Ustawienia czytania
Preferencje tekstuŹródło: ustawienia tej wizyty
Motyw

fantastyka · 24 min czytania

Targ - Dzień IV - Rozdział XV

Bezpłatny fragment · pierwsze 50%

Wrócili do Ściętej, gdzie Zima podjął przegląd swojego uzbrojenia, które metodycznie czyścił i ostrzył. Zielonka początkowo poczuł zainteresowanie tym nowym zajęciem, usiadł więc razem z przybyszem doglądając swojego sztyletu. Szybko się jednak okazało, że wymaga to wiele skupienia i mechanicznego powtarzania tych samy czynności, wobec czego szczurołap znużył się tym zajęciem. Schował broń i rozejrzał się po ich niewielkiej izdebce, po czym nie bardzo wiedząc co ze sobą począć z nudów podszedł do okna. Zerknął najpierw w stronę Tentu, później Sanctum, a następnie po prostu gapił się na trakt w poszukiwaniu ciekawych przechodniów. Tym razem jednak nie dopisywało mu szczęście. Choć ruch o tej porze dnia był spory, to w większości aleję przemierzali zwykli ludzie objuczeni towarami bądź ciągnący za sobą niewielkie wózki. Jedynym interesującym zajęciem związanym z ich obserwacją było wypatrywanie odsłoniętych części ciała. Wielu bowiem podobnie jak Aksamitna nie zakrywało tych miejsc, których nie dotknęło skażenie. Zielonka widział więc mężczyzn i kobiety w krótkich spodniach bądź sukniach, których nogi, nawet jeśli niezbyt kształtne, były widoczne dla wszystkich. Inni odsłaniali ręce, bądź ramiona. Kilkoro przechodniów miało w ubraniach głębokie wycięcia na plecach. Szczurołap dostrzegł też dwie kobiety z wyjątkowo głębokimi wcięciami w dekoltach, a nawet jednego mężczyznę z koszulą mocno wyciętą w okolicy podbrzusza, co uznał za sporą przesadę. Obserwacja pochłonęła go na jakiś czas, jednak gdy już się napatrzył na tych wszystkich ludzi, wróciło dojmujące poczucie znudzenia. -Będzie bardzo niebezpiecznie? –spytał nagle Zimę, gdy już nie mógł znieść panującej w pokoju ciszy, a w tłumie za oknem nie przechodził nikt interesujący. -Zależy co Chleb tam chowa –odparł przybysz. -Nie martw się, zostawię Mak trochę soli, żeby starczyło na Twój pobyt przez jakiś czas na wypadek, gdybym nie wrócił. -Nie wrócił? -spytał Zielonka. -Cokolwiek się tam kryje, zawsze może okazać się bardziej niebezpieczne niż zakładałem. -Myślałem, że idę z wami –Zielonka nie krył rozczarowania. -Nie tym razem. -Wziąłeś mnie na Mokradła –powiedział chłopak z wyrzutem. -Spodziewałem się, co mogę tam zastać i uznałem, że jestem w stanie ciebie chronić. Tutaj nie mam takiej pewności. Szczurołap próbował go przekonać do zmiany zdania, ale na próżno. Im mocniej naciskał, tym bardziej Zima był stanowczy. Pomimo tego, co powiedział przybysz, Zielonka nie rozumiał, dlaczego tym razem ma zostać w gospodzie, skoro poprzedniej nocy razem wyruszyli na Mokradła. Tym bardziej, że Siłownia wydawała mu się zawsze o wiele bezpieczniejszym miejscem. Był tam wcześniej raz czy dwa, jeszcze zanim ludzie zaczęli gadać, że tam straszy i nie spotkał żadnego upiora. Zima był jednak nieugięty, a gdy wrócił Niewierny z miejsca go poparł. Na szczęście to Zielonka był wieloletnim mieszkańcem Targu, więc gdy w nocy obaj mężczyźni udali się na wyprawę, chłopak odczekał chwilę, po czym ruszył za nimi. Najtrudniejszym zadaniem okazało się wyjście ze Ściętej. Mak czuwała na dole i pomimo iż we wspólnej izbie nie brakowało gości, od razu dostrzegła go na schodach prowadzących do wspólnej izby i zgromiła wzrokiem. Zielonka bez słowa wrócił na górę, nie wszedł jednak z powrotem do pokoju zajmowanego wspólnie z Zimą. Skierował się natomiast do okna znajdującego się na końcu korytarza. Otworzył je najciszej jak potrafił i wyjrzał na zewnątrz. Tak jak zapamiętał, poniżej znajdował się niewielki zadaszony wykusz. Szczurołap wahał się tylko przez chwilę. Ostrożnie przełożył nogi przez parapet, po czym z wolna zaczął się opuszczać na rękach. Już po kilku chwilach poczuł oparcie pod stopami, gdy dotknął nimi szczytu zadaszenia. Poszukał jak najpewniejszego ułożenia nóg, po czym puścił parapet i począł