fantastyka · 25 min czytania
Targ - Dzień II - Rozdział V
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 1
Następnego dnia Zielonka zbudził się dość wcześnie. Spał wprawdzie na kocu rozłożonym pod oknem na podłodze, ale to i tak były komfortowe warunki w porównaniu z jego zwykłymi legowiskami. Poprzedniego wieczoru poszedł za radą Zimy i pozostał na dole ledwie chwilę dłużej. Ciekawiły go wprawdzie lokalne plotki i opowieści z dalszych stron, ale po dniu pełnym wrażeń odczuwał zmęczenie. Gdy się zbudził, Zimy nie było w ich niewielkiej izbie. Nieco zaskoczony tym faktem poderwał się na nogi i w pierwszym odruchu chciał biec na dół, jednak po chwili uznał, że widocznie przybysz jeszcze go nie potrzebuje. Podszedł zatem do niewielkiego okienka i wyjrzał na zewnątrz. Z tego miejsca otwierał się przed nim widok na rozstaje, na którym poprzedniego dnia spotkał Zimę. Kawałek dalej od tego miejsca między namiotami widoczne było przejście na Kocioł, a za nim jego oczom ukazał się również fragment Trójkąta. Dawno już Zielonka nie patrzył na Targ z takiej perspektywy. Zawsze uwielbiał obserwować ten gąszcz namiotów poprzetykany placami handlowymi. Strzelistą sylwetkę Tentu górującego nad pozostałymi stoiskami i widoczną w oddali masywną bryłę Sanctum. Ten widok, choć ponury z uwagi na kłębiące się bezustannie w górze gęste, ciemne chmury, zawsze napawał go niezwykłym entuzjazmem. Patrząc na Targ z tej perspektywy czuł, że może wszystko, a tam w dole czeka morze niezliczonych możliwości. Tego poranka to uczucie wróciło do niego ze zdwojoną mocą i nie potrafił mu się opierać, nawet wiedząc, że oparte jest jedynie na sentymencie. Alejki nie były jeszcze zatłoczone, jednak sporo ludzi krążyło już w swoich sprawach między placami. O tej porze dnia przeważali tacy ubrani w znoszone i podniszczone szaty, z materiałowymi maskami na twarzach. Na takich jak oni najlepsze towary nigdy nie czekały. Zielonka obserwował ich przez dłuższą chwilę, gdy nagle jego uwagę przykuła potężna postać. Aleją od strony Cisnej podążał niezwykle wysoki, postawny mężczyzna. Dosłownie górował nad tłumem wyższy od przechodniów co najmniej o dwie głowy. Poły jego masywnego czarnego płaszcza niemal szorowały po ziemi, a ciemna maska zdawała się pochłaniać wszelkie światło. Jednak to nie sam mężczyzna przyciągał uwagę wszystkich przechodniów. Tuż za nim sunęła dosłownie unosząc się w powietrzu stalowa skrzynia. Była dłuższa niż jej właściciel i szeroka na metr. Całą jej powierzchnię pokrywały wymyślne zdobienia, a na wieku wykuto romboidalną twarz bez rysów, jedynie z pustymi oczodołami i dwoma wąskimi szparkami imitującymi nozdrza. Pod twarzą znajdował się długi niemal jak całe wieko trzon zakończony potężnym młotem niby do połowy zatopiony w skrzyni. Zielonka patrzył jak urzeczony, gdy wielki mężczyzna skręcił na drogę prowadzącą do Trójkąta, a skrzynia cały czas posłusznie sunęła za nim. Chłopak poderwał się nagle, wypadł na wąski korytarz i pognał do stromych schodów. Zbiegł po nich głośno tupiąc, przeciął salę wspólną i już był na zewnątrz. Spojrzał w stronę Trójkąta, ale nie ujrzał już nieznajomego i jego skrzyni. -Dokąd tak pędzisz? –głos Mak osadził go w miejscu nim ruszył do biegu. –Miałam nie wypuszczać cię bez śniadania. Zielonka odwrócił się z zawstydzeniem i tylko przez krótką chwilę spojrzał na widoczną połowę twarzy karczmarki. -Zobaczyłem coś... kogoś –poprawił się. –I chciałem mu się bliżej przyjrzeć. -Będziesz to musiał przełożyć –stwierdziła Mak. –Twój towarzysz wyraźnie powiedział, że masz zjeść śniadanie i na niego zaczekać. Chcąc nie chcąc chłopak wrócił do karczmy, a po chwili zrezygnowany skubał podpłomyk i koślawą rzepę. Odczuwał wprawdzie głód, ale bardziej od jedzenia interesował go ów nieznajomy, niecodziennie widywało się kogoś takiego w okolicy Targu. -Wolałbyś szczura? –Zielonka podniósł wzrok znad miski i ujrzał dosiadającego się do stołu Zimę. –To raczej danie obiadowe. -Nie chodzi o jedzenie –odparł chłopak. –Rano obserwowałem Targ przez okno i zobaczyłem kogoś interesującego. Zielonka dokładnie opisał Zimie mężczyznę, którego widział. -Skażony –prychnął przybysz z pogardą. -Więc to nie był mag? –chłopak nie wiedział, czy bardziej zdziwił go ten fakt, czy reakcja Zimy. -Magowie mają choć tyle poczucia przyzwoitości, albo chociaż instynktu samozachowawczego, żeby nie okazywać tak ostentacyjnie kim są. Ale te plugawe zgniłki... -A miałam pana za rozsądnego człowieka –to Mak podeszła do ich stolika z dzbankiem lekkiego piwa i kubkiem dla Zielonki. -Nie brak mi rozsądku –odparł Zima. –W przeciwieństwie do nich. -To ludzie tacy sami jak my –stwierdziła karczmarka oburzonym tonem. –Tylko odmienieni przez to, co się stało. I to wina tych cholernych magów. -Wina –sarknął Zima. –Jakby to cokolwiek znaczyło. Są jacy są i powinni to znosić w ukryciu. Mak nie odpowiedziała. Zamaszyście odstawiła dzbanek na stół i odeszła. Gdy Zielonka się najadł wyszli z Zimą na zewnątrz. Poszli na Trójkąt, który stanowił jeden z trzech głównych placów na Targu. Nie dorównywał on wielkością Kwadratowi, ale i tak był spory. U wejścia na plac znajdowała się stara pompa, przy której stała kolejka ludzi z wiadrami i misami. Jakiś mężczyzna w burym kubraku i twarzy zakrytej brązową maską pompował właśnie wodę do stojącego pod pompą wiadra. Woda była mętna. -Skąd pompowana jest ta woda? -spytał Zielonkę Zima, gdy mijali pompę. -O ile wiem z jakiegoś ujęcia znajdującego się gdzieś pod Targiem. -Mętna jak wszędzie. -Stwierdził przybysz. -Skażenie tak wiele nam odebrało. -Pokręcił powoli głową, po czym zmienił temat. -Wczoraj w karczmie zainteresował mnie pewien wątek. Kiedy ten kupiec w masce lisa zachwycał się krasomówczą sztuką Siostry, jeden z gości zapytał go, czy służył kiedyś rodowi Spirali, dlaczego? -To żadna tajemnica –odparł Zielonka. -Wszyscy na Targu plotkują o tym, że Siostra pochodzi z tego rodu, albo co najmniej jest z nim powiązana w jakiś sposób. Podobno nawet ma dwa wielkie proporce z symbolem spirali zawieszone na ścianach w swoim gabinecie. -I ludziom to nie przeszkadza? -O ile wiem, dobrze zarządza Targiem, więc pewnie nie zwracają na to uwagi. -Interesujące –skomentował Zima, po czym pogrążył się w milczeniu. Kiedy znaleźli się już na Trójkącie, grupa robotników właśnie ustawiała scenę. Była ona podobna do podwyższenia, z którego poprzedniego dnia przemawiała Siostra, jednak mniejsza. Podobne sceny jeszcze tego samego dnia miały się znaleźć na wszystkich placach Targu. -Zawsze to tak wygląda? –spytał Zima wskazując scenę. -Z reguły tak –odparł Zielonka. –Od jutra na każdym z placów odbywać się będą przedstawienia i występy bardów. Zawsze też pojawiają się mężczyźni chętni wziąć udział w zapasach czy walce na pięści. Do tego akrobaci, tancerze. Coś wesołego dla każdego. Siostra tak to urządziła. -Siostra -Zima jakby się zamyślił. -Pamiętasz jej przybycie na Targ? -Jak przez mgłę –przyznał Zielonka. –To było z dziesięć lat temu. Wiem, że pojawiła się tu ze sporym majątkiem i grupą swoich strażników – Węgorz i Piękny przybyli razem z nią. Szybko uzyskała poparcie Ojca i znaczących kupców. Przegoniła poprzedniego władcę, ale nie wiem jak to się dokładnie stało. Nigdy mnie to nie interesowało. Zima skinął głową. Dalej szli w milczeniu obserwując jak scena nabiera kształtów. Nieopodal rozstawione było stoisko jej zarządcy, który zapisywał mających wystąpić artystów. -Bochen? –awanturował się właśnie jeden z nich. -Na Kwadracie zapłaciłbyś trzy –stwierdził zarządca. -Na Kwadracie miałbym cztery razy tyle słuchaczy co tutaj. -Znakomicie, znasz drogę... -To doprawdy prostackie. Zielonka był ciekaw jak długo artysta będzie się awanturował nim wreszcie ustąpi lub zrezygnuje, ale Zima nie miał zamiaru się zatrzymywać. Kroczyli więc dalej między porozstawianymi straganami wypełnionymi przeróżnymi towarami. Uwagę Zielonki przyciągały zwłaszcza wyglądające na drogie tkaniny, na które spoglądał nieomal pożądliwie, próbując jednocześnie jak najmniej rzucać się w oczy, aby przypadkiem nikt nie zauważył jego łachmanów. Na szczęście nie było to specjalnie trudne. Takie miejsca jak Trójkąt czy Kwadrat zawsze przyciągały odwiedzających. Odwiedzających nie klientów. W tych czasach niewielu było stać na drogie