fantastyka · 18 min czytania
Targ - Dzień II - Rozdział VIII
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 1
Zbliżała się trzecia godzina nocy. Zielonka zatrząsł się i potarł ramiona. Znajdował się na Zadziorze, niewielkim placyku wciśniętym między namioty Kwadratu i obu Trójkątów. Zmęczonym wzrokiem obserwował Zimę stojącego pośrodku kręgu gapiów stłoczonych na obwodzie, niemal wtulonych w ściany namiotów okalających ten mały skrawek przestrzeni. Żadne widowisko nie mogło się bez nich obyć. Targ dostarczał w tych dniach wielu rozrywek, ale ta najbardziej pierwotna dostępna była tylko na Zadziorze, jedynym miejscu, którego nie patrolowała straż Siostry. A przynajmniej nie robili tego zbyt często. Zwykle zaglądali na plac raz, bądź dwa razy w tygodniu, aby uprzątnąć ewentualnych pechowców. Tutaj prawa Targu nie obowiązywały, Siostra nie wtrącała się do porachunków rozstrzyganych na Zadziorze, dzięki czemu na pozostałych placach panował względny spokój. Zielonka pomimo rosnącego zmęczenia, z zainteresowaniem obserwował zgromadzonych, gdyż stanowili pełen przekrój osobistości, jakie można było spotkać na Targu. Od zbytkownie odzianych, skrywających twarze za lśniącymi, ekstrawaganckimi maskami kupców, poprzez ubranych może skromniej, ale niewątpliwie solidnie mniej zamożnych rzemieślników i odwiedzających, aż do nędzarzy w połatanych szmatach i z pasami postrzępionego materiału zastępującymi maski, z których tylko niektórzy przepasani byli szarfami. Wśród zgromadzonego tłumu nie brakowało również znamienitych osobistości. Zielonka z podziwem przypatrywał się stojącemu niemal naprzeciw niego Szynce. Kowal miał na sobie skórzany strój i swoją nieodłączną czarną maskę. Przy jego pasie pyszniła się zdobiona barwionym szkłem pochwa, z której wystawała również zbytkowna rękojeść miecza. W innym miejscu wypatrzył Czwartego, który stał nieco zgarbiony i jakby zagubiony. Co jakiś czas rozglądał się na boki, jakby nie do końca pewny, czy przyjście w nocy na Zadziorę było dobrym pomysłem. Nieopodal był również Spłata, który niecierpliwie wodził dłonią po rękojeści swej rózgi. Zielonce wydawało się, że wśród zgromadzonego tłumu dostrzegł nawet Chochlę. Wprawdzie kapitan nie występował tutaj w drewnianej masce oraz mundurze strażnika, jednak zdradzała go tusza, potężniejsza niż u Szynki oraz zbytkowny miecz przy pasie. Szczurołap nie zdziwił się specjalnie, gdy dostrzegł jak tamten obstawia zakłady nie tylko na zwycięzce pojedynku, ale również czy przeciwnik Zimy w ogóle się pojawi. Jednak ze szczególnym zainteresowaniem szczurołap przyglądał się nie znamienitym osobistościom, ale zgromadzonym tu i ówdzie żebrakom odzianym w łachmany, jak w migotliwym świetle trzech niewielkich pochodni rozglądali się czujnie na boki. W panującym na placyku półmroku widział ich marne stroje, w najlepszym razie podobne do tego, co sam nosił. Jedynie nieliczni przepasali się szarfami, a pozostali ewidentnie nie opłacili wstępu na Targ, jednak pokusa krwawej rozrywki była zbyt silna, aby pozostali w norach, w których kryli się na co dzień. Rozpoznawał część z nich, gdyż zdarzało mu się ich widywać w Osadzie Wyrzutków, gdzie podobnie jak on korzystali czasem z gościnności Bruda. Chłopak zaobserwował również z pewnym zdziwieniem kapelusz z szerokim rondem i przytroczonym do niego czerwonym piórkiem wystający ponad głowy tych biedniejszych spośród zgromadzonych tej nocy na Zadziorze. -Minęła trzecia godzina nocy –mruknął z dezaprobatą jeden z kupców zerknąwszy na stojącą pośrodku kręgu świecę podzieloną na segmenty wyznaczające kolejne godziny. Nieznajomy nie nadchodził, a Zielonce znudziło się obserwowanie zgromadzonych. Uciekł myślami do momentu, w którym Mistrz Chaber skończył swą opowieść. Wówczas wśród tłumu słuchaczy podziwiających jego opowieść zapanowała konsternacja. Do chłopaka nie dotarło ukryte znaczenie słów barda, ale po reakcji tłumu zorientował się, że wielu zrozumiało go bardzo dobrze. Gdzieniegdzie odezwały się pojedyncze buczenia i oznaki niezadowolenia, ale zostały szybko zagłuszone głośnymi wiwatami i oklaskami. Wielu ludzi wręcz zaśmiewało się nieprzyjemnie, oklaskując barda i wykrzykując pochwały na cześć jego opowieści. -Interesujące –skwitował wówczas Zima. Zielonka zerknął na niego, jednak przybysz nie wypowiedział już nic więcej, z wyraźnym skupieniem obserwując reakcję tłumu. Bard zakończył grać na lutni i powolnym ruchem zawiesił ją sobie na