Ustawienia czytania
Preferencje tekstuŹródło: ustawienia tej wizyty
Motyw

Psychologia · 26 min czytania

TANGO

Bezpłatny fragment · pierwsze 50%

Pikantne opowiadanie o miłosnych igraszkach... napiszę innym razem. To oczywiście tylko tani chwyt marketingowy, żebyś tu zajrzał(a). Chamski i prymitywny, a jaki ma być? W końcu facet jest autorem... Mam nadzieję, że się nie obraziłeś (nie, no facet rozumie takie zagrania) lub nie obraziłaś (jeśli jesteś istotą bardziej subtelną).

A skoro już tu jesteś... cóż... Mam dla ciebie pewną historię... Co ci szkodzi przeczytać?

Pozałatwiałem wszystkie swoje sprawy. No, może oprócz jednej. I właśnie teraz jadę ją załatwić. Jadę zobaczyć się z Alicją i powiedzieć jej, a właściwie poprosić ją... Ale o tym może później. Aha, szkoda, że nie możecie tego zobaczyć - jadę moją nową wiśniową Toyotą 4 Runner. Alicji się spodoba. Zawsze podobały się jej wozy terenowe. Zresztą mnie też. Podobały nam się rzeczy podobne. Jesteśmy podobni do siebie w tym co nam się podoba. Kiedyś sobie pomyślałem, że te nasze podobania, to nie jakieś tam dwa różne podobania, ale jedno wspólne podobanie. I spodobało mi się to stwierdzenie. Właściwie to ja wolałbym mieć Jeepa Grand Cherokee, ale akurat nie było żadnego na sprzedaż, a w salonie niedaleko centrum znalazłem tę Toyotę. Ma dopiero trzy lata i jest w bardzo dobrym stanie. Być może mógłbym jeszcze poszukać, ale bardzo mi się spieszyło, żeby zacząć nowe życie. A zawsze sobie wyobrażałem, że zacznę je od kupienia sobie porządnego terenowego samochodu... co właśnie wczoraj uczyniłem. Oszczędzę wam szczegółowych opisów mojej nowej zabawki, bo pewnie was to nie interesuje. Wszystko pokażę i wytłumaczę Alicji. Jej na pewno się spodoba.

Co to właściwie znaczy, że wszystko pozałatwiałem? No wiecie, rozwiodłem się, zgarnąłem kupę szmalu za załatwienie dużego kontraktu. Co ja mówię? To był olbrzymi kontrakt! Kosmiczny. Gdybym nie był w takim nastroju jak ostatnio często bywam, to w życiu bym się za to nie brał. Zrobiłem to z dużym rozmachem i udało się. Miałem z tego tylko półtora procenta ale i tak zarobiłem przez dwa tygodnie więcej niż zarabiałem dotąd przez rok. Choć tak naprawdę nigdy nie zarabiałem mało. Z tym kontraktem, to było tak... Albo nie, to w końcu zupełnie inna historia. Zwłaszcza, że pracę też rzuciłem. Zaplanowałem sobie co najmniej trzymiesięczne wakacje... z Alicją. Zabieram ją ze sobą do mojej ukochanej Norwegii.

To moje „rozwiodłem się” może zabrzmiało tak, jakby to nie było nic ważnego. Otóż było. Było bardzo ważne, bardzo trudne i bardzo... nie chcę o tym mówić...

[...]

Przypomniałem sobie jak spędziłem kilka wieczorów na układaniu pasjansów. Zakochałem się w Alicji jak dzieciak. Siedziałem wieczorem na dywanie i stawiałem sobie pasjansa. Przetasowałem karty i zadałem pytanie: czy będziemy ze sobą: ja i Alicja? Rozłożyłem karty i po paru minutach... pasjans nie wyszedł. - Dobra, więc zmieniam zasady. Jeżeli wyjdą dwa na trzy to będziemy kiedyś ze sobą... Nie wyszedł. - Jeżeli wyciągnę kiera, to mogę spróbować jeszcze raz. Wyciągnąłem szóstkę karo. - Jeżeli wyciągnę kiera, to mogę spróbować jeszcze raz, jeśli wyciągnę karo, to mogę jeszcze raz spróbować wyciągnąć kiera...

[...]