szaty, czy ozdoby, o kunsztownie wykonanych zabawkach nawet nie wspominając. Dlatego ceny były wysokie. Ale nie odstraszało to gapiów, którzy snując się między straganami zapewne oglądali w swych głowach inny świat, ten, który zdawał się być bezpowrotnie stracony. Zima rozglądał się ciekawie wśród stoisk porozstawianych przez licznych kupców, jednak do żadnego nie podszedł. Czasem tylko zwalniał kroku i uważniej lustrował prezentowany asortyment. -Czego szukasz Zimo? –zagadnął z zainteresowaniem Zielonka. -Czegoś bardzo konkretnego –odparł zapytany. –Ale tutaj tego nie widzę. Na Kwadracie pewnie mają większy wybór? -I wyższe ceny –skwitował chłopak. -To akurat wyłącznie moje zmartwienie. Prowadź. Aby dojść na Kwadrat musieli przejść obok wejścia na Kocioł i następnie skręcić w lewo. Po krótkim marszu dotarli do rozstaja, gdzie usłyszeli dźwięk gongów. Zatrzymali się, a przed nimi od strony Kwadratu wyłoniła się procesja prowadzona przez mężczyznę dźwigającego emblemat Upartego. Za nim kroczyło sześciu kolejnych, po trzech z każdej strony, którzy uderzali w gongi. Pochód zamykał Ojciec wraz z dwójką innych ludzi -mężczyzną i kobietą - każdy z nich niósł w ręce sporych rozmiarów kocioł. Przechodnie schodzili im z drogi, gdy kroczyli pewnym krokiem w stronę głównej alei i już po chwili zniknęli Zielonce i Zimie z oczu. -Dokąd się udają? –spytał przybysz. -Na mokradła –chłopak patrzył z przejęciem w miejsce, gdzie znikła procesja. –Idą do specjalnego źródła, z którego przyniosą wodę. Wrócą wieczorem i przez następnych kilka dni Ojciec będzie się modlił, aby ta woda stała się Wodą Oczyszczenia. -I stanie się? -Być może dla niektórych –odparł Zielonka. –Podobno zdarzały się już uzdrowienia –chłopak spojrzał ze smutkiem na swoje zaczerwienione, popękane dłonie. -Chętnie bym jakieś ujrzał. -A dlaczego nie skorzysta z miejscowego źródła? -Uwierzyłbyś, że miejscowa woda może stać się Wodą Oczyszczenia? Zima jedynie potrząsnął głową i ruszyli dalej by już po chwili znaleźć się na Kwadracie, gdzie od rana wyrosły dwie sceny nie licząc tej usytuowanej na tyłach Tentu. Panował przy nich jeszcze niewielki ruch, ale niektórzy z artystów podchodzących się zapisać wyglądali, jakby mogli zapłacić za występ i z dwadzieścia bochnów. -Czy tutaj również będziemy tylko snuć się bez celu? –spytał Zielonka. -Właściwie to nie –stwierdził Zima. –Chętnie odwiedzę tę handlarkę o pięknych ramionach. Chłopak nie skomentował, jednak posłusznie poprowadził go do namiotu Aksamitnej. Był on dość obszerny, nawet jak na Kwadrat, wysoki i kolorowy, na jego ścianach żywo prezentowały się zieleń, żółć, czerwień i błękit. Poły namiotu szeroko rozstawiono, a przed wejściem stał imponujący stragan, obsługiwany przez wysokiego mężczyznę w schludnej szacie i drewnianej lakierowanej masce skrywającej górną połowę twarzy. Widoczne pod nią policzki miał gładko wygolone. -Czym mogę służyć? –spytał na widok podchodzącego Zimy. Uśmiechnął się przy tym jakby już zostawili u niego ze trzy bochny. Przybysz ledwie rzucił okiem na towary rozstawione na straganie. -To chyba nie wszystko co macie do zaoferowania? –spytał. -Naturalnie –uśmiech sprzedawcy pozostał na swoim miejscu. –Bogactwo naszej oferty nie zmieściłoby się na jednym straganie. Czy jednak wolno mi będzie zwrócić pańską uwagę na te aksamity? Zielonka podążył wzrokiem za wskazaniem tamtego. W środkowej części straganu leżały równo złożone szaty z delikatnie połyskującego materiału, głównie zielone i niebieskie. Chłopak wpatrywał się w nie jak urzeczony, jednak Zima nawet nie zaszczycił ich spojrzeniem. -Każda warta może z bochen –stwierdził. -Dwa –rzucił kupiec, nadal się uśmiechał, ale głos miał stanowczy. -Nie sądzę –skwitował Zima. –Poza tym poszukuję szczególnych wyrobów, te tutaj mógłby kupić każdy. -Doskonale –kupiec przeciągnął nieco s. –Zatem zapraszam. Wskazał ręką rozsunięte poły namiotu. Zima skinął mu głową i ruszył do środka. Zielonkę oszołomił przepych z jakim urządzono wnętrze. Całe zastawione było regałami, ale ustawionymi w logicznym porządku i ze smakiem, każdy wypełniono schludnie ułożonymi towarami, dominowały…