Ustawienia czytania
Preferencje tekstuŹródło: ustawienia tej wizyty
Motyw

Fantastyka · 41 min czytania

TARTARUS

Bezpłatny fragment · pierwsze 50%

I Obudziłem się zlany potem. Przerażony. "Ten sam koszmar?" Odwróciłem głowę i sięgnąłem po telefon komórkowy, na którym sprawdziłem godzinę. Była trzecia piętnaście rano. Poczułem lekkie acz irytujące parcie na pęcherz. "Piwko." Przetarłem twarz dłońmi po czym wstałem i powłócząc nogami, wyruszyłem w stronę łazienki, nie włączając światła w korytarzu. "Mógłbym tu poruszać się nawet z zamkniętymi oczami." Trafienie do muszli wymagało jednak światła więc, kiedy byłem już w łazience, wymacałem włącznik na ścianie i zafundowałem szok swoim źrenicom. Mrużąc oczy podniosłem deskę i zacząłem sikać. Ulga przyszła natychmiast. Sikałem, a oczy miałem na wpół zamknięte. Zawsze w takich chwilach miałem nadzieję, że to wszystko mi się nie śni, a ja nie leję w łóżku po imprezie u jakiejś dziewuchy, która będzie teraz żałowała, że zaprosiła takiego prosiaka do siebie. Jednak, na szczęście, nic takiego nigdy nie miało miejsca. Miałem dopiero czterdzieści jeden lat i cała hydraulika działała u mnie bez zarzutu. "Dziewczyny nie narzekają." Uśmiechnąłem się do siebie z uznaniem. "I koniec sikanka." Uruchomiłem spłuczkę i zauważyłem kilka kropel moczu na podłodze. "Możesz się, chłopie, starać, a i tak coś poleci poza." Pokręciłem z dezaprobatą głową. Szybkim ruchem mopa, który stał w kącie, usunąłem ślady uryny, a następnie umyłem ręce. Wyłączyłem światło i znowu po ciemku wróciłem do łóżka. Położyłem się, szczelnie okrywając ciało kołdrą i zacząłem myśleć o śnie, przez który się obudziłem. "Dziwne." Ten koszmar powracał dosyć regularnie od jakiegoś czasu. Co prawda, nie sprawdzałem wcześniej godziny, kiedy to się działo, ale głowę bym dał, że zawsze była to trzecia rano lub coś koło tego. Sen zawsze ten sam. Jadę samochodem, ale jak bardzo bym nie naciskał na pedał gazu jadę dość wolno. Rozpędzam się może do pięciu kilometrów na godzinę maksymalnie, a za mną biegnie jakiś dzieciak. Krzyczy coś, wymachuje, jak mi się zdaje nożem i to wszystko. Kiedy już mnie dogania, budzę się gwałtownie. Nie wiem co mnie tak przerażało, chyba to, że nie umiem go sobie wytłumaczyć i że wraca, ciągle wraca. Zacząłem analizować. Próbowałem połączyć ten sen z moim życiem, jednak nie umiałem. Przewracałem się tylko z boku na bok. Bardzo mnie to zmęczyło i chyba z tego powodu znowu wreszcie zasnąłem. Tym razem spałem już do rana, bez żadnych problemów. Te miały dopiero nadejść.