plecach. Następnie uniósł rękę z otwartą dłonią w geście ni to tryumfu, ni to uciszenia. Zielonka odniósł wrażenie, że bard chciał jeszcze coś powiedzieć, jednak zanim zdążył się odezwać, do uszu zgromadzonych na Kwadracie dobiegł głośny krzyk. Dobiegał on od strony przejścia na Mokradła. Krzyczała jakaś kobieta wskazując ręką w tamtym kierunku. Po chwili dołączyły do niej kolejne przerażone głosy. To wracała grupa Ojca. Nie bili jednak tryumfalnie w gongi. Nawet ich nie mieli. Znak Upartego nie kroczył dumnie na czele procesji. Zamiast tego wspierał się na nim sam Ojciec idący gdzieś pośrodku grupy. Wszyscy byli wybrudzeni, a ich postrzępione szaty znaczyła krew. Zielonka w pośpiechu zaczął liczyć członków procesji. O ile był w stanie to dokładnie stwierdzić w zgiełku i zamieszaniu jakie zapanowały na Kwadracie, brakowało trójki ludzi i co ważniejsze dwóch kotłów z wodą, która miała stać się Wodą Oczyszczenia. Wracający nieśli ze sobą tylko jeden, przychodziło im to jednak na tyle łatwo, że nie mógł być zbyt wypełniony. W całym zgiełku jaki zapanował wówczas na Kwadracie, trudno było zorientować się co zaszło. Zima chwycił Zielonkę za ramię i umiejętnie przepchnął się przez tłum w pobliże grupy Ojca. Zgromadzeni wokół niej ludzie skutecznie blokowali przejście, jednocześnie głośno lamentowali i wykrzykiwali chaotyczne pytania. Zielonkę cała ta scena zdumiewała. Na co dzień większość mieszkańców Targu jak i odwiedzających pokpiwała z Ojca, mimo iż wszyscy liczyli na nadejście tego mitycznego Dnia Oczyszczenia. Natomiast teraz, gdy coś zakłóciło obchody święta, ci sami ludzie, którzy go wyśmiewali, drżeli z niepokoju, oto bowiem wydarzyło się coś nieoczekiwanego, co wtargnęło gwałtownie do ich świadomości wywracając ukształtowany w ich umysłach porządek rzeczy. Powracający próbowali torować sobie drogę przez tłum jednak bezskutecznie. Nie byli w stanie przebrnąć przez spanikowanych ludzi, którzy wykrzykiwali nerwowe pytania. Atakowani zewsząd żądaniami udzielenia jakichkolwiek informacji powracający zdali chaotyczną relację stanowiącą zbiór raczej bełkotliwych odpowiedzi na powracające wciąż te same zapytania. Z tej gmatwaniny informacji Zielonka dowiedział się tyle, że udało im się dotrzeć do sadzawki i jak co roku napełnili kotły wodą. Wracali już na Targ, gdy wtem padli ofiarą ataku dzikich bestii, jakich nigdy wcześniej nie widziano w tej części lasu. Jednego z członków orszaku rozszarpały one na ich oczach, a dwaj pozostali zniknęli im z oczu podczas bezładnej ucieczki. Tyle udało się od nich uzyskać. -Parszywiec stchórzył. Nie przyjdzie –ochrypły głos stojącego nieopodal jegomościa wyrwał Zielonkę z rozmyślań. Zgromadzeni na Zadziorze wyraźnie się niecierpliwili. Niektórzy jakby zbierali się do odejścia. Do uszu Zielonki dotarło kilka wykłócań o to czy przyjęte zakłady należy anulować, czy też uznać tych, którzy postawili na skażonego za przegranych, skoro wielkolud się nie pojawił. Natomiast Zima wciąż stał nieruchomo pośrodku placu ze wzrokiem utkwionym w jeden punkt. Czekał. -Drodzy panowie! -coraz ostrzejsze kłótnie o poczynione już zakłady przerwał aksamitny głos Chabra nieoczekiwanie wchodzącego do kręgu. Zielonka zauważył, że bard nie miał ze sobą swojej lutni. -Czcigodne panie –drugie powitanie miało zdaniem szczurołapa wyłącznie kurtuazyjny charakter, bowiem pośród zgromadzonych na Zadziorze ludzi, nie wypatrzył żadnej kobiety. -Pora wprawdzie już późna i rozumiem wasze zniecierpliwienie, skoro już jednak zebraliśmy się w tym miejscu w oczekiwaniu na interesującą rozrywkę, to moim skromnym zdaniem jakaś nam się należy. Jeden z uczestników pojedynku się spóźnia, być może stchórzył, osobiście nigdy nie miałem zbyt wysokiego mniemania o odwadze skażonych –część zgromadzonych parsknęła śmiechem słysząc te słowa. –Zatem jeśli pozwolicie, postaram się zapewnić wam choć marny substytut tego, po co tu dzisiaj tak tłumnie przybyliście. -Prosimy! -krzyknął ktoś spośród zgromadzonych, a okrzyk podchwyciło sporo innych osób. -Oczywiście jeżeli pan Zima pozwoli -Chaber zwrócił się w stronę przybysza, który nieznacznie skinął głową. -Wobec tego chętnie opowiem pewną historię –bard skłonił się nisko przed słuchaczami. -Proszę jednak o wybaczenie, wybierając się tu dzisiaj nie spodziewałem się, że będę występował i nie zabrałem ze sobą lutni. Natomiast tuszę, że nie przeszkodzi mi to w opowiedzeniu satysfakcjonującej historii. A zatem –bard…