Fantasy · 44 min czytania
Tawerna
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 1
Zbudowano ją na skrzyżowaniu dwóch traktów, przecinających się w idealny znak krzyża. Owo unikalne i jedyne w swoim rodzaju umiejscowienie zapewniało gościom możliwość obserwacji niemal wszystkich zjawisk przyrody, jakie oferuje nam natura: wychodząc na taras, dobudowany od strony północnej, przyglądać się mogli ośnieżonym szczytom, które muskały delikatnie chmury, łaskocząc je od spodu i wywołując tym samym różnorakie opady; wychodząc bocznymi drzwiami, stawali twarzami ku wschodowi – a więc ku najbardziej niegościnnej stronie świata – i podziwiali niewysokie wzgórza, przechodzące w równiny, które na horyzoncie kończyły się dolinami i wąwozami, a wszystko to upstrzone było niegęstymi lasami, wśród których trwała wieczna jesień – były to złociste równiny Aragaru, zamieszkane przez dzikich nomadów i zazwyczaj nie odwiedzane przez podróżnych. Wychodząc głównymi drzwiami, które otwierały się na Południe, spostrzec można było trawiaste stepy, u granic wzroku powoli przemieniające się w osobliwe półpustynie – tam zaczynał się Ra’Jirrah, dom dla pustynnych plemion, przystrojonych w jedwabie i aksamity, gdzie ponoć władało się zakrzywionymi szablami i jadało daktyle. Na Zachód zaś spoglądały największe okiennice w całym budynku, przez które przejezdni przyglądać się mogli temu, co nieuchronnie z tym kierunkiem jest związane: z cywilizacją. Tam bowiem rozrastało się rosnące w potęgę Imperium Pod Berłem Króla, tam budowano miasta wewnątrz skał, w których produkowano najnowocześniejsze instrumenty ludzkości, tam zajmowano się czymś tak dla Tawerny absurdalnym, jak polityka czy wojny i tam miały miejsce najwznioślejsze wydarzenia, odbijające się echem w przytulnych izbach pełnych słodkiego dymu i roześmianych twarzy. W oddali, na Zachodzie, niewyraźnie majaczyły wysokie wieże i milczące mury ponurych zamczysk, które miały tę osobliwą właściwość, iż zbudowane zostały na wzniesieniach, za nimi zaś nic nie przesłaniało widoku zachodzącego słońca czy księżyca w nocy, wszystko to więc sprawiało, że były one widoczne nawet, a może zwłaszcza o późnej porze, złociste od strony słońca, czarne od strony Tawerny. Niewielkie figurki gwardzistów maszerujących w tę i z powrotem po mrocznych murach zdawały się być nakręconymi, zabawkowymi żołnierzykami; w izbie śmiano się z nich, tak jak śmiano się z całej cywilizacji. Nieuniknionym towarzyszem każdej tawerny musiała być także woda, i tej również tu nie brakowało. Kilka staj od bocznego wejścia wzniesiono, czy też raczej położono niewielki port na rzece Szmaragdowej, zawdzięczającej swą nazwę wyjątkowej zieleni, jaką owa rzeka połyskiwała w godzinach wieczornych i o brzasku. Po jej wartkim nurcie często kursowały niezliczone statki kupców i wędrownych tragarzy, opowiadających z przejęciem o swych bójkach z piratami. Czasem zapuszczali się tu także rybacy, sunąc z wiatrem na swych niewielkich łódeczkach i z daleka, z uśmiechem na pogodnym obliczu, chwaląc się wyjątkowo zacnymi sztukami najrzadszych okazów. W takim właśnie miejscu wzniesiona została Tawerna, jedyny