Fantasy · 20 min czytania
Targ - Dzień II - Rozdział VI
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 1
Po zakupie szala opuścili Tent, jednak pozostali na Kwadracie. Zima zdecydował się obejść wokół cały plac, a Zielonka chętnie podążał za nim. Z żywym zainteresowaniem chłonął obraz tego miejsca i znajdujących się na nim ludzi, który wcześniej zdarzało mu się obserwować jedynie wówczas, gdy skryty między namiotami pochłaniał surowe truchło szczura, albo co gorsze skręcał się z głodu. Jako pierwsze rzucało się w oczy to, jak niewielu ludzi rzeczywiście coś kupowało. Nic w tym z resztą dziwnego, na placu handlowano głównie kosztownymi towarami, a większość przybyszów interesowały artykuły pierwszej potrzeby a więc żywność, medykamenty i alkohol. Jednak, jako że wszyscy marzyli o lepszym życiu, tłumnie gromadzili się na Kwadracie, aby chociaż nacieszyć oczy. Gdyby jednak Siostra kiedykolwiek zdecydowała o pobieraniu dodatkowych opłat za wstęp na ten plac, z pewnością świeciłby on pustkami. -Po tylu latach od Skażenia świat nadal się nie podniósł –rzucił cicho Zima. -Czy to znaczy, że wszędzie jest tak samo? -spytał Zielonka. -O nie –odparł przybysz –w większości miejsc jest o wiele gorzej. Mimo wszystko tutaj przynajmniej ustanowiono jakieś prawa. -Jedynie dla tych, których na nie stać -odpowiedział gorzko szczurołap. -Zawsze to jakiś początek, choć to, co mówisz, to nie do końca prawda -stwierdził Zima, gdy przechodzili akurat w pobliżu wielkiej sceny na tyłach Tentu. -Dla tych, których na to stać, prawa niewiele znaczą. -O nie, tutaj na Targu obowiązują bez wyjątków -zapewnił gorliwie Zielonka. -Siostra wszystko sobie podporządkowała. -Doprawdy? Nawet jeśli jest tak jak mówisz, to ten luksus sporo kosztuje -Zima spojrzał na Zielonkę i nagle podniósł głowę patrząc na coś za jego plecami. -A cóż to za człowiek? Szczurołap odwrócił się i spojrzał w tym samym kierunku. Ujrzał mężczyznę w długiej postrzępionej szacie, który pchał przed sobą masywny wózek. Co chwila przystawał na uboczu każdego z namiotów zgromadzonych wokół Kwadratu, a kupcy gdy go dostrzegali znikali na chwilę w ich wnętrzach, po czym podchodzili do wózka z glinianymi naczyniami z pokrywkami lub też koszami i przelewali bądź przesypywali ich zawartość do odpowiednich pojemników na wózku. -To odpadowy -powiedział Zielonka. -Zwykle kursują późnym wieczorem bądź wcześnie rano, ale w trakcie obchodów Dnia Oczyszczenia, kiedy na Targu gromadzi się więcej ludzi, potrzebni są częściej. -Niesamowite -stwierdził Zima. -Nie pamiętam, aby działali, gdy byłem tu poprzednio. -Nie potrafię stwierdzić, kiedy zaczęli, dla mnie są tutaj od zawsze. Aczkolwiek nie są przesadnie skuteczni, w wielu miejscach między namiotami, zwłaszcza w gorszych częściach Targu i tak rosną mniejsze i większe stosy odpadków. -Pytanie czy to wina tych, którzy są odpowiedzialni za ich utylizację, czy tych, którzy wyrzucają je gdzie popadnie. Zima jeszcze przez dłuższą chwilę przyglądał się mężczyźnie pchającemu przed sobą coraz bardziej wypełniony wózek. Wydawał się być autentycznie zafascynowany ideą zorganizowanego pozbywania się nieczystości. -Muszę przyznać, że to miejsce wydaje się być znakomicie zorganizowane -powiedział, gdy ruszyli na dalszy obchód