Ustawienia czytania
Preferencje tekstuŹródło: ustawienia tej wizyty
Motyw

Fantasy · 4 godz. 22 min czytania

Tęczowy Gryf

Bezpłatny fragment · pierwsze 50%

TĘCZOWY GRYF

Kiedy ludzie upadli, a demony zalały ziemię cieniem i cierpieniem, nikt nie wierzył już w marzenia. Złe moce, próbujące pogrążyć na zawsze byt bogów, chciały zyskać kontrolę nad ludzkim światem. Wtedy ostatni, niezależny z bogów ujawnił się i stoczył Władców Mrocznej Pieczęci z powrotem do Podziemi. Po Pierwszej Inwazji, która zniszczyła większość ziemskiego królestwa, ukrył się i zapadł w sen. Zbudzi się, gdy ludzkość zawiedzie ponownie...

DROGA DEMONA

Nawet przypadkowe spotkanie może stać się początkiem wielkiej historii, w której stawką są losy całego świata.

- Znowu się nie udało! Mirr Vhaterei właśnie opuszczał Skalne Wzgórze, niewielkie miasteczko położone na obrzeżach niskich gór. To nie był dla niego najlepszy dzień. Bardzo szybko pozbywał się pieniędzy, a nowa praca bądź zlecenie nie przychodziły łatwo. Jak zwykle nic nie wskórał. Nikt już nie potrzebował młodych, silnych i krzepkich wojowników. Od czasu, gdy ludzie i demony doszli do porozumienia i zawarli młody jeszcze sojusz, walki ucichły, a takie maszkary jak smoki zostały szybko zniewolone. Sam Mirr podchodził do tego zawieszenia broni ze znaczną rezerwą. Nie jedno już w swym krótkim życiu widział, nie raz miał okazję oglądać na własne oczy mordy demonów. Takich rzeczy się nie zapomina. Nienawidził ich całym swym sercem. Chłopak westchnął ciężko. Poprawił swój długi miecz u pasa i ruszył ścieżką, łagodnie opadającą w stronę lasu. Wszyscy, gdziekolwiek się pojawił, podziwiali jego miecz. Bez niego wyglądał całkiem normalnie. Może i nawet nieco słabowito i niezbyt krzepko, ale gdy dobywał swego Igglesiola, każdemu oczy rosły ze zdumienia. Wiele siły krył chłopak swoim mało okazałym ciałku. Ciął skały i pnie drzew, posługując się i obracając broń w palcach, jakby była piórkiem. Odcinał łby smokom z niezwykłą precyzją. Był poza tym niezwykle szybki i wytrzymały. Niektórzy nawet porównywali go do samego demona w ludzkim ciele. Mirr znał również proste czary. Mimo, że nie był magiem, to doskonale opanował te podstawowe. W młodości ćwiczył także magię z ojcem. To właśnie on nauczył go zaklęć, choć większość z nich już dawno zapomniał. Wojownikowi nie były potrzebne czary, musiał oszczędzać drogocenną energię w razie nagłej walki, by móc bez problemu pokonać potwora. Nie oddalił się zbytnio od Skalnego Wzgórza, kiedy usłyszał za sobą głośne nawoływanie. Ze zrezygnowaniem odwrócił głowę. Niezbyt wysoka, zwinna i szczupła istotka biegła w jego kierunku. Mirr westchnął ociężale, gdyż bystry wzrok podpowiadał mu, że nie będzie zachwycony obecnością tegoż stworzenia. A gdy nieproszony gość znalazł się tuż koło niego, spojrzał na Mirra z ironicznym uśmieszkiem. - Dobry człowiek uciec Cliffowi chciał? - odezwało się stworzenie nie okazując nawet krzty zmęczenia. Ale Mirr wiedział - mały przybysz po prostu nie był zmęczony, a jego głos przypominał dziecięcy śmiech, chociaż z pewnością dzieckiem nie był. Maluch dzierżył w pokrytej skórzaną rękawicą dłoni powykręcane berło ozdobione owijającym się wokół szmaragdowego szpikulca smokiem wężowatym. Całą jego sylwetkę spowijał brązowy płaszcz o niezliczonej ilości kieszeni i sakw, w większości wypełnionych magicznymi komponentami i przedmiotami. Spod fałd wyślizgiwały się solidne buty ze smoczej skóry. Na głowie sterczał triumfalnie ogromny kapelusz o szerokim rondzie. Tak duży, że zasłaniał mu niemal pół twarzy i zapewne niewiele przez to widział. W czapie roiło się jednak od dziur, które załatane zostały niedbale kawałkami kolorowych