przyjazny dom w promieniu wielu mil, gdzie jadano wyśmienite pieczyste i pito niezgorsze trunki, a przede wszystkim gaworzono o odległych krainach, podniosłych wydarzeniach, niemal zapomnianych bohaterach i ich wspaniałych czynach, słowem: o świecie; gdzie opiewano herosów, których pamiętały już tylko legendy, gdzie plotkowano o skarbach i opowiadano przygody, jedne tragiczne, inne znów groteskowe, a wszystkie znacznie ubarwione przez lata. Jak jednak wyglądał sam budynek? Główna izba, prostokątny budynek zajmujący powierzchnię kilku arów, zbudowany został z ciosanego kamienia, z wzmocnionymi przy pomocy żelaznych sztab wrotami i oszklonymi oknami schronionymi za stalowymi (były to, jak już mówiliśmy, niebezpieczne strony) okiennicami. Drugie piętro, szersze nieco od parteru i wspierające się po części na drewnianych kolumnach, wykonane zostało z gładzi wzmacnianej drewnianymi deskami, a spokoju śpiących gości (tam bowiem znajdowało się większość pokoi) broniły już nie metalowe, a zdobione, dębowe okiennice z wyrytym godłem Tawerny. Szyld, wiszący tuż nad głównymi drzwiami, przedstawiał barda strojnego w ekstrawaganckie szaty, z lutnią w ręku i radosnym uśmiechu na obliczu. Choć Tawerna nie miała swej oficjalnej nazwy, zapewne z tego powodu, iż od lat przechodziła z rąk do rąk, zmieniając właścicieli w bardzo szybkim tempie, a każdy z nich chciał się tytułować inaczej, to jednak wymyślono naprędce parę określeń, by podczas opowieści móc wyraźnie podkreślić, gdzie się odpoczywało. Spoglądano więc na szyld, wołając „U Barda” lub „Pod Lutnią”. Stała tutaj również kamienna, strzelista, idealnie okrągła wieża o kilkumetrowej średnicy i spadzistym, stożkowym dachu z czerwonych dachówek, rzekłbyś, ideał wieży. Nikt nie wiedział, kiedy i przez kogo została wzniesiona; istniała tu prawdopodobnie na długo przed Tawerną. Nie spotkano jak dotąd nikogo z żyjących, kto pamiętałby jej budowę, choć wieża zdawała się dopiero co powstać: stała idealnie prosto, kamienie nie sczerniały jeszcze, farba z dachówek nie odpadała a drzwi były tak solidne, jak gdyby dopiero co wyszły spod rąk cieśli. Co najdziwniejsze, była ona całkowicie pusta; wypełniała ją przerażająca próżnia siejąca trwogę w sercach przejezdnych. I tak oto wieża zyskała złą sławę, mimo że nigdy nikomu nie uchybiła. Korzystając z tego faktu, kolejni gospodarze Tawerny przechowywali swe najskrytsze skarby właśnie w niej, w ogromnej, inkrustowanej skrzyni na poddaszu, której żaden z gości nigdy nie odważyłby się otworzyć. Co więcej, właściciele podsycali przerażający całun mroku, jakim wieża była okryta w oczach ludzi; rozpowiadali plotki o głuchych odgłosach zamieszkujących ją duchów albo wymyślali straszliwe opowieści, ściśle z nią związane. Wszystko po to, by zniechęcić gości do splądrowania skrzyni. Najwyraźniej nie przyszło im do głowy, że w końcu przysporzą sobie tym biedy i że oplatając tę wzniosłą budowlę w grozę, prędzej czy później przyciągną do niej kogoś, kto takiej grozy poszukuje.
*