Kwadratu. -Kiedy nadejdzie Dzień Oczyszczenia, niewiele trzeba będzie, aby przywrócić mu dawną świetność. -Wątpię, aby Targ jeszcze kiedykolwiek wyglądał tak jak w opowieściach starców. Poza tym nikt już tak naprawdę nie wierzy w Dzień Oczyszczenia –stwierdził Zielonka. Zima zatrzymał się na chwilę i spojrzał mu prosto w oczy. Chłopak poczuł się z tym dość nieswojo, a gdy kontakt wzrokowy przedłużał się, zdał sobie sprawę, że oczy przybysza są błękitne. -Pokaż mi proszę, dokąd udał się Ojciec –powiedział wreszcie Zima. Zielonka tylko skinął głową i poprowadził. Wrócili do rozstaja prowadzącego na Kocioł i Trójkąt, nie cofnęli się jednak bardziej, a poszli wzdłuż drogi, przecięli główną aleję i minęli linię murowanych zabudowań. Właściwie zaraz za nimi kończył się Targ. Zazwyczaj. Obecnie spora polana, która rozpościerała się za namiotem strażników pilnujących wejścia na Targ, zastawiona była w dużej mierze namiotami, wozami i naprędce skleconymi szałasami z gałęzi. Panował wśród nich spory ruch, mimo że do Dnia Oczyszczenia pozostało jeszcze kilka dni, to ludzie przybyli z daleka już teraz tworzyli tu sobie tymczasowe osady. Co roku wyglądało to podobnie, nie każdego było stać na opłacenie dłuższego pobytu na Targu, poza tym liczba miejsc noclegowych była mocno ograniczona, a karczmy również nie należały do tanich. Wobec tego większa część odwiedzających sypiała w miejscu, w którym nie pobierano dodatkowych opłat, tym samym Targ na ten jeden tydzień w roku niemal podwajał swoja powierzchnię, bowiem podobne obozowiska powstawały przy każdym z wejść. Oczywiście niewielu spośród obozujących w tym miejscu przybyło traktem biegnącym od namiotu strażników i niknącym w oddali między drzewami, większość nadeszła zapewne od strony Lipan, a następnie obeszła część Targu dookoła. Działo się tak dlatego, że na skraju polany zaczynał się las. Wysokie i w większości grube pnie drzew rozpościerały się aż po horyzont. Drzewa bynajmniej nie były zdrowe, z wielu kora odłaziła płatami, a korony tylko niektórych były zielone. Większość miała pożółkłe i poskręcane liście, bądź była wręcz łysa. Gdzieś między drzewami wił się wąski wprawdzie, ale utwardzony trakt. -Ta droga prowadzi na Mokradła, masz ochotę się tam udać? –Zielonka miał nadzieję, że odpowiedź będzie negatywna. O Mokradłach krążyły różne opowieści, a ponadto chłopak miał złe wspomnienia związane z tym miejscem. -Jeszcze nie teraz, być może w ogóle –stwierdził Zima. –Nie zgłodniałeś przypadkiem? -Tak –w rzeczywistości Zielonka czuł się jeszcze pełny po śniadaniu, ale z ulgą powitał ten pretekst, aby oddalić się od drogi prowadzącej na Mokradła. –Wracamy do Ściętej? -Znamy już tamtejszy jadłospis –stwierdził Zima. –Sprawdźmy raczej co serwują w najdroższej karczmie na Targu. Zielonka jedynie skinął głową i poprowadził do Zarazy. Po drodze mijali Hold. Zima pozornie przechodził obok niego najzupełniej obojętnie, szczurołap z pewnością nie zwróciłby uwagi na krótkie uważne spojrzenia rzucane w niebo, czy udawane zainteresowanie którymś z przechodniów, gdyby nie podsłuchał poprzedniego wieczora rozmowy przybysza z Odwróconym Uśmiechem. W przeciwnym razie uznałby, że Zima jak wszyscy obserwuje mijających ich ludzi – jedna z kobiet miała nawet odsłonięte