fantastyka · 15 min czytania
Targ - Dzień I - Rozdział IV
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 1
Dużo później Zielonka siedział wraz z Zimą w Ściętej. Była to trzecia z murowanych karczm znajdujących się na terenie Targu. Najmniejsza i zdecydowanie najmniej wystawna, jednak wciąż gwarantowała swojej właścicielce przyzwoite zyski zwłaszcza w tym czasie. W głównej izbie mieściło się około dwunastu stołów. W większości niewielkich przy których mogło siedzieć do czterech ludzi. Były też trzy dłuższe, przy których mieściło się do dziesięciu osób. Po sali kręciła się czwórka posługaczy w prostych szatach i materiałowych maskach, które nie zasłaniały w pełni ich podniszczonych twarzy. Co jakiś czas interesu doglądała też sama Mak, ona również nosiła prostą, poplamioną tłuszczem bluzkę i sprane spodnie. Połowę twarzy okrywała jej drewniana pomalowana na czerwono maska. Druga połowa była dumnie odsłonięta. Gdy tylko karczmarka pojawiała się na sali, Zielonka nie mógł oderwać od niej wzroku, była to bowiem najpiękniejsza kobieta jaką widział w życiu, a jej rysów nie zniekształcały nawet widoczne tu i ówdzie drobne zmarszczki oraz biegnąca w poprzek podbródka niewielka blizna. -Nie gap się tak –upomniał go za którymś razem Zima. Siedzieli w kiepsko oświetlonym kącie izby nad dwoma miskami kapusty z grochem. Przybysz naciągnął na głowę kaptur i jadł głęboko pochylony nad talerzem w taki sposób, że Zielonka nie był w stanie dostrzec nawet fragmentu jego twarzy, który odsłaniał na krótko unosząc maskę, aby wziąć do ust kolejne kęsy potrawy, którą wcześniej obficie posypał przyprawą wyciągniętą z odmętów swego białego płaszcza. Nie odpowiedział, gdy Zielonka spytał co to za przyprawa, ani się z nim nie podzielił. -Nie zasmakowałaby tobie –zbył krótko jego prośby. Szczurołapa rozczarowała ta odpowiedź, jednak nie nalegał. Wokół tyle się działo, że i tak nie był w stanie skupić się na jedzeniu. Wprawdzie odczuwał głód, gdyż jak sobie uświadamiał, nie jadł od co najmniej dwóch dni, jednak ludzie zgromadzeni w karczmie okazali się na tyle zajmujący, że jego uwaga pozostawała rozproszona. I nie chodziło jedynie o Mak oraz jej piękną połowę twarzy. Ściętą wypełniali goście, którzy w większości przybyli na Targ specjalnie z okazji obchodów Dnia Oczyszczenia. Mieszali się oni z pomniejszymi kupcami zajmującymi kramy w tej części osady oraz stałymi bywalcami, którzy przybywali tu regularnie z okolicznych wiosek poukrywanych w ogromnych lasach otaczających Targ ze wszystkich stron. -Jutro to dopiero będzie –mówił siedzący nieopodal kupiec w pomarańczowym kubraku i masce w kształcie lisiego pyska. –Już się nie mogę doczekać opowieści Chabra. -Przecież co roku gada to samo –stwierdził siedzący naprzeciw niego mężczyzna w podniszczonej koszuli i chuście zakrywającej dolną połowę twarzy. Była to maska raczej absurdalna, gdyż nie skrywała ani łuszczącej się skóry na czole, ani zazielenionych ust, które odsłaniał za każdym razem, gdy łykał z trzymanego w zaczerwienionej dłoni kufla, czyli nader często. -Ważne są niuanse –stwierdził kupiec. –Opowieść zmienia się niepostrzeżenie z roku na rok. I zaobserwuj jutro jak on potrafi grać na emocjach tłumu. –Lis również pociągnął spory łyk. –Nie chciałbym być w skórze żadnego maga, który znalazłby się na Kwadracie, gdy Chaber kończy swą opowieść. -E tam –siedzącą nieopodal kobieta z czarną przepaską na oczach lekceważąco machnęła ręką. –Nie trzeba żadnych opowiastek. Gdyby jakiś mag był wystarczająco głupi, żeby wejść tu choćby w tej chwili, zginąłby, zanim zdążył się odezwać. -O to to to –rozmówca kupca czknął głośno akcentując swoją wypowiedź. -Jest w tym sporo racji –Lis