Pewnej nocy przybył do Tawerny niezwykły wędrowiec. W tym miejscu należy wyjaśnić, iż tak niezwykłe miejsce odwiedzali wyłącznie nietuzinkowi goście: posępne krasnoludy, burczące coś niezrozumiale przy piwie i płacące zawsze z nadwyżką, wędrowni kupcy opowiadający o przerażających potworach, jakie spotkali na szlaku, bardowie i pisarze, z patosem opiewający bohaterów, których dane im było poznać, milczące „typy spod ciemnej gwiazdy”, zawsze z kapturem na głowie, a także przejeżdżający tą drogą rycerze w lśniących zbrojach, zawsze z giermkiem przy boku. Spotykało się tu również nomadów ze Wschodu i z Południa, którzy wędrowali najczęściej na Zachód w sobie tylko znanych sprawach i miast złotem, płacili przyprawami lub barwnymi opowieściami. Uznanie więc owego wędrowca za niezwykłego nawet jak na standardy Tawerny musi dać czytelnikowi do zrozumienia, że był on naprawdę nietuzinkowy. Wędrowiec ów wszedł do izby późnym wieczorem, i, zdjąwszy płaszcz, zasiadł przy jednym ze stołów, czując na sobie ciekawskie spojrzenia pozostałych gości, a tych – o tak „tawernianej” porze – było pełno. Mężczyzna rozsiadł się wygodnie i łaskawie czekał, aż ktoś się do niego zwróci, nie wiedząc, że gospodarz (który był zarazem barmanem, kelnerem i odźwiernym) zajęty jest powtarzaniem po raz tysięczny swej ulubionej opowieści, co nigdy go nie nudziło, bo każdego dnia miał innych słuchaczy. Wędrowiec rozejrzał się po izbie, by w końcu spostrzec grupkę podróżnych, wsłuchujących się z niezmąconą nawet pomimo alkoholu uwagą w słowa człowieka w fartuchu: - I wtedy ja mówię: „Ty królewno od siedmiu boleści, seplenisz jak jaki smarkacz!” A wtedy ona mówi: „Wcale nie, ty chędozony balanie!” Cała sala wybuchła gwarnym śmiechem, wśród którego dało się rozróżnić rubaszny rechot właściciela, teraz bijącego w blat stołu otwartą dłonią ze łzami śmiechu w oczach. Wędrowiec skierował się w ich stronę, wołając już z daleka: - Kto tu jest właścicielem? Wszyscy zmierzyli go wzrokiem i wymienili się następnie spojrzeniami oraz jakimiś nieznanymi nam uwagami. Gospodarz zerknął przez ramię, również ogarniając swym bystrym spojrzeniem przybysza i najwyraźniej kalkując w głowię, na co go będzie stać. Gdybyście spojrzeli okiem doświadczonego oberżysty na owego jegomościa, zapewne wycenilibyście go podobnie, jak zrobił to właściciel Tawerny: bogacz. Wędrowiec ów ubrany był w schludny, acz elegancki czarny surdut, stopy wbił w skórzane, wysokie buty z klamrą, a lewe oko przesłaniał mu monokl. Gdy jednak spojrzało się wyżej, na jego surowe, acz groteskowe oblicze, kolejne określenie nasuwało się samo: dziwak. Mężczyzna ów zdecydowanie najlepsze lata swego życia miał już za sobą, połyskująca łysina odbijała migotliwe światło lampionów. Najistotniejszy w jego wyglądzie był jednak sumiasty, podkręcony wąs, który zasłaniał mu połowę twarzy i swą wielkością dorównywał niejednej brodzie. - Czym mogę służyć? – zapytał gospodarz, siląc się na uśmiech, najwidoczniej rozsierdzony, że mu przeszkodzono. - A jak myślicie? – prychnął przybysz. Mówił opryskliwym tonem i zdawał się być zakatarzony. – Strawą, napitkiem, kobitkami, o ile jakieś tu macie – ogarnął izbę cynicznym spojrzeniem – A przede wszystkim: zainteresowaniem! - I po cóż się tak gniewać? – zawołał gospodarz, powstając. – Zaraz