Ustawienia czytania
Preferencje tekstuŹródło: ustawienia tej wizyty
Motyw

fantastyka · 24 min czytania

Targ - Dzień I - Rozdział III

Bezpłatny fragment · pierwsze 50%

Gdy wrócili pod Sanctum zgromadzony tłum blokował już niemal całą aleję. Zielonka rozglądał się ciekawie i chłonął wzrokiem wszystko co działo się wokół. A było co podziwiać, choć najwięcej zgromadzonych odzianych było raczej skromnie, w proste maski i znoszone stroje, to jednak nie brakowało również bogatszych kupców, a przede wszystkim ważnych osobistości Targu. Zielonka podążył wzrokiem do miejsca, gdzie wcześniej stali Aksamitna, Złotousty oraz Szynka. Zauważył, że dołączyli do nich Matka oraz Czwarty. -Rozumiem, że to jakieś znamienite osobistości –Zielonka obejrzał się na Zimę, który podobnie jak on wpatrywał się w osoby stojące tuż przed schodami. -Kobieta z odsłoniętymi ramionami to Aksamitna –wyjaśnił chłopak. –Jest jednym z najznamienitszych kupców, oferuje ekskluzywne towary i wysokie ceny. -Piękna cera –stwierdził Zima. –A ta druga kobieta? -To Matka, jest bardzo szanowana –zapewnił pospiesznie Zielonka. Szczurołap dostrzegł, że przybysz uważniej przyjrzał się kobiecie na podwyższeniu. Nie była zbyt wysoka, ale okrywającą ją długa błękitna suknia stwarzała wrażenie, że jest wyższa niż w rzeczywistości. Rękawy sukni były wąskie i rozszerzały się przy nadgarstkach odsłaniając długie białe rękawiczki. Głowę Matki skrywała pełna biała maska z wymalowanym na czole czerwonym śladem jak po pocałunku, spod której spływały w dół lśniące blond loki. -Jest niezwykle szczupła –stwierdził Zima. –Za co ją tak szanują? -Dba o sieroty i wie jak zapewnić towarzystwo tym, którzy go potrzebują. Zima uważnie spojrzał na chłopaka. -Jesteś niezwykle elokwentny –uznał. -Uczyła mnie –oświadczył Zielonka mając nadzieję, że zabrzmi to równie zdawkowo jakby tego chciał. –Ale nie interesowało mnie zapewnianie nikomu towarzystwa. -A ten bufon w złotej masce? –Zima taktownie zmienił temat. -To właściciel Zarazy, Złotousty. Zaraza to karczma –odpowiedział Zielonka na niezadane pytanie. –Najdroższa na Targu. Jeżeli stać cię, żeby tam wejść, to Złotousty zrobi wszystko, żebyś widział w nim przyjaciela. Zima skinął głową. -Przynajmniej tak długo jak będzie mnie stać również na opłacenie rachunku? -zażartował. -A ten wysoki? -Czwarty, alchemik z Kotła –zbył krótko pytanie szczurołap. -A ten w zdobionym pancerzu to sławny Szynka we własnej osobie. -Ach, ten kowal –stwierdził raczej lekceważąco Zima. -Swoją drogą nosi dziwne imię jak na kowala. -Słyszałem, że to przez swego ojca. Podobno zawsze powtarzał, że z takiego kawałka szynki nigdy nie będzie porządnego kowala. -Rozumiem. Tymczasem do schodów zbliżyły się właśnie dwie kolejne osobistości. Wysoki, szczupły mężczyzna w czarnej masce z rubinem umieszczonym pośrodku czoła oraz niski nieco tęższy jegomość w biało czarnym kapturze, pod którym skrywał maskę w tych samych barwach. -Już dzisiaj widziałem tego z rubinem –rzucił od niechcenia Zima. -Tak –potwierdził szczurołap –przypatrywał się nam na Trójkącie. -Że też nie boi się paradować po Targu z tym klejnotem, chyba, że nie jest prawdziwy? Trudno stwierdzić z tej odległości. -O ile wiem to najprawdziwszy rubin, a sam Brat nie ma się czego obawiać na Targu. -Brat? -Zielonka wyraźnie wyczuł jakieś napięcie w głosie Zimy. -Przyjął to imię po przejęciu władzy przez Siostrę, a ona pozwala mu je nosić, bo jak wszyscy wiedzą chętnie sprzedaje jej wszelkie informacje, jakie uda mu się pozyskać. Ma namiot na Kotle tuż obok Czwartego. -Czyli to szpicel, a ten drugi? -Sroka, najbogatszy złotnik na Targu... W tym momencie przez niedomknięte odrzwia Sanctum wyszedł niezbyt wysoki korpulentny jegomość. Miał na sobie bogato zdobiony wyszywany kubrak i eleganckie spodnie. Jego oblicze skrywała żółta tkanina. Przystanął na chwilę na szczycie schodów i spojrzał w dół na gęstniejący tłum. Powoli pokręcił głową, po czym wolnym krokiem zszedł na dół i podszedł do grupki znamienitych osobistości zgromadzonych w pobliżu stopni. Przystanął