ustąpił i skinął kobiecie kuflem. –Ale jednak Chaber to Chaber. Mówię wam, jego opowieści nigdy mi się nie znudzą. On nie opowiada lecz wręcz snuje wizje, które trafiają wprost do umysłu. A jak gra na tej swojej lutni... Zielonka z fascynacją chłonął toczące się wokół rozmowy. Wprawdzie często bywał na Targu, jednak na ogół przemykał chyłkiem między namiotami skupiając się głównie na łapaniu szczurów, rzezaniu mieszków i unikaniu straży. Nie zdarzało mu się spędzać wieczoru w karczmie, a tym bardziej w trakcie obchodów Dnia Oczyszczenia, kiedy straż zdwajała czujność. Sukcesem było dla niego już przetrwanie do rana między namiotami gdzieś w okolicy Dołu i Szczyny. W pewnym momencie stracił jednak zainteresowanie dyskusją o opowieściach Chabra, gdyż jego uwagę przyciągnęła inna rozmowa. -Myślisz, że powinniśmy się obawiać? –mówił siedzący do nich placami mężczyzna w dobrze zachowanym zielonym płaszczu. –Do tej pory Chleb zawsze brał udział w pochodzie. -Daj spokój –jego rozmówca, niski człowieczek w solidnym kubraku lekceważąco machnął ręką. –Pewnie za bardzo się oddalił w trakcie polowania. -Już samo to, że wyruszył na polowanie tuż przed początkiem obchodów jest niepokojące. -Przestań –szeroki uśmiech człowieczka był doskonale widoczny pod przejrzystą płachtą materiału okrywającą jego twarz. –Mamy święto. Jak każdego roku na Targ przybyły nieprzebrane tłumy. Chleb po prostu poważnie traktuje swoje obowiązki. -A jednak... -Daj już spokój. Po co się martwić na zapas. Poza tym czego się właściwie obawiasz? Że pojawi się nagle w trakcie trwania obchodów na czele swoich myśliwych i spróbuje przejąć władzę? -Dlaczego by nie? -mężczyzna w zielonym płaszczu rozejrzał się nerwowo. -Siostra już od dawna rządzi na Targu, nikt przed nią nie utrzymał się na szczycie tak długo. A Chleb nie byłby pierwszym, który postanowił zająć miejsce swojego władcy. -Nie zapominaj, że nie rozmawiamy o byle jakim władcy -człowieczek znów się uśmiechnął. -Siostra znakomicie sobie wszystko urządziła, spośród podległych jej ludzi tylko ci, którym naprawdę ufa, mogą nosić broń. Więc mają ją tylko strażnicy. Myśliwi Chleba muszą się zadowolić jedynie swoimi łukami, a to nie jest broń do walki na takim terenie jak Targ. Gdyby chciał się zabawić w przewrót, musiałby sobie załatwić dostawę broni, bo tutaj jej nie kupi. -Może i jest tak jak mówisz -mężczyzna w zielonym płaszczu nie brzmiał, jakby udało się go przekonać. -Jednak nadal mam swoje wątpliwości. Dla Zielonki nieobecność Chleba również była dziwna, choć gdyby go ktoś zapytał, nie potrafiłby powiedzieć dlaczego. Po prostu w jego świadomość wrósł fakt, że był on kimś w rodzaju namiestnika Siostry na Targu. Mieszkał przecież naprzeciw wejścia do Spichlerza i dbał o dostawy żywności. Często też można go było zobaczyć jak przechadza się wzdłuż alejek Targu i dogląda prowadzonych interesów. Nigdy też nie wystąpił oficjalnie przeciw Siostrze, a nawet z tego co chłopak mgliście kojarzył, poparł ją, gdy przejmowała władzę. Tak, jego nieobecność była doprawdy intrygująca, jednak nim Zielonka zdołał dokładniej zastanowić się nad tym problemem, jego uwagę przyciągnęła o wiele ciekawsza dyskusja toczona przy stojącym kawałek dalej długim stole. -Śluzowce, mówię ci. Ze dwadzieścia sztuk jak nic. Długie na dobre pięć metrów, a grube że hoho –mężczyzna odziany w solidny skórzany płaszcz i w masce imitującej dziób jastrzębia żywiołowo gestykulował. –Wylazły na nas z mroku i próbowały otoczyć. A było nas tylko pięciu i to kiepsko uzbrojonych, poza tym kto to wie, czy działa na nie zwykła broń. Ja w każdym razie wtedy nie wiedziałem. -Więc podaliście tyły? –rzuciła zaczepnie siedzącą w rogu stołu kobieta