pośladki, na których nie widać było choćby najmniejszych oznak Skażenia. Zielonka sam zapatrzył się za nią dłużej niż powinien. Jednak gdy obserwował przybysza, zorientował się, że wszystkie te jego przelotne spojrzenia zawsze dziwnym trafem zahaczały o mur, bądź strzegących Holdu strażników. Nie skomentował tego w żaden sposób. Przed wejściem do Zarazy, rozległego piętrowego budynku, stało trzech mężczyzn. Dwóch większych nosiło proste czarne stroje i pałki o rękojeściach wysadzanych barwionym szkłem, znak rozpoznawczy kowala Szynki. Trzeci z mężczyzn nosił kosztowną jedwabną koszulę z motywem pnączy i ciemne skórzane spodnie. Wszyscy mieli na twarzach jednakowe maski z brązu, które odsłaniały dolną połowę ich twarzy. Pałkarze trzymali się na uboczu, częściowo skryci w cieniu pod tarasem okalającym front budynku. Z jednej strony wyraźnie wtapiali się w tło, aby ich obecność nie powodowała zbędnego dyskomfortu u odwiedzających, z drugiej jak zauważył Zielonka, zachowywali się na tyle ostentacyjnie, aby nikt nie przeoczył ich obecności w tym miejscu. -Witamy w skromnych progach Złotoustego –zagaił radośnie mężczyzna w jedwabnej koszuli. -Tylko dzisiaj oferta specjalna, wejście jedynie za bochen od głowy. -Wszędzie tylko bochny i bochny –westchnął Zima. –Czyżby już wszyscy zapomnieli o kromkach i preclach? -odźwierny nie skomentował tej uszczypliwej uwagi, jedynie uśmiechnął się zachęcająco. -Zapewniam, że tutejsza kuchnia jest tego warta -powiedział ktoś za ich plecami. Gdy się odwrócili ujrzeli Brata, który właśnie wyciągał z trzosa zawieszonego u pasa dwie miedziane płytki. Wraz z nim przed karczmą stał również drugi mężczyzna, odziany o wiele skromniej od niego, jednak w solidne szaty. Dolną połowę twarzy i nos skrywał pod granatową chustą, a przy boku miał przytroczoną zwiniętą rózgę. -A w tych dniach Złotousty szczególnie się stara -Brat wręczył płytki odźwiernemu, który skłonił mu się z uśmiechem. -Poza tym czymże są dwa bochny dla kogoś tak zamożnego. -Jest pan niezwykle dobrze poinformowany... -Zima zawiesił głos, dając rozmówcy do zrozumienia, że się nie przedstawił. -Mógłbym iść o zakład, że słyszał pan już moje imię Zimo -stwierdził Brat. -A co do mojej wiedzy na temat stanu pańskiej zamożności, to jestem nie tylko dobrze poinformowany, mam również znakomity zmysł obserwacji -po tych słowach skinął im głową i zniknął za drzwiami Zarazy wraz ze swoim towarzyszem. Zima tymczasem zerknął na wciąż uśmiechniętego odźwiernego i z westchnieniem sięgnął do kieszeni wyciągając z niej niewielką bryłkę soli, którą mu wręczył. Uśmiech tamtego zmienił się w wyraz podziwu, skłonił się nisko i otworzył im drzwi. Główna sala była potężna, cała zastawiona okrągłymi stołami, w większości czteroosobowymi, ale Zielonka wypatrzył też kilka większych. Panował tutaj umiarkowany ruch, ostatecznie główne obchody Dnia Oczyszczenia jeszcze się nie rozpoczęły, więc bogatej klienteli brakowało. Pod ścianą na wprost drzwi znajdował się kontuar, za którym krzątała się trójka ludzi w maskach z brązu. W rogach pomieszczenia stało czterech mężczyzn w ciemnych szatach. Podobnie jak ich odpowiednicy przed wejściem, także i oni byli uzbrojeni w pałki od Szynki. Szczurołap z Zimą zajęli wolny stół nieco na uboczu, w…