Jakieś trzy miesiące temu pogadałem sobie z łabędziem. Być może to brzmi głupio, ale tak właśnie było. I mam wrażenie, że ta rozmowa bardzo dużo mi dała. Otóż któregoś dnia spacerowałem po plaży. Pogoda była wyjątkowo ponura. Niebo pokrywały ciężkie ciemne chmury. Nie padało, ale wyglądało, jakby zaraz miało zacząć. Wiał zimny wiatr. Chłód przenikał pod kurtkę. Wcisnąłem ręce głęboko w kieszenie. Chodziłem bez celu. Zastanawiałem się nad swoim sypiącym się małżeństwem, tęskniłem do Alicji, bardzo tęskniłem do Alicji, tęskniłem... słowem nie robiłem nic pożytecznego, tylko rozczulałem się nad sobą. Miałem też do siebie dużo żalu, że jestem taką dupą wołową i nie potrafię podjąć żadnej konkretnej decyzji. Napisałem wiersz. Napisałem go patykiem na mokrym piasku nad samym brzegiem morza. Pisałem litery jedna za drugą. Każda na prawie metr wysoka. Cały wiersz miał ze sto metrów długości. Potem wróciłem i spisałem go długopisem na dłoni. Nie miałem na czym zapisać. Szedłem wzdłuż brzegu. Wiele liter było już zmazanych przez łagodnie zalewające brzeg fale. A wiersz był taki:

{i}Czekam na coś Nie mam pojęcia co to mogłoby być Cokolwiek Jakakolwiek odpowiedź na wykrzyczane moje wyznanie Wykrzyczane piórem na kartkę papieru I schowane w szufladzie Skrzętnie

Może...

Pocieszam się Że być może Jesteś mądra smutną mądrością Pogodzona smutnym pogodzeniem

