Ustawienia czytania
Preferencje tekstuŹródło: ustawienia tej wizyty
Motyw

Fantasy · 28 min czytania

Targ - Dzień III - Rozdział XI

Bezpłatny fragment · pierwsze 50%

Kiedy wracali do Ściętej, dochodziło południe. Wychodząc z Kotła ujrzeli Chochlę prowadzącego ze sobą czterech strażników. Dwóch z nich ciągnęło za sobą spory drewniany wózek. Grupa kierowała się w stronę Mokradeł. Zima nie poświęcił im większej uwagi i popędził Zielonkę w stronę karczmy. Gdy się tam znaleźli, ponownie zapytał, czy nikt go nie szukał, jednak i tym razem odpowiedź była przecząca. Przybysz pokiwał głową i zamówił posiłek dla siebie i Zielonki. -Dobrze się najedz –mówił, gdy siedzieli już w ciemnym kącie nad parującymi miskami kaszy. –Nie wiadomo kiedy nadarzy się okazja na spożycie kolejnego posiłku. -A co będziemy teraz robić? –spytał zaintrygowany szczurołap. -Jak tylko zjemy, wyruszamy na Mokradła –odparł spokojnie Zima. -To już zbyt długo trwa. Chłopak był zbyt zszokowany, żeby zadawać dalsze pytania. Pochylił się nad swoją miską i począł z wolna przebierać w niej łyżką. Nie spieszył się, naiwnie wierzył, że jeśli będzie się dostatecznie powoli posilał, to jakimś sposobem uniknie tej wyprawy. Oczywiście gdzieś w głębi duszy wiedział, że nic go przed tym nie uchroni, ale chociaż przez chwilę był bezpieczny we wnętrzu własnej głowy. Jednak przy drugiej dokładce Zima zorientował się, że coś jest nie tak. Z resztą może i wiedział już wcześniej, ale uznał, że chłopak potrzebuje kilku chwil. Wreszcie jednak nadszedł kres posiłku i zebrali się do drogi. -Nie byłem nigdy na Mokradłach –Zielonka starał się mówić spokojnym i opanowanym głosem, jednak nie mógł ukryć jego drżenia nawet przed sobą samym. -Ciekawe –rzucił niedbale Zima. -Dorastałeś w tej okolicy, jak rozumiem tutaj się urodziłeś, a mimo to nigdy nie zawędrowałeś na Mokradła? -To teren owiany złą sławą. Jeszcze przed Skażeniem ludzie bali się tam chodzić, krążą różne historie... -szczurołap zawiesił głos, wolał teraz nie rozmyślać o żadnej z tych opowieści. -Ciekawe –powtórzył Zima. -Niemniej obawiam się, że muszę się tam udać, pewne sprawy wymagają przyspieszenia. -Ale czy ja jestem tobie potrzebny? -Jesteś moim przewodnikiem –odparł krótko przybysz. -Nigdy tam nie byłem –znów stwierdził Zielonka. -Poza tym jednym przypadkiem, gdy próbowałeś śledzić Ojca w drodze do wody oczyszczenia? -Spytał Zima. -Skąd o tym wiesz? -Nie znam ciebie zbyt dobrze, ale zdążyłem się dowiedzieć, że jesteś dość odważny, przemykasz się niepostrzeżenie na Targ, polujesz bez zezwolenia, włóczysz się po okolicznych lasach, a jednak z jakiegoś powodu boisz się Mokradeł, choć jak twierdzisz nigdy tam nie byłeś. Poza tym dziwnie się dzisiaj zachowywałeś, gdy byliśmy w Sanctum. Myślę więc, że byłeś już kiedyś na Mokradłach. -Zgubiłem się, ledwie udało mi się odnaleźć drogę powrotną. -Teraz idziesz tam ze mną. Wyszli z Targu drogą, którą Zielonka pokazywał wcześniej Zimie. Jednak zanim mogli wyruszyć w kierunku drzew, musieli przejść przez posterunek. Znajdował się on nieznacznie poza granicą murowanych budynków jeszcze za magazynami, które majętni kupcy zajmujący te budynki porozstawiali sobie za nimi. Po obu stronach traktu ustawiono niewielkie namioty, przed każdym z nich stał stół, za którym siedziało po dwóch strażników. Kolejnych czterech krążyło wokół bacznie obserwując podróżnych zmierzających w obu kierunkach, a właściwie w jednym. W tym czasie niewielu ludzi opuszczało Targ, zdecydowana większość chciała być na miejscu, czy to z powodów religijnych, czy też dla samych występów lub po prostu w interesach. Wprawdzie w normalnych okolicznościach niewielu odwiedzających przybywało traktem od strony Mokradeł, jednak z powodu obchodów Dnia Oczyszczenia pozostałe posterunki były z pewnością na tyle oblegane, że niektórzy chcąc skrócić czas oczekiwania decydowali się na obejście Targu wokół i wejście w tym miejscu. Zwłaszcza, że Targ w tych dniach rozwijał się w każdą ze stron, a prowizoryczne obozowiska powstawały wszędzie gdzie się dało. Gdy zbliżyli