fantastyka · 18 min czytania
Targ - Dzień VI - Rozdział XXI
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 1
Poczuł na czole chłodny, kojący dotyk delikatnej kobiecej dłoni. Dobrze znał ten dotyk. Zbyt dobrze. Nadal pamiętał jak wiele razy odgarniała mu włosy z czoła właśnie w ten sposób spokojnie go gładząc, jakby chciała powiedzieć, że nie ma się czym przejmować. Że znajduje się pod jej opieką, a żadna troska nie jest zbyt wielka. Teraz jednak wiedział, jak bardzo go tym zwodziła. Powoli otworzył oczy, a gdy tylko to zrobił, kobieta cofnęła dłoń. Nie spojrzał wprost na nią, zamiast tego rozejrzał się po pomieszczeniu. Znajdował się w przytulnym pokoju urządzonym skromnie ale ze smakiem. Ze ścian zwieszały się delikatne draperie, a za umeblowanie oprócz sofy na której leżał, wystarczały dwa krzesła, niewielki stolik, półka z kilkoma książkami i łóżko. To była sypialnia Matki. I to oczywiście ona gładziła go po czole, a teraz stała nad nim z dobrotliwym uśmiechem na ustach. Tutaj w swoim domu zawsze odsłaniała dolną połowę twarzy, pomimo iż nosiła na podbródku ślady Skażenia. Nos i oczy zakrywała jej biała maska z czerwonym pocałunkiem wymalowanym na czole. Zaczęła się tak nosić od dnia, w którym zapłakał odkrywszy skazę na swym obliczu. Zielonka zapatrzył się na ten dobrotliwy grymas, za którym tęsknił i który jednocześnie od dawna budził jego gniew ilekroć go wspominał. -Ależ wyrosłeś –nadal kochał jej głos i przeklął się za to w duchu. Gdy tylko poczuł jej dłoń na swoim czole, chciał po prostu zerwać się z kanapy i biec byle dalej przed siebie, po prostu znów uciec od niej i od tego miejsca. Ale teraz, gdy tak na niego patrzyła i czule się uśmiechała, nie potrafił po prostu wstać i wyjść. Nie mógł być wobec niej nieuczciwy, a prawdą było to, że zawsze dobrze go traktowała. Ilekroć o tym myślał, miał wrażenie, że nawet lepiej od pozostałych dzieci. Nie żeby kiedykolwiek źle potraktowała któreś z nich. Nie, jego ucieczka nie miała nic wspólnego z tym czego doświadczył od Matki, bo zawsze obdarowywała go jedynie dobrem. -Brakowało mi ciebie –powiedziała, gdy pełna napięcia cisza zanadto się przedłużała. -Co się tam wydarzyło? –spytał żeby uciec od osobistego tematu i nie dać się wpędzić w irracjonalne poczucie winy. Usiadł przy tym na sofie, aby móc spojrzeć Matce prosto w oczy. -Chleb dopiął swego –stwierdziła krótko kobieta. –Znakomicie zagrał tłumem. Nie spodziewałam się po nim takiego zmysłu taktycznego. Nie doceniłam go. Zielonka spojrzał teraz na nią tak, jakby ujrzał ją pierwszy raz w życiu. Nie potrafił sobie przypomnieć, aby wcześniej choć raz wspomniała w jego obecności o polityce. Zawsze miał wrażenie, że interesują ją jedynie sprawy związane z przybytkiem, troska o klientów oraz dzieci i że niewiele poza tym ją obchodziło. Nigdy by jej nie podejrzewał o to, że w jakikolwiek sposób interesuje się czymkolwiek związanym ze światem spoza tych czterech ścian. Zaraz jednak zdał sobie sprawę z tego, jak młody był, gdy od niej uciekł. Nie miała powodu, aby prowadzić z nim tego typu dyskusje, a orientację musiała mieć dobrą, skoro od wielu lat jako jedyna prowadziła na Targu przybytek tego typu. -Zaskoczyłam cię? –Matka znów się do niego uśmiechnęła. –Gdy stąd odchodziłeś, wciąż jeszcze byłeś małym chłopcem. Mało o mnie wiedziałeś. -Co się stało z... –pytanie zawisło między nimi. Zielonka nie był w stanie go dokończyć. -Siostrze udało się uciec. Pomógł jej nowy gracz, który się tu ostatnio pojawił –odparła lekko. -Nikt nie wie, gdzie się ukrywają –po wypowiedzeniu tych słów wyraźnie posmutniała. -Niestety kilku strażników nie przetrwało naporu tłumu. Węgorz nie żyje. Odwróciła się do Zielonki plecami, podeszła do jednego z wolnych krzeseł i powoli na nim usiadła. Chłopak pochylił głowę, zastanawiał się, czy na to wspomnienie w jej oczach pojawiły się łzy i dlatego się odwróciła. Wiedział, że lubiła kapitana, sam również darzył go sympatią. Węgorz zawsze przestrzegał praw Siostry, ale jednocześnie nigdy go nie skrzywdził. To był człowiek honoru, który działając w granicach wyznaczonych praw, jednocześnie na swój sposób dbał o innych, co nie zdarzało się często zwłaszcza wśród strażników. Zielonka wrócił myślami do zdarzenia sprzed kilku dni, gdy Węgorz zastanawiał się, czy powinien oddawać chłopaka pod opiekę obcego mężczyzny. Niewielu znalazłoby w sobie tyle troski o drugiego człowieka i zainteresowania jego losem. Gdy