strzępów innego odzienia, z pewnością cyrkowego. Po obu stronach ronda wycięte były symetryczne otwory, z których wyrastała para kosmatych uszu, gdzie lewe było czarne, a prawe - białe. Mag był zwierzoludem, świadczył o tym również szeroki koci pyszczek pełen wąziutkich kłów, który stał się widoczny dopiero, gdy ten podniósł głowę wysoko w górę, by móc spojrzeć na Mirra. Był czarny w białe łaty. Jego duże, zielone jak kamień w berle, oczy badawczo zmierzyły chłopaka. Odbijały refleksy słońca stojącego ponad nimi, a jednocześnie ziały pustką i głębią. Mirra intrygowały te oczy, nie zawierające źrenic, jakby coś mrocznego przejmowało kontrolę nad ich posiadaczem. Chłopak otrząsnął się i przykucnął, by móc zrównać się z kocio-podobnym stworzeniem. Maluch sięgał mu zaledwie do pasa. - Cliff, przecież mówiłem… - Że iść z tobą mi nie wolno - dokończył mag. - Tak, wiem - odparł z rezygnacją i wzruszył ramionami. - Fakt, że uratowałem ci życie, nie oznacza, że możesz dotrzymywać mi towarzystwa - droczył się Mirr. - Ale - wykrzyknął energicznie Cliff celując szmaragdowym czubem berła prosto w jego głowę - spłacić wszystkie długi kodeks magów nakazuje mi. Niech człowiek pozwoli Cliff’owi na służbę przystać wierną. - I chcesz mi powiedzieć, że wszyscy stosujecie się do tego kodeksu, tak? - Wszak kodeks wszystkie prawa i nakazy ważne zawiera, jednak do nich nie każdy stosować się musi. Magowie jedynie własnymi rozumami i sumieniem ograniczają się. Cliff w słowa kodeksu wierzy, bo przysięgę swą składał. Niech Mirr spojrzy tam. - Cliff odsunął berło od głowy młodzieńca i wskazał nim najpierw Skalne Wzgórze a potem bezkresne lasy i równiny rozpościerające się poniżej. - Cliff’a na Skalnym Wzgórzu nie trzyma już nic, czekał na odpowiedni moment i osobę jedynie, by w drogę i swą wielką podróż wyruszyć mógł. W tym momencie udawany uśmiech i poczucie humoru Mirra prysły niczym bańka mydlana. - Wykluczone! - zaprotestował oschle i wyprostował się. - Człowiek się myli, postępuje pochopnie nazbyt. Sobie potrzebni jesteśmy. Mirr nie posiada magicznych mocy, a Cliff nie potrafi bronią posługiwać się. Mirr i Cliff uzupełniają się. Niech człowiek przyzna, że nie głupi to pomysł jest. - Tutaj przynajmniej możesz wyżyć, a co zrobimy poza miastem? Niekiedy wędrówka zajmuje mi miesiące, a w tym czasie moja biedna sakwa świeci pustkami. - A może dziurawa po prostu jest… - zachichotał Cliff i odwrócił się od niego plecami. - Nie zmieniaj tematu! Uwierz, że trzeba umieć o siebie zadbać inaczej zginiesz na jakimś pustkowiu. - Wojownicy zbyt dużo hałasu wokół siebie robią, aby mogli królika tłustego pochwycić… Mirr skrzyżował ręce na piersi i zaczął się irytować. Wziął głęboki oddech, aż w końcu postanowił zaniechać dalszej kłótni. - Dobra, więc, w czym możesz mi pomóc? - Lepszy to teraz jest ton. Cliff iluzji szkołę ukończył. - Iluzja? Nigdzie w pobliżu nie ma takiej szkoły. Jakim cudem znalazłeś się na Skalnym Wzgórzu? - Długa i nudna historia to bardzo jest. Gdy Cliff’owi wyczerpią się wszystkie ciekawe opowieści już, opowie człowiekowi i przygodę tą. - Niech ci będzie. Gdzie masz swój ekwipunek? - spytał znudzony Mirr, jednocześnie potrząsając swymi niezbyt ciężkimi sakwami i torbą przypiętą do pasów u boku. - Człowiek niech o to nie martwi się. Wszystko, gdzie być powinno, tam i jest - odrzekł krótko przykładając małą pazurzastą dłoń do fałd swego tajemniczego płaszcza. Dopiero teraz chłopak dostrzegł, że rękawiczki Cliffa miały poobcinane palce, także każdy długi pazur prezentował się niezbyt zachęcająco. - W porządku. Tylko potem nie mów, że cię nie ostrzegałem. - Tak, przyjacielu. Cliff doskonale wie, co na myśli masz.