Nie zrobisz nic Żeby nie zrobić nic złego

Jakoś mnie to wcale nie pociesza...{/i}

I wtedy przyczepił się do mnie łabędź. Podlazł blisko i głośno skrzeczał. Machał skrzydłami i kołysał swoim głupim łabędzim łebkiem w lewo i w prawo. Przyszło mi do głowy, że po prostu domaga się czegoś do jedzenia. Zawołałem dwóch małych chłopców, którzy nad brzegiem grzebali w muszelkach wyrzuconych przez morze. - Słuchajcie, macie ochotę na ciastka? - ? - Chcę nakarmić łabędzia. Pobiegnijcie do piekarni na rogu i kupcie mi bochenek chleba - dałem im trochę drobnych - a za resztę kupcie sobie jakieś ciastka. - Proszę pana, mama mi nie pozwala jeść słodyczy. - Mały tłusty blondynek w okularach pewnie zawsze słuchał swojej mamy. - Mogę sobie kupić gumę? - Jasne. No, biegnijcie już. Pobiegli. Mój kumpel łabędź przestępował z łapy na łapę i przyglądał mi się z zaciekawieniem. Raz jednym okiem, raz drugim. Powoli wyciągnąłem rękę w jego stronę. Cofnął się i zaczął groźnie syczeć. - Dobra, nie będę się zbliżał, jeżeli nie chcesz. Przyglądaliśmy się sobie bacznie przez chwilę. - Bo widzisz stary, mam problem. Właściwie się nie znamy i być może nie powinienem ci mówić takich rzeczy, ale muszę z kimś pogadać. Łabędź pochylił łebek w lewo, jakby był zaciekawiony. - Widzisz, zakochałem się... A jestem żonaty i mam małą córeczkę. Tak więc... jest to dla mnie pewien problem. Łabędź przechylił łebek w drugą stronę. - Widzisz, bo... nie jest nam z żoną dobrze... jest nam źle... koszmarnie. W ogóle do siebie nie pasujemy. Wiesz jak to jest - patrzymy w dwie różne strony. Ciężko mi to inaczej wytłumaczyć. Dam ci przykład. Kiedyś byłem z grupą przyjaciół na biwaku. Mieszkaliśmy w lesie. Myliśmy się w jeziorze, sami sobie gotowaliśmy i takie tam. Żadnej cywilizacji. I była tam jedna dziewczyna. Kiedyś w nocy przyszła do mnie i... Łabędź jakby się zainteresował. - Nie, nic z tych rzeczy... Zapytała, czy mam ochotę na truskawki. I popłynęliśmy w nocy na drugą stronę jeziora, jakieś pół kilometra, po ciemku... Zimno jak cholera. Najedliśmy się truskawek, bo po drugiej stronie było pole truskawek... i wróciliśmy. Nie było w tym nic nawet troszeczkę erotycznego, ale to było niesamowite. Wszyscy spali, a my zrobiliśmy coś głupiego, zupełnie bez sensu, coś szalonego. Patrzyliśmy w tę samą stronę. A moja żona... ... Wiesz, pojechaliśmy po ślubie do Norwegii. Do Oslo. Jechaliśmy przez całą Szwecję samochodem i pokazywałem jej różne fajne rzeczy. No wiesz, wiatraki, malownicze zajazdy. Gdy jej coś pokazałem ona odrywała na chwilę oczy od lektury. Wyobrażasz sobie - pojechaliśmy w podróż poślubną, a ona całą drogę czytała jakieś kobiece czasopisma! No więc odrywała się na chwile od czytania i niewidzącymi oczami rozglądała się dookoła. Faktycznie ładne, rzucała i wracała do lektury. Nie jestem pewien, czy chociaż wiedziała, co jej pokazuję. W końcu dałem spokój. ... No i w Oslo... jest taka wysoka góra - Holmenkollen, a na niej skocznia narciarska. Jest stamtąd niesamowity widok. Widać kilkanaście kilometrów w każdą stronę. Oczywiście, gdy jest ładna pogoda... - Proszę pana, przynieśliśmy panu chleb - podziękowałem dzieciakom (tłusty blondynek trzymał w ręku paczkę gum), odłamałem spory kawałek chleba i krusząc rzucałem łabędziowi. Wyglądał na bardzo zadowolonego. Łapał w powietrzu rzucone przeze mnie kawałki i połykał łapczywie. - O czym to opowiadałem? Aha, i namawiałem moją żonę żebyśmy pojechali tam w nocy. To jest dopiero niesamowity widok! Widać całe miasto. Neony w centrum. Światełka z okien malutkich domków, których tysiące rozsiane były naokoło. Było widać fiordy i dziesiątki światełek na jachtach i całe bukiety światełek na większych statkach. Nie mogłem się napatrzeć, gdy widziałem to pierwszy raz, dwa lata wcześniej. No i pojechaliśmy tam któregoś dnia. Musiałem namawiać ją chyba z tydzień, bo to przecież głupota jeździć gdzieś po nocy... Ale w końcu pojechaliśmy. Pokazałem jej te wszystkie cuda i wiesz, co zrobiła? Powiedziała, że faktycznie ładne i że jest bardzo zimno i czy nie moglibyśmy już wrócić. Powiedziała to jednym tchem. Rozumiesz? To właśnie dla mnie znaczy patrzyć w dwie różne strony. Mam o to do niej dużo żalu. Chociaż wiem, że to nie jej wina. Ona po prostu taka jest. I nie uważam, żeby była przez to jakaś gorsza. Jesteśmy po prostu zupełnie inni. Wiem też, że ten żal do niej to trochę żal do samego siebie. O to, że czuję się teraz bezradny i nie wiem co zrobić. Złości mnie w niej wszystko...