*

Dzień zapowiadał się zwyczajnie. Wstałem, jakoś około dziewiątej trzydzieści, wziąłem prysznic i poszedłem do kuchni żeby zrobić sobie śniadanie. Dobrze jest być wolnym strzelcem bo wtedy nie terroryzuje cię budzik, który jak poganiacz niewolników, przypomina o pracy dla kogoś i, przede wszystkim, o byciu o dziewiątej w biurze. "W życiu!" Ja byłem projektantem budynków. Nie musiałem się zbytni przemęczać bo brałem ze dwa, trzy wielkie zlecenia rocznie, które zwykłemu freelancerowi pozwoliłyby żyć na bardziej niż przyzwoitym poziomie. Jeśli zaś chodzi o mnie, nawet tego nie musiałem robić, bowiem rodzice zainwestowali dawno temu w akcje nieznanej wtedy nikomu firmy, której napoje teraz wszyscy piją, i zbili na tym krocie, a kiedy, niestety, zginęli w wypadku lotniczym wszystko dostało się mnie. Rodziców nie pamiętam bo byłem niemowlęciem kiedy to się stało ale będę wdzięczny staruszkom do śmierci za to, że nie muszę na nikogo pracować za psie pieniądze. Tak więc cieszyłem się wolnością i niezależnością, której póki co, nie chciało mi się z nikim dzielić. Włączyłem ekspres do kawy, a do jedzenia zrobiłem sobie płatki owsiane z miodem i mlekiem po czym zabrałem się do czytania wiadomości. Usiadłem przed komputerem i zacząłem przeglądać nagłówki. Cała masa pierdół, których nie chciało mi się zgłębiać, a na końcu informacja o tym, że jakiś celebryta, którego nie znam, rozstał się z inną celebrytką, której też nie znam. "Przynajmniej ma fajne cycki. Olej go, to pewnie pedzio" - pomyślałem patrząc na zdjęcie obok newsa. Usłyszałem odgłos pracującego ekspresu więc dałem spokój Internetowi i poszedłem do kuchni, gdzie czekała na mnie miseczka płatków i unosił się zapach świeżo parzonej kawy. Zaniosłem moje śniadanie do jadalni i włączyłem telewizor. Kiedy wróciłem do kuchni po mleko do kawy usłyszałem głos z telewizora: - Mam cię, gnido. Możesz się teraz nazywać Val Jean ale niebawem odpowiesz za to co zrobiłeś, Pablo. - Co? Mógłbym przysiąc, że usłyszałem w telewizji moje nazwisko. Nazywałem się Winston Val Jean. Chyba mi się jednak przesłyszało bo na ekranie jakiś prezenter opowiadał właśnie o tym jak bardzo się cieszy, że może gościć w domach swoich widzów. - Chyba już cię straszy - powiedziałem do siebie i z niedowierzaniem pokiwałem głową. - Stary dureń. Z całą pewnością mi się coś wydawało. Pewnie przez te nocne pobudki jestem niewypoczęty. Zacząłem odzyskiwać dobry humor, a prezenter, którego podejrzewałem o zwracanie się do mnie z ekranu telewizora opowiadał, że dzisiaj pogoda w moim regionie będzie słoneczna, w sam raz, żeby wyskoczyć nad wodę. W czasie kiedy reklamodawcy bombardowali mnie poradami dotyczącymi zawartości mojego koszyka w czasie wizyty w sklepie pomogłem płatkom z miodem zniknąć z miski, a następnie zacząłem delektować się poranną kawą. Postanowiłem też wyłączyć telewizor i zasiadłem przed komputerem, żeby przejrzeć skrzynkę mailową. Sprawdziłem adres firmowy gdzie były dwie oferty współpracy, a następnie zalogowałem się na mój prywatny adres. Po wejściu na skrzynkę wyświetliło się kilka nieprzeczytanych wiadomości ale moją uwagę od razu przykuł jeden temat, a mianowicie „gnida”. Z uwagi na przygodę z mówiącym do mnie telewizorem, gdzie użyto dokładnie tego samego określenia, poczułem zimny dreszcz przebiegający mi po plecach. - Co jest, kurwa? - krzyknąłem głośno, bardziej żeby dodać sobie otuchy niż z powodu tego, że jestem wkurzony. Kliknąłem na wiadomość, a w środku był jedynie link. Na początku nie wiedziałem czy na niego kliknąć lecz bardzo szybko zauważyłem, że kursor sam zmierza w jego kierunku pomimo tego, że natychmiast próbowałem zareagować myszką. "No cóż, niech się dzieje." Kursor najechał na link i dało się słyszeć charakterystyczny dźwięk kliknięcia. Nagle ekran