Fantasy · 42 min czytania
TANKRED
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 1
Tankred
Twarz miał pełną zmarszczek i blizn, włosy białe i długie. Rzadkie już bardzo, rozwiane… Zaniedbana, potargana i równie mocno przerzedzona była jego broda. Mężczyzna mógł mieć nawet 70 lat, wiek którego w owych czasach dożywali nieliczni. A kiedy już dożyli, raczej siedzieli w domu, grzejąc się pod ciepłą pierzyną. Na pewno nie włóczyli się po wsiach i miastach. Nie szukali śmierci na zapomnianych drogach i w gęstych lasach, tak jak ten dziad w podartych łachmanach i podziurawionych butach… Idąc podpierał się grubym, sękatym kijem. Zawsze chętnie wygrażał nim małym chłopcom, nieodmiennie podchodzącym do obcego dla okazania kolegom swej odwagi. Wtedy, prócz grożenia kijem, krzyczał na nich, nie ze złości nawet, dla zabawy… śmiał się potem z ich wystraszonych min. Chociaż, może ważniejszym powodem przerażenia był Dorn? Pewnie tak, stary Tankred nie mógł być aż tak straszny. Za to wielki, szary wilk, jeżący sierść na widok obcych i pokazujący białe kły... Owszem, oswojony przez starca. Wilk budził respekt i to nie tylko u dzieci. Przemykał między zagrodami, kilka kroków za dziadem lub szedł przy jego nodze jak pies. W każdej wsi przyjmowano ich chętnie, bowiem zawsze obcy wędrowiec niesie nowe wiadomości. Wieczorem, przy piwie lub winie, opowiadał o odległych miejscach, mówił o tym co dzieje się w innych osadach, o prowadzonych wojnach, o królu. Bajał również o dawnych czasach, o swoim życiu, o bitwach w jakich ponoć brał udział lub o których słyszał. Jeśli chcieli opowiadał także baśnie i podania, tych najchętniej słuchały dzieci. Dziewczynki domagały się księżniczek i rycerzy na białych koniach, chłopcy natomiast smoków i krwawych bitew. Dla wszystkich miał coś w zanadrzu. Czasami, zasypiał zmęczony - nagle, w pół słowa, uśpiony rozkosznym ciepełkiem alkoholu i ciepłem bijącym od ognia. Spał wtedy, w kącie izby czy karczmy, pochrapując cicho. Różnie bywało, niekiedy domownicy szarpiąc zaspanego, wypychali starca za próg. Wtedy brał swój kij i wędrował dalej gdzie oczy poniosą. Jeśli nikt go nie budził, korzystał z okazji spędzenia nocy pod dachem. I tylko z oddali domownicy słyszeli żałosne wycie stęsknionego wilka, którego pan właśnie spał smacznie, śniąc o minionych chwilach chwały i szczęścia. Od dawna zapomnianych czasach młodości.
- No, Dorn, tutaj przenocujemy – powiedział do wilka, zatrzymując się na znajomo wyglądającej polanie i zabrał się do zbierania chrustu. Było zimno, ale Tankred znalazł małą pieczarę idealnie nadającą się do noclegu. Kiedy już najedzony siedział przy ognisku, oparty o ścianę pieczary, wpatrywał się w ogień. Trochę bolały go plecy, kręgosłup czy coś, ale nie przejmował się tym, w końcu nie pierwszyzna dla niego, wystarczył żar bijący z ogniska. Dorn po zjedzeniu kawałka suszonego mięsa, jak zwykle zniknął na całą noc, Tankred już dawno nauczył się nie martwić o wilka. Wracał, zawsze wracał. Tankred uśmiechnął się i już przez sen wymamrotał cicho: - Marleni… *** Miała piękne oczy. Zielone. Z maleńkimi plamkami szarości. Rzęsy czarne, wyprofilowane brwi. Kiedy zamknęła oczy, tworzyły się wokół nich maleńkie, urocze zmarszczki. Usta jak maliny, słodkie, ciepłe, czerwone. Teraz lekko uchylone. Czarne włosy rozrzucone na poduszce lśniły w blasku świec. Była piękna. Jego żona. To z nią chce spędzić życie, ona będzie matką jego dzieci. Młodziutka Marleni... ? Nad