psychologia · 10 min czytania
Tam gdzie kończy się horyzont 3
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 1
3.
Grudzień 2000 roku, Warszawa.
-Co jest u licha?! Wstawaj! – oficer drogówki Jerzy K. niezadowolony, że musi wysiadać z ciepłego radiowozu popchnął nogą leżące, zwinięte na ulicy ciało – wstawać! Jeżeli nie wstaniesz to ci pomożemy, a tego pewnie nie chcesz. Rusz się do cholery! Zimno jak diabli nie możesz tu leżeć. – dodał ciszej. -Jurek, pomóc ci? – krzyknął z radiowozu kolega policjanta, też na służbie, Krzysztof B. Obaj byli dobrymi kumplami, jeździli w drogówce od kilku lat. -No, chodź tu, ale nie otwieraj okna, bo się wyziębi! – odpowiedział mu Jerzy. Drugi policjant, opatulony po uszy wełnianym szalikiem, podszedł do leżącego ciała, nad którym stał przytupując z nogi na nogę, Jerzy. -Co jest, schlany następny? -Pewnie tak, ale nie można go tak zostawić, przecież mróz jak jasna cholera, jeszcze zamarznie i wtedy będziemy mieć szuję na sumieniu. -Szturchałeś? -No pewnie, że szturchałem, nie odpowiada, śpi czy coś, nie ma mowy trzeba będzie ścierwo z ulicy zabrać i na izbę zawieść. -A może już zamarzł, sprawdź no. -A co ja będę sprawdzał, może obrzygał się czy coś – obaj policjanci stali nad ciałem, które równie dobrze mogło w tym samym momencie zamarzać, nie wiedząc co mają zrobić. Żaden nie chciał brudzić rąk, ale nieoczekiwanie przyszła pomoc, właśnie chodnikiem nadchodziła grupa rozgadanych, pewnie podpitych młodych ludzi. -Studenci, świetnie. Krzysiek wylegitymuj ich, jak poczujesz wódę, to im się zleci przenieść tego tu do radiowozu. Kilka minut później trzech studentów, targało z ziemi lekkie, nieprzytomne ciało. -Panie władzo – przedrzeźniali policjantów studenci – coś ten wasz pijak nie bardzo waży, a może to tylko kupa ciuchów? Młodzi ludzie, rzucili nieprzytomnego na tył radiowozu, otrzepali ręce i odeszli w swoją stronę, nadal śmiejąc się i śpiewając. -No to połowę kłopotu mamy z głowy, teraz trzeba będzie go zawieść na izbę. Tylko czego on się nie rusza. – zaniepokoił się Jerzy. -Zobaczysz w samochodzie zrobi się ciepło to i temu się język rozgrzeje. Jedźmy bo zimno jak cholera, jest pewnie z dwadzieścia na minusie. -Żebyś wiedział, jeżeli nie więcej. Policjanci wsiedli do samochodu, natychmiast odjechali, kierując się do najbliższej izby wytrzeźwień. Po drodze postanowili zatrzymać się przy Drive thru w McDonaldsie, na herbatę. Czuli, że stojąc na chodniku przemarzli do samych kości. -Mamy dla was nowego, leżał na chodniku, zgarnęliśmy go, tylko jakoś się nie rusza – przy drzwiach Jerzy K. zameldował stróżującemu przy okienku mężczyźnie, po jego napuchniętej twarzy było widać, że właśnie przerwano mu drzemkę. -Jak się nie rusza to może trup, z trupami panie władzo to nie do nas a do kostnicy. -Proszę nie żartować, mamy dla was klienta i macie się nim zająć. -A jak jest trup?! – nalegał stróż. -Żaden trup, człowiek, schlał się i jest nieprzytomny, trup to on będzie jak się mu nie pomoże! – zakończył ostro policjant. Mrucząc coś pod nosem mężczyzna, może około sześćdziesiątki, zwlókł się do drzwi wejściowych, przekręcił klucz i otworzył je. -Gdzie go macie? -W radiowozie – odpowiedział Jerzy. -To trzeba go będzie przenieść... -Chyba tak! – policjant zaczął powoli się denerwować, nieporadność i jawne lenistwo stróża zaczęły go drażnić. Nie tylko, że było zimno, ale też, że musiał się męczyć z tym pijanym cielskiem na tylnym siedzeniu. -Hej chłopaki, chodźta tu, nowy klient zajechał! – zawołał do wnętrza budynku mężczyzna. W drzwiach ukazali się ubrani w białe fartuchy, z rękawicami gumowymi na rękach dwaj młodzi, może dwudziesto paroletni studenci pewnie, jak pomyślał Jerzy. Jeden był brunetem drugi szatynem, krótko obcięci, wyraźnie również wyrwani z nocnej drzemki, zajęli się natychmiast wskazanym przez policjanta ciałem. Sprawnie podnieśli zakapturzoną postać z tylnego siedzenia radiowozu, chwycili jeden z prawej drugi z lewej i tak wlekącego po ziemi nogami zaciągnęli do wnętrza budynku. Wszędzie świeciły jasne jarzeniówki, ściany pomalowane były do połowy zieloną emalią, a od połowy do sufitu były starannie wybiałkowane, podłogi wyłożone nieokreślonym gumolitem, który teraz przetarty w niektórych miejscach, kiedyś mógł być imitacją drewnianego parkietu. Złożono lekką postać nieprzytomnego na metalowym łóżku, jeden z młodych ludzi, Paweł, który był studentem medycyny, dorabiającym po nocach w izbie, zabrał się do rozbierania pijaka. Po chwili podniósł wzrok na policjanta, który wszedł właśnie do pokoju. -Proszę zostać jeszcze przez chwilę, musimy się upewnić, że nadal żyje.. -I tak muszę spisać protokół – dodał od niechcenia Jerzy, nie mogło być lepiej, jak nic połowę służby spędzi w tym śmierdzącym…