***

Po niespełna dwóch godzinach marszu wąska dróżka poprowadziła ich wprost do rozwidlenia. Na środku stał ogromny głaz, zimny i ciężki. Sprawiał wrażenie, jakby był tu obecny od samego stworzenia tej krainy. Zapewne był świadkiem wielu historycznych bitew sprzed setek lat. Obrastał mchem i trawą, gdzieniegdzie nakrapiany drobnymi, niebieskimi kwiatuszkami. Milczał, a jednak zdawać by się mogło, że opowiada swą historię każdemu przejezdnemu. - Zatrzymamy się tu. Mirr, całkiem wykończony, usiadł na nim. Otarł spocone czoło. Słońce świeciło mocno, był początek lata. W powietrzu unosił się kojący zapach lasu, świeżego strumyka szemrzącego nieopodal i kwiatów kwitnących przy drodze. Okolica ta była piękna, jakby nigdy nie widziała wojen i walk. Nic dziwnego, że chłopak nie znalazł tu pracy, w końcu każdy smok czyni szkody. Cliff nawet nie przykucnął. Mirr zastanawiał się, jakim cudem nie odczuwa ukropu. Nawet nie widać było po nim zmęczenia, a cóż dopiero mówić o zrezygnowaniu i chęci powrotu do miasteczka. Chyba jednak mały mag doskonale wiedział, w co się pakuje, w przeciwieństwie do Mirra, który zawsze wolał podróżować samotnie. Mirr znalazł nieznaczne ukojenie w lekkim podmuchu ciepławego wiatru. Przeczesał palcami krótkie, jasno-brązowe włosy, aby powiew otulił także skórę jego głowy. Zza jednego ucha dało się zauważyć spływający, spleciony warkoczyk sięgający za ramię. Przyozdobiony był koralikami, związany na końcu rzemieniem z przypiętym małym, czerwonym piórkiem. Silnie kontrastowało ono z parą bystrych, lazurowych oczu. Chcąc nieco ochłonąć zdjął płaszcz, który zwykle chronił go przed deszczem, a kaptur przed natarczywym wzrokiem ciekawskich ludzi. Odpiął Igglesiola od szerokiego pasa luźnych spodni. Oparł go o kamień. Postanowił, że schłodzi stopy w pobliskim strumyku. Zdjął skórzane buty, duże i, wydawać by się mogło, niezwykle ciężkie. Rozwiązał paski, które spinały mu spodnie na kostkach. Zdjął także koszulkę z krótkimi rękawami i zdobione klejnotami pasy przeciągające się mozolnie przez ramiona. Zostawił swoje rzeczy na głazie, przeszedł boso przez ścieżkę i odnalazł cichutki, nie rzucający się w oczy strumyczek. Miał bardzo dobry słuch, ale nie przypuszczał, że potok płynie tak blisko niego. Z tego miejsca dobrze widział rozwidlenie, a co za tym idzie, Cliffa. Wolał mieć go na oku, tym bardziej, że zostawił z nim swoje ubrania i broń. Doświadczenie nauczyło go, by nie ufał nazbyt nawet najlepiej zapowiadającemu się przyjacielowi. Przejrzał się w nieskazitelnie czystej, figlarnej i niespokojnej tafli wody. Posłał uśmiech do swego odbicia, a ono odpowiedziało tym samym. - Spłukany, ale wesoły, co? - spytaj samego siebie. Usiadł na trawie i włożył do zimnego strumyka stopy. Poczuł ogromną ulgę. Przetarł wodą twarz i ręce. Niezwykle rześki i zrelaksowany przeciągnął się leniwie. Wtem usłyszał cichy i słaby tętent kopyt. Pochodził z daleka. Chłopak przyłożył ucho do ziemi. Wyczuwając niebezpieczeństwo rzucił się w kierunku głazu. Jednym susem chwycił wszystkie swe rzeczy i wylądował miękko w krzakach po drugiej stronie. W całym zamieszaniu nie zdążył zauważyć jednego najbardziej nie pasującego do jego położenia szczegółu - małego maga nigdzie nie było. Mirr zaklął siarczyście. Chociaż może lepiej, że dał nogę teraz, a nie podczas jakiegoś ważnego boju. Dziękował mu jedynie za to, że oszczędził jego broń i skromną zawartość sakw. Z napięciem wyczekiwał jeźdźców, w ukryciu obserwował drogę. Był przekonany, że zgubił pościć, ale jak widać, tajemniczy jeźdźcy nie mieli zamiaru spuścić go z oczu. Od kilku dni podążali za nim, chociaż nie widział ich jeszcze, podejrzewał, że nie byli oni zwykłymi złodziejaszkami. Łupieżcy nie byliby na tyle chciwi, by śledzić go przez cały ten czas, gdy podróżował po Ziemi Rantha, tym bardziej, że nic wartościowego przy sobie nie miał. Serce zabiło mu mocniej, gdy usłyszał pogwizdywanie, dzikie rżenie koni, a hałas przemienił