Ustawienia czytania
Preferencje tekstuŹródło: ustawienia tej wizyty
Motyw

Wojna · 33 min czytania

Tchórz

Bezpłatny fragment · pierwsze 50%

Był ciepły, niezwykle słoneczny dzień. Stałem w ogrodzie, pełnym kolorowych kwiatów i bujnej zielonej trawy. Rodzice siedzieli na kocu machając do mnie. Spojrzałem na swoje dłonie, ze zdziwieniem stwierdziłem. To były dłonie małego chłopca. Miałem na sobie krótkie spodenki, sandały i podkolanówki. Wypełniała mnie radość. Więc znów jestem małym chłopcem. Może to wszystko, co wydarzyło się dotychczas to tylko zły sen. A rzeczywistość jest tu i teraz w tym ogrodzie. Biegłem w stronę rodziców. Uśmiechali się do mnie. Jedyne, co słyszałem to szum drzew. Ciepły letni wiatr kołysał nimi delikatnie. Było tak jasno, tak bardzo jasno i przyjemnie ciepło. Z każdym krokiem kiedy zbliżałem się do rodziców wiatr jakby się nasilał. Szum liści stawał się mocniejszy. Spojrzałem na ich radosne dotychczas twarze. Wdarł się w nie niepokój. Chciałem przyśpieszyć kroku, ale nie mogłem. Moje nogi jakby odmawiały mi posłuszeństwa. Słońce błyskawicznie zostało przesłonięte ciemnymi chmurami. Zrobiło się ciemno. Ciepły wiatr zamienił się w zimny, lodowaty podmuch. Wyciągnąłem swoje malutkie ręce w stronę rodziców. Byli przerażeni, patrzyli na mnie i krzyczeli coś. Nie usłyszałem ani słowa. Drzewa ustępowały przed coraz silniejszym wiatrem łamiąc się wpół. Poczułem chłód. Nie wiem czy spowodował to wiatr czy może raczej niepokój, że nie mogę dotrzeć do mamy i taty. Płakali, wyciągali do mnie swoje ręce, ale również nie mogli się poruszyć. Poczułem się bezradny i zagubiony. Po chwili mrok ogarnął miejsce, w którym jeszcze przed chwilą przytulali się na rozłożonym kocu. Zostałem sam. Chciało mi się płakać, ale nie mogłem. Spojrzałem na swoje ręce. To już nie były ręce małego dziecka. Znowu miałem dwadzieścia lat. Poczułem się skołowany. Sam już nie wiedziałem, kim jestem i gdzie jestem. Jedyne, co było wszechobecne to szum drzew, rozkołysanych silnym wiatrem.

Długo otwierałem oczy. Moje powieki były jak z ołowiu. Kiedy mi się udało musiałem je natychmiast zamknąć, uderzony oślepiającą bielą. Usłyszałem coś znajomego. Szum drzew. Nie zupełnie taki jak przed chwilą w tajemniczym ogrodzie. Drzewa skrzypiały kołysane wiatrem. Otwarłem oczy drugi raz, tym razem ostrożnie lekko je mrużąc. Patrzyłem w niebo. Było stalowoszare. Czarne pnie drzew pięły się w górę. Wydawały mi się takie ogromne. Ich nagie gałęzie uniesione były do góry jakby w niemym proteście. Na twarzy znowu poczułem chłodny podmuch wiatru. Rozejrzałem się wokoło. Leżałem na ziemi w śniegu. Z wielkim trudem podniosłem się na kolana. W głowie huczało mi z bólu. Czułem silne pulsowanie w skroniach. Byłem w lesie. Teraz, kiedy przyglądałem się uważniej dostrzegłem, że kora na drzewach jest okaleczona, poharatana kulami. Rozejrzałem się wokół i dopiero teraz dostrzegłem, że nie jestem sam. Na ziemi leżeli inni ludzie. Wszyscy ubrani tak jak ja. Nie ruszali się. Nawet lodowaty wiatr zdawał się im nie przeszkadzać. Jedni mieli twarze skierowane ku niebu, inni schowane w śniegu. Spróbowałem wstać. Moje nogi były sztywne, ale po kilku próbach udało mi się. Ruszyłem przed siebie. Wszędzie pełno drzew i ciał. Nagle potknąłem się o coś i znowu wylądowałem w śniegu. Pogrzebałem w białym puchu. Namacałem jakiś przedmiot