Ustawienia czytania
Preferencje tekstuŹródło: ustawienia tej wizyty
Motyw

fantastyka · 22 min czytania

Targ - Dzień III - Rozdział X

Bezpłatny fragment · pierwsze 50%

-Dlaczego Stado? –spytał Zima, gdy schodzili po schodach Sanctum. –Widziałem jakie spojrzenia rzucałeś w stronę tamtej kaplicy. Zielonka nie odpowiedział od razu. Nie miał ochoty rozmawiać o swoich uczuciach religijnych, gdyż uważał je za swoją prywatną sprawę. Chociaż tyle miał w życiu. Poza tym nie bardzo wiedział co odpowiedzieć. Nigdy nie był wyznawcą przesadnie gorliwym, czy choćby zainteresowanym, jeśli nie liczyć fascynacji ogólną ideą Stada. Do tej pory właściwie nawet nie wiedział na czym polegają rytuały wyznawców tego bóstwa. Kiedy błąkał się samotnie pośród lasów, między namiotami, czy też w najgorszym razie w Osadzie Wyrzutków desperacko poszukiwał poczucia jakiejkolwiek przynależności. Religia nie interesowała go jako wiara w jakikolwiek ponadnaturalny byt czy w prawdę wykraczającą swym ogromem ponad wszelkie istnienie. Owszem modlił się czasem w duchu do Stada, głównie w potrzebie, ale chyba nigdy nie traktował go jako realną istotę – osobę – kogoś z kim mógłby porozmawiać i dzielić niedolę oraz rzadkie chwile radości. Imię Stada traktował raczej jak zaklęcie mające uchronić go przed złym losem. O wiele ważniejsza od samej wiary była świadomość jaką ona dawała, że nie jest sam na tym świecie. Że są również inni tacy jak on i to nie gdzieś daleko poza zasięgiem ale tutaj na Targu. Inni wyznawcy Stada, którzy gromadzili się w Sanctum lub spotykali na ulicach i placach. O ile wiedział, ich wiara nie polegała wprawdzie na rozmowie z drugim człowiekiem, jednak niewątpliwie doświadczali kontaktu z innymi. Do tej pory nie wiedział, że jednoczyli się ściśle jedynie na poziomie czysto fizycznym w dzikiej kotłowaninie ciał, a potem rozchodzili. Jednak niewątpliwie żyli w przeświadczeniu, że nie są na świecie sami. On był. Stado miało tę przewagę nad innymi wyznaniami, że nie patronowało niczemu, więc każdy mógł się do niego zwrócić w dowolnej sprawie. I właśnie ta powierzchowność i prostota stanowiły filar wiary Zielonki, który nie szukał tak naprawdę boga, lecz po prostu czegokolwiek, czego mógłby się chwycić gdy życie, które wybrał – albo raczej którego nie miał odwagi porzucić, stawało się nie do zniesienia. -Nie musimy o tym rozmawiać –stwierdził Zima, gdy cisza się przedłużała. -Choć muszę przyznać, że po młodym chłopaku spodziewałbym się raczej fascynacji Dziećmi Niepokoju. -To nudne -prychnął Zielonka. -Każdy chłopak u Matki ich czcił. Strachu krocz przede mną, Rozpaczy ogarnij mych wrogów! -wyrecytował szczurołap z przesadnym zadęciem. -Ile można się w to bawić? Zwłaszcza w miejscu, w którym żyjemy. -Tutaj faktycznie jest dość spokojnie -przyznał Zima. -Ale wierz mi, że w wielu zakątkach Orezji nie brakuje wyznawców Dzieci Niepokoju i nie jest to jedynie fascynacja chojraków znudzonych życiem. Swoją drogą skoro już mowa o patronach wojowników powiedz mi, jakim cudem przeżyłeś tak długo nie nosząc przy sobie broni. -Wiesz, że nie stać mnie choćby na porządny posiłek –odpowiedział zmieszany Zielonka. -Słuszna uwaga –stwierdził przybysz. -Ale nie możesz pracować dla mnie i nie posiadać co najmniej sztyletu do obrony –Zima rozejrzał się wokół. -O ile dobrze pamiętam, gdzieś tutaj jest Brzytwa. Prowadź. Zielonka spojrzał na niego z błyskiem w oku. Wiedział, że nierealnym jest, aby ziściło się to, o czym właśnie pomyślał, jednak nie potrafił powstrzymać się przed zadaniem tego pytania. -Czy idziemy do namiotu Szynki? -Do Szynki? -zaśmiał się Zima. -Potrzebna tobie prawdziwa broń. Chodźmy. Na Brzytwie nigdy nie kręciło się zbyt wielu ludzi, tutejsi kupcy i wytwórcy na ogół oferowali dobrej jakości