Fantastyka · 14 min czytania
Taniec z Plagą
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 2
Stacja metra przypomina teraz pełen dymu grobowiec. Stalowy wąż pociągu leży poskręcany na peronie, szczerząc pręty zniszczonych wagonów. Czerwone smugi na tych szybach, których nie rozbił pęd katastrofy, przyprawiają o mdłości.
Wokół bezładnej masy żelastwa wyrasta gruzowisko. Spod naderwanych płatów żelbetonu wystają strzępy ubrań i szkarłatne kwiaty zmiażdżonych ciał.
Stoisz spokojnie pośród chaosu. Obserwujesz, jak twoi podwładni opatrują rannych i pomagają wydostać się na powierzchnię. Ci, którzy mogą, idą sami. Rzucają jedynie pobieżne spojrzenia za siebie, jakby nie mogąc uwierzyć we własne szczęście. Reszta opuszcza gruzowisko na noszach. W maskach tlenowych, przykryci kocami ratunkowymi.
Akcja przebiega sprawnie. Po godzinie w grobowcu stacji, pośród betonu, stali i pyłu, pozostali właściwie tylko pechowcy. Wszyscy ludzie byli równi w obliczu katastrofy. Dla zwalonego stropu i powykręcanych prętów nie miało znaczenia czy ktoś był bezrobotnym maminsynkiem, czy mistrzem świata we wszystkim.
Najgorsze były jednak światełka w tunelach. Pechowców po prostu wyciągało się martwych spod gruzów. Do zmiażdżonych kości, agonalnych grymasów i powykręcanych kończyn można było przywyknąć, ale nic tak nie niszczyło psychiki, jak fałszywa nadzieja. Taka, która śmieje ci się w twarz, gdy ekipa znajduje żywego pod gruzami, powoli usuwa wszystkie odłamki i już myślisz, że będzie co oblewać przy kolacji, że z tego betonowego bagna uda ci się uratować jeszcze jedną osobę. A wtedy okazuje się, iż ostatni zdjęty płat betonu odsłania stalowy pręt, wystający z brzucha jak chwast, którego nie można wyrwać.
Patrzysz wtedy na żonę i syna światełka, zmuszając kąciki ust do uniesienia się. Robiłeś to już setki razy. Godzinami ćwiczyłeś przed lustrem spokojny, dodający otuchy uśmiech. I proste „wszystko będzie dobrze”, które za każdym razem brzmi tak samo pusto. Dziecko jeszcze nie wie, co się dzieje, lecz oczy matki już rozwierają się w przerażeniu. Oddech przyśpiesza, a ręce zaczynają się trząść. Kładziesz jej dłoń na ramieniu i kłamiesz. Mówisz, że zrobisz wszystko, co w twojej mocy i nie można jeszcze tracić nadziei, choć sam doskonale wiesz - światełko nie przeżyje. Umrze, przebity częścią konstrukcji, zaprojektowanej, by go chronić. Ironia losu. Cholerna, pieprzona ironia losu, którą przeklinałeś już po tysiąckroć.
Pozostaje tylko modlić się o cud. Żona światełka z całą pewnością uściskałaby nawet prawicę diabła, gdyby ten raczył wynurzyć się z otchłani i uratować jej męża.
Problem z cudami jest jednak taki, że kiedy już się zdarzą, zupełnie nie wiadomo co z nimi zrobić. Nie przychodzą oczywiście pod postacią skrzydlatych posłańców Królestwa, otoczonych całunem niebiańskiego hymnu, tylko pukają cię w ramię palcami chudej dłoni. Odwracasz się wtedy, przywrócony do rzeczywistości. Widzisz szczupłego mężczyznę w wyblakłym, zielonym swetrze i przetartych jeansach. Wasze spojrzenia spotykają się tylko na moment, ale to wystarczy. Zerkasz w nienaturalnie szare oczy, błyszczące zielenią tęczówek i już wiesz, że chciałbyś znaleźć się możliwie jak najdalej od tego miejsca.