i wyjąłem go. Dopiero po kilkunastu sekundach dotarło do mnie, że trzymam w dłoni ludzką rękę. Byłem tak otępiały, że nawet nie zrobiło to na mnie wrażenia. Odrzuciłem ją bez żadnego wstrętu w bok. Natychmiast okrył ją śnieg. Wstałem i ruszyłem przed siebie. Musiałem się ruszać. Było mi strasznie zimno. Naliczyłem około trzydzieści ciał. Przynajmniej tych w całości. Nie mogłem uwierzyć, że tylko ja przeżyłem. Zaczęła mnie ogarniać panika. Nie przerażała mnie śmierć, której pełno było u moich stóp. Przerażało mnie, że zostałem sam. Nie wiedziałem gdzie jestem, w którą stronę mam iść. Wszędzie drzewa i trupy. Schyliłem się po karabin. Musiałem go wyrwać z zaciśniętych kurczowo palców nieboszczyka. Kiedy poczułem w dłoni broń uspokoiłem się nieco. Zdawałem sobie sprawę, że to absurd, ale jednak dodało mi to odrobinę otuchy. Przytuliłem się do niego jak małe dziecko. Mogę się bronić, mogę się bronić albo... Nie chciałem myśleć o tej drugiej możliwości. Zauważyłem na ziemi dziwny ślad. Jakby ktoś przeciągnął po śniegu jakiś duży przedmiot. Więc może ktoś przeżył. Chwyciłem się kurczowo tej myśli. Zaczął padać śnieg, więc żeby mi nie zakrył tropu ruszyłem pośpiesznie przed siebie. Z każdym krokiem nieco się rozgrzewałem. Biegłem już niemal truchtem. W oddali zauważyłem jakąś brązową plamę. Puściłem się biegiem. To była rozciągnięta pałatka. Więc jednak - pomyślałem i odbezpieczając karabin, tak na wszelki wypadek, ruszyłem w tamtą stronę. kiedy byłem już bliżej zwolniłem. Usłyszałem czyjś kaszel. Niestety jak na złość nie odzywał się, więc z dusza na ramieniu, cały skostniały z zimna wskoczyłem do małego zagłębienia w ziemi gdzie ktoś rozbił prowizoryczny obóz. Wycelowałem w siedzącą postać. Oddech miałem przyśpieszony ze zdenerwowania. Wydychane powietrze natychmiast zamieniało się w parę. Siedzący mężczyzna spojrzał na mnie jakby zupełnie obojętny. Drżał z zimna. - no, co kurwa, nie poznajesz munduru żołnierzu? - Rzucił przez zsiniałe wargi bez większej złości. Dopiero wtedy uspokoiłem się nieco i zabezpieczyłem broń. Usiadłem obok niego. Na przeciwko nas leżał jeszcze jeden człowiek. Kiedy na niego spojrzałem usłyszałem głos siedzącego obok mnie; - rana brzucha, to mój pisarz - rzucił jakby tłumacząc obecność kolegi. - pisarz? - Zapytałem skołowany. Miałem ogromne trudności z zebraniem myśli. Musiałem mieć głupi wyraz twarzy, bo natychmiast usłyszałem. - pisarz kompanii, co z tobą człowieku, przecież nie mówię że to jakiś pieprzony poeta. Uciął. W głowie huczało mi od bólu. Dopiero po chwili dotarło do mnie, co mówił. Spojrzałem na jego insygnia. Porucznik. Nie wiem, dlaczego ale naiwnie ucieszyłem się. Pomyślałem, że oficer będzie wiedział jak nas z tego wyciągnąć. - śpi? - Zapytałem wskazując lufą karabinu nieruchomego żołnierza. Porucznik przytaknął a mnie natychmiast ogarnął jakiś dziwny niepokój. - to niedobrze - wyjąkałem. Chłód znowu dawał mi się we znaki. Moja twarz stężała od mrozu i miałem trudności z mówieniem. - to chyba niedobrze - wyjąkałem. - skąd wiesz? - nie wiem... - jąkałem się - nic nie pamiętam. Zaczęliśmy go budzić. Nie dawało to rezultatu, więc porucznik zniecierpliwiony uderzył go w twarz. Poskutkowało. Chłopak otworzył oczy i natychmiast jęknął z bólu. Kiedy się uspokoił zapytał patrząc na zakrwawiony brzuch. - czy to coś poważnego? - Zapytał ledwie