się do stanowiska strażników zostali zatrzymani. Następnie jeden z ludzi Siostry obejrzał ich szarfy, spojrzał na wyszyty na nich znak i porównał go z symbolem w pękatym notesie, który miał przed sobą. Ustalił, że szarfy wydano dwa dni temu na siedmiodniowy pobyt, skinął im głową i pokazał, że mogą iść dalej. Mieli już ruszać, gdy z namiotu za stołem strażników wyszedł Węgorz. -Już nas pan opuszcza? -spytał zauważając Zimę. -Ależ skąd –odparł uprzejmie przybysz. -Po prostu zmęczył mnie ten tłum, muszę się chwilę powłóczyć w miejscu, w którym nie ma tylu ludzi. -Odradzałbym jednak ten kierunek –powiedział kapitan. -Z resztą, pewnie pański przewodnik powiedział to samo. -Wspominał coś, że ludzie boją się tędy chodzić, że krążą pewne historie... -Zwłaszcza ta najnowsza –wtrącił się Węgorz. -Ach tak –Zima jakby się zamyślił. -Rozmawiałem dziś z Ojcem. Prosił, żebym się uważnie rozglądał, gdybym zawędrował na Mokradła. -Doprawdy? Jego również próbował pan przekupić? -A czy można przekupić kapłana? W odpowiedzi Węgorz machnął tylko ręką, co Zima uznał za zakończenie rozmowy. Ruszyli więc dalej w stronę Mokradeł. Teren wokół traktu nie był zbyt bujnie porośnięty drzewami, zaś te, które tutaj rosły, były raczej niewysokie i słabowite, z korą odłażącą od pni. Nie rozmawiali ze sobą, gdyż od posterunku ciągnął się długi sznur ludzi czekających na wejście na Targ. Zielonka obserwował ich z zainteresowaniem. Do Dnia Oczyszczenia pozostały jeszcze trzy dni, wobec czego oczekujący zaliczali się raczej do tych, którym lepiej się wiodło. Odziani byli na ogół w solidne szaty, a ich maski wykonane były porządnie. Większość miała przy sobie worki i duże plecaki, w większości jeszcze puste. Gdzieniegdzie Zielonce udało się jedna wypatrzyć mężczyznę czy kobietę w znoszonym i dziurawym ubraniu. U takich osób najlepiej widać było ślady skażenia, spuchnięte miejsca na ciele, odłażącą skórę, czy też zielonkawo-fioletowy nalot. Najbiedniejsi nie mieli jak maskować tych oznak choroby, jednak szczurołap nie wątpił, że wszyscy z oczekujących są nimi naznaczeni. Kolejka oczekujących nie była też jeszcze zbyt liczna i skończyła się, gdy do gęstej linii drzew pozostawał jeszcze jakiś kilometr. Pomimo tego ludzie stojący na samym końcu czujnie nasłuchiwali i co jakiś czas nerwowo oglądali się przez ramię. Może i nie byli jeszcze na Targu, ale musiały dotrzeć do nich jakieś plotki. Widząc mijających ich spokojnie Zielonkę i Zimę, tylko nerwowo kręcili głowami. Szczurołap obserwował nie tylko tych, którzy czekali na wejście na Targ. W tych dniach wielu odwiedzających przybywało z bardzo daleka, a ponieważ dysponowali ograniczonymi środkami, rozbijali własne namioty już poza granicami osady, co nie wiązało się z dodatkowymi opłatami. Wokół traktu wzniesiono już sporo takich tymczasowych siedzib, a gdy szli w stronę Mokradeł widzieli jak powstają kolejne. Najczęściej zajmowały je niewielkie grupki ludzi z mniejszych osad poukrywanych gdzieś po lasach lub w mniej przyjaznych rejonach Orezji. Zdecydowanie rzadziej można było wśród nich dostrzec rodziny z dziećmi, choć Zielonka wypatrzył nawet jedną kobietę tulącą do piersi malutkie dzieciątko. -Rzadki widok –skomentował cicho Zima, gdy ją minęli. -Zwłaszcza na Targu –przytaknął Zielonka. Skażenie niosło ze sobą wiele negatywnych skutków. Jednym z najbardziej dotkliwych było znaczne ograniczenie dzietności. Podłoże problemu stanowiły same choroby wywołane kataklizmem sprzed lat, które niewątpliwie atakowały również układy rozrodcze zarówno mężczyzn jak i kobiet, co znacznie ograniczało ich możliwości reprodukcyjne. Ale aspekty tego zagadnienia rozciągały się o wiele szerzej. Przede wszystkim społeczeństwo Orezji nigdy się nie odbudowało po Skażeniu. Z nikłej wiedzy Zielonki wynikało, że pierwsze lata jakie nastąpiły po kataklizmie przepełnione były chaosem, ogniem i krwią. Świat legł w gruzach, a ci którzy przeżyli, desperacko walczyli między sobą o przetrwanie na jego zgliszczach. Większe miasta i osady podzieliły się na małe frakcje zwalczające