Fantasy · 20 min czytania
Targ - Dzień IV - Rozdział XVI
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 1
-Niewierny? –spokojny ton głosu Zimy tylko wzmocnił przerażenie Zielonki, wydał mu się zupełnie oderwany od otaczającej ich rzeczywistości. -Jest mocny –mag odpowiedział rzeczowo, jakby omawiali jakiś teoretyczny problem. –Tych szkieletów jest co najmniej trzydzieści, razy kilkadziesiąt kości... Ale mogę mu trochę poprzeszkadzać. -Nie ujawniaj się bez potrzeby –powiedział Zima. -Wykorzystamy inne sztuczki. Przysłuchujący się tej wymianie zdań Trumna skinął głową. Jego skrzynia uniosła się w górę, a on sięgnął do wieka. Niebieskie iskry zamigotały, gdy go dotknął i chwycił fragment rzeźbienia. Przez chwilę trwał nieruchomo, a kiedy skrzynia opadła nieznacznie w dół, trzymał w rękach masywny dwuręczny młot, który niemal dorównywał mu wielkością. -Panowie –Trumna skinął głową wysokiemu szkieletowi, który stał przed nimi oraz tym tłoczącym się u wylotu korytarza. –Prosimy do tańca. W tym momencie skrzynia wystrzeliła do przodu, rozbiła wielki szkielet na kawałki i ciasno przylgnęła do otworu drzwi blokując wejście i miażdżąc przy tym tłoczące się tam pozostałe kościeje. -Zielonka do środka! –krzyknął jeszcze Zima nim natarły na nich pozostałe zgromadzone w hali upiory. Szczurołap znalazł się pośrodku trójkąta, którego wierzchołki wyznaczali jego towarzysze. Nigdy dotąd nie uczestniczył w prawdziwej bitwie, teraz jednak był zbyt przerażony, aby docenić ich kunszt. Nie potrafił pojąć chłodnego spokoju, z jakim Zima operował swym półtoraręcznym mieczem okaleczając kolejne zmory, które się do niego zbliżały. Trumna ze swoją dziką furią był o wiele bardziej przekonujący. Jego młot śmigał dookoła z taką prędkością, że pozostawiał za sobą srebrzyste powidoki, a wszędzie tam gdzie uderzył kruszył kości i dosłownie miażdżył oręż wroga. Gdzieś pomiędzy tą dwójką plasował się Niewierny, który z imponującym spokojem obserwował nacierające nań szkielety, by w ostatniej chwili wyprowadzać błyskawiczne pchnięcia, które zdejmowały czaszki z tułowi, bądź oddzielały kończyny od korpusów. Czasem też mag używał jak pałki trzymanej w lewej ręce pochodni i uderzał nią nacierające upiory. Zdecydowanie największe szkody w szeregach wroga wyrządzał Trumna. Po jego ciosach na podłogę siłowni opadał jedynie kostny pył, który już na niej pozostawał. Tymczasem kości odcięte przez Zimę cy Niewiernego po chwili podnosiły się, by połączyć się na powrót ze swymi właścicielami i ponowić natarcie. Szczurołap z trwogą obserwował, jak odcięta przed chwilą przez Zimę czaszka wilka, która odtoczyła się pod samą ścianę pomieszczenia, uniosła się w powietrze i ze sporą prędkością pomknęła z powrotem, by osiąść na szyi ludzkiego szkieletu z nogami kozła, który wcześniej zdobiła. Jednak najgorsze było w tym wszystkim to, że szkielet ani na chwilę nie zaprzestał atakować przybysza, nawet wówczas, gdy