towar, który zapewniał spokojną egzystencję na Targu i obiecywał dłuższe życie poza nim. Takie uzbrojenie miało jednak swoją cenę, dlatego z reguły jeśli ktoś potrzebował broni szukał jej raczej w Dole, bądź na Trójkątach jeśli miał więcej precli. Jedyną walutą uznawaną na Brzytwie były bochny. -Interesowałeś się kiedyś historią Targu? –spytał Zima, gdy krążyli między namiotami. -Nieszczególnie –Zielonka z lekkim roztargnieniem oglądał broń. Asortyment nie był obfity, ale nawet on widział, że broń była solidna. –Wiem tyle co wszyscy. Przed Skażeniem stało tutaj potężne miasto, główny punkt na mapie między Dawnością a Lipan. Miało nawet swoją siłownię, a całością zarządzał jakiś wielki lord. Po Skażeniu większość budynków legła w gruzach poza jedną ulicą i siedzibą lorda, którego przegnano. Przetrwała też siłownia, ale nikt nie wiedział jak z niej korzystać. To właściwie tyle. -Rzeczywiście niewiele –stwierdził Zima, podczas gdy zbliżali się do namiotu Szynki. –Spójrz na ten sztylet. Zielonka gwałtownie odwrócił głowę w stronę straganu, przy którym zatrzymał się jego pracodawca. Nie był zachwycony tym, co tamten trzymał w ręce. Rękojeść zwykła do przesady, owinięta jedynie pasem brązowej skóry. Niezbyt długie ostrze, cienkie i smukłe, ale przeciętne jak przydrożny kamień. Zielonka nie spojrzałby na ten nóż po raz drugi, tymczasem Zima uważnie go oglądał. Chłopak z niejakim rozczarowaniem rzucił okiem w kierunku nieodległego namiotu Szynki. Zdziwiło go, że ujrzał opasłego kowala w demonicznej masce wysadzanej błyszczącymi kamieniami. O tej porze powinien być już w Tencie, gdzie na ogół osobiście sprzedawał swoje najcenniejsze wytwory. Tymczasem stał przed swoim namiotem niespokojnie rozglądając się na boki. Gdy tak czekał podeszła do niego jakaś kobieta odziana w zielony płaszcz. Na plecach miała zawieszony krótki kołczan z łukiem i strzałami, a na twarzy skórzaną maskę. Zamieniła z kowalem kilka słów, po czym oboje zniknęli we wnętrzu namiotu. Zielonka pomyślał, że to dziwna pora na schadzkę. -Będzie odpowiedni –orzekł tymczasem Zima. –Jeden bochen jak sądzę? -Dwa –odparł kupiec. Ostatecznie stanęło na półtorej, co o ile Zielonka zdążył się zorientować satysfakcjonowało obie strony. Wraz ze sztyletem otrzymał prostą skórzaną pochwę, którą przypiął do paska. Początkowe rozczarowanie minęło bez śladu, gdy zobaczył broń przytroczoną do swego boku. Ruszyli w dalszą drogę, a Zima znów zaczął wypytywać o historię Targu, szczególnie interesowała go siłownia. Zielonka jednak z coraz większą bezradnością odpowiadał, że więcej nie wie. Wpadł jednak na pomysł, aby odwiedzić namiot Utraconego. -Utracony... –powiedział cicho Zima. –Pamiętam go... Chodźmy. Tego dnia na Kwadracie było o wiele więcej ludzi niż poprzedniego. Już od samego rana rozpoczęły się występy artystów. Bardowie snuli swe opowieści, akrobaci prezentowali umiejętności, a żonglerzy wywijali wszystkim, co wpadło im w ręce. Zielonka bywał w przeszłości uczestnikiem obchodów Dnia Oczyszczenia, było to jednak przed wielu laty i już niewiele z tego pamiętał. W późniejszych czasach obserwował jedynie wszystko z ukrycia i być może właśnie dlatego wydawało mu się, że tegoroczne obchody są wyjątkowo obfite i różnorodne. Z fascynacją obserwował dwóch obnażonych do pasa mężczyzn, którzy synchronicznie wykonywali akrobatyczne figury stając na dwóch rękach, potem unosząc jedną w powietrze, a drugą uginając w łokciu, a następnie wracając do poprzedniej pozycji. Następnie przeskakiwali na nogi i uginali je mocno w kolanach, aby już po chwili wyskoczyć wysoko w powietrze robiąc potrójne salta. Obaj nosili na ciele liczne ślady Skażenia, jednak byli atletycznie umięśnieni, co sprawiało, że bruzdy na plecach i zsiniała skóra nie szpeciły