się znienacka w głuchą ciszę. Odczekał jeszcze chwilę, po czym ubrał się, a płaszcz ukrył w torbie, stwierdzając, że w tych okolicznościach, raczej nie będzie mu potrzebny. Nie wychodząc na drogę ruszył spokojnym krokiem przez krzaki, rosnące przy ścieżce, z której pochodziły dziwne odgłosy. Przykucnął i starał się być cichszy od kota. Klinga Igglesiola trzeszczała niespokojnie, toteż położył na niej rękę, starając się ją uciszyć. Przeszedł nieznaczny kawałek drogi a ujrzał zdenerwowane rumaki, dłubiące w ziemi ogromnymi kopytami. Przywiązane były do drzew, a oczy ich, bez źrenic, były całkowicie czerwone. Upiorne, czarne grzywy, opadały martwo po ich umięśnionych karkach. Długie ogony ciągnęły się po ziemi. Były niespokojne, jakby nie znosiły światła słonecznego. Nie były to zwykłe zwierzęta, które hodowano w ludzkich osadach. Chłopak miał silne podejrzenia, że śledzi go grupa demonów, tylko, jaki mieliby ku temu powód, by opuszczać Podziemie. Demony, bowiem nie znosiły przebywać na ziemi, chociaż ostatnio zjawiały się na niej osobiście, były raczej podstępne i często wykorzystywały niczego nieświadomych, chciwych na złoto i moc ludzi, by za nich wykonywali swe niecne plany. Jak się okazało, ścieżka ta prowadziła na niezbyt dużą polanę, na samym szczycie wzgórza, a dalej schodziła w dół. Mirr rozejrzał się chaotycznie. W pobliżu nie było nikogo. Przeszedł jeszcze kawałek, chcąc niezauważalnie ominąć polanę i zejść z góry. Wtem na swym ramieniu poczuł silny uścisk i nieznaczne ukłucia. Już miał krzyczeć, gdy mała łapka zakryła mu usta. Mirr odwrócił głowę, a jego oczom ukazał się Cliff przykładający palec do pyszczka. - Człowiek ciszej niech będzie! - Co ty wyprawiasz? Gdzie byłeś? - Cliff na rozpoznaniu był. - Co tu się dzieje? - Mirr patrzy. Mirr zwrócił uwagę na miejsce, które wskazywał mu Cliff. Dostrzegł jakąś istotę przywiązaną do drzewa tuż obok upiornych koni. Zatoczyli razem koło, zbliżyli się do tajemniczej osoby. Na ziemi leżała młoda dziewczyna, miała długie jasne włosy. Była nieprzytomna, twarz miała ukrytą w trawie. Umęczone dłonie, skrępowane grubym sznurem przyparte były do wielkiego drzewa. - Tego nam jeszcze brakowało…! - Demony… Ranka wczorajszego, nim człowiek na Skalnym Wzgórzu zjawił się, jeźdźcy owi w miasteczku się zatrzymali. Zamieszania narobili, albowiem dziewczęcia szukali jakiegoś, a nie przywykli jeszcze do Sojuszu praw ludzie tutejsi. - Szukali i znaleźli. Cliff kiwnął głową na potwierdzenie. - Dziewczę w chacie opuszczonej mieszkało na półce skalnej obruszonej. Mówili ludzie, że nienormalna - mieszkało to w miejscu takim i towarzystwa nazbyt unikało. Straciła podobnież mowę swą, choć głoszą plotki, że po prostu do nikogo nie otwierać ust raczy. Niezbyt lubiana i obca zupełnie osoba ludziom to, a więc wydali ją. - Czyżby miała z demonami na pieńku? - Możliwe to całkiem jest. Mieszkać na Skalnym Wzgórzu nie zawsze dane było jej, może ukryć pragnęła się. Zapuszczona mieścina to nieco jest. Gdy Cliff w miejsce to dotarł, tam była od dawna już. Słyszał również, że wiedźma to i magicznymi, zakazanymi wywarami przedłuża życie sobie. - Ludzie lubią strzępić języki. - Cliff przyzna, że z plotek tych dużo do układanki pasuje. Mirr uwolnić ją musi - wypalił po chwili zastanowienia. - Zwariowałeś!? - wrzasnął chłopak, po chwili jednak zakrył sobie usta dłońmi. Cliff skrzywił się lekko. - Cliffa od początku opowieści te zastanawiały. Skrywa coś ona, co magów bardzo pociąga. - To ratuj ją sobie sam. Na mnie nie licz. - Cliff’owi bardzo przykro jest. Za mały jest Cliff, by konia dosiąść mógł. - Jakiego znowu konia? Przecież nie mamy… Nie, nie! Wykluczone! - zaprotestował, gdy domyślił się, co mag ma na myśli. - Jesteś szalony! - Na nią niech Mirr spojrzy. - Nie! - No dalej, czy nie pociąga magia ta Mirra również? - Cliff niemal szeptał. W jego głowie mieszały się myśli. Chciał ponownie odmówić, nie mając z tą sprawą nic wspólnego, ale tajemnicza