artykułując słowa. Milczeliśmy a on spojrzał z ufnością na porucznika. Nie wiem czy to z racji jego rangi czy może, dlatego że był najstarszy wśród nas. - wyjdę z tego? - Złapał go za rękaw - poruczniku - podniósł głos. - nie wiem - odparł porucznik patrząc gdzieś w dal - nie wiem kurwa, nie jestem lekarzem. Dziwiło mnie to, że chociaż wyrażał się tak oschle nie było w jego głosie gniewu czy złośliwości. Raczej rezygnacja. Ranny chłopak był jeszcze młodszy ode mnie. Zaczęliśmy rozmawiać. Miał paczkę papierosów, więc zaczęliśmy palić. Wiatr wzmagał się a prószący śnieg nie pozwalał rozejrzeć się dalej jak na kilka metrów. Z naszych ust wydobywały się kłęby pary i dymu z papierosów. Zaczynało się ściemniać. Po godzinie nie rozróżniałem już twarzy tylko ciemne plamy. Nikt nie wiedział gdzie dokładnie jesteśmy. W którą stronę idzie front. Ale każdy z nas zdawał sobie sprawę, że im dłużej przesiadujemy tutaj tym mniejsze nasze szanse. - zimno - rzucił ktoś w ciemnościach. Słyszałem szczękanie zębami. Nie wiem, może to ja sam tak dzwoniłem. Nikt nie podjął tematu. Zimno odczuwał każdy a to stwierdzenie mogło, co najwyżej wzbudzić rozdrażnienie. Porucznik rozważał coś w myślach, bo od dłuższej chwili nie powiedział ani słowa. Wreszcie rzucił w naszą stronę. - nie możemy tu zostać - zrobił pauzę a może czekał aż ktoś da lepszy pomysł. Nikt się nie odezwał. - musimy iść, nie wiem, w którą stronę, ale pieprzyć to, musimy iść gdzieś gdzie będzie cieplej. Perspektywa wyruszenia w tą śnieżycę, w nieznanym kierunku nie budziła zachwytu, ale każdy zdawał sobie chyba wtedy sprawę, że siedzieć tu nie ma większego sensu. - dasz radę iść? - Zapytałem chłopaka. Przytaknął niepewnie. Zresztą nie było innego wyjścia. Porucznik zanim ich znalazłem zgromadził kilka automatów i granatów. Zebraliśmy cały majdan i powoli ruszyliśmy w ciemny las. Przez cały czas miałem takie przedziwne wrażenie nierealności. Cały świat oszalał, wojna ogarnęła każdy jego zakątek. Nie wiedziałem, kto przeżył z rodziny, przyjaciół, znajomych. Ja znajdowałem się nie wiadomo gdzie. Szedłem z obcymi sobie ludźmi a mimo to cieszyłem się ich obecnością. Wszystko to było irracjonalne, a może to przez to zimno. Chłód wdzierał się wszędzie, pod płaszcz, przenikał przez spodnie. Nie pamiętam już ile szliśmy. Na moim ramieniu wspierał się ranny chłopak. Ja widziałem tylko plamę pleców prowadzącego nas porucznika. Nie wiem skąd się biorą takie naiwne myśli. Jednak fakt, że był porucznikiem i dodatkowo był ode mnie starszy uspokajał mnie. Człowiekowi zawsze się wydaje, że jeśli ktoś jest starszy to zawsze wie jak się zachować, zawsze znajdzie wyjście z sytuacji. Jednak tutaj wszyscy byliśmy jednakowo zagubieni i bezradni. Szliśmy kilka godzin. Trupioblady księżyc oświetlał nam drogę. To był morderczy wyczyn, ale strach dodawał nam sił. Natknęliśmy się na niewielką pieczarę. Porucznik stwierdził, że to dobre miejsce na odpoczynek. Rzeczywiście wiatr nie docierał do nas z taką siłą jak podczas marszu. Ustaliliśmy, że będziemy trzymać wartę na zmianę. Dodatkowo pilnując naszego rannego szeregowca. Znajdowaliśmy się gdzieś blisko linii frontu jednak wokół panowała głucha cisza. Wiatr ustał a śnieg swobodnie opadał na ziemię jak w niemym kinie, bezszelestnie. Położyłem się pierwszy. Chociaż wydawało mi się, że nie zasnę, zmęczenie wzięło górę.

