Ustawienia czytania
Preferencje tekstuŹródło: ustawienia tej wizyty
Motyw

psychologia · 11 min czytania

Tato

Bezpłatny fragment · pierwsze 50%

Że coś jest z nim nie tak, spostrzegła od razu, gdy wbiegła do kuchni wprost z pachnącego tymiankiem i bazylią ogrodu, którego tak zazdrościli mu sąsiedzi. Zazdrość była z pewnością jedynym szczerym do końca odruchem, do jakiego byli zdolni. Wszyscy oni, bez wyjątku. Pijak Pokrzycki, regularnie katujący swoją niedorozwiniętą żonę i tłukący bez powodu obie pasierbice. Ten spod lasu, odludek i dziwak, widywany czasem w kościele (zazwyczaj nie wchodził do środka, jednak w czasie majowych nabożeństw pchał się pod sam ołtarz, jakby rozdawano tam jakieś wojenne łupy, czy też związkowe deputaty). No i Nowicka, ta z narożnej posesji. Baba Jaga. Miała czarnego kota i oswojonego kruka w klatce. Klatkę wywieszała latem w ogrodzie, na gałęzi rozłożystej jabłoni, nie rodzącej już od dawna jabłek. Podobno kiedyś były najlepsze na szarlotkę. Nikt nie piekł takiej szarlotki, jak stara Nowicka. Tak mówili dobrzy ludzie. A skoro dobrzy ludzie tak mówili, to coś musiało w tym być... Dobrzy ludzie mówili też, że stara Nowicka miała kiedyś córkę. I że połamała jej kręgosłup sztachetą wyrwaną z płotu okalającego probostwo, żeby się nie uganiała za synem organisty. Ile w tym prawdy - nie wie dzisiaj już nikt. Coś najwyraźniej było ze starym nie tak, jak trzeba. Siedział wprawdzie w swoim przepastnym fotelu, tym samym, co zawsze, wydawał się jednak całkowicie pozbawionym władzy nad tym, co go otaczało. Mało tego - nad własnym ciałem nawet. W każdym razie władza nad nim nie znajdowała najmniejszego nawet wyrazu. Po prostu tam siedział, a z kącika jego ust sączyła się żałośnie ślina. Na nieogolonym policzku wyglądała jak pozostawiony przez pełznącego mozolnie winniczka wilgotny, fosforyzujący ślad. -Co z tobą? - spytała bezwiednie. Ciągle jeszcze skulona w oczekiwaniu na jego atak. Zawsze przecież go przypuszczał. Niezależnie od tego, skąd wracała, albo też, dokąd wychodziła. Gdy tylko był w stanie, atakował. W tej chwili akurat nie był w stanie. Łypał bezradnie lewym okiem. Prawe oko znieruchomiało w oczodole, podobnie jak prawy kącik ust, wykrzywionych w bolesnym grymasie. To stamtąd, z prawego ich kącika, sączył się ślimaczy trop. Na wytartych poręczach fotela zaciskały się dłonie, blade jak pośladki starej Nowickiej. Krew odpłynęła z nich chyba do skołatanego mózgu, by podtrzymać w nim resztki tlącego się uparcie życia. -Co z tobą, tato? Aż się wzdrygnęła słysząc własny głos. Przez dwie dekady swego życia miała narastającą potrzebę splunięcia mu w twarz. Chciała wykrzyczeć mu prosto w oczy całą swoją nienawiść. Cały ból, do którego przyczyniał się dzień po dniu. Całe swoje upodlenie, do którego ją bezustannie przywodził. A teraz, gdy nie mógł poruszyć nawet powieką lewego oka, bezradny jak dziecko i niezdolny do obrony, nazywała go tatą. Była zła. Mało tego. Była wściekła na samą siebie. -Możesz oddychać? - spytała. W jej głosie nie pobrzmiewało nic, co mogłoby go przekonać o tym, że ją to faktycznie obchodzi. Był zimny jak odmrożone stopy tego menela, co go znaleźli w styczniu na działkach. Amputowali mu. Obie. Mógł oddychać. Zaświadczył o tym chrapliwym dźwiękiem, jakby wciągał powietrze przez intubacyjną rurkę. Słuchając go, nienawidziła go coraz bardziej szczerze. -Wody... - wyszeptał. Miała wrażenie, że zużył na to całe powietrze zgromadzone w zakamarkach płuc. Wyczerpało go to zupełnie. Oklapł jak meteorologiczny balon, z którego spuszczono resztki helu. Gdyby siedział na krześle, zamiast w fotelu, zwisałby teraz z jego oparcia, jak wygniecione palto albo robotniczy drelich. Wprawnym ruchem uchwyciła pałąk czajnika. Na suszarce znalazła grubościenną szklankę. Woda chlusnęła jak z cebrzyka. Jej nadmiar ściekał po rozdygotanym nadgarstku, gdy niosła szklankę przed sobą. Wyglądało to, jakby szkło zawierało jakąś obrzydliwą ciecz. Albo radioaktywny izotop. W każdym razie niosła je przed sobą, prostując ramię w łokciu. Łypał na nią sprawnym okiem, tocząc ślinę z kącika ust, pełen wdzięczności. -Masz! Pij! - rzuciła na bezdechu. -Tylko czajnik, kurwa, dzióbkiem nie w tę jebaną stronę, co powinien!- ciągnęła. Jej dzieciństwo. Wypełnione jego dyktatem. Jego fobie i natręctwa, zamiast barwnych akwareli na ścianach. Jej przestrach, który pozostał do dziś i nadawał ton jej, ponoć już dorosłemu, życiu. I jego niezgoda na tę jej dorosłość. Myślała o tym wszystkim, gdy przytykała mu do wykrzywionych warg krawędź szklanki. I gdy dławił się jej zawartością, nie mogąc w porę przełykać i prawie się w niej topiąc. -Pij! Urządzał dantejskie sceny o ten czajnik. Zazwyczaj stał dzióbkiem nie w tę stronę, co trzeba i nikt tak naprawdę nie wiedział, jak powinien stanąć. Jakby osmalony niemiłosiernie, żeliwny imbryk wyznaczał stronę świata, z której w krytycznym momencie nadciągnie przeznaczenie albo jeźdźcy Apokalipsy. Albo też stara Nowicka ze sztachetą w dupie. Z tego płotu, co okalał probostwo. -No, pij! Nie chcesz już? Stary nie był w stanie nawet poruszyć głową. O tym, że już nie chce, zaświadczyć mógł jedynie wyraz jego oka. Lewego oka. Odstawiła szklankę. Właściwie był to odlany ze szkła pojemnik, w jakim kupić można sarepską musztardę, śliwkowe powidła albo też masło orzechowe. Matka miała wyraźny problem z rozstawaniem się z tego rodzaju przedmiotami. Twierdziła, że kiedyś mogą się przydać. Kuchenne szafki nie domykały

Postęp podglądu tylko w tej sesji · 0%