ich aż tak bardzo. Zielonka obserwował ich z zainteresowaniem, gdy mijali Tent, przed którym tamci występowali. Kawałek dalej tłum zabawiał połykacz ognia, który trzymał w rękach dwie niewielkie pochodnie. Unosił w górę raz jedną raz drugą i wydmuchiwał w niebo ogromny płomień, a zgromadzeni wokół gapie bili mu brawo za każdym razem, gdy od jego ust tryskała struga ognia. -Ludzie zdają się świetnie bawić -stwierdził Zima. -To jeszcze nic, poczekaj do Dnia Oczyszczenia, wtedy zobaczysz prawdziwą zabawę -odpowiedział Zielonka. -Nie mogę się doczekać. Tymczasem dotarli pod namiot Utraconego. Sprawiał on dość posępne wrażenie przez swój wyjątkowo strzelisty szczyt i ponure, niezwykle ciemne żółto-zielone ściany. Wejście było wprawdzie rozsznurowane, jednak ledwie uchylone. W środku panował półmrok i dopiero po dłuższej chwili Zielonka zaczął orientować się w rozkładzie pomieszczenia, które urządzone było dość skromnie. Pod ścianami stało ledwie kilka regałów zastawionych schludnie ułożonymi księgami i zwojami. Natomiast na wprost wejścia ustawiono rzeźbiony kontuar, za którym stał Utracony. Odziany był w długą powłóczystą szatę z kapturem, którego podobno nigdy nie ściągał i skrywającą całą twarz czarną maskę. Nie zaszczycił ich choćby słowem, tylko patrzył jak wolnym krokiem podchodzą do regałów. Szczurołapa niezbyt interesowały księgi. Wprawdzie Matka uczyła go kiedyś czytać, jednak nigdy nie przywiązywał zbyt wielkiej wagi do tej umiejętności. Księgi były rzadkie i drogie, a do tego strasznie go nużyły. Natomiast Zima z żywym zainteresowaniem przeglądał asortyment Utraconego, sięgał po kolejne tomy, uważnie oglądał i próbował czytać fragmenty w kiepskim świetle namiotu. -Poszukuję czegoś o historii Targu, o czasach przed Skażeniem –zwrócił się wreszcie do księgarza. -Pierścień –Zielonka nie był pewien, czy rzeczywiście usłyszał księgarza, jego głos dochodził jakby z daleka, drżał przy tym, jakby jego właściciel z wysiłkiem przypominał sobie dźwięki. –Trzeci regał, czwarta półka. Zima skinął głową i wrócił do wertowania ksiąg. Nie trwało z resztą długo nim znalazł stosunkowo cienki tom z poprzecieranymi wytłoczeniami. Napis na okładce głosił Pierścień – przewodnik po Wielości. Znajdujące się poniżej nazwisko autora było tak zatarte, że aż nieczytelne. Zima przekartkował swoje znalezisko i z uznaniem skinął głową. -Wezmę tę księgę –powiedział podchodząc do kontuaru. Utracony skinął głową. -Dwadzieścia bochnów –i znów ten niepokojący głos. -Myślę, że warta jest co najwyżej dziesięć –stwierdził Zima wyciągając przy tym z zanadrza bryłkę soli. -Nie sól –Utracony jakby się delikatnie zatrząsł. –I nie dziesięć. Dwadzieścia. Zima uważniej przyjrzał się księgarzowi. Przez dłuższą chwilę ci dwaj jedynie mierzyli się wzrokiem, choć Zielonka nie był pewien, czy przybysz jest w stanie w ogóle dostrzec oczy księgarza. On sam ich nie widział z miejsca, w którym stał. Zima tymczasem skinął głową i schował sól. Następnie otworzył księgę i uważnie ją przewertował. Zastanawiał się długo, lecz zamiast dalej się targować, po prostu odniósł ją na miejsce. -Nie jest tyle warta –skwitował wychodząc. Utracony nie skomentował. Odprowadzał ich wzrokiem nieruchomy jak posąg. Gdy znów znaleźli się na Kwadracie Zielonka ze zdziwieniem stwierdził, że na zewnątrz pomimo gęstej powłoki chmur zakrywającej niebo jest całkiem jasno. Odwrócił głowę w stronę wejścia do namiotu księgarza, którego wnętrze tonęło w mroku. -Myślę, że czas odwiedzić Czwartego -stwierdził dziarsko przybysz. -A co tobie właściwie dolega Zimo? -spytał Zielonka zwracając głowę w jego stronę. -Jeszcze nie wiem, ale zanim dojdziemy na Kocioł, z…

Postęp podglądu tylko w tej sesji · 0%
Targ - Dzień III - Rozdział X — czytnik · opowiadania