się nawzajem, a sporo mniejszych wiosek zostało dosłownie zmiecionych z powierzchni ziemi przez huragan dziejów. Ten okres krwawej pożogi pozostawił ludzi z uczuciem fatalizmu i beznadziei wrośniętym w duszę, co nie sprzyjało budowaniu trwałych przyjacielskich relacji międzyludzkich o związkach nawet nie wspominając. Nawet jeżeli ludzie wiązali się ze sobą to trudna walka o byt oraz niepewność jutra sprawiały, że niewielu decydowało się na przekazywanie życia dalej. Oczywiście dzieci wciąż się rodziły, ale było ich coraz mniej, a te które przychodziły na świat z reguły nie mogły liczyć na troskę rodziców dłużej niż w pierwszych miesiącach czy latach życia. Nawet gdy okres chaosu się skończył choroby i niepewność jutra pozostały, a presja z tym związana często łamała rodziców, którzy w tym nowym świecie często nawet nie wiedzieli czym jest miłość, tak że porzucali swoje dzieci. Zielonka zastanawiał się, czy taki los czekał również to maleństwo, które przed chwilą widzieli. Tak rozmyślając kroczył wraz z Zimą wśród tymczasowych obozowisk aż dotarli nareszcie do granicy Mokradeł. Drzewa tutaj wyglądały na zdrowsze od tych bliżej Targu, jednak Zielonka dobrze wiedział, że są tak samo skażone, nawet jeśli z pozoru się takie nie wydawały. W każdym razie rosły wysoko w górę, a ich korony i gałęzie splatały się ze sobą w jeden gąszcz. Zmierzchało z wolna, przez co Zielonce przebiegł po plecach dreszcz strachu, gdy spoglądał wzwyż. Zima spojrzał na niego i jedynie skinął głową, po czym wszedł na ten nieprzychylny teren. Szczurołap chcąc nie chcąc ruszył za nim, jednak wobec niepokoju, jaki wzbudzały w nim niknące w górze korony drzew, spoglądał raczej pod nogi. Obficie rosnące wokół mech i trawa były poszarzałe i wyraźnie słabowite. Wykwitały też między nimi spore place wysuszonej spękanej ziemi. Karłowate krzewy i drobne drzewka sprawiały również mizerne wrażenie, zwłaszcza na tle tych wysokich drzew, których kora po bliższych oględzinach okazała się upstrzona brunatnymi naroślami i posiniałymi grzybami. Stopniowo zagłębiali się coraz bardziej w las. Zielonka trwożliwie rozglądał się na boki cały czas ściskając w dłoni rękojeść sztyletu. Przy najmniejszym hałasie momentalnie odwracał głowę i próbował przebić wzrokiem gęstniejącą ścianę drzew. A że takie sytuacje zdarzały się nader często, zdążył już dokładnie sprawdzić z jaką łatwością sztylet wychodzi z pochwy. Natomiast Zima zachowywał spokój. Więcej nawet, wydawał się rozluźniony. Wprawdzie na Targu bez przerwy zachowywał się jak Pan sytuacji, jednak po dłuższej obserwacji Zielonka dostrzegał, że tak naprawdę był on bezustannie spięty, co zupełnie ustąpiło w lesie. Owszem przybysz zachowywał czujność i bacznie obserwował otoczenie, ale zachowywał przy tym niezwykłą swobodę ruchów. Rozglądał się nie z lękiem, ale raczej z zainteresowaniem. W miarę jak posuwali się naprzód ściana drzew wyraźnie gęstniała. Rosło ich zdecydowanie więcej i bliżej siebie, dodatkowo po ich pniach wspinały się pnącza żółtawobrązowego bluszczu. Sam teren stawał się również bardziej podmokły. Zielonka z Zimą stąpali wprawdzie po w miarę utwardzonym trakcie, ale wyraźnie widzieli po bokach coraz więcej rozlanych kałuż i rozmiękłego piachu, w którym Zielonka ku swojemu przerażeniu dostrzegał z rzadka niepokojące ślady zwierząt. Widoczność zaczął również ograniczać unoszący się zewsząd smrodliwy żółtawy opar. Zielonka pamiętał to wszystko ze swojej poprzedniej wizyty na Mokradłach. Poskręcane drzewa, których sylwetki wyglądały doprawdy niepokojąco w gęstniejącym mroku. Do tego ta żółtawa mgła, która z czasem oblepiała człowieka w całości, sprawiając, że tracił resztki orientacji. Chcąc się uchronić przed strachem, a nie mając innej alternatywy, szczurołap uciekł myślami jeszcze dalej w przeszłość. Minęło wiele dni odkąd ostatnio myślał o Matce i jej przybytku, jednak gdy teraz mógł swobodnie poruszać się po Targu wspomnienia wracały. A szczególnie tego dnia po wizycie w Sanctum i tuż po tym jak zobaczył tę matkę z malutkim dzieckiem na ręku.