wszystko przygotujemy! Mia, obsłuż pana! – krzyknął na jedną z krzątających się tu i ówdzie dziewek. – Nazwałem swoją córkę Mia, bo tak ma na imię moja kobieta. Jak zawołam: „Mia, przynieś piwa!” to przylatują obie. Dobre, co? – i skwitował to wszystko śmiechem, gdy jednak zauważył, że jego przedni dowcip nie rozbawił gościa, kontynuował - Co słychać w wielkim świecie? Było to najczęściej zadawane pytanie w Tawernie, prawdopodobnie jak i we wszystkich przybytkach świata. - Zimno – oświadczył przyjezdny, wracając na swoje miejsce. Karczmarz dreptał za nim, by po chwili przysiąść się do nowo poznanego gościa, tak jak to czynił niezmiennie od wielu lat. - Tyle to i ja wiem – rzekł. – Pytałem o co innego, wiecie… - Nadal odpowiadam: zimno. - Zgaduję, że nie chodzi o pogodę? - A o cóż by innego? – zdziwił się wędrowiec. - Ciężko za wami nadążyć – odparł karczmarz. W jednej chwili ulewny deszcz jął bębnić w okiennice karczmy, zagłuszając cichsze rozmowy i zmuszając gości do podniesienia głosu, a niekiedy i do krzyku. Raz na jakiś czas błyskawica przeszywała czarne niebo, rozświetlając izbę bladym, niebieskawym snopem. Ci spośród gości, których ogarnęła nuda (a takowych było niewielu), od razu zainteresowali się burzą i zaczęli wymieniać fachowe, meteorologiczne uwagi albo obliczać odległość dzielącą błyskawice od Tawerny na podstawie opóźnienia. Zgrabna dziewczyna nazwana „Mia” przyniosła do stolika wędrowca kufel jasnego piwa i kilka pajd chleba, ten zaś pochylił się nad owymi przedmiotami, zmarszczył nos i rzekł: - Macie jakiś post? - Ależ skąd! Ale pieczyste jeszcze dochodzi. Chyba wolicie świeże, prawda? Wędrowiec po raz pierwszy uśmiechnął się od ucha do ucha. - Oho! Więc jednak umiecie się radować! – karczmarz klasnął w dłonie, po czym zagadnął: - A może przysiądziecie się do głównego stołu i uraczycie nas jakąś opowieścią? Powiedział to na tyle głośno, by wszyscy go usłyszeli. Skutek był natychmiastowy: pogrążeni w rozmowach o interesach wędrowni kupcy zdjęli kapelusze z głów, krzycząc: „Prosimy!”, krasnoludy z brodami do pasa uniosły swoje kufle, rozlewając wszędzie wokół piwo, a jakiś zdecydowanie wczorajszy jegomość wstąpił na stolik, próbując wykonać jakiś dziki taniec, lecz w porę go z niego zepchnięto. - Dobra historyjka zwiększa apetyt! – nalegał gospodarz. Wędrowiec wahał się przez krótką chwilę, spoglądając po roześmianych, pogodnych obliczach, wyraźnie oczekujących na jego ruch. Wreszcie rozłożył ręce, powstał i powiedział: - Historyjka! Chcecie historyjek? Zapewne niewiele podobnych opowieści, jak ta, którą wam przyswoję, usłyszeliście na tym zad… w tej Tawernie. - Słyszeliśmy już wszystko – odrzekli chórem goście. - Po cóż, w takim razie, mam cokolwiek opowiadać? - Bo chcemy to usłyszeć jeszcze raz! – zgodnie zakrzyczeli goście. - Poddaję się. I, zabrawszy jedynie kufel z piwem, podszedł do największego stołu w izbie, jaki ustawiono nieopodal baru. Natychmiast zrobiono mu miejsce, każdy prześcigał się w uniżeniach i komplementach, chcąc, by opowiadający zasiadł obok niego. - Najpierw opowiedzcie co o sobie – szepnął mu w ucho karczmarz, który doskonale znał