dziewczyna przyciągała go niczym magnes. Nie widział jej twarzy, a jednak czuł niesamowitą więź, która nie pozwalała mu odejść. A może była ona jakąś młodą księżniczką, za której uratowanie król zapłaci mu niemałą sumkę? Zawahał się jeszcze krótką chwilę, ale ta myśl nawoływała go do działania. Ruszył zdecydowanie ku zniewolonej nieznajomej, a mały mag uśmiechnął się triumfalnie. Konie popatrzyły na niego swymi zimnymi oczyma, w których ktoś zatrzymał śmierć. Natarczywie próbowały zwrócić na siebie uwagę wojownika. Ten czując na sobie te spojrzenia zaczął się coraz bardziej bać. Co jeśli mnie złapią?, pomyślał i zerknął w stronę, gdzie jeszcze przed chwilą stał Cliff. Znowu zniknął. Tchórz śmierdzący, a ja od brudnej roboty. Szybko jednak znalazł się u nóg straszliwych rumaków. Zobaczył przed swą twarzą czarne kopyta obryzgane i nasączone zaschniętą krwią. Mirra przeszył dreszcz. Jeszcze nigdy nie zdarzyło mu się widzieć takich zwierząt... Ale czy były to zwierzęta? Teraz do uwięzionej dziewczyny została mu krótka droga. Przeszedł zaledwie parę kroków. Dziewczyna miała bladą cerę, wiele świeżych ran na ciele. Była zgrabna i delikatna. Miała na sobie poszarpane u dołu spodnie do kolan i zwykłą, długą koszulkę, czerwoną od krwi. Bose stópki, całe poharatane, wołały o pomoc. Mirr zbliżył się niepewnie. Nie mogła być starsza od niego, wyglądała na siedemnaście, osiemnaście lat, ale bynajmniej nie na księżniczkę. Chłopak wyjął schowany za pasem mały nożyk. Przeciął grube więzy. Drobne, smukłe dłonie dziewczyny opadły, wdzięczne za oswobodzenie. Serce jej wciąż biło, choć delikatnie i niespokojnie. Mirr obrócił ją i dostrzegł jej twarz. Miała delikatne rysy, na małych, sinych ustach malowało się niesamowite zmęczenie, ale i anielski spokój, opanowanie. Złote, długie do pasa włosy, mimo ogólnego nieładu, lśniły i układały się miękko po smukłej szyi. Okalały drobną główkę i spływały po ramionach. Gdzieniegdzie naznaczone były czerwienią. Z zamyślenia wydarł go bezczelnie jakiś nagły szelest. Kilka osób przedzierało się przez las, deptało gałęzie i ściółkę. Z każdymi ich krokami hałas nabierał na sile. Mirr miotał się z dziewczyną na rękach. Na piechotę nie ucieknie daleko, a nawet Igglesiol nie poradzi sobie z wieloma przeciwnikami naraz, w szczególności, gdy nie wiedział nawet, z kim ma do czynienia. Z kilkoma demonami nie miał nawet najmniejszej szansy. - Niech Mirr na konia wsiada! - usłyszał lekki szept za plecami. Bez dyskusji wykonał polecenie przyjaciela, wskoczył na jednego z upiornych koni, przeciął więzy i próbował sprowokować go do dzikiego galopu. Dziewczynę usadził przed sobą, a rumak kręcił się jeszcze przed chwilę dookoła. Powyżej dostrzegł czyjś ruch, a po chwili z koron drzew wyłonił się Cliff. Spadł on niezgrabnie prosto na kark zwierzęcia i chwycił się w ostatniej chwili jego czarnej grzywy. - Tam człowieku jedź! - Ale… - Z magiem nie dyskutuj przenigdy! Chłopak zmusił konia do galopu w stronę najgłębszego lasu. Drzewa wyrastały tuż przed nimi, coraz gęściej zapełniając wolną przestrzeń. Korony zakryły ostatnie skrawki nieba, zrobiło się ciemno. Wtedy Cliff uniósł swe berło nad głowę, a z kamienia wychynęło zielone światło. Po chwili spowiła ich atramentowa ciemność i zimno, a wszelkie dźwięki zaczęły odbijać się echem. Znaleźli się zupełnie w innym miejscu, nie było tu drzew, jedynie ich nieznaczne cienie, przez które przenikali niczym duchy. Mirrowi zrobiło się niedobrze. Nie czuł niczego, pędu powietrza, strachu. Istne szaleństwo przepełniło jego serce, jedynym celem była teraz szalona jazda przed siebie. Stracił czucie w całym ciele, które przeszyły drgawki. Całkowita wola poruszania się i myślenia została mu odebrana, poczuł się jak w koszmarnym śnie. Koń nadal galopował dziko, nie zważając na miejsce, w którym przed chwilą się znalazł. Mirra przeszył kolejny dreszcz, tak silny, że osłabł. Zamknął oczy, puścił się grzywy rumaka i stracił przytomność.

