecka, ale niech będą. Po piętnastu minutach kelnerka przyniosła obiecane danie, które nie wyglądało zbyt apetycznie. Karen jednak przemilczała to i wraz z córką zaczęły jeść frytki. Kobieta nie mogła skupić się na wykonywanej czynności, gdyż wszyscy klienci baru w dalszym ciągu wpatrywali się w nią. Miała już tego po dziurki w nosie. Szarpnęła małą za rękę i w pośpiechu wyszła na zewnątrz. Nie zauważyła nawet jak córka zgubiła misia... Po powrocie do domu Karen długo nie mogła zasnąć, kiedy jej się to udało, było pół godziny po pierwszej. Następnego dnia kobieta zrobiła zakupy, tym razem pojechała do samego Meksyku, nie miała zamiaru ponownie spotkać się z nieżyczliwością mieszkańców wioski. Kupiła sporo produktów, żeby starczyło na dłużej jej i dziecku, wzięła również gazetę z ogłoszeniami pracy. Przecież nie można całe życie leniuchować. Dojeżdżając do wioski stwierdziła, że Meksyk to całkiem ładne miasto, w przeciwieństwie do Gerou. W końcu była w domu, przywitała ją July. Nie widziała jeszcze dzisiaj matki, ponieważ Karen wyjechała wtedy, gdy mała wciąż spała. - Mamo! Wczoraj w pośpiechu zgubiłam mojego ukochanego misia. Został chyba w tamtym barze. –smutno stwierdziła July. - Nie martw się, niedługo kupię ci nowego. – pocieszyła ją matka. - Kiedy tamten był od tatusia. - Więc nowy będzie od mamusi. - No doooobra. Idę pobawić się na zewnątrz. – oznajmiła - Czy nie powinnaś sformułować tego w formie pytania? NA przykład: Mamusiu chciałabym się pobawić na zewnątrz, mogę? Albo: Chciałabym wyjść, pozwolisz mi? July! July! Ach, rozumiem już cię nie ma. Jak zwykle mnie lekceważy, muszę zająć się jej wychowaniem. – powiedziała Karen sama do siebie, następnie zaczęła gotować obiad. W tym czasie mała July chodziła sobie wkoło domku, co jakiś czas oddalając się od niego. Weszła na małe wzniesienie, cały czas zrywając kwiatki dla mamy, gdy nagle w oddali zobaczyła niewielką budowlę, po krzyżu na samej górze stwierdziła, ze jest to kościół. Podeszła do niego bliżej. Wyglądał na stary i od dawna zapomniany. Praktycznie cały zarośnięty był zielskiem, a chwasty sięgały już niemal wysokości drzwi. Nie wyglądało to zbyt przyjaźnie, tym bardziej, że kościół zbudowany był z ciemnych, drewnianych desek. Po chwili dziewczynka usłyszała miauczenie małego kotka. Wydawało jej się, ze odgłosy dochodzą z wewnątrz budynku. Ciekawe jak ten kociak się tak dostał? A może go ktoś uwięził? Kotku, nie jest ci zimno?! – zapytała, mając nadzieję, że zwierzak jej odpowie. Ten jednak cały czas tylko niemiłosiernie miauczał. July ścisnęło się serce, pragnęła uratować kociaka, nie wiedziała jednak jak. Drzwi wyglądały na nie otwierane przez przynajmniej pół wieku, a okna znajdowały się zbyt wysoko. Mała obeszła kościół aż trzy razy, mając nadzieje, że znajdzie jakieś „tajne wejście”. Nic takiego się jednak nie stało. Zdruzgotana i trochę smutna July uderzyła ze złość z całej siły pięścią w jedną ze ścian rudery i ze zdziwieniem stwierdziła, ze jednak opłacało się jeść tę ohydną owsiankę, gdyż deska po siłą jej ręki po prostu wyłamała się. Dziecko poczuło się od razu lepiej i szybko weszło do środka. Nie zauważyło nawet, że „płacz” kotka całkowicie ucichł. W kościele panowały szarości, pewnie dlatego, że szyby okienne pokrywała gruba warstwa kurzu. Na środku pomieszczenia w trzech szeregach ustawione były ławki, mała miała wrażenie, że załamałyby się nawet pod ciężarem motyla. Obeszła całe wnętrze kościoła. Po lewej, jak i po prawej stronie znajdowały się dwa mniejsze przedsionki, na których ścianach wisiały przepiękne, stare obrazy i zardzewiały zegar, który na pewno już dawno się zatrzymał. Nagle za dziewczynką rozległ się dziwny hałas, podobny do trzepotu skrzydeł. July pomyślała, ze jej się przesłyszało, ale po chwili usłyszała taki sam dźwięk, jak za pierwszym razem. Troszkę się przeraziła. Po chwili odzyskała równowagę duchową, ponieważ pomyślała, że to ptak lub ptaki, aż tu niespodziewanie ktoś złapał ja lodowata ręką za ramię! Odwróciła się