był pozbawiony głowy. Pozostałe również niewiele sobie robiły z utraty kończyn. Pomimo panującego wokół chaosu, chłopakowi zdawało się, że jego przyjaciele mają walkę pod kontrolą. Szybko się jednak okazało, że upiory są potężnymi przeciwnikami. Gdy tradycyjne ataki nie przynosiły efektów nagle ręce jednego ze szkieletów, każda uzbrojona w długi zakrzywiony sztylet, oderwały się od tułowia i natarły na Zimę z dwóch stron. Przybysz sprawnie odparował oba ataki wywijając młyńca mieczem, jednak wówczas szkielet natarł na niego bykiem. Wojownik w bieli nie zdążył się już zasłonić i przyjął cały impet uderzenia na klatkę piersiową, co spowodowało, że zwinął się w pół i cofnął omal nie przewracając Zielonki. Wówczas ręce szkieletu natychmiast powróciły do tułowia, a upiór natychmiast zaatakował swymi szkieletami. -Zimo! -wykrzyknął Zielonka. Wówczas Niewierny zorientował się w sytuacji i zasłonił przyjaciela swym mieczem, jednak tym samym odsłonił plecy. Walczył akurat z truchłem psa, które natychmiast wgryzło mu się w udo. Mag krzyknął z bólu, kiedy ostre kły zagłębiały się w jego nodze. Chwilę później ciało psa roztrzaskał na kawałki ciężki młot Trumny, jednak sama czaszka wciąż zaciskała szczęki na udzie Niewiernego. Zielonka wodził wokół coraz bardziej błędnym wzrokiem. Być może, gdyby nacierały na nich jedynie ludzkie szkielety, zachowałby się inaczej, ale szarżująca horda, do której wciąż dołączały nowe jednostki zeskakujące z tarasów rozpiętych wokół pomieszczenia ponad nimi oraz wyskakujące zza pieców, pełna była zwierzęcych kości i to nie tylko wilków, lisów czy psów, ale również koni i jeleni a Zielonka dostrzegł wśród niej nawet masywną sylwetkę niedźwiedzia. Co więcej atakowały ich również odrażające hybrydy o ludzkich ciałach i czaszkach wilków bądź jeleni, czy też lisy i borsuki, których ciała wieńczyły ludzkie czaszki lub też zupełnie wymieszane jak ta, którą chwilę temu Zima na krótko pozbawił głowy. Cały ten plugawy zwierzyniec potęgował w szczurołapie uczucie paniki i osaczenia. Zwłaszcza, że jego przyjaciele zaczęli odnosić w tej walce obrażenia. Gdy więc na domiar tego co się wokół działo zobaczył jeszcze, jak skrzynia Trumny z wolna odrywa się od otworu drzwiowego, który wcześniej zasłaniała, a zza niej wypełzają kolejne kościane maszkary, popadł w chwilowy obłęd. Zerwał się do biegu i rzucił między piece, gnając na oślep głuchy na nawoływania Zimy i Niewiernego. Dopadł do jakichś zmurszałych drzwi i przebiegł przez nie znajdując się w długim ciasnym korytarzu. Nie oglądał się za siebie tylko biegł mijając po drodze pozamykane na głucho drzwi i leżące wokół kości, które zaczynały się poruszać, gdy obok nich przebiegał. Zwolnił dopiero wówczas, gdy przestały do niego docierać odgłosy walki. Dalej jednak brnął przed siebie z wolna odzyskując rozum i zastanawiając się jak przetrwa w tym miejscu sam, uzbrojony jedynie w marny sztylet i pochodnię.