zwyczaje swych gości, nawet jeśli codziennie miał innych. Wędrowiec zasiadł na wyznaczonym mu miejscu, ułożył się wygodnie, przygładził resztkę włosów, podkręcił wąs i rzekł, prostując palec wskazujący lewej dłoni: - Chwila. Następnie wyjął zza pazuchy jakieś niewielkie, metalowe puzderko, otworzył je, ułożył prawą dłoń w sposób znany wszystkim miłośnikom tego hobby, wysypał proszek na tabakierkę i pociągnął po mistrzowsku, nie roniąc ani jednego ziarenka. - To stąd ten katar! – zaśmiał się gospodarz. - Głupiś – burknął wędrowiec. – Przecież to właśnie, według wielu, jest lekarstwo na katar. - W takim razie, chyba nie działa – osądził jeden z gości. - Będziemy więc rozmawiać o tabace? – zapytał wędrowiec. W tym momencie coś wielkiego i zdecydowanie ciężkiego ugodziło go od strony pleców, by wraz z nim rozbić się o blat stołu i, przycisnąwszy do niego biednego, wstrząśniętego przybysza, rzec: - Wiesz, przyszięham, zapłace za wszysko, wiesz… - Dobrze, już dobrze! – powiedział gospodarz, podnosząc ze stołu wczorajszego jegomościa i uwalniając wędrowca z tej śmiertelnej pułapki. – Idź spać, Willy… - Ale naprawdę zapłacę… - obiecywał opój – Daj mi jeno szansę… - Wierzę, wierzę! – krzyczał karczmarz, wyprowadzając go z izby. Wszyscy prócz nowo przybyłego wędrowca zachowywali się tak, jak gdyby nic się właściwie nie stało. Z pewnością jednak zauważyli całe zdarzenie, ba! Nawet je poczuli, gdyż większość z nich musiała się teraz ocierać z trunków rozlanych przez człowieka, który obiecywał za coś zapłacić. Wrócił karczmarz, klnąc soczyście pod nosem. - Coście tacy przerażeni? Stało się co? – zapytał. - Nie, skądże – odparł wędrowiec, poprawiając siwiznę. - No więc? Skąd was wiatry przygnały? Wszyscy wlepili w niego uważne spojrzenia. - Ze wschodu – rzekł wędrowiec, nadal nieco rozjuszony. - A gdzie się udajecie? - Na zachód. - No, to już mamy jakieś konkrety – odezwał się jeden z krasnoludów, wywołując powszechny śmiech. - Zapewne słyszeliście o obozach nomadów na południowy wschód stąd – mówił wędrowiec – Pośród wielobarwnych, jesiennych drzew Aragaru. - A tak, słyszałem! – zawołał jeden z gości. – To tam wykopano kamienne piersi wielkości domu! - Kamienne popiersie – sprostował przybysz. – Reszta się zgadza. Cośmy się namęczyli, żeby to cholerstwo znaleźć! Posąg przedstawiał jednego z bożków tamtejszych plemion i dla nomadów był istną świętością. - Jesteś więc historykiem? – rozległo się pytanie. - Archeologiem. - No, mówże dalej, mości arcyteologu! – ponaglił go karczmarz. - Pracuję dla Gildii Archeologów z Fvaenworn. Wiecie, gdzie leży to miasto – kiwnięcie głowami – I wiecie zapewne, że to wspaniała instytucja – wzruszenie ramionami. – Tak więc wysłano mnie do Fvaenworn, bym dostarczył tam owo wspomniane już popiersie. Wszyscy zamilkli w osłupieniu. Gdy przeminęło pierwsze wstrząśnięcie, głowy wszystkich jęły obracać się we wszystkich możliwych kierunkach; niektórzy zaglądali nawet pod stół albo zerkali na kieszenie płaszcza przybysza, jak gdyby spodziewali się, że w jakiś misterny sposób ukrył tam owo niemałe znalezisko. - Więc… gdzie je masz, przyjacielu? – zapytał karczmarz. Wędrowiec