wioską unosił się czarny, tłusty dym. Odór palonych ciał, zlewał się ze smrodem nafty, drewna i słomianych strzech. Tankred stał na skraju lasu, oddalonego prawie pół mili od płonących domostw, a mimo to dusił go dym, oczy łzawiły. Chwilę jeszcze patrzył na pomarańczowożółte języki ognia trawiące wieś. Zabierające mu całe życie… przeszłość, teraźniejszość i przyszłość… Z daleka widział kilkunastu konnych, wyraźnie widocznych na tle krwawej łuny. Zdawało mu się, że widzi złośliwy grymas na twarzach, słyszy wulgarne komentarze, czuje sprośny wzrok... Zmierzchało. Kiedy rano wychodził do lasu, po drewno potrzebne do rozbudowy domu, uścisnął Marleni. Zmieniła się przez te kilka lat. Choć minęło dopiero 10 lat, w jej włosach pojawiły się pierwsze srebrne nitki, pasowały do jego żony, nadal była piękna. Niestety życie jakie prowadzili nie należało do najprostszego. Praca w polu była ciężka, wychowanie trójki dzieci – to wszystko odcisnęło na Marleni swoje piętno... Najmłodsza Kirti, była teraz u dziadka Kaweya, kilka mil na zachód od wsi. Morlens i Aszia zostali z Morleni w domu. Morlens skończył kilka dni wcześniej dziewięć lat... Tankred patrzył w stronę wsi, gdzie pozostawił całe życie. Westchnął ciężko... powoli, ociągając się, wrócił z powrotem do lasu. Opanowała go całkowita niemoc. Choć serce rwało się, aby biec tam i zginąć razem z żoną i dziećmi, rozum przypominał o Kirti. Właściwie, nie było już sensu wracać do wioski. Lepiej iść do Kirti i… oby nie dotarli tam przed nim. W obecnych czasach człowiek nie może czuć się pewnie. Nigdy. Dezerterzy z wojsk Akardów, którzy właśnie zabili całą wioskę, ciągle atakowali. Byli jak zwierzęta. Wciąż spragnieni zapachu krwi. Zabijali tylko dla zabawy, jak gdyby bawił ich widok umierających ludzi. Zapewne tak właśnie było. Wojna wyzuła dezerterów z jakiejkolwiek moralności, a do nich wciąż przyłączali nowi, najgorsze nasienie ziemi. Nawet gdyby miał siłę mścić się... nie wiedziałby na kim… Hord dezerterów było tak wiele, że nie sposób policzyć. Musiałby zabijać wszystkich, dopóki oni nie zabiliby jego. Przez chwilę zastanawiał się nad tym. W końcu potrafił się bić, walczył w nie jednej wojnie. Jednak uznał, że jedyne wyjście, to pogodzić się z losem. Nic już nie zmieni jego złość czy zemsta... Ma jeszcze dla kogo żyć. Dla Kirti. Pomyślał i westchnął ciężko, czuł się jakby właśnie zdradzał żonę i dzieci… Szedł powoli ścieżką przez las, a w głowie kłębiło się tysiące myśli. Serce które zaczęło krwawić, miało nigdy nie przestać. Chwilami chciał biec z powrotem do wioski. Może jednak ktoś przeżył. Ale bał się, że zbóje wybiorą drogę prowadzącą na zachód… że trafią do wsi w której przebywa jego najmłodsza córka… Morleni. Morlens. Aszia… Nie możliwe, żeby przeżyli… Dezerterzy nigdy nie zostawiali żywych… nie brali jeńcow… Ale… Może jednak… Może ktoś… Może… Myśli te, miały powracać do Tankreda w każdą bezsenną noc, w każdej nie zapełnionej działaniem chwili… Zawsze kiedy ogarniało go znużenie… Ta niepewność… Bezradność i jednoczesna złość na siebie, że przeżył… Że rano wyszedł z wioski… Że kilka dni wcześniej nie zabrał całej trójki do Kaweya… Że nie pobiegł do konnych, nie zginął mszcząc śmierć najbliższych… Od chwili gdy odwrócił się od płonącej wsi, pozostawiając tam nie pogrzebane ciała najbliższych, już na zawsze miały mu towarzyszyć wyrzuty sumienia… Następnego dnia ten 45-letni mężczyzna obudził się siwy, choć do tej pory włosów nie