Wspomnienie nadeszło nagle, niespodziewanie. W jednej chwili Zielonka znów był małym chłopcem, który ledwo co parę dni wcześniej wymknął się na zawsze z przybytku. Nie znał jeszcze wówczas wszystkich zakamarków Targu, poruszał się pewnie jedynie po tych miejscach, które odwiedzał wcześniej razem z Matką bądź którymś ze starszych dzieci. Wówczas zawsze miał przewodniczkę bądź przewodnika, którzy znali teren i wiedzieli dokąd zmierza. Natomiast teraz został sam. Od kilku dni błąkał się coraz bardziej głodny między namiotami, próbując wymyślić jakikolwiek sposób na przeżycie w tym nieprzyjaznym środowisku. Pierwsze kroki skierował do kupców handlujących na Kwadracie i okolicznych placach, jednak żaden z nich nie potrzebował pomocnika, a przynajmniej nie takiego, którego trzeba by było wszystkiego przyuczać od zera. Podobnie sprawy się miały z rzemieślnikami, którzy nie chcieli nawet słyszeć o dodatkowym lokatorze i gębie do wykarmienia, która w zamian oferowała niepewną pomoc. Wreszcie po kilkunastu niepowodzeniach Zielonka przełknął dumę i skierował swe kroki na Dół, a nawet Kluchę i Szczynę. Tam jednak spotkał się z jeszcze większa obojętnością i niezrozumieniem swojej sytuacji. Tamtejsi mieszkańcy mieli mało i z niechęcią myśleli o dzieleniu się tym z nieznajomym dzieciakiem, który w zamian oferował absolutny brak doświadczenia i praktycznych umiejętności. Nie mając dokąd pójść chłopak począł przemieszczać się po okolicy między namiotami oddzielającymi poszczególne place i próbując żywić się resztkami, jakie udało mu się znaleźć. Szybko zaczął głodować, co z kolei doprowadziło go do podważania własnej decyzji o odejściu z przybytku Matki, jednak wrodzony upór nie pozwalał mu tam wrócić, pomimo pogarszającej się sytuacji. Pewnego dnia szukał resztek gdzieś między namiotami Drugiego Trójkąta. Gdzie wypatrzył go Odwrócony Uśmiech, który akurat zawitał na Targ. -Gdzie masz szarfę mały -zagadnął go. -Zgubiłem -odparł bezczelnie chłopak. -Drogę do domu również? -Mieszkam gdzie chcę. Kupiec zaśmiał się słysząc te słowa. Zaprosił go do swego namiotu i nakarmił. Później, gdy obaj popijali wodą posiłek złożony głównie z chleba i rzepy, Odwrócony Uśmiech próbował wypytywać go gdzie mieszka i dlaczego uciekł z domu, jednak nie uzyskał odpowiedzi. -Planujesz zostać tu na stałe? -spytał wreszcie. -A dokąd miałbym wyruszyć? -odparł pytaniem Zielonka. -Dokądkolwiek, świat oferuje nam nieograniczone możliwości. -Tu mi dobrze. Kupiec spojrzał na niego z powątpiewaniem w oczach widocznych przez otwór w masce, jednak nie skomentował. -Jak dobrze znasz Targ? -spytał zamiast tego. -Całkiem nieźle -odparł, choć wówczas jeszcze wcale się dobrze nie orientował, co gdzie jest. -Mógłbym dać tobie pracę -powiedział kupiec. -Nie na stałe, bo nie zabawię tutaj długo, ale zajrzyj czasem do mego namiotu, jeżeli będę akurat na miejscu, na pewno znajdę dla ciebie jakieś zajęcie. -Dziękuję -odpowiedział chłopak.
Nagle wrota znajdujące się tuż za nim po lewej stronie korytarza rozleciały się w drzazgi od silnego uderzenia, co momentalnie przywróciło go do rzeczywistości. Zielonka zmartwiał i skupiając całą siłę woli z wolna odwrócił głowę w tamtym kierunku. Początkowo słyszał jedynie głuche stukanie kopyt o podłogę a potem z otworu wyłonił się ogromny koński szkielet, jednak w miejscu, gdzie powinna wyrastać szyja, znajdował się ludzki tułów uzbrojony w dwie ogromne szable. Zamiast ludzkiej czaszki jego szyję wieńczyła głowa jelenia z rozłożystym porożem. Nie była ona nawet całkowicie oczyszczona, na połowie głowy wciąż jeszcze znajdowała się nadgniła skóra i śmierdzące, pozlepiane krwią futro. Stwór ledwo mieścił się w korytarzu. Szczurołap patrzył zafascynowany jak maszkara unosi szable szykując się do uderzenia, na chwilę zupełnie go zamroczyło i nie był nawet świadomy, że ostrza wymierzone są w niego. Cofnął się jednak odruchowo, potknął o jakąś czaszkę i upadł dokładnie w momencie, gdy szable ze świstem przecięły powietrze. Wtedy powróciła panika,