uśmiechnął się, włożył rękę za pazuchę i ustawił na stole niewielki kamień w kształcie ludzkiego (lub raczej: humanoidalnego) popiersia. - Jakby mały ten dom – odezwał się jeden z krasnoludów – Nawet myśmy by się w takim nie pomieścili. - Dom – wędrowiec ponownie wykonał swój charakterystyczny gest, prostując palec wskazujący lewej dłoni i przybierając wszechwiedzącą minę – Lub raczej: „duom”, w języku niektórym plemion stepowych oznacza szyszkę. Niech was jednak nie zwiedzie niewielki rozmiar tego cudeńka – uniósł figurkę w górę – Gdyż tak nieduży przedmiot zajął najważniejsze miejsca w sercach Jesiennych Plemion… I nie tylko. To wielka gratka dla ludzi, którzy wiedzą, co z tą gratką począć. Na szczęście udało mi się dotrzeć z nim aż tutaj, ale to jeszcze nie koniec podróży. - A powiedzcie no – zagaił jeden z gości – Czy to prawda, że Aragarianie jedzą zmarłych? - Nie – odparł spokojnie wędrowiec. Człowiek, który zadał to frasujące go od dłuższego czasu pytanie, najwyraźniej nie był do końca zadowolony odpowiedzią uzyskaną od przybysza. Tak to już jest, że przy kominku, w ciepłej izbie i doborowym towarzystwie gustujemy w przerażających opowieściach, lecz w wypadku spotkania z przedstawicielem Jesiennych Plemion zdecydowanie ucieszylibyśmy się z takiej odpowiedzi. - Nie jedzą zmarłych – powtórzył przybysz – Jedzą żywych. Reakcją na owe osobliwe stwierdzenie było bardziej zdziwienie, niż przerażenie, i spowodowane raczej kwestiami natury materialnej niż moralnej. - Jak to: żywych? – karczmarz, który gotował już nie jedną potrawę, zmarszczył brwi – To tak można? Wędrowiec podwinął rękawy i podjął: - Nomadowie ze Wschodu żyją na terenach targanych najróżniejszymi egzotycznymi dziwadłami, chorobami i pasożytami. Nie bez powodu lasy Aragaru nigdy nie kwitną, a złociste liście drzew nigdy nie opadają. Od niepamiętnych już lat tamtejsze plemiona dziesiątkuje tajemnicza choroba, z którą umieli sobie poradzić jedynie najdziksi tubylcy; dlatego też cywilizacja zachodnia tam nie sięga. Piękna jest to kraina, pełna osobliwych uroków i zapierających dech w piersiach widoków, lecz płaci za to straszliwą cenę. Jest niegościnna; śmierć czai się na każdym kroku, pośród poskręcanych, porośniętych mchem pni królewskich drzew o rozłożystych koronach, pośród opadających na ziemię połyskliwych lian, pośród niezliczonych polan przecinanych srebrnymi wstęgami wartkich strumyków – ten dość poetycki (jak na tawerniane standardy) akcent wywołał powszechną zadumę – Nie znajdziesz tam pitnej wody, zwierzęta wyginęły a ptactwo odleciało. - Miałem kiedyś kuzyna – przerwał mu jakiś krasnolud – Który wyruszył na Wschód w poszukiwaniu złóż. - I co? – zapytano go chórem. - Nie wiem, nie wrócił – wzruszył ramionami krasnolud. - Owa kraina jak gdyby zatrzymała się w rozwoju – kontynuował przybysz – I trwa tak, niepomna na zewnętrzny świat, na pory roku, na upływ czasu. A wszystko to przez coś, co tubylcy nazywają klątwą, a my chorobą. W tłumaczeniu na naszą mowę można to nazwać „żyjącą śmiercią”. Ten zabawny oksymoron doskonale opisuje stan, w jakim znalazła się owa kraina i ludy ją zamieszkujące. Skorzystał