***

Poruszył się niespokojnie. Poczuł pod plecami miękkie podłoże. Otworzył leniwie oczy, szybko stwierdził, że słońce świeci bardzo jasno. Przez chwilę widział tylko zamglony obraz. Kiedy oczy przywykły do światła zobaczył lazurowe, piękne i bezchmurne niebo. Nie pamiętał nic z poprzedniego dnia, a może był nieprzytomny dłużej? Podniósł się i ze zdziwieniem stwierdził, że bolą go wszystkie kości. Przed nim rozciągał się piękny widok. Leżał na niskim wzgórzu, na miękkiej trawie, u jego stóp rozlewało się błękitne jezioro. W oddali piętrzyły się góry i zielony las. Mirr spojrzał za siebie. Zobaczył niedaleko mały las brzozowy. Przed nim spostrzegł wystające z ziemi gładkie skały. Siedział na nich Cliff, który gaworzył wesoło z nieznajomą dziewczyną. Dopiero teraz przypomniał sobie, że to ją przecież uratował, pamiętał również wszystko to, co mówił o niej mag. Zawahał się, ale postanowił do nich podejść. Nie rozumiał z tego nic. Kiedy poczynił jeden krok poczuł piekący ból w prawym kolanie. Upadł, dopiero teraz zauważył, że nogawka spodni jest strasznie poszarpana, a kolano ma obwinięte zakrwawioną chustką. Te nagłe ruchy obudziły czujność Cliffa, który z zadowoleniem stwierdził, że jego przyjaciel wreszcie odzyskał przytomność. - Śpiącego królewicza z powrotem witamy! - zagadnął z rozbawieniem. - Żarty zachowaj sobie na później. Mógłbyś mi, co nieco wyjaśnić? - Cóż to za wychowania brak w damy obecności? - przekomarzał się mag. Mirr przeniósł swój wściekły wzrok na dziewczynę i nieco złagodniał. Była bardzo ładna. Uśmiechała się lekko, opuściła swoje miejsce, usiadła obok niego i znakiem dłoni dała do zrozumienia, żeby nie wstawał. Odwinęła opatrunek i odkryła silnie krwawiącą ranę. Kolano było całkiem zmasakrowane, głęboki ból wyrwał chłopaka z zamyślenia. Dziewczyna poszła nad brzeg strumienia, schyliła się nad taflą i zanurzyła chustkę w wodzie. Kiedy wróciła i zawinęła ją z powrotem Mirr poczuł ulgę. Zimna woda koiła silne pieczenie. Zauważył również, że nieznajoma miała opatrzone rany, a czerwone plamy na koszulce były wyblakłe. Z pewnością ją wyprała. Rany jej już nie krwawiły, choć ich liczba na tak delikatnym ciele była zastraszająca. - Boli cię? - spytał niepewnie chłopak, przyglądając się ruchom jej dłoni, kiedy próbowały uporać się z węzłem na chustce. Dziewczyna jednak nic nie odpowiedziała. Jedynie kiwnęła przecząco głową. Skończyła w tym momencie i spojrzała tęczowymi oczyma na Mirra. Ten myśląc, że zaraz go nimi zamrozi, odwrócił głowę i zarumienił się. - Leliel na imię jej jest - rzekł Cliff idąc w ich stronę. - Mirr Vhaterei, miło mi cię poznać. Dziewczyna w odpowiedzi uśmiechnęła się. - Cliff, pozwól na słówko. Mirr z trudnością wstał i odciągnął maga nad brzeg jeziora. Nie krył złości. Cliff patrzył na niego z rozbawieniem. - No i co teraz, panie mądralo? Wielka magiczna moc, tak? Przyznaj się, jakiego zaklęcia na mnie użyłeś? - Niskopoziomowym urokiem Cliff posłużył się, jeśli bardzo tak Mirra to interesuje. - Co chciałeś zyskać, poprzez jej osobę? I skąd wiesz, jak ma na imię, skoro jest niema? - Ze zwierzętami potrafi kontaktować się, a jak domyślić się nietrudno, Cliff jest w połowie nim. Telepatyczna to rozmowa jest. - A demony? - Przejmować nimi Mirr nie musi się. Leliel zdaniem szukali jej za nisko-klasowego demona zabicie. - Zabiła… demona!? - Mirr z niedowierzaniem spojrzał na drobną sylwetkę dziewczyny, która zdawała się być zadowolona z takiego obrotu sprawy. - Wypadek to był pomniejszy. Przybył razu pewnego do miasteczka demon ranny i umierający, który nakazał pod śmierci groźbą któremuś z mieszkańców życie odratować swe. Na dziewczę to padło, nie żałowałby nikt jej w końcu. Chciał los jednak, że ziół niewłaściwych użyła, a przyspieszyło to demona śmierć. Śmierć z jeźdźców rąk teraz czeka ją. - Cholerna demonia sprawiedliwość - zamyślił się Mirr, a Cliff odszedł. - Hej! Jeszcze nie skończyłem! Jednak mag nie zwrócił na niego uwagi. Oburzony chłopak podbiegł do niego. - Jak uciekliśmy? - Cliff myślał już, że Mirr nie spyta go o to. Cliff cieniste przeniesienie opanował znakomicie. Na krawędź Planu Materialnego i Planu Cieni wkroczyliśmy. W tym do naszego Planie równoległym poruszać się pięć i pół dala na minut dziesięć można. Jednakże aż tutaj podróż nam godziny trzy zajęła. Cliff zużył mocy bardzo dużo, nie starczyło jej mu, by do końca dziewczę uleczyć. - Niezła sztuczka. A ja myślałem, że będziesz całkowicie bezużyteczny… - Cliff uradowany jest, gdy cieszy się i człowiek. - Ale nie zapominaj, że to przez ciebie mamy na karku patrol jeźdźców. Zwróciliśmy na siebie uwagę Podziemia. Nie mam pojęcia, w jaki sposób, chcesz wyciągnąć nas z tego bagna. A na przyszłość radzę ci nie używać czarów na mojej osobie. - Wtenczas dziewczę z nami ruszyć musi. - No, teraz to już raczej nie mamy wyjścia - warknął. - Cliff nie zostawi tutaj jej. Nam się przydać jeszcze może. Co prawda magiem Cliff jest, ale jeśli czary ma potężne rzucać, energii marnować na leczenia magię nie może. - Jest kapłanką? - Relhallny kapłanką dziewczę jest, a i na ziołach zna się wyśmienicie. - Relhallna jest obok Świetlistego Smoka najważniejszym bóstwem elfów. Skąd u niej status kapłanki? Wygląda na człowieka. - Cliffa dziwi i to, ale rozmawiać o gustach nie będzie. Mirr zszedł do jeziora. Zdecydował się zakończyć to, co zaczął przy strumyku na wzgórzu, a że jezioro było znacznie większe chciał z niego zrobić równie większy użytek. Gdzie jezioro, tam i pełno ryb, a to oznacza dość łatwe do zdobycia jedzenie. Kiedy skończył toaletę, skonstruował prostą wędkę z gałązki brzozowej. Znalazł stary sznurek w kieszeni, przywiązał do niego haczyk z kawałka zgiętego drutu. Nadział na niego znalezionego robaka i zarzucił w nadziei, że jakaś ryba da się nabrać na tą starą jak świat sztuczkę. Złapała się i to nie jedna. Było to całkiem dziwne. Jeszcze nigdy nie udało się Mirrowi złapać ryby w ten sposób. Amatorska wędka nie miała wręcz prawa zdać takiego egzaminu. Można by nawet stwierdzić, że to absolutnie niemożliwe, a zarzucił ją tylko po to, by zabić czymś czas. Nigdzie mu się przecież nie spieszyło. Pomyślał nawet, że to ta tajemnicza dziewczyna tak dziwnie działa na przyrodę. W końcu Relhallna słynęła ze swego wysokiego statusu i potęgi. Słońce miało się ku zachodowi. Czerwona tarcza poczęła zanurzać swą gładź w widnokręgu. Wieczór był tu jeszcze piękniejszy. Gwieździste niebo odbijało się w wodzie jeziora. Spokój brzozowych gałązek nie przerywał nawet najsłabszy powiew wiatru. Mirr rozpalił ognisko i zbudował mały ruszt, na którym obracał ryby. Dziewczyna siedziała obok i przypatrywała się pracy chłopca. Cliff, całkiem znudzony, odgadywał konstelacje na nocnym niebie. Mirr podejrzliwie spoglądał na Leliel. Teraz przyjdzie mu się męczyć z dwójką nieporadnych towarzyszy. Mały pyskaty zwierzolud i zagubiona dziewczynka, która chyba niezbyt zdaje sobie sprawę z tego, co się dookoła niej dzieje. Cliff przynajmniej użył już swej mocy, czym znacznie zaimponował chłopakowi, ale ona… Czy nie ma zbyt wielu spraw na głowie? Bardzo chciał, żeby ich wędrówka zakończyła się równie szybko, jak się rozpoczęła.