pośród nich wdając się z nimi w rozmowę, a po chwili wszyscy trzęśli się od nieskrywanego śmiechu. -A ten to kto? -spytał Zima. -Tkacz, najpopularniejszy z kapłanów -odparł Zielonka. -Przewodzi kultowi Sześciopalczastego... -Ulubionego boga Targu -wszedł mu w słowo przybysz. -Z tego co widzę, wie jak rozmawiać z ludźmi. On też bierze udział w obchodach? -Zazwyczaj nie, ale lubi zaznaczyć swoją obecność. Zielonka nie skończył jeszcze mówić, gdy w Sanctum zaczęło się poruszenie. Trzykrotnie zabrzmiał gong i wielkie drewniane odrzwia, wcześniej nieznacznie uchylone, otwarły się do wewnątrz. Widząc to Tkacz dyskretnie usunął się na bok. Tymczasem z środka świątyni wyszła siódemka ludzi. Każdy z nich odziany był w długą brązową szatę z kapturem i takąż materiałową maskę na twarzy. Najwyższy z nich szedł na przedzie i w uniesionych ramionach niósł zawieszony na długiej żerdzi symbol Upartego, dwie splecione ze sobą kolczaste obręcze. Pozostali szli za nim po obu jego stronach, trzech z każdej. Trzymali w rękach wypolerowane brązowe dyski, w które co jakiś czas uderzali niewielkimi młoteczkami. Procesja wyszła na podwyższenie i zaczęła schodzić po stopniach. Na najwyższym stanął mężczyzna z symbolem Upartego, a na kolejnych parami stawali ci z dyskami w dłoniach. Dopiero gdy ostatnia para zajęła już swoje miejsca z Sanctum wyszedł Ojciec. Jego szata również była brązowa, jednak oblamowana u dołu i na rękawach szerokim białym paskiem. W odróżnieniu od pozostałych uczestników ceremonii nie nosił na twarzy maski. Z tej odległości jego twarz nie była zbytnio widoczna, jednak mimo wszystko rysowały się na niej wyraźne oznaki Skażenia. W prawej ręce trzymał spory kocioł, a w lewej chochlę. Przystanął tuż ponad symbolem swego boga. -Witajcie –powiedział spokojnie, jednak głośno i stanowczo. –Cieszę się i smucę zarazem, widząc was tutaj. Cieszę, gdyż widzę, że jesteście równie uparci jak mój bóg. Nie zawsze jest w was ta determinacja, często poddajecie się zniechęceniu, wiem to dobrze! -po tych słowach umilkł wodząc wzrokiem po głowach zgromadzonych w dole ludzi. -A jednak zawsze gdy nadchodzi ten dzień, tłumnie gromadzicie się pod Sanctum w oczekiwaniu tej wspaniałej chwili, gdy Uparty ześle na nas swą łaskę. Doprawdy szczęśliwy to dzień, gdy tak wielu z was przypomina sobie o naszym bogu –każde kolejne zdanie wypowiadał coraz bardziej dobitnym tonem. Miał donośny głos i nawet stojący w sporym oddaleniu Zielonka nie uronił ani słowa z jego przemowy. -Jednak, jak już powiedziałem, moja radość jak co roku podszyta jest smutkiem, gdyż wyglądany przez nas Dzień Oczyszczenia jeszcze nie nadszedł –zgromadzony przed Sanctum tłum pochylił głowy. –Uparty nie uznał do tej pory, że nasz upór jest już wystarczający, aby zasłużyć na nagrodę w postaci jego łaski. Jednak ta wielka chwila bez wątpienia nadejdzie! Uparty nas nie opuści! Pozostali bogowie z pewnością dopomogą mu w zakresie swych możliwości, a Dzień Oczyszczenia wreszcie nastanie! –Ojciec uniósł nad głowę trzymane w rękach kocioł i chochlę. –Już jutro znów wyruszę po wodę, która stanie się, miejmy nadzieję, prawdziwą Wodą Oczyszczenia, a tymczasem ruszajmy, Siostra nas oczekuje. Ojciec opuścił ręce, a tłum się rozstąpił, tworząc szerokie przejście pośrodku i wzdłuż alei prowadzącej w stronę murowanych zabudowań i przejścia do Kwadratu. Kapłani trzykrotnie uderzyli w gongi, a wówczas ten z symbolem Upartego uniósł go wysoko i zszedł z pierwszego stopnia na marne resztki bruku. Pozostali ruszyli za nim i co trzy kroki uderzali w gongi. Ojciec zamykał pochód. Za nim kroczyli znamienici mieszkańcy Targu ze Złotoustym, Aksamitną, Matką i Szynką na czele, za nimi zaś ruszyła reszta zgromadzonych w bezładnym i ciasnym pochodzie. Zielonka i Zima stali nieopodal wejścia na Drugi Trójkąt, więc znaleźli się mniej więcej w centrum kroczącego tłumu. Chłopak rozglądał się ciekawie. Do tej pory głównie przemykał chyłkiem między namiotami próbując łapać szczury i umykać straży. Wiele lat upłynęło od momentu, gdy mógł swobodnie kroczyć