z chwili, gdy większość gości próbowała przeliterować termin językowy, którego użył przed chwilą, i przeznaczył ją na kolejnego niucha tabaki. Po chwili mówił dalej: - Początkowo plemiona Aragaru ulegały „klątwie”, nie mogąc sobie z nią poradzić i szukając pociechy w modłach do tamtejszych bóstw. Lasy zamierały, lecz nie umierały, nie starzały się ani nie słabły, a jedynie stały się coraz mniej podatne na upływ czasu. Nie dawało to jednak warunków do życia. Zerwane owoce nie odrastały, ścięte zioła nie pojawiały się już w leśnym runie. Ubywało dziczyzny, ubywało wszystek pożywienia, a woda stawała się mętna i niezdatna do użytku. Co więcej, choroba dotknęła również ludzi. - Słyszałem o podobnych przypadkach – odezwał się karczmarz. – Na północ stąd, tuż przy szlaku wiodącego do wąwozu Wallandin, przycupnęła kiedyś wioska, w której nieprzerwanie trwała zima. Choć nie spadały tam śniegi, to jednak drzewa przestały owocować, krzewy kwitnąć, pola zbóż zamarzały, podobnie jak i wszelkie wody. Ale nie to było najgorsze! – zawołał, uderzając dłonią o blat stołu. – Ponoć mieszkańcy starzeli się, ale nie umierali; dzieci przekwitały, ale nie dojrzewały! Na własne oczy widziałem podlotka ze zmarszczkami większymi niż u mojej kobiety! Ponoć wszyscy pomarli z głodu – dodał z przekąsem. - Właśnie! – klasnął w dłonie wędrowiec. – W tym właśnie sęk. Stwierdzono kilka przypadków nawet w Fvaenworn, przypadków, które zawsze były śmiertelne. Co za ironia! Choroba, która nie pozwala człowiekowi umrzeć, a jednocześnie jest powodem jego śmierci. Jeden z krasnoludów, wyglądający na wyjątkowego gbura nawet pośród swych towarzyszy, przerwał mu: - Zara, zara! Nie wiem, czy żem dobrze zrozumiał, ale wy mówita, że oni… są nieśmiertelni? - Nigdy nie patrzyłem na to w ten sposób – rzekł przybysz, podkręcając sobie wąs – Ale w pewnym sensie, tak. Mogą wprawdzie zginąć od miecza czy innej choroby, a nawet są na to bardziej podatni, mogą też pomrzeć z głodu, ale nie słyszałem jeszcze o przypadku, w którym chory zmarłby śmiercią naturalną. - Też mi choroba! – zawołał krasnolud – Toż to istny dar! - Nie nazwałbym tego darem – odparł przybysz – A już z pewnością nie nazywają tego darem ludzie, którym przyszło się z tym borykać. Chroniąc rośliny przed niszczącym wpływem czasu, choroba ta inaczej oddziałuje na ludzi i zwierzęta. Nie ma żadnego „daru” w przekleństwie, które zmienia żywego człowieka w chodzące zwłoki, które pozwala duszy żyć setki lat w martwym od dawna ciele. Starych ludzi prędzej czy później ogarnia demencja; nie inaczej jest z chorymi, choć w ich przypadku postępuje to znacznie szybciej i na większą skalę. Ktoś zawołał na karczmarza, składając na głos nowe zamówienie, którego ten nigdy nie słuchał – wszystkie bowiem brzmiały tak samo. Cóż innego mogliby zamawiać goście, jeśli nie trunków i strawy? Gdy gospodarz wrócił i usadowił się na swoim miejscu, wędrowiec kontynuował: - Aragarianie jako pierwsi poradzili sobie z tajemniczą chorobą. Jak już mówiłem – niuch tabaki – Nie jedzą zmarłych, tylko żywych. Żywych, i to w dodatku chorych. Poza względami kulinarnymi, takimi jak fakt, że mięso „żywych…