Znajdowałem się w kajaku. Pływaliśmy z ojcem na spokojnym jeziorze. Było tak przyjemnie. Ciepło sączyło się z nieba. Na brzegu czekała mama. Wystawiała się do słońca przygotowując dla nas posiłek. Patrzyłem na ojca. Uśmiechał się do mnie. Był rosłym mężczyzną, silnym i łagodnym. Tak bardzo mu ufałem. Wystawiłem rękę swobodnie zanurzając ją w ciepłej wodzie. Z brzegu dochodziły nas już przytłumione głosy bawiących się ludzi. Widać było głowy pływających, na plaży ktoś bawił się piłką, spacerowali zakochani. Kiedy zamknąłem głosy czułem tylko przyjemne ciepło a do moich uszu docierała zaledwie katatonia dźwięków z odległego brzegu. Kajak kołysał się lekko wprawiając mnie w przyjemny letarg. Czułem się bezpiecznie. Za chwilę zjem pyszny posiłek przygotowany przez mamę. Zbliżaliśmy się do brzegu. Usłyszałem głos ojca. - nigdy cię nie opuścimy - mówił swoim głębokim przyjemnym głosem. Uśmiechnąłem się, wciąż miałem zamknięte oczy. Jego głos i obecność sprawiały, że czułem się bardzo spokojny. Kiedy otwarłem oczy ojca nie było w kajaku. Stał na brzegu razem z mamą. Obydwoje machali do mnie z oddali. Wyprostowałem się siedząc. Poczułem niepokój. Oddalałem się od brzegu a rodzice machali mi. Nie wiem czy na pożegnanie czy też żeby mnie przywołać. Coraz więcej wody znajdowało się wokół mnie. Brzeg pozostał już daleko. Rozejrzałem się wokoło. Wszędzie tylko woda, ogromne przestrzenie wypełnione wodą. Fale wzburzyły się. Ciepły wiatr targał moje włosy a kajakiem zaczęło bujać coraz bardziej. Jeszcze miałem w uszach słodki dźwięk słów ojca - nigdy cię nie opuścimy - delektowałem się tymi słowami. Kajak kołysał się mocno, zacząłem obawiać się czy nie wypadnę.

Kiedy otworzyłem oczy zobaczyłem pochylonego nade mną porucznika. Potrząsał mną mocno a moja głowa bezwładnie kołysała się na śniegu. Spojrzałem na jego zmarzniętą twarz. Coś do mnie mówił. Usiadłem sztywno. Poczęstował mnie papierosem. Zapaliłem. - jak na razie cisza i spokój - zameldował rzeczowo - tylko nie waż się zdrzemnąć, bo ci łeb ukręcę. Powiedział ostrzegawczo. - jeśli wcześniej nie zrobią tego Niemcy - rzuciłem z lekką ironią. Resztki snu jeszcze nie opadły z moich oczu a już znalazłem się w tym nieprzyjaznym świecie. Księżyc wciąż panował na ciemnym niebie. Wstałem żeby troszkę rozprostować kości. Wciąż nie mogłem się oprzeć, że to wszystko jest takie... Niesamowite. Zacząłem odczuwać głód. Starałem się odsunąć od siebie myśli o ciepłej zupie. Nie dość, że mógłbym nasycić żołądek to jeszcze rozgrzałbym się nieco. Nie, nie mogłem się tak maltretować. Zimny podmuch wiatru wyrwał mnie z rozmyślań. Zaciągnąłem się mocno papierosem. Dym kojarzył mi się z czymś ciepłym, przyjemnym. Śnieg już nie padał. Wciąż panowała całkowita cisza. Spojrzałem na śpiącego szeregowca. Spał, nie był to spokojny sen, ale jednak. Zacząłem się zastanawiać, o czym teraz śni. Żałowałem, że nie znam się na medycynie i nie mogę mu pomóc. Patrzyłem na ich twarze. Nie znałem ich zupełnie. Jeszcze dzisiaj rano nie miałem pojęcia, że istnieją. Ciekawe, kim byli przed wojną. Jakie mają wspomnienia, jakie życie prowadzili. W dłoniach ściskałem automat. Niewiarygodne ile ten kawałek żelaza dawał mi poczucia bezpieczeństwa. Ilekroć starałem się wrócić myślami do wydarzeń zanim się ocknąłem w lesie, czułem potworny ból