* Dal – wspólna jednostka długości, równa 2 kilometry.

***

Mirra dręczyły straszliwe koszmary. Miotał się we śnie, w gorączce walczył z nieistniejącym przeciwnikiem. Był zlany potem, raniony strasznie cierpiał. Ból był bardzo realny. Leliel, wrażliwa na cierpienie, zbudziła się i natychmiast przysunęła do chłopaka. Widząc jego strach pobiegła szybko nad jezioro. Oderwała kawałek materiału od zniszczonej nogawki spodni, zwilżyła go w zimnej wodzie i z troską położyła na czole wojownika. Uspokoił się nieco, choć nie na tyle, by zniechęcić dziewczynę. Ta zamknęła oczy i ze skupieniem starała się coś powiedzieć. Ruszała ustami, ale nie wydobył się z nich najmniejszy dźwięk. Złożyła ręce, jakby do modlitwy, a kiedy skończyła nakreśliła znak w powietrzu. Na jego czole pojawiło się znamię. Mirr natychmiast się uspokoił, zły koszmar opuścił jego głowę i wreszcie pozwolił odpocząć. Zadowolona dziewczyna, widząc nadchodzący świt, ponownie ułożyła się do snu. Gdy słońce poczęło wschodzić, Mirr zbudził się. Oparł na rękach i przetarł oczy. Ze zdziwieniem stwierdził, że z jego czoła zsunęła się lekko wilgotna, czarna szmatka. - Ależ miałem dziwny sen... Wstał ociężale, zdjął buty i podszedł do jeziora. Trawa była słabo zroszona, dawała bosym stopom niezwykłą uciechę. Chłopak, jak to miał w zwyczaju, przejrzał się najpierw w spokojnej tafli wody. Nagle rozdarł się wrzask cedzący każdy wypowiadany wyraz: - Co to jest?! Mirr potarł czerwony znak na czole, niestety ani myślał zniknąć. Kiedy przyjrzał mu się dokładniej, przypomniał sobie o Leliel. - Nie... Klątwa? Zaczął się chaotycznie rozglądać. Wszyscy jeszcze spali. Ponownie pochylił się nad wodą i ze zdumieniem stwierdził, że tajemniczy znak zniknął. Założył skórzane buty i wszedł na wzgórze. - Chyba mam zwidy. Może to przez te ryby… Cliff, wstawaj! - krzyknął magowi prosto do ucha, na co ten zerwał się z wrzaskiem. - Co znowu? - Bądź tak miły i znajdź coś do jedzenia. Mag westchnął i z rezygnacją wstał z ziemi. Pogramolił się w stronę lasu. - Mógłbyś iść szybciej!? Ruszamy zaraz po śniadaniu! - Dobra, dobra. Nie minęło zbyt dużo czasu, a Cliff pojawił się z powrotem taszcząc piątkę pokaźnych, tłustych królików. - A nie mówiłem, że przydasz się na polowaniach? - zachichotał Mirr. - Nie dość, że Cliff’owi pobudkę urządzasz, to nabijasz się jeszcze z tego później, jakby to takie śmieszne naprawdę było… - Ostrzegałem, że tak będzie. - Mirr nie gada tyle, tylko ognisko rozpala. - Oni nas ścigają, prawda?- zapytał Mirr niespokojnie, kiedy dziewczyna podeszła, by im pomóc. Leliel pokiwała głową. Chłopak wstał i rozejrzał się, jakby nagle poczuł wokół niebezpieczeństwo. Westchnął na myśl o kolejnej męczącej ucieczce. - Demony potrafią być szybsze, jeśli zechcą... Zróbmy to, co mamy zrobić i ruszajmy dalej.