Łabędź tym czasem zeżarł cały chleb i teraz dziobem gmerał sobie w piórach pod skrzydłem. - No i poznałem Alicję... To było jakiś rok temu. Znajomy wyjeżdżał na dwa lata do Holandii i zrobił pożegnalna imprezę. Zaprosił wielu przyjaciół. Czułem się trochę obco, bo znałem tylko kilka osób. Żona została w domu, bo nasza córeczka zachorowała. Też chciałem zostać w domu, ale ona uparła się żebym poszedł, więc poszedłem, chociaż bez przekonania. To było jakoś tak w końcu listopada. Było już cholernie zimno, choć pierwszy śnieg jeszcze nie spadł. Siedzieliśmy w sporej grupie i rozmawialiśmy o różnych pierdołach. Ktoś wspomniał o Bożym Narodzeniu. Każdy po kolei opowiadał o tym, jak chciałby spędzić wigilię i święta. Takie tam pierdzielenie o kolędach, świątecznym żarciu i rodzinnej atmosferze. Ja nie cierpiałem świąt. Zawsze starałem się po prostu je przeczekać... Moja żona pozostała córeczką swoich rodziców i spędzaliśmy święta u nich. Nie znosiłem tego. W pierwsze święta po ślubie chciałem, żeby było cudownie. Marzyłem, że zostaniemy w domu. Zjemy kolację, napijemy się wina, będziemy się kochać i gadać do rana. Moja żona wzięła to za jakieś chore podejście do świąt, przecież Boże Narodzenie to święta rodzinne... Miała na myśli swoją rodzinę, a nie mnie... Tak sobie myślałem i wtedy odezwała się Alicja. Wcześniej nie zwróciłem na nią uwagi. Dopiero kiedy się odezwała. Miała ciepły miękki głos i ciepłe spojrzenie szaro-błękitnych oczu. Odgarnęła niesforny kosmyk ciemnych, prawie czarnych włosów i powiedziała : - Ja chciałabym spędzić święta z kimś kto mnie kocha. Chciałabym gdzieś wyjechać. Mogłaby być górska chata z kominkiem. Pilibyśmy wino, opowiadali sobie głupstwa, kochali się, albo po prostu siedzielibyśmy przytuleni i cieszyli się z tego, że jesteśmy razem. Ale to nie jest takie ważne, ta chata i wino. Najważniejsze, żeby spędzić je z kimś, kto mnie kocha... Spuściła oczy jakby zawstydzona tym, co powiedziała. Ludzie popatrzyli na nią jakoś tak z politowaniem, jak na niegroźnego dziwaka. Słuchając tego musiałem mieć jedną z moich najgłupszych min. Przez większość wieczoru patrzyłem na nią ukradkiem. Była taka... naturalna. Wszystko było takie prawdziwe, nie zagrane. Nie przejmowała się tym, że inni dziwnie na nią patrzyli. Była niesamowita. Potem zaczęliśmy rozmawiać. O literaturze, kinie, muzyce. Potem o wychowaniu dzieci, kobietach, kobietach i mężczyznach, o tym jak było kiedy byliśmy dziećmi, Kim chcieliśmy wtedy zostać i czego się baliśmy. Opowiedzieliśmy sobie trochę o sobie. Była po rozwodzie. Pracowała jako nauczycielka hiszpańskiego i pisywała recenzje filmowe do jednego z czasopism oraz eseje o życiu do innego . Gdy dowiedziała się, że jestem żonaty jakby spięła się i zaczęła mnie traktować z większym dystansem. Opowiedziałem jej o mojej córeczce - jaka jest cudowna i jak bardzo ją kocham. Pogadaliśmy jeszcze trochę. Odwiozłem ją do domu. Powiedzieliśmy sobie cześć. Odeszła kawałek. Odwróciła się. Podeszła do samochodu. Opuściłem okno, a ona zawahała się przez chwilę i powiedziała: - Wiesz, gdybym była twoją żoną, to nie spodobałoby mi się, że mówisz kobiecie, którą dopiero poznałeś, że bardzo kochasz swoją córeczkę... a nie mówisz, że kochasz żonę... To zabrzmiało tak, jakbyś jej nie kochał... trzymaj się. Miło było pogadać z kimś... normalnym. To rzadkość. I odeszła... Tak, mnie też by to się nie spodobało, gdybym był swoją żoną, pomyślałem patrząc jak odchodzi. Spotkaliśmy się przypadkiem kilka razy. Mieliśmy przecież wspólnych znajomych. Kilka razy rozmawialiśmy. Kilka razy czułem się świetnie w jej towarzystwie. I kilka razy miałem wrażenie, że ona czuje się świetnie w moim. Nigdy nie pozwoliła, by coś się stało, co mogłoby nas zbliżyć. Miałem jednak duże poczucie winy za każdym razem, gdy się z nią widziałem. Chyba już wtedy byłem w niej zakochany. Było mi głupio wobec żony. Niby nigdy nic się nie stało, ale było mi dobrze z inną kobietą... a z nią nie. Tak naprawdę to moje małżeństwo posypało się dużo wcześniej. Ale miałem małą cudowną córeczkę i właściwie nie przyszło mi do głowy, żeby…

Postęp podglądu tylko w tej sesji · 0%