głowy. Nic nie pamiętałem. Nie wiem nawet czy kiedykolwiek strzelałem. Wycelowałem w ciemności przede mną mierząc do wyimaginowanych wrogów. Głupia zabawa, ale musiałem się czymś zająć. Świtało. Słaniałem się już na nogach ze zmęczenia. Powieki same mi opadały na oczy. Musiałem wcierać w twarz chłodny śnieg żeby nie zasnąć. Porucznik obudził się sam. Natychmiast włożył w usta papierosa. Uśmiechnął się do mnie nieznacznie widząc, że stałem cały czas na warcie. Obudziłem rannego chłopaka. Nadszedł czas żeby ruszyć przed siebie. Śnieg spadł jakby chciał nas przywitać po ostatniej nocy. Wiatr znowu wznosił tumany śniegu z ziemi w górę. Po dwóch godzinach marszu wyszliśmy z lasu. Przed nami rozpościerała się łąka. Biała pustynia. Tutaj już nawet drzewa nie osłaniały nas przed chłodnym wiatrem. Nasze położenie było fatalne. Musieliśmy iść na otwartym terenie. Jedyna pociecha w śnieżycy. Po godzinie mozolnego marszu zaczęły się przed nami rysować jakieś ciemniejsze od wszechobecnej bieli kształty. Porucznik odruchowo sięgnął po lornetkę, ale niestety nie było jej tam gdzie tego oczekiwał. Zaklął tylko i ruszyliśmy przed siebie. Staliśmy kilkaset metrów od jakiejś wioski. W zasadzie to było jakieś miasteczko. Zabudowania to kilka kamienic i domów wolnostojących. Zatrzymaliśmy się w bezpiecznej odległości obserwując. Miasteczko było w ruinie. Żadna z kamienic nie stała w całości. Gruzy walały się po uliczkach. Niektóre ściany domów oderwane jakby ręką wielkiego olbrzyma odsłaniały wnętrza. Widać było mieszkania, umeblowane, kolory ścian. Wydawało się, że nie ma tu żywej duszy. Jedyne, o czym myślałem patrząc na ten widok to jakieś ciepłe miejsce gdzie wreszcie będę mógł się przespać. Z zimna poruszaliśmy się dość niezdarnie, w innych okolicznościach mogłoby to wyglądać komicznie. Przeładowaliśmy nasze automaty. Musieliśmy zostawić rannego kolegę. Mógł tylko przeszkadzać gdybyśmy spotkali wroga. Porucznik zostawił mu trzy granaty i dwa dodatkowe magazynki. - czekaj tu na nas - rzucił mu na odchodne. Chłopak nie protestował. Przysunął do siebie granaty i zajął pozycję. Ruszyliśmy przed siebie ostrożnie stawiając kroki. Poruszaliśmy się wzdłuż ścian zabudowań lub tego, co z nich zostało. Całe miasteczko było jakby wymarłe. Staraliśmy się zaglądać w każde potencjalnie niebezpieczne miejsce. Doszliśmy w końcu do jednego w miarę nienaruszonego domku wolnostojącego. Ogrodzenie było niskie, wystarczyło je przekroczyć. Przygarbieni truchtem zbliżyliśmy się do domku. Porucznik dał mi znak na migi. Zrozumiałem natychmiast i skoczyłem do progu. Zatrzymałem się przy drzwiach celując w zamek. Po chwili skinął mi dłonią. Strzeliłem w zamek a on kopnął w drzwi z całej siły. Drzwi z trzaskiem otwarły się i wpadliśmy do środka. Staliśmy w dużej izbie. W rogu znajdowało się ogromne łóżko a na środku stół. Panował lekki bałagan. Nie było dużo mebli, zaledwie jedna komoda i kredens. Staliśmy na wytartym dywanie. Porucznik wskazał drzwi. Skinąłem głową. Powoli podszedłem do nich. Złapałem za klamkę i nie czekając na rozkaz otwarłem drzwi. W tym samym momencie silny cios wytrącił mój automat z dłoni. Upadł z trzaskiem na podłogę. Dostałem czymś twardym w twarz. Ocknąłem się po kilku sekundach. Ktoś stał…

Postęp podglądu tylko w tej sesji · 0%
Tchórz — czytnik · opowiadania