Inne · 15 min czytania
Tam gdzie tkwi diabeł
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 1
TAM GDZIE TKWI DIABEŁ
„ Prosiaczek wspiął się na paluszkach i szepnął: - Tygrysku? - Co Prosiaczku? - Nic – odparł Prosiaczek biorąc Tygryska za rękę. – Chciałem się tylko upewnić, że jesteś.”
Damian zamknął książkę. Spojrzał spod oka na syna. Chłopiec siedział bez ruchu opatulony kolorową kołderką. Obleczona była poszewką pokrytą wizerunkami Kubusia Puchatka i jego przyjaciół. Malec uwielbiał ich przygody. Czasami mężczyzna zastanawiał się, czy to nie nazbyt poważna lektura dla dziecka w jego wieku. Czy na pewno rozumie przesłanie ukryte w przygodach gamoniowatych bohaterów? Zawsze po chwili się uspokajał. Dawid był bystrym dzieciakiem, a nawet gdyby nie wszystko pojmował, to nieważne. Dobrze się bawił, a reszta przyjdzie w przyszłości. - Tato, zostaniesz dłużej? - Wiesz, że nie mogę. - Wiem, ale Prosiaczek zawsze pytał się dwa razy o to samo. - Nie jesteś Prosiaczkiem, jesteś moim słoiczkiem miodu. Dawid zaśmiał się radośnie. Ten dźwięk był prawdziwym miodem opływającym serce Damiana. - Czas już spać. - Poczekasz, aż zasnę? - Oczywiście. Jak zawsze. Chłopiec odwrócił się do ściany. Naciągnął barwną kołderkę po same uszy. Damian czekał na moment, gdy ta zacznie się miarowo poruszać w rytm oddechu malca. Nie trwało to długo. Dzieciak jeszcze tylko raz się odwrócił, spojrzał na ojca zamglonymi już przez Morfeusza oczami. Uspokojony zamruczał coś niezrozumiałego pod nosem i przytuliwszy do siebie z całych sił pluszowego misia zasnął. Damian uśmiechnął się. Malec posapywał lekko, rozkopał kołderkę Mężczyzna rozejrzał się. Chciał odłożyć gdzieś książkę. W zasięgu jego rąk nie było żadnej szafki, albo półki. Skrzywił się. Był perfekcjonistą. W jego życiu każda rzecz musiała mieć swoje miejsce, a każda myśl powód swego powstania. Chwilami podejrzewał, że jest ofiarą jakiejś nerwicy natręctw. Zniecierpliwiony wzruszył ramionami. Położył tomik na podłodze. Przykrył skulone ciało synka. Wpatrywał się w niego tak intensywnie, jakby już nigdy nie miał go zobaczyć. Co prawda nie spodziewał się żeby miało być, aż tak źle, ale nie miał pojęcia co będzie dalej. Rozwód był przesądzony, a Laura nie miała zamiaru ułatwiać mu życia. Niestety dziecko stało się jedną z kart przetargowych w ich nieudanym związku. Jego życie się rozsypywało. Rozpadało się przez szczegóły. Przez wydawałoby się nic nie znaczące, prawnicze kruczki tracił majątek, a przez drobne nieostrożności żonę. Ona zresztą tylko na nie czekała. Była nieczułą i wyrafinowaną zołzą pozbawioną odrobiny ciepła i empatii. No, ale o tym przekonał się zbyt późno. Uśmiechnął się do siebie na myśl, jak bardzo rozczaruje ją efekt podziału majątku Damian podniósł się odchodząc od łóżeczka syna. Pochylił się, by podnieść książkę. Zamarł w pół ruchu. Usłyszał stłumione stuknięcie. Zabrzmiało jak odgłos delikatnie przymykanych drzwi. Nasłuchiwał jeszcze przez chwilę, ale nic już nie usłyszał. Wzruszył ramionami. Spojrzał jeszcze na syna i ruszył w kierunku wyjścia z pokoju. Nie gasił małej, mżącej delikatnym blaskiem lampki. Podrapał się po głowie. Miał wrażenie, że o czymś zapomniał. O jakimś drobiazgu… Po chwili zapomniał o swoich rozterkach. Z głębi ciemnego korytarza dobiegł go nowy odgłos. Tym razem było to ciche popiskiwanie. Regularne i jednostajne w natężeniu. Lodówka? Mikrofalówka? Nie. Kuchnia była daleko, w innej części domu. Może system alarmowy? Niedawno go zainstalował, nie miał pojęcia jak działał, a ciągle wydobywały się z niego jakieś dźwięki. Ostatnio w okolicy często zdarzały się włamania. Miejscowy konstabl nalegał na założenie alarmu. Damian posłuchał dobrej rady. Dom i jego zawartość już niedługo mogły być jedynym, co