ulicami Targu, a było to jeszcze wówczas, gdy znajdował się pod opieką Matki. Odruchowo pokręcił z niesmakiem głową. Właściwie nie wiedział dlaczego te wspomnienia wzbudzały w nim tak silną niechęć. Owszem przybytek Matki cieszył się pewną szczególną sławą, jednak Matka nigdy do niczego go nie zmuszała. Być może jednak wcale nie chodziło o niego. Kiedy zdarzało mu się wracać pamięcią do tamtych chwil, tak naprawdę rzadko myślał o sobie. Znów gwałtownie pokręcił głową, nie zamierzał tego teraz roztrząsać. Pochód poruszał się powoli, w panującej wokół ciszy było słychać jedynie odzywające się co trzy kroki uderzenia w gongi. Milczenie stanowiło starą tradycję podczas początku obchodów Dnia Oczyszczenia, którą szanowali nie tylko stali bywalcy Targu, ale również okazjonalni przybysze. Gdy zostawili za sobą wejście na Drugi Trójkąt Zielonka dostrzegł wyglądającego ze swego namiotu Odwrócony Uśmiech. Kupiec patrzył na mijający go tłum i jak się zdawało z rozbawieniem potrząsał głową. Wkrótce zniknął Zielonce z oczu, a tymczasem po prawej stronie ukazało się przejście do Brzytwy, małego placu na którym handlowano głównie bronią. Tamtejsi kupcy nie mieli wprawdzie dużego zbytu, ale jak już trafiał się klient, to nie mogli narzekać na honorarium. Choć oczywiście żaden z nich nie mógł się równać z Szynką, jak sobie powszechnie żartowano, opasły kowal nie zakupił do tej pory jednego z murowanych domów tylko dlatego, że bał się iż prastare fundamenty mogą nie dźwignąć jego tuszy. Pochód kroczył dalej. Dźwięk gongów wprawiał wszystkich w dziwny nastrój, sporo osób potrząsało głowami przy każdym uderzeniu, części z nich przekrzywiały się przy tym maski ukazując pobrużdżone, zaczerwienione bądź złuszczone oblicza. Zielonka z roztargnieniem sięgnął lewą ręką do kawałka szmaty skrywającego jego własne oblicze, aby upewnić się, że dobrze zakrywa twarz. Nie był próżny, był na to stanowczo zbyt biedny. Jego postrzępione spodnie i koszula z przykrótkimi rękawami odkrywały wiele niedoskonałości jego ciała, ze zniszczonymi dłońmi na czele, chłopak czerpał jednak pewną satysfakcję z faktu, że noszona na twarzy stara szmata skrywała wszystkie wady jego twarzy pozostawiając na widoku jedynie czoło, które o ile sam mógł to ocenić, było w znakomitym stanie. Tymczasem dotarli do pierwszego przejścia na Kwadrat. Znajdowało się ono po prawej stronie pochodu, natomiast na lewo brał swój początek trakt do Karpiów. Zaraz za nim rozpoczynała się linia murowanych budynków, pozostałość po dawnej chwale świata. Pierwszym z nich była karczma Późna Godzina, której drzwi pozostawały szeroko otwarte. W środku znajdowało się sporo klientów, których piwo interesowało bardziej od święta. Byli to głównie ludzie Chleba, w długich zielono szarych płaszczach. Usługiwał im osobiście karczmarz zwany Kocurem. Szczupły i wysoki mężczyzna w kociej masce na twarzy. Słysząc gongi rzucił krótkie spojrzenie w stronę alei, jednak nie poświęcił większej uwagi temu, co się tam działo. Zresztą podobnie jak jego klienci. Pochód wyminął karczmę, a kilku jego uczestników z dezaprobatą potrząsało głowami. -Paradne –prychnęła niska kobieta idąca nieopodal Zimy. W tłumie rozległo się kilka gniewnych pomruków, jednak zbyła je ona śmiechem. Zielonka przyjrzał się jej z zaciekawieniem. Nosiła szarą, dobrze zachowaną szatę. Miała krótkie siwe włosy, a na twarzy błękitną materiałową maskę. Był to dziwny materiał, gładki i lśniący, przy każdym ruchu kobiety sprawiał wrażenie, jakby to woda spływała po jej twarzy. Kobieta wspierała się na wysokim kosturze trzymanym w lewej ręce, ale szczurołap miał wrażenie, że wcale go nie potrzebowała. Rozpoznał w niej Studnię, na ogół szanowaną znachorkę z Dupy. -Czyżby zachowała się pani niewłaściwie? -Zima zaczepił ją nieprzesadnie ściszonym głosem. Wokół nich rozległo się więcej gniewnych pomruków, natomiast kobieta zwróciła głowę w stronę przybysza. Przyjrzała mu się uważnie i przełożyła kostur do prawej ręki, dzięki czemu Zielonka lepiej ją teraz…

Postęp podglądu tylko w tej sesji · 0%