przyprószyła siwizna. Nawet zarost nie był już czarny... Szedł długo, bardzo długo lecz nie czuł zmęczenia. Zostało mu tylko kilka kilometrów do wioski w której czekała Kirti. Co tam zastanie? Czy warto iść? A jeśli... jeśli nie ma już nic? W nocy spał godzinę, może dwie, ale obudził się jeszcze bardziej zmęczony. Bał się. Głośniejszych odgłosów, szmeru strumyka, własnych myśli… Nie chciał spotykać się z ludźmi. Pragnął jedynie mieć przy sobie córeczkę... Gdyby to było możliwe, chętnie zaszyłby się w jakiejś pustelni, odciął od ludzi. Nie mógł. Miał nadzieję, że nie mógł... Że mała żyje. Niestety, nigdy nie wiadomo co się może zdarzyć. Zresztą wczoraj przekonał się, że nie może być pewny żadnej rzeczy... Nigdy. Minął niewielką łączkę a przed nim rozciągnął się piękny widok. Na krótką chwilę zapomniał o bólu, wpatrzony w piękno przyrody. Ziemię pokrywał zielony kobierzec traw i zbóż a kolorowe kwiaty, muskane wiatrem, delikatnie falowały. Rześkie powietrze pachniało słodką radością życia. W oddali majaczyły pierwsze domy. Całe. Odetchnął z ulgą. Kawey spoglądał zdziwiony na zięcia. Nie spodziewał się go tutaj. Mieli odebrać Kirti dopiero w przyszłym tygodniu. - Co się stało? Tankred? – pytał patrząc na tulącego Kirti zięcia. Postarzał się, osiwiał, wyglądał na zdenerwowanego a jednocześnie sprawiał wrażenie otępiałego, chwilami nawet szalonego… Nie mówił nic… Tankred tulił córkę z wielką radością. Ulżyło mu, tak bardzo mu ulżyło. Nie był w stanie odpowiedzieć na pytanie dziecka dlaczego przyszedł sam i pieszo. Ściskał ją długo, a kiedy odeszła bawić się, opowiedział Kaweyowi co wydarzyło się w wiosce.
- Naprawdę nikt nie ocalał? – zapytał Malisu przewodniczący starszyzny. - Tak sądzę... Nie sprawdzałem. – wyszeptał ze wstydem - Akardowie byli tam jeszcze… zresztą, przecież wiadomo, że nie zostawiają żywych. – powiedział wzdychając. Czuł się jakby wszyscy atakowali go, mieli za złe, że przeżył, że nie sprawdził… W izbie zebrali się prawie wszyscy mężczyźni niewielkiej osady. Wiadomość o ataku bandytów była naprawdę ważna, bowiem pozwalała na przygotowanie się na ich ewentualne przybycie. Nie było pewne czy zaatakują, jednak nie można ryzykować... Teraz, gdy wysłuchali opowieści Tankreda, pragnęli dowiedzieć się jeszcze czegoś. Myśleli bowiem, że być może zapomniał o czymś, co mogłoby im uratować życie. - A jeśli przyjdą tutaj? Nie damy rady obronić się przed nimi. Może trzeba schronić się w lesie? Przynajmniej przez kilka dni. – pytał młody mężczyzna o wyglądzie niedźwiedzia. - Niekoniecznie, a nawet jeśli. Nie spodziewają się, że wiemy. Uda nam się – przekonywał starszy mężczyzna - Jak możesz tak mówić... Nikt nie wygra z Akardami! - To nie prawda. Ilu ich może być? Dziesięciu? – krzyknął starszy czerstwy mężczyzna siedzący obok Kaweya. - Choćby i piętnastu – poparł sąsiada Kawey – nas jest więcej. Dalibyśmy radę. A poza tym… - spojrzał smutno na Tankreda – pomścilibyśmy moją rodzinę. – dokończył twardo. Już po chwili rozgorzała dyskusja. Niektórzy chcieli zostać, inni woleli uciec. Tankred cicho wyszedł z izby. Nie miał ochoty słuchać kłótni, nie był w stanie. Wywołał Kirti z gromady zaglądających do izby dzieci. - Tato co się stało? Czy to prawda, że... – patrzyła na niego z nadzieją, że powie „nie nic się nie stało, wracamy do domu...” – nasz dom spalili dezerterzy? – ostatnie słowo wymówiła cicho, z drżeniem… jak się wypowiada straszną wróżbę. - Tak kochanie. Ale ja jestem przy