mu zostało. Wyszedł z pokoju dziecka. Natarczywy dźwięk dobiegał gdzieś z góry. Był niezbyt głośny, ale natrętny, niczym brzęczenie komara nad głową w bezsenną, upalną noc. Przez chwilę się wahał. Nie wiedział, czy Laura była w domu. Jeśli tak, być może odgłosy dochodziły z jej pokojów. Odkąd się rozstali zajmowała całe piętro posiadłości. Ich nieliczne spotkania kończyły się niezbyt pogodnie. To było bardzo subtelne określenie ich wzajemnych stosunków. Tak naprawdę byli bliscy podgryzienia sobie gardeł. Mimo wszystko postanowił odnaleźć źródło niepokoju. Powoli zaczął się wspinać po schodach. Czujniki ruchu zapalały kolejne lampy. Stylizowane na renesansowe świeczniki nie dawały wiele światła. Ich blask dodatkowo tłumiły mahoniowe i palisandrowe płyty boazerii. Przodkowie Damiana lubowali się widać w półmrokach. On nie bardzo. Ruszył w górę. Mimo pokrycia stopni antypoślizgową wykładziną niektóre trzeszczały alarmująco. No cóż, wieki potrafią pokonać nawet najlepsze drewno. Dotarł na podest półpiętra. Jak zwykle rozejrzał się wokół. To był kolejny nękający go przymus, coś nie do końca zależnego od jego woli. Miał wiele takich przyzwyczajeń. Były wśród nich niezbyt przyjemne wspomnienia z dzieciństwa. Ze ścian spoglądały na niego twarze przodków. Któryś z jego antenatów postanowił stworzyć tu ich galerię. To nie był najszczęśliwszy pomysł, Damian nie znosił tego miejsca. W półmroku majaczyły sztywno upozowane sylwetki; pozbawione nawet śladu uśmiechu twarze patrzyły na swego potomka z wyraźnym, acz nie do końca zrozumiałym potępieniem. Sine i pozbawione życia oblicza wyglądały jak brzuchy gnijących ryb. Wydawało mu się, że spoglądają na niego z pogardą. No dobrze: z politowaniem. Może i mieli rację; im się udawało. Niejednokrotnie z powodzeniem walczyli o zachowanie rodowego majątku i zdecydowanie bardziej udanie kryli swe romanse. W pewnym sensie ich zawiódł. Wzdrygnął się owiany zimnym podmuchem; jakby ktoś otwierając któreś z drzwi spowodował przeciąg. Bzdura. To tylko to odrażające miejsce. Gdy był mały starał się jak najszybciej przebiegać ten fragment domu. Wiedział, że Dawid też nie lubił tu przebywać. Nagle wydało mu się, że zarejestrował nikły ruch. Coś przemknęło na samej granicy widzenia. Coś białego, mglistego. Mężczyzna odwrócił się gwałtownie, niemal wstrzymał oddech.
Wpatrywał się w ciemność tak długo, aż wyschły mu spojówki. Biała Dama? Zachichotał trochę histerycznie. Dom pamiętał czasy elżbietańskie, ale nigdy nie słyszał o miejscowych zjawach. Wydawało się, że akurat pod tym względem był dość nietypowym w okolicy. Wrzosowiska, zamglone wzgórza i moczary…, a tu nic. Na turystów nie było co liczyć. Z tej strony nie można było liczyć na podreperowanie budżetu. Szkoda. Damian pomyślał, że chwilami wolałby mieć do czynienia z upiorami, niż realnymi istotami z krwi i kości. Jeszcze raz popatrzył w ciemność schodów. Zawrócił. To musiała być ona. Naprawdę nie miał ochoty na spotkanie z Laurą. Skierował się w kierunku holu. Doszedł do panelu instalacji alarmowej. Zielona dioda mrugała w jednostajnie uspokajającym rytmie. To jednak nie był system. Przez dłuższą chwilę wpatrywał się w mrok. Nasłuchiwał. Dochodziły go tylko normalne odgłosy starego domu. Pracujące drewno boazerii i podłóg, stukanie niedomkniętych okiennic, tykanie niezliczonych zegarów odmierzających z typową dla siebie beznamiętnością czas. Zadrapało go w gardle. Spróbował odchrząknąć. Nie pomogło. Zaniósł się za gwałtownym, spazmatycznym kaszlem. Dłuższą chwilę łapał powietrze. Nadal czuł ucisk w krtani. Tak jakby połknął piłeczkę. Psiakrew. Gdzieś usłyszał, że to objaw raka. Nie zdziwiłby się. Palił jak smok. Gorzej, że czasami i w nosie czuł dziwny ucisk. Starość ? Zgiął go kolejny napad…