się schylać opierając ręce o ścianę budynku. Udało mu się zachować równowagę, a gdy był już wystarczająco pochylony odwrócił się, usiadł na daszku i powoli zsunął się do jego krawędzi. Reszta była już prosta, chwycił się rynny i opuścił nad ziemię, a po chwili znajdował się już między namiotami. Przez wiele lat wychowywał się na Targu, a nawet po odejściu od Matki wielokrotnie wracał tutaj pokątnie kryjąc się przed strażą. Znał sekretne ścieżki między placami i był pewien, że znacznie wyprzedzi Zimę i Niewiernego. Nie mógł jednak po prostu zaczekać przy wyjściu z Targu, bo stamtąd i tak by go odprawili. Przemykając cicho między namiotami układał sobie w głowie plan drogi. Postanowił, że wymknie się w okolicy Sanctum, gdzie z powodu bliskości lasu nigdy nie powstawały tymczasowe obozowiska, mógłby więc w spokoju pokonać pierwszy fragment drogi między drzewami i dotrzeć na tyle daleko, że odprawianie go nie miałoby już sensu. Powziąwszy tę decyzję raźniej ruszył między namiotami. Wprawdzie mając swoją szarfę, mógłby swobodnie poruszać się po uliczkach Targu, jednak idąc samemu preferował sposób poruszania, do którego był przyzwyczajony już od kilku lat. Jednak pomimo, iż się spieszył, nie mógł sobie odmówić, choć kilku ukradkowych spojrzeń na świętujących ludzi, a czwartego dnia obchodów było ich już wielu. Na Drugim Trójkącie odbywał się właśnie turniej zapaśniczy, a muskuły zawodników drgały w świetle ognisk i pochodni, gdy zwarli się w mocarnym uścisku próbując nawzajem wypchnąć się poza obręb wyrysowanego na ziemi kręgu. Zielonka rzucił przelotne spojrzenie na tłum obserwujący to widowisko i dostrzegł w nim Odwrócony Uśmiech. Wnosząc po jego nonszalanckiej postawie, kupiec zdawał się być znudzony widowiskiem, a jednak tkwił pomiędzy gapiami odwracając głowę to w jedną to w drugą stronę, jakby komentował przebieg zawodów. Musiał to zresztą robić z właściwym sobie poczuciem humoru, bowiem ludzie zgromadzeni wokół niego dosłownie trzęśli się od śmiechu. W pewnym oddaleniu od niego chłopak dostrzegł również Szynkę. Kowal w odróżnieniu od kupca miał wokół siebie nieco wolnej przestrzeni, wobec czego mógł swobodnie oglądać walkę. Razem z nim stali również Chochla i Tkacz, a cała trójka zdawała się prowadzić ożywioną dyskusję. Trudno było o bardziej dobrane towarzystwo, jeden z najbogatszych kupców na Targu, którego sława sięgała daleko poza granice osady, kapitan straży przedkładający własny status ponad egzekwowanie praw Targu oraz kapłan troszczący się bardziej o przychylność lokalnej śmietanki niż własnego boga. Zielonka jedynie z dezaprobatą pokręcił głową i ruszył dalej. Dotarcie na tyły Sanctum nie nastręczyło mu większych trudności. Gdy przekradał się dyskretnie w pobliżu świątyni, dostrzegł wracającego traktem Ojca z torbą wypełnioną ziołami. Stary kapłan szedł powoli, wyraźnie zgarbiony z głową pochyloną do ziemi. Chłopak zastanowił się przez chwilę jakie też troski zaprzątały w tej chwili jego myśli, jednak nie miał czasu dłużej nad tym rozmyślać. Gdy dotarł do granicy Targu realizując wcześniej powzięty plan nie skierował się prosto na trakt. Ruszył przed siebie między drzewami stopniowo zbliżając się do drogi. Las nie był tu tak gęsty jak na Mokradłach, ale rozłożyste konary wysokich drzew i tak uderzały o siebie na wietrze. W krzakach słyszał też co jakiś czas gwałtowne szelesty. Wprawdzie większa zwierzyna już dawno nauczyła się unikać terenów wokół Targu, ale za to do ludzkich siedzib wciąż podchodziły kuny, szczury i zbłąkane lisy. Nie mogły one wprawdzie wyrządzić mu wielkiej krzywdy, ale parę razy udało im się porządnie go nastraszyć. Zielonka starał się iść czujnie, ale szybko. Nie chciał bowiem, aby Zima z Niewiernym zbyt szybko go dogonili. Dotarł już prawie na milę od Targu, gdy przypomniał sobie, że Zima wyznaczył to miejsce na jakieś zagadkowe spotkanie. Chłopak zbliżył się więc do traktu, jednak pozostał skryty w przydrożnych krzakach. Ostrożnie i czujnie obserwował