tobie. Nie płacz, maleńka... – otarł łzy spływające ciurkiem po umorusanej buzi. - Nie ma mamy... – wyszeptała cicho – Morlensa, Asziy... - Są... tutaj są. – wskazał na jej serce – Zawsze będą w twojej pamięci. Kiedy przypomnisz sobie jakąś sytuację, którą z nimi przeżyłaś, to będzie tak jakby byli razem z tobą. Są z przodkami i przy tobie. – uśmiechnął się do niej ciepło – Nie płacz... Wiedział, że nie może zostać we wsi Kaweya. Jeszcze bardziej nie chciał tam zostawać. Chciał uciec jak najdalej od raniących wspomnień. Co prawda przed chwilą tłumaczył Kirti, że wspomnienia są dobre, ale... nie wierzył w to. Bolała każda myśl o rodzinie. Ale co robić, gdzie iść? Jak żyć? Kiedy został sam i musi zastąpić córce wszystkich bliskich. Nie wiedział. Wieczorem, kiedy wszyscy szykowali się do snu, Kawey wywołał Tankreda na zewnątrz. Usiedli na ławce nieopodal domu i długo milczeli patrząc w ciemną dal. Bali się tej rozmowy, ponieważ obaj wiedzieli, co za chwilę zostanie wypowiedziane. Tankred przełknął głośno ślinę i nie patrząc na Kaweya wyszeptał: - Wiem, że mnie winisz… Nie musisz mówić. Sam siebie winię. Nie wiem za co bardziej… - Tankred… - Kawey odgarnął z twarzy siwe włosy – tak, winię cię… Nie, nie mów nic – powiedział surowo, widząc, że Tankred chce coś powiedzieć – nie mów nic… Winię cię, ale na twoim miejscu zrobiłbym zapewne to samo. Nie mogłeś nic zrobić… Tylko by cię zabili. - Może powinni byli… - gorzko wyszeptał Tankred. - Może i tak. A może nie. Żyjesz… I masz córkę dla której musisz żyć nadal. – spojrzał na zięcia… Ciężko było mu to mówić, choć mówił z głębi duszy… wolałby powiedzieć, że wszystko jest winą Tankreda, że nie powinien oddawać mu swojej córki… Wiedział jednak, że górę biorą emocje… Tankred był dobrym towarzyszem dla jego córki i kochającym ojcem Morlensowi, Aszii i Kirti. – Wyjedź… ? Ciemne drzewa pochylały się przed mężczyzną klęczącym po środku małej polanki. Noc była zimna, wiał przeraźliwie chłodny, północny wiatr, ale na czystym czarnym niebie mrugało tysiące gwiazd. Klęczący drżał od chłodu i opadającej rosy. Ubranemu jedynie w płócienne jasne spodnie i cienką koszulę musiało być zimno. Twarz miał zmęczoną. Płakał. Ale nie trwało to długo. Nagle wstał a wiatr osuszył łzy. Musiał już wracać, aby dotrzeć do domu. Od 13 lat mieszkał na skraju Boru Savy. Nie było to miejsce bezpieczne dla ludzi. Pełne dzikich zwierząt, niebezpiecznych bagien, jadowitych gadzin... Ale, o ironio, tu czuł się o wiele bezpieczniej niż w świecie należącym do ludzi. Czasami najniebezpieczniejsze zwierzęta są bardziej ludzkie niż ludzie… Na początku mieszkał sam. Tylko z córką. Razem z Kaweyem zbudowali małą chatkę ukrytą za pierwszymi drzewami, tak aby była niewidoczna z głównego traktu. Obok domku stała maleńka obórka dla kózki i kilku kur. Tutaj, z daleka od miast i wsi, mógł przebywać ze swoim dzieckiem i nie bać się, że straci ją w ten sam sposób co resztę rodziny. Po kilku latach sprowadziły się tu jeszcze trzy rodziny i tak mieszkali razem, skryci przed światem. Czasami czuł się naprawdę źle. Tęsknił za Marlenie i dziećmi, a kiedy czuł się winny temu co się z nimi stało, przychodził na tę odległą polanę i odpoczywał. Natknął się na nią w trakcie jednego z polowań i od razu wiedział, że jest idealna. Wcześniej, kiedy potrzebował być sam, spacerował po lesie… Jednak noc spędzona na samotnej polanie, z daleka od ludzi, sam na sam z myślami, pozwalała mu zaczerpnąć trochę wiary w