wypełnił obraz. Był to jakiś film. Oprócz zbitki kolorów niczego praktycznie nie było tam widać, jak film zgrywany z kasety VHS, która przedtem też została kilka razy została skopiowana. Tak jak poprzednio, kursor samodzielnie powędrował do rogu ekranu żeby uruchomić funkcję odtwarzania. Na początku było tylko słychać jakieś trzaski, potem śmiech zaczął mieszać się z płaczem i krzykami. Jakość tego nagrania była kiepska, jednak po kilkunastu sekundach można się było już przyzwyczaić. Widać było jakieś pobocze, gdzie stała grupka ludzi, którzy wesoło rozmawiali ze sobą, a za nimi było coś, co na pierwszy rzut oka wyglądało jak wielkie worki na zboże. Operator kamery zrobił jednak zbliżenie na owe worki i okazało się, że to klęczeli ludzie. Cztery osoby z workami na głowach i ze związanymi rękami za plecami. Jedna z nich z całą pewnością głośno płakała jednak ci, którzy stali przy drodze, zdawali się nie zwracać na to uwagi. Wtedy z daleka zaczął dochodzić warkot nadjeżdżającego samochodu. Była to prawdopodobnie biała plama, która powiększała się na ekranie, a na której operator kamery skupił swoją uwagę. Kiedy auto ukazało się na horyzoncie, ludzie stojący na poboczu zaczęli wydawać z siebie dźwięki przypominające skandowanie. Po kilku sekundach można było zorientować się, że krzyczą oni „Pablo, Pablo, Pablo!”. Samochód nareszcie podjechał do kamerzysty, który musiał usunąć się na bok bo słońce odbijało się od przedniej szyby auta i nic nie było widać. Operator stanął od strony pasażera i ujął plecy wysiadającego człowieka, najprawdopodobniej kierowcy. Kilka osób, które stały tam na początku było wyraźnie podnieconych. Kierowca, tymczasem, po opuszczeniu auta, podszedł do ludzi w workach i zaczął do nich krzyczeć. Następnie dał znak któremuś z kibicujących mu ludzi, a ten zdjął worki z ich głów. Okazało się, że to dwaj mężczyźni i dwie kobiety, wyglądali jak małżeństwo z synem i córką. Kiedy zdjęto im worki cała czwórka zaczęła głośno płakać i krzyczeć. Wydawało mi się, że patrzyli na samochód, ale gdy się przyjrzałem odkryłem, że tak naprawdę to jakiś przedmiot za samochodem skupia ich uwagę. Operator kamery powiedział coś i zaczął iść za kierowcą, a ten poszedł za auto, zza pasa wyciągnął wielki nóż i zaczął coś kroić. Płacz i krzyki klęczących przy drodze wyraźnie się wzmogły, a kiedy kierowca wstał, osoba, która była najprawdopodobniej matką, zemdlała. Kierowca, w jednym ręku trzymał nóż, a w drugim coś co z daleka przypominało zwitek szmat jednak kolejne ujęcia kamery nie pozostawiły nic wyobraźni. Moim oczom ukazała się odcięta główka dziecka. Kierowca wykrzyczał kilka słów, prawdopodobnie po hiszpańsku, po czym, trzymając swoje upiorne trofeum, podszedł do zakładników przy drodze, żeby każde z nich miało okazję dobrze przyjrzeć się głowie. Kobietę, która wcześniej straciła przytomność specjalnie po to cucono, a ta, na widok głowy znów padła na ziemię. Po tym okrutnym spektaklu głowa wylądowała w krzakach, a operator zrobił najazd na bezgłowy korpusik, który leżał za samochodem przywiązany do niego liną za nogi. W tle było słychać jak kierowca mówi coś tubalnym głosem i znowu zaczęły się krzyki. Kamerzysta pokazał jak czterech drabów bije klęczącego chłopaka, a kiedy ten nie miał już siły walczyć zaczęli go ciągnąć w stronę auta po czym przywiązali chłopca liną do zderzaka. Kiedy kierowca upewnił się, że wszystko przygotowane podszedł do auta, a operator kamery po raz pierwszy utrwalił jego twarz, która wypełniła cały ekran. Film się zatrzymał, a u dołu ekranu wyświetlił się napis MORDERCA. Z ekranu patrzył na mnie mężczyzna zupełnie mi nieznany, co więcej nie odnosiłem nawet wrażenia, że kogoś mi przypomina. Po chwili mail znikł i nie pozostał po nim żaden ślad. Adresu, niestety, nie zapamiętałem.