Część 22 / 2
Plagosiewca. To słowo pada gdzieś za twoimi plecami, niemal wyplute przez jednego z ratowników. Nieznajomy zdaje się go jednak nie słyszeć. Zapada niezręczna cisza, a napięcie wzrasta tak szybko, że niemal widzisz iskry skaczące gdzieś na granicy pola widzenia. Mężczyzna pozostaje niewzruszony. Ludzka wrogość jest dla niego zapewne tak naturalna, że gdybyś odezwał się teraz przyjacielskim tonem, zupełnie straciłby rezon. Zanim dajesz radę zebrać myśli, człowiek spogląda ci w oczy, wdziera się w duszę mdłym blaskiem nieludzkich tęczówek.
- Uratuję go – rzuca krótko, najpierw do ciebie, potem do stojącej obok kobiety. Ta w odpowiedzi przygryza jedynie dolną wargę. Waha się. Ponad wszystko chciałaby odzyskać ukochanego, ale nie jest pewna czy może zaufać komuś, kto rozsiewa śmierć. Wcale jej się nie dziwisz. O Plagosiewcach wie zapewne tyle, co każdy, statystyczny obywatel. Niewiele. Na pewno słyszała o ciągnących się za nimi nieszczęściach, zamienianiu ludzi w Plagi i sprowadzaniu szaleństwa. Czujesz co prawda, że to jedynie plotki i teorie spiskowe, lecz niewielu podziela twój pogląd.
Kobieta rzuca ci ukradkowe spojrzenie. Szuka kogoś, kto podejmie za nią decyzję i kogo będzie mogła obarczyć odpowiedzialnością, jeśli coś pójdzie nie tak. Postanawiasz przyjąć na barki ten ciężar i odpowiadasz jej przyzwalającym skinieniem. Mężczyzna obdarza każde z was ledwie dostrzegalnym uśmiechem. Wyraźnie się rozluźnia. Pewnie nie spodziewał się, że pójdzie tak łatwo. Nie chcesz sobie nawet wyobrażać przez co zazwyczaj musi przechodzić. Do swojej drużyny odwracasz się dopiero, gdy nieznajomy mija cię niepewnym krokiem. Bob i Dylan patrzą na ciebie z niechęcią, gdy każesz im unieść ciało światełka, ale bez słowa wykonują polecenie. Masz w sobie dość charyzmy i autorytetu, by zrównoważyć szaleństwo pomysłów, jakimi czasem obarczasz podwładnych.
Kątem oka dostrzegasz mały tłumek, formujący się właśnie w wejściu do tunelu. Banda idiotów. Najpierw uciekali w popłochu, a teraz sami pchają się do betonowego grobowca z oczami błyszczącymi ciekawością i nienawiścią. To było do przewidzenia. Większość z nich nigdy nie widziała Plagosiewcy, za to słyszała na tyle dużo, by chcieć zlinczować go, gdy tylko pojawi się w zasięgu wzroku. Na razie czekali, spłoszeni jak stado szczurów, które nie wie jeszcze czy nowemu kotu w gospodarstwie ucięto już pazury.
Chwilę później nieprzytomny światełko leży już na srebrzystej folii. W miejscu przebitym dotąd stalowym prętem zieje dziura. Tak idealnie okrągła, że aż chce ci się śmiać. Jak przekrój anatomiczny w szkole medycznej. Tylko, że tu sączy się prawdziwa krew, a nerki przypominają mielonkę. Ten człowiek był trupem zanim tu zeszliście, a to, że jego klatka piersiowa wciąż się unosi, jest tylko przejawem czarnego humoru siły wyższej.
Plagosiewca stoi nad mężczyzną. Czuje na sobie twoje błagalne spojrzenie i dziękuje ci w duchu. Za chwilę uratuje kolejne życie, ale już wie, że w zamian czeka go jedynie wyklęcie. W końcu zamierza zamienić tylko jedną śmierć na drugą. Taką, która pozwala oddychać.
Bez słowa ściąga sweter, ukazując nagie ciało. Twoje oczy otwierają się szeroko na widok pergaminu szarej skóry, rozciągającego się siecią pęknięć i złuszczeń od dłoni, aż po szyję. Chłopak doskonale zdaje sobie sprawę, że teraz – gdy skażenie pokrywa większość ciała – stoi na skraju przemiany w bezmyślną marionetkę. Zamiast Plagi będzie siał jedynie…