o tym myślał, sam poczuł wilgoć na policzku, a po chwili łza wypłynęła spod maski i skapnęła na podłogę. W tym momencie rozległo się dyskretne pukanie do drzwi. Matka rzuciła mu krótkie współczujące spojrzenie nim pozwoliła wejść pukającej osobie. Zielonka odwrócił się w stronę okna i otarł twarz dłonią. Usłyszał delikatne kroki i szelest sukni, a gdy gwałtownie odwrócił głowę, ujrzał idącą przez pokój niską dziewczynę z tacą, na której znajdowało się kilka bułek, dzbanek i dwa kubki. Chłopak wpatrywał się w jej białą maskę, na której wciąż jeszcze nie wymalowano czerwonego pocałunku. Doskonale ukrywała czerwone bruzdy na czole oraz prawym policzku. Prawie nie było ich widać, ale on wiedział, że tam były. To musiała być ona... -Postaw tacę na stole Fiono i zostaw nas samych. Dziewczyna skłoniła się Matce i postawiła tacę na stole. Wychodząc rzuciła Zielonce szybkie spojrzenie, jednak wyszła bez słowa zamykając za sobą drzwi. -Fiono? –ton Zielonki zabrzmiał niemal oskarżycielsko. Matka spojrzała mu prosto w oczy. Wciąż się uśmiechała, jednak jej rysy stężały. -Jest jedną z moich córek –powiedziała chłodno. –Moi klienci oczekują od nas imion z dawnych czasów. Przychodząc tu chcą przez chwilę znaleźć się w lepszym świecie, nie tylko pod względem fizycznym. Poza tym przypominam, że ty nie byłeś zainteresowany imieniem, które chciałam tobie nadać. -Nie –powiedział stanowczo. -Ale Fiołek z tego co widziałem, nie osiągnęła jeszcze szesnastu lat. -To kwestia kilku dni, nim wreszcie doczeka się upragnionego pocałunku. -Upragnionego? -spytał o wiele bardziej napastliwie niż zamierzał. -Już dawno temu dała mi znać, w jaki sposób zamierza się zaangażować w moim przybytku. -Wiem o tym –powiedział cicho i wzburzony ruszył w stronę drzwi. -Poczekaj –zawołała go nim do nich dotarł. -Zanim znów odejdziesz, powiedz mi chociaż, o co tak naprawdę masz do mnie żal. Obawiał się tego pytania. Wiedział, że ono padnie, gdy kiedykolwiek znów spotka Matkę. Dlatego przez ostatnie lata unikał jej przybytku nawet wówczas, gdy długimi okresami głodował. Z pewnością nie był gotów na tę konfrontację. A jednak został i powoli odwrócił się w jej stronę. -Oszukiwałaś mnie przez całe lata –powiedział powoli. -Nigdy tego nie robiłam –odparła stanowczo. -Każde z moich dzieci oswajam powoli z tym miejscem i jego rolą w moim przybytku. Ciebie również nie okłamywałam, sam powoli dochodziłeś do prawdy. -Mówiłaś, że darzysz nas miłością –powiedział łamiącym się głosem. -Że mnie kochasz... -Nadal ciebie kocham-uśmiechnęła się smutno. -Możesz tu zostać, jeśli chcesz. -Za jaką cenę? -spytał. -Nigdy nie wymagałam od ciebie zapłaty. Szykował się już do wzburzonej odpowiedzi, gdy w chłodnym rozbłysku olśnienia, który dosłownie przebiegł dreszczem po jego karku, uzmysłowił sobie, że miała rację. Od Matki doświadczył jedynie dobra nawet już wówczas, gdy stopniowo stawał się coraz bardziej ponury i starał się jej unikać. Ona go nie odtrąciła, to on uciekł. Nie mógł też sobie teraz przypomnieć, by kiedykolwiek rozmawiała z nim o jego roli w przybytku, ani razu nie powiedziała mu, że oczekuje od niego czegoś w zamian, że chce, aby zaczął się odwdzięczać za jej dobroć. Uzmysłowiwszy to sobie, mógł powiedzieć tylko jedno. -To prawda –jednocześnie patrząc w stronę tacy z jedzeniem zdał sobie nagle sprawę z faktu, że jest głodny. Podszedł więc do niej i wziął do ręki jedną z bułek. Podniósł ją do ust, jednak zawahał się nim ją ugryzł. Spojrzał niepewnie na Matkę. -Ten posiłek również nie będzie ciebie nic kosztował –powiedziała z kolejnym smutnym uśmiechem, którego nie odwzajemnił. Zjadł bułkę, gryząc małymi kęsami i dokładnie przeżuwając. Dawno już nie jadł w ten sposób. Nie odkąd opuścił Matkę i zaczął błąkać się samotnie po okolicy czując nieustanny głód. Cokolwiek dorwał, zawsze łapczywie pożerał odgryzając wielkie kawały jadła. Nawet przy Zimie nie był w stanie się opanować, chociaż gdy mu towarzyszył, nigdy nie brakowało mu pożywienia. Powoli dokończył bułkę i sięgnął po następną, po czym zajrzał do dzbanka, w którym znajdowało się czerwone wino. Nalał sobie trochę do kubka i zanim odłożył naczynie, spojrzał pytająco na Matkę. Skinęła głową, więc nalał jej również. Następnie podał jej napój. Gdy odbierała od niego wino, ich dłonie przez chwilę zetknęły się ze sobą, a Zielonka poczuł dreszcz. Tak bardzo brakowało mu tej kojącej bliskości. To sprawiło, że znów poczuł złość. -A