* Nie byłem pewien co mam teraz zrobić. Najpierw postanowiłem złożyć skargę tam, gdzie miałem konto mailowe. Napisałem, że jestem nękany przez kogoś spamem, który od razu po przeczytaniu znika. "A co, nie muszą wiedzieć, że to tylko jeden raz." Mimo wszystko, postanowiłem się uspokoić. Założyłem, że sen, głos z telewizora i ta wiadomość to jakiś koszmarny zbieg okoliczności i nie ma ze mną nic wspólnego. Pomyślałem, że szklanka whisky będzie dobrym pomysłem na poprawę myślenia ale szybko zamieniłem ją na szklankę zimnej wody stwierdzając, że na alkohol jest za wcześnie. Trochę się uspokoiłem bo w ciągu kolejnej godziny żadne niepokojące historie nie miały już miejsca, co w moim odczuciu, było dowodem na to, że to tylko mój umysł płata mi figle. Postanowiłem się ogarnąć i wyjść na powietrze. Pogoda była cudowna, więc pomyślałem, że zrobię sobie krótki spacer, złapię trochę słońca, a z nim dystansu do tego co się stało. Szybko znalazłem skarpety, założyłem dżinsy i T-shirt z napisem „I Kant do it” i wyszedłem z domu. Postanowiłem zrobić sobie kilkukilometrowy spacer, a potem wpaść na lunch do knajpy niedaleko mojego mieszkania. Maszerowałem szybko, energicznie jak to miałem w zwyczaju. Przechadzka najwyraźniej dobrze mi robiła gdyż już po kilkunastu minutach byłem skłonny zapomnieć o porannych wydarzeniach. Oczami wyobraźni zacząłem za to widzieć nadchodzący weekend, kiedy to ze znajomymi mieliśmy się wybrać w góry na krótką wędrówkę, a na wieczór zaplanowaliśmy huczne świętowanie czterdziestych urodzin jednego z nich. "Nie ma co, będzie to pewnie niezapomniana impreza." Pokonując kolejne kilometry, chłonąłem piękną pogodę, podziwiałem dziewczyny w kusych spódniczkach, słuchałem jak moje miasto tętni życiem, a ja, zestrajałem się z nim odzyskując równowagę. "Za dużo siedzę w czterech ścianach i potem słyszę głosy." Do porannych wydarzeń wróciłem myślą może ze dwa razy ale im bardziej oddalałem się od nich w czasie tym bardziej niedorzeczne zaczynały się one dla mnie stawać. "Mówił do mnie telewizor, phi, też coś, a mail to oczywista pomyłka jakich zdarza się wiele." Każdy kolejny krok poprawiał mi nastrój. Tak minęły prawie dwie godziny. Spacer zaostrzył mi apetyt, a więc zgodnie z planem, postanowiłem wstąpić na małe co nieco do sympatycznego lokalu niedaleko mojego mieszkania. Do knajpki o nazwie „Van Winkle” wpadałem stosunkowo często, bywało że codziennie, zwłaszcza kiedy nad czymś pracowałem i nie miałem czasu gotować w domu. Właścicielem tego przybytku był niejaki Ted, z którym po kilku wizytach zakolegowałem się. Bardzo sympatyczny człowiek. Tamtego dnia Teda nie było jednak w lokalu, była za to jedna z jego pracownic, Sandra. Jak się spodziewałem, pora lunchu sprawiła, że w środku znajdowało się kilka osób, co nie mogło dziwić bo gotowali tam naprawdę dobrze. Kiedy podszedłem do kontuaru Sandra mnie pozdrowiła i zapytała czego sobie życzę. Zamówiłem kanapkę z wołowiną i małe piwo. Z powodu braku miejsca przy stoliku zostałem przy kontuarze. Zaraz potem dostałem swoje piwo. - Robi się tłoczno - zauważyłem. - Jak to w porze lunchu - odpowiedziała Sandra i włożyła głowę do otworu łączącego lokal z kuchnią przekazując kucharzowi kolejne zamówienie. - Dzisiaj pierwsza zmiana, co? - podtrzymywałem rozmowę. Pierwsza, pierwsza, ale wolę tę niż siedzenie tu