przyszłość… I w siebie samego. Po takiej nocy, przez długi czas mógł żyć spokojnie i być dla Kirti podporą. I był przez te wszystkie lata, jednak kilka tygodni temu jego, dorosła już córeczka, wyszła za mąż. Jego mała córeczka. Nic już go nie trzymało w domku na skraju Boru Savy. Co prawda Kirti z mężem planowała jeszcze przez pewien czas mieszkać w tym domu, potem jednak wyjadą do Akrajte, do stolicy. Ale Tankred nie mógł sobie wyobrazić sytuacji, że zostanie sam w tym domu… Będą szczęśliwi, myślał, w końcu Kirti to mądra dziewczyna, a i Wentena przez ostatnie kilka miesięcy poznał dobrze i traktował jak syna. Obaw jednak nie potrafił się wyzbyć... co innego syn, a co innego zięć... ? Lens ściągnął uzdę i zatrzymał konia. - Ciii, ciii – z wprawą uspokajał wzburzone szybką gonitwą zwierze. Poklepał konia po szyi i rozejrzał się. Widok był wspaniały, aż zapierał dech w piersi. Kilka metrów od jeźdźca szumiał niewielki strumyk a parę kroków dalej cieszył oczy brzozowy zagajnik. Teren był górzysty a powietrze rześkie, oczyszczone nocą przez letnią burzę. Młody, najwyżej trzydziestoletni, mężczyzna stał oparty o grzbiet konia, wpatrując się w piękny krajobraz. Lens rozpuścił długie jasnobrązowe włosy, dotąd związane z tyłu głowy. Teraz pozwalał im opadać swobodnie na kark. Był człowiekiem przystojnym, kilkudniowy zarost nie szpecił go, a wręcz przeciwnie, dodawał uroku. Jednak widać było, że mężczyzna ten, tak delikatny wobec swego konia, nie zna współczucia dla ludzi. Trudno powiedzieć co rzeczywiście podpowiadało ognisty charakter. Spojrzenie, mina, mówiły same za siebie. Przez kilkanaście minut stał z zamkniętymi oczami, oddychając głęboko. Wręcz chłonąc chłodne powietrze. Lubił te poranne wypady w nieznane, kiedy inni jeszcze spali i tylko Szalen zaczynał coś pitrasić. Każdego ranka Lens siadał na Huragana i pędzili. Przed siebie. Szybko. Wiatr świszczał w uszach, owiewał ciało, wyciskał łzy. Lens lubił być sam, przez te kilkanaście minut co dnia czuł się panem swego życia. Nie było nikogo i cały świat mógł należeć do niego. Kumple wiedzieli, że Lens lubi czasem samotność, jednak już od dawna nie komentowali tych porannych wypadów poza obóz. Skutecznie oduczył ich przykład Johana, którego po pierwszym złośliwym komentarzu Lens pobił tak dotkliwie, że musieli nieszczęśnika zostawić w jednym z mijanych domostw, aby tam gospodarze trochę go podleczyli. Wreszcie dosyć było Lensowi kontemplowania przyrody, dosiadł Huragana i wrócił do obozu. Właśnie kompani zasiedli do posiłku. Kilku, w tym Krystian – przywódca grupy – siedziało na skałkach tworzących jak gdyby stół z ławami, nad nimi pięła się wysoka ściana skalna, z zachodu i południa osłaniał ich gęsty las. Lens zostawił konia na niewielkiej łące w głębi lasu i wolnym krokiem zbliżył się do siedzących przy ognisku, Usiadł na zwalonym drzewie, ale zanim zdążył nałożyć sobie porcję breji przyrządzonej przez Szalena, Krystian przywołał kilku podwładnych. Również Lensa. - Pojedziecie przed nami. Bądźcie gotowi za 20 minut. Dobrze byłoby zanurzyć wreszcie w czymś miecze więc… rozglądajcie się pilnie a nie minie was nagroda. – zaśmiał się gardłowo, nieprzyjemnie. Od ponad 15 lat ten czterdziestokilkuletni krótko ostrzyżony blondyn z blizną przecinającą pół twarzy, był dla Lensa kimś w rodzaju opiekuna. To on nauczył chłopaka władać mieczem i każdym innym rodzajem broni jaki znał. Nauczył zabijać. Delektować się śmiercią. Czuć strach