drogę prowadzącą od strony Targu. Zastanawiał się jak rozegrać całą sytuację, czy od razu wyjść Zimie naprzeciw i przekonać go do wzięcia ze sobą, czy też śledzić go do samej Siłowni i dopiero wówczas się ujawnić. Nie mógł się zdecydować, które rozwiązanie będzie lepsze. Gdy tak rozmyślał, począł rozglądać się wzdłuż całego traktu. Wtem wypatrzył znany mu wielki głaz stojący samotnie przy drodze, na którym wyryto oznaczenie dystansu od dawnego miasta, na którego pozostałościach wyrósł Targ. Równo jedna mila. Tuż za tym głazem droga skręcała delikatnie w prawo. Zielonka ominął go wzrokiem, gdy nagle coś sobie uświadomił. Przyjrzał mu się jeszcze raz i wówczas dostrzegł masywny kształt częściowo skryty za głazem. Gdy mu się przypatrywał, sylwetka poruszyła się delikatnie. Szczurołap ostrożnie zagłębił się między drzewa i począł skradać się w stronę zakrętu. Nie chciał podchodzić zbyt blisko, ale musiał wybadać, kto też czai się za głazem. Poruszał się niemal bezszelestnie, czujnie wypatrując na ziemi wszelkich przeszkód, które nieopatrznie nadepnięte mogłyby zdradzić jego obecność. Podszedł do zakrętu tak blisko jak tylko się odważył i ponownie wpatrzył się w ciemną sylwetkę. To był tamten wielki nieznajomy z Zarazy. Siedział spokojnie na swojej skrzyni zapatrzony w jakiś punkt na drodze. W otaczającej go ciemności wydał się Zielonce jeszcze większy. Chłopak przestraszył się, że nieznajomy jakimś cudem dowiedział się, iż Zima będzie tędy przechodził i zastawił tu na niego pułapkę. Szczurołap zaczął się cofać w stronę, z której przyszedł, ale gdy odwrócił głowę w stronę Targu, spostrzegł, że Zima z Niewiernym wynurzają się właśnie z ciemności. Wówczas chłopak podjął decyzję, wyskoczył na trakt i zaczął machać rękoma. -Zimo! –krzyknął najgłośniej jak potrafił. –To pułapka! –darł się biegnąc w stronę przybysza. Tamten zareagował instynktownie i błyskawicznie sięgnął po miecz. Również Niewierny trzymał już w dłoni swój oręż. Zielonka biegnąc w ich stronę zaryzykował spojrzenie w kierunku nieznajomego. Poderwał się on ze swej skrzyni i ze sztyletami w rękach rozglądał na boki, podczas gdy skrzynia skrząc się błękitnymi iskrami uniosła się w powietrze i osłoniła mu plecy. -Co się dzieje? –spytał Zima, gdy Zielonka do nich dobiegł. -Tamten Skażony się na was zaczaił –wysapał chłopak wskazując nieznajomego ręką. Zima z Niewiernym spojrzeli w tamtym kierunku, a mag po chwili ryknął głośnym śmiechem. Przybysz natomiast westchnął i schował miecz. Nic nie powiedział, podszedł tylko do wielkoluda. -Długo tu czekasz? –spytał. -Dobre pół godziny –odparł tamten swym głębokim basem. -Poznałeś już Zielonkę –Zima wskazał chłopaka. –Zielonko to jest Trumna. -Więc ta niechęć do skażonych... –podjął chłopak. -Jest autentyczna –Trumna zaśmiał się tubalnie. –Przyjaciółmi jesteśmy tylko wtedy, gdy nikt nie patrzy. I to było wszystko. Nie robili mu żadnych wymówek. Niczego mu nie wytłumaczyli. Ale również go nie odprawili, a to było dla niego najważniejsze. Dalej poszli więc razem, a do przejścia mieli jeszcze trzy mile. Las gęstniał stopniowo, a do tej pory ledwie dający o sobie znać wiatr zaczął przybierać na sile. Towarzysze Zielonki nie odzywali się do siebie, więc i on pozostał milczący. Nie wiedział o czym miałby z nimi w tej chwili rozmawiać, miał zbyt wiele pytań, aby zacząć od któregokolwiek. Gdy rozmyślał nad tym wszystkim, z mroku przed nimi wyłoniła się masywną sylwetka Siłowni. Jednak pierwszym co ujrzeli była ogromna hałda popiołu wymieszanego z żużlem usypana na kilkuhektarowym polu powstałym po wykarczowanym w tym miejscu lesie. Góra odpadów niemal dorównywała wysokością okolicznym drzewom. Ten widok zawsze przerażał Zielonkę, który wyobrażał sobie, jak staje bezpośrednio pod nią, a ona osypuje się grzebiąc go pod kilkoma tonami popiołu. Chłopak odruchowo wzdrygnął się, gdy tylko o tym pomyślał. Dalej wznosił się…

Postęp podglądu tylko w tej sesji · 0%
Targ - Dzień IV - Rozdział XV — czytnik · opowiadania