wieczorem, szczególnie jeśli chodzi o weekendy - odparła dziewczyna i, uśmiechnąwszy się do mnie, poszła obsługiwać kolejnych wygłodniałych klientów. "Zabiegana." Pijąc zimne piwo, które po długim marszu smakowało jak ambrozja, zerknąłem na ekran wielgachnego telewizora zawieszonego nad głowami klientów. Był wyłączony więc pozostało mi tylko słuchanie muzyki odtwarzanej z radia i czekanie na kanapkę w milczeniu, bo niestety w knajpie nie było nikogo znajomego. Jednak, po kolejnym łyku piwa, zauważyłem, że telewizor włączono więc wlepiłem wzrok w ekran, na którym wyświetlił się kanał informacyjny. Jakiś reporter mówił coś do mikrofonu. Jak zwykle w takich sytuacjach gapie, których policja odgradzała od miejsca zdarzenia, stawili się tłumnie. W pewnej chwili reporter chciał swoją wypowiedź zilustrować więc odsunął się żeby kamerzysta mógł pokazać co jest za nim. Była to prawdopodobnie relacja z jakiegoś wypadku. Właściwie było widać tylko poskręcane wraki aut, a obok nich zamazane pola. Łatwo można było się domyśleć, że na ulicy leży klika ciał. Od razu przypomniał mi się poranny mail i zimny dreszcz przebiegł mi po kręgosłupie. Rozejrzałem się po lokalu ale nikt nie był zainteresowany programem. Wszyscy siedzieli przy swoich stolikach, jedli, pili i byli zajęci swoimi sprawami. Wtedy ogarnął mnie dziwny niepokój. Intuicyjnie wiedziałem, że zaraz coś złego się stanie i nie myliłem się. Kilka sekund później zauważyłem Sandrę wychodzącą z kuchni jednak coś było nie tak. Sandra miała nienaturalnie przekrzywioną głowę, a kiedy się zbliżyła, moim oczom od razu ukazała się potężna rana z prawej strony jej szyi, z której tryskała krew. Ktoś prawdopodobnie chciał jej uciąć głowę. "To niemożliwe!" Ten widok zrzucił mnie z krzesła aż stanąłem na równe nogi kiedy dziewczyna zaczęła się do mnie zbliżać. Widziałem jak tętnica wypluwa raz po raz krew. - Ja pierdolę, co się dzieje? - krzyknąłem. Zauważyłem, że pomimo moich krzyków, nikt w lokalu nie zareagował. - Dziewczyno, musisz jechać do szpitala! - to jedyne co mi przyszło do głowy w tamtym momencie. Kiedy, szukając pomocy u innych, nerwowo rozglądałem się po knajpie, zauważyłem, że z ludźmi też coś jest nie tak. W pewnym momencie wszyscy zaczęli patrzeć w moją stronę. Widok, który mi się wtedy ukazał, zmroził mi krew w żyłach. Wszyscy klienci lokalu byli zmasakrowani. Jedni mieli na wpół obcięte głowy, jak Sandra, inni byli bez uszu i bez nosa. Zauważyłem też, że część z nich jest prawie bez ubrania, a ślady na ich skórze świadczą, że musieli brać udział w jakimś wypadku. Były tam też matki, które zawodząc tuliły do piersi swoje broczące krwią dzieci. W tym momencie myślałem, że oszaleję. Rzuciłem się do drzwi ale te były zamknięte. Próbowałem je wyważyć ale na nic się zdały moje wysiłki. W czasie kiedy zmagałem się z drzwiami, cała ta masa ludzi zaczęła zbliżać się w moją stronę, a każdy z nich pokazywał mi swoje rany rycząc z bólu. W akcie desperacji próbowałem przebić się przez ten tłum ale bardzo szybko odkryłem, że nie mam szans. Zostałem rzucony na drzwi, żeby dalej być jedynym widzem w tego potwornego przedstawienia. Nie umiałem powiedzieć co się dzieje, mój mózg pracował na najwyższych obrotach żeby pojąć to co widziałem, ale nie pasowało to do żadnych znanych mu wzorców. W końcu poddałem się. Straciłem przytomność.