ofiary… Nauczył go, że trzeba być zawsze twardym, zamkniętym w sobie, nie czułym. Dzięki niemu Lens wiedział, że nie wolno ufać nikomu, nawet temu komu się ufa. Kiedy miał 13 lat, Krystian zobaczył chłopaka płaczącego. Przytulił, zapytał co się stało, pocieszył. Chwilę po tym, gdy wrócili do reszty grupy, opowiedział wszystko i to w taki sposób, że przez kilka następnych tygodni wszyscy otwarcie śmiali się z chłopaka. To było wtedy gdy po raz pierwszy zabił… Odtąd nie zwierzał się nigdy, z niczego, nikomu. Jeszcze kilka podobnych sytuacji i dawniej wrażliwy i spokojny chłopak, stał się okrutną, szaloną , zimną bestią. Gotowi do wyjazdu ruszyli jeszcze przed wyznaczonym czasem. Pozostali mieli wyjechać za 30 – 40 minut. Lens razem z Kalem, niewiele starszym od niego barczystym i mało inteligentnym mężczyzną, ruszyli przodem. Kilkanaście metrów za nimi jechali Bart, Rif i Kranis. Chcieli minąć górzysty obszar w którym znajdowali się już od dawna i na kilkanaście dni zatrzymać się w Zurano, niewielkiej wiosce zaszytej w lasach Karu. Przez ostatnie trzy tygodnie trzymali się z dala od głównych traktów, jednak Krystianowi znudziła się atmosfera spokoju. Dochodziło południe, kiedy coś zwróciło uwagę jeźdźców. W krzakach wypatrzyli ruch. Jak się okazało ukrył się w nich jakiś starzec. Gdyby kto inny dowodził, mężczyzna zginąłby od razu. Na ogół nie zostawiali na swojej drodze żywych; najwyżej wykrwawiających się. Natomiast Lens lubił najpierw wypytać napotkanego o interesujące grupę sprawy. Nie należał do osób, które najpierw strzelają a potem pytają „kto tam”. Lens najpierw wypytywał. Zabijał dopiero potem… ? Tankred szedł leśną ścieżką spokojnie, bez pośpiechu, uzbrojony w łuk oraz miecz wykuty w kuźni Santosa – najlepszego kowala w całej wschodniej części Zatranu. Planował odwiedzić Darena, dawno niewidzianego przyjaciela, z którym dawno temu służył w armii. Kolega mieszkał w wiosce Szewu blisko lasów Karu. Podróżował pieszo odkąd padł jego kasztan. Niestety na zakup innego nie miał pieniędzy. Zresztą z doświadczenia wiedział, że piesze wędrówki nie są takie straszne. Wystarczy mieć tylko wygodne buty… I piekielnie dużo szczęścia, żeby na drodze spotykać tylko uczciwych ludzi, a nie bandytów. Nagle usłyszał przed sobą jakiś hałas i niewiele myśląc wskoczył w rosnące obok krzaki. Strzeżonego bogowie strzegą… Niestety nie miał zbyt wiele szczęścia i młody mężczyzna dowodzący konnymi, od razu go zauważył. Dwaj wyciągnęli go z gęstych gałęzi i rzucili pod nogi dowódcy. Tankred zastanawiał się czy nie zacząć się bronić. Z dwoma, nawet trzema przeciwnikami poradziłby sobie bez trudu, ale z pięcioma młodymi mężczyznami a każdy szczęśliwy właściciel zakazanej mordy… - Kim jesteś? – zapytał Lens nie schodząc z konia. - Wędrowcem… panie. – dodał po krótkiej chwili Tankred. Na lekkie skinienie dłoni Lensa potężny cios zwalił mężczyznę z nóg. - Nie wyglądasz na zwykłego wędrowca. Sądząc po twoim wieku powinieneś raczej iść z kosturem a nie mieczem i łukiem. – zadrwił z leżącego na ziemi starca, co wywołało salwę śmiechu u towarzyszy Lensa, nauczonych, że to najlepszy sposób reakcji na żart jakiegokolwiek przełożonego. - Po co ci ta broń? - W lasach bywa niebezpiecznie, sam wiesz panie. Czasem muszę się bronić. Przed zwierzętami. Lens uśmiechnął się złośliwie, skinął dłonią i Tankreda ponownie uderzono. - Dokąd zmierzasz... Wędrowcze? – wycierając twarz Tankred spojrzał na mężczyznę z uwagą. Było w nim