Chłopak nawet nie zauważył kiedy powrócił myślami do pierwszego świadomego wspomnienia. Miał może ze trzy lata, bawił się drewnianymi klockami – jeden z wielu przejawów luksusu w przybytku – a Matka obserwowała go siedząc spokojnie w miękkim fotelu. Zielonka układał właśnie jakąś konstrukcję, która składała się już z dwunastu klocków ułożonych w trzech piętrach, po cztery klocki w każdym. W ręce trzymał kolejny, który miał właśnie dołożyć do reszty, gdy nagle zdał sobie sprawę z faktu, że istnieje, w jednym krótkim przebłysku świadomości zorientował się, że jest, że ma rękę, w której trzyma sporą jak na rozmiar jego dłoni twardą kostkę. Odwrócił głowę i ujrzał po raz pierwszy zdając sobie z tego sprawę, kobietę która go obserwowała. Spowijała ją błyszcząca czerwona suknia, długie blond włosy spływały falami na ramiona, a jej twarz skrywała biała maska z delikatnie wyrzeźbionymi rysami twarzy. Oblicze uśmiechało się łagodnie, a czoło zdobił czerwony ślad pocałunku. Zielonka pamiętał, jak patrząc na nią dotknął wolną ręką swego oblicza, wyczuł pod palcami delikatny ciepły policzek. Przejechał po nim dłonią i dotarł do chropowatego fragmentu złuszczonej skóry. A potem zaczął płakać.

-Zejdźmy z traktu –głos Zimy niespodziewanie wyrwał go z zamyślenia, szczurołap spostrzegł, że niepostrzeżenie dla niego zatopili się już bez reszty w żółtawej mgle. –Trzymaj się blisko mnie i uważnie stawiaj kroki. Najlepiej na wystających fragmentach korzeni. Zielonka tylko skinął głową i zeszli z drogi. Zima z wprawą poruszał się w trudnym terenie, czujnie obserwował grunt i zawsze potrafił…

Postęp podglądu tylko w tej sesji · 0%
Targ - Dzień III - Rozdział XI — czytnik · opowiadania