II

Gwałtownie otworzyłem oczy, a budząc się usłyszałem jeszcze jak krzyczę. Byłem pewien, że to mój własny głos wyrwał mnie ze snu. Na skroni poczułem zimny pot. "Dzięki Bogu, to był tylko koszmar." Odetchnąłem z ulgą. "Ja pierdolę, będę musiał chyba się z tym udać do psychiatry." Musiał być jeszcze środek nocy bo wokół panowały kompletne ciemności. Postanowiłem jednak wstać i napić się wody. Wtedy jednak z przerażeniem odkryłem, że nie mogę się ruszyć. "Jestem związany! Nie, a może doznałem wylewu i jestem sparaliżowany!" Do głowy zaczęły przychodzić mi najbardziej dramatyczne rozwiązania tej zagadki, co sprawiło, że ogarnęła mnie panika. - Co ja teraz kurwa zrobię? - zapytałem sam siebie tonem w którym mieszał się strach, bezradność i niepewność. - Kurwa mać! - wycedziłem przez zaciśnięte szczęki. - Co teraz, kurwa, co teraz? Egipskie ciemności, które panowały w pokoju, tylko potęgowały poczucie bezradności. "Spokojnie, spokojnie. Szamotanina nic tu nie pomoże. Myśl!" Zacząłem uspokajać sam siebie po szybkim zaakceptowaniu tego co się ze mną działo, a właściwie co udało mi się dotąd ustalić. Uznałem, że denerwowanie się nic tu nie pomoże. Zacząłem się zastanawiać czy ktoś ma dzisiaj do mnie przyjść lecz nikt nie przychodził mi do głowy. "Nikt mnie nie tu nie znajdzie." Czekanie odpadało. Jedyne, co mogłem w tej sytuacji zrobić to krzyczeć i liczyć na to, że któryś sąsiad mnie usłyszy. W końcu była jeszcze noc. Większość musiała spać w swoich mieszkaniach. Pomysł niezwłocznie wdrożyłem w życie. - Ratunku! Pomocy! Mieszkanie numer dziewięć! Ratunku! Wezwijcie karetkę! Krzyczałem nie dłużej niż minutę, a w tym czasie odkryłem, że mówienie sprawia mi dużą trudność. Kilka chwil później usłyszałem coś czego się kompletnie nie spodziewałem, był to dźwięk przekręcanego klucza w zamku. Następnie ktoś otworzył drzwi. Kiedy do środka wpadło trochę światła od razu zauważyłem, że nie jestem w swoim mieszkaniu. Ustaliłem też, że jestem w czymś na kształt namiotu tlenowego, które widuje się w szpitalach. Nie umknął też mojej uwadze jakiś sprzęt medyczny stojący koło mojego łóżka. Po chwili do środka wszedł nieznany mi mężczyzna, a zaraz za nim kobieta, która wyglądała na pielęgniarkę. To właśnie mężczyzna odezwał się do mnie zanim zadałem jakiekolwiek pytanie. - Obudziła się ptaszyna nareszcie, co – bardziej stwierdził niż zapytał, a na jego twarzy malował się szelmowski uśmieszek. Zupełnie zbity z tropu odwróciłem wzrok w stronę pielęgniarki, która sprawdzała coś na urządzeniach stojących koło mojego namiotu. Obdarzając ją większą dozą zaufania postanowiłem zwrócić się najpierw do niej. - Siostro, gdzie ja jestem? - Już – kobieta zwróciła się do mężczyzna zupełnie mnie ignorując. - Pośpisz jeszcze – powiedział mężczyzna. Zanim zdążyłem otworzyć usta, żeby cokolwiek powiedzieć, zapadłem w sen. Tym razem nie było koszmarów. Nie spałem tak spokojnie od wielu tygodni. Niebawem miałem odkryć, że koszmary przedostały się do świata realnego.

*

Obudziło mnie silne światło. Najpierw myślałem, że to słońce jednak żadnego okna nie dostrzegłem. - Ooo... - wycharczałem kiedy zorientowałem się, że patrzę na wielką lampę wiszącą pod sufitem. Szybko podsumowałem sytuację i okazało się, że nic się nie zmieniło jeśli chodzi o mój stan. Nadal nie mogłem się poruszać. Rozejrzałem się dookoła i, rzeczywiście, znajdowałem się w czymś na kształt namiotu, a obok niego stała aparatura medyczna. Niestety, to wszystko co widziałem. Okazało się, że poruszanie głową także sprawia mi duże problemy. Jeśli chodzi o moje ciało to widziałem tylko kawałek klatki piersiowej. "Gdzie ja jestem? Co się stało?" Założyłem, że w restauracji musiałem dostać jakiegoś ataku i przywieziono mnie tutaj. Jednak cały czas tylko zgadywałem. - Hej – zawołałem. - Jest tu kto? Po chwili usłyszałem, że ktoś otwiera drzwi i zobaczyłem wchodzącą do środka pielęgniarkę, tę samą, która była tu wcześniej, zanim ponownie…

Postęp podglądu tylko w tej sesji · 0%
TARTARUS — czytnik · opowiadania