***

Wędrowali już długo. Mirr kuśtykał lekko. Kolano, mimo, że przestało krwawić, bolało go bardzo. Z niemałym trudem mógł się poruszać, jednak życie wojownika nauczyło go nie zwracać uwagi na ból. Słońce, stojąc w zenicie, mocno dawało o sobie znać. Było niezwykle gorąco, a mimo tego nie mogli się zatrzymać. Mirra nieustannie zastanawiało, cóż takiego kryje Cliff za fałdami swojego płaszcza, że nie chce zdjąć go nawet do snu czy w ukropie. Musiał przyznać, że nie spodziewał się po nim tak wytrwałej postawy. Zwierzoludy z natury bywają niezwykle uparte, ale i czasami gadatliwe, nieznośne i pyskate. Zapewne te cechy wypływają z ich dwojakiej natury - humanoidalnej, niemalże do złudzenia przypominającej ludzką, oraz bardziej nieokrzesanej, zwierzęcej. Cliff właśnie taki był, choć potrafił zachować dystans, mówił dużo, ale tylko to, na co ma ochotę, nie unosił się dumą czy pychą. Pociągała go, co prawda ogromna ciekawość i chęć uzyskania większej mocy, ale utrzymywał te żądze na wodzy. Otoczony był grubą skorupą tajemniczości, czasami ta myśl napawała Mirra strachem. Nigdy nie wiedział, czego może się po nim spodziewać. Zachowywał się nieraz aż nazbyt dziwnie, jak na jego ludzkie oko. Rozciągała się tu przepiękna kraina zwana Zielonymi Równinami. Wszystkie pagórki, niskie wzgórza i niziny porastała soczysta, zielona trawa. Szli wąską dróżką przed siebie, aby wieczorem znaleźć się w wiosce. Mirr doskonale wiedział, że nie znajdzie tu zajęcia, chciał, więc jak najszybciej opuścić to miejsce. Przez całą drogę nawiedzały go dziwne myśli. Ich źródłem była ta podejrzana dziewczyna. Nie chciał się do tego przyznać, a jednak bał się jej. Jej kolorowych oczu, które za każdym razem zmieniały kolor, bił z nich inny blask. Cliff miał zapewne swój osobisty cel w tym, że nakłonił go do tak desperackiego kroku, jak sprzeciwienie się woli demonów. Skoro one zadecydowały, iż musi zginąć, to żaden człowiek nie ma prawa podważać ich decyzji, szczególnie teraz, w czasach Sojuszu, gdy sprawy winy i kary między Piekłem, a światem ludzi są załatwiane wspólnie i w miarę sprawiedliwie. Czy faktycznie kryje w sobie jakąś tajemnicę i moc? Cliff na pewno potrafił to wyczuć, ale nie on - wojownik, który nie ma pojęcia o skomplikowanej, złożonej magii. - Leliel? - zapytał. - Co zrobimy, gdy dojdziemy do wioski? Dziewczyna spojrzał na Cliffa, Mirr domyślił się, że posyła mu odpowiedź. Ona jedyna nie posiadała własnego ekwipunku, zabrano ją z domu bez niczego, bo i po co pieniądze czy zioła komuś, kto już wkrótce miał umrzeć? - Do miejsca, z którego pochodzi chce wrócić. Na zachód. Przez tereny Płaskowyżu droga do jej domu biegnie. - Przecież tam nie ma ludzi. Całe zastępy bestii. Rozszarpią cię, gdy tylko wejdziesz na ich terytoria, a demony i tak cię znajdą. Dziewczyna jednak uśmiechnęła się i pokręciła przecząco głową. Mirr nie za bardzo to rozumiał, więc powrócił do rozglądania się po okolicy. W oddali zobaczył majaczące lekko zarysy drzew i dachów domów. Ucieszył się na ten widok. Od razu pomyślał o przepysznym jedzeniu w karczmie i odpoczynku po długiej podróży. Problemy opuściły jego umysł. Nie liczyło się teraz nic, byleby najeść się i wypocząć w miękkim łóżku. Kiedy z pola widzenia znikły pagórki i wzniesienia, a przed ich oczami rozpostarły się pola i łąki, Mirr poczuł silny, przyjemny zapach. Ludzie hodowali w tych stronach przeróżne gatunki kwiatów. Przepiękny widok kolorowych dywanów wprawił wędrowców w dobry humor i ożywienie. Przyspieszyli trochę kroku, wiedząc dobrze, że niedługo wypoczną i nabiorą sił w najbliższej wiosce.

***

Nastał wieczór. Wędrowcy minęli już pierwsze domy. W oknach paliły się jasne światła lamp. Mirr nie chcąc wzbudzać podejrzeń, rozglądał się spokojnie. Bezchmurne niebo oblane było piękną drogą mleczną, rozpościerającą się od gór do pól kwiatowych. Było ciepło, duży, niemalże okrągły księżyc rozświetlał im drogę. Niektórzy ludzie, którzy wracali do domów lub szli na miejscowe hulanki i picie, obserwowali niespokojnie przybyłych gości. Od czasu do czasu wymieniali zdania między sobą, zasłaniając przy tym usta. Widok wojownika uzbrojonego w tak potężny miecz przy boku w towarzystwie rannej dziewczyny i dziwnie wyglądającego zwierzoluda nie był w tych stronach codziennością. Mirr mijał ich w ciszy, wiedział doskonale, że nikt nie będzie ich obecnością zachwycony. - Serrval - odrzekł Cliff przypatrując się drewnianej tabliczce ozdobionej obwolutą namalowanych kwiatów. - Znaleźć karczmę jakąś musimy. W oczy się nie rzucać byleby - dodał szeptem. Chłopak zatrzymał się, a Leliel w duchu potwierdziła. - Więc, którędy? Cliff wskazał niepozorną uliczkę, wijącą się niedbale tuż za ogromną i luksusową karczmą. Droga była tu zarośnięta chwastami i mchem, a budynki były spróchniałe, poczerniałe i pognite. - Tam. Rudery zapuszczone. Uwagi zwracać nie będziemy. Ulica była kompletnie zaniedbana i opuszczona. Stan budynków wskazywał na wystąpienie w tych stronach ogromnego pożaru. Atmosfera przepełniona była tu grozą i dziwnym złym przeczuciem. Mirr dostał drgawek i dreszczy. - Może jednak to nie był dobry pomysł… Przez przepełnioną ciemnościami uliczkę przetoczył się wał chłodu i dziki powiew wiatru, który niemal porwał Cliff’owi kapelusz z kociego łba. Nad ich głowami przeleciał mały nietoperz głośno piszcząc i skrzecząc. Furkot jego czarnych skrzydeł przykuł uwagę chłopaka. Zatrzymali się, a kiedy w ciemnościach rozpoznali czyjś ruch, mag wycelował w to miejsce swym berłem. Po chwili jednak je opuścił, gdy zza drewnianej beczki wychynęło nieduże, czarne i wychudzone zwierzę. - To tylko pies - uspokoił się Mirr. - Ale pomysł toż to chyba dobry nie był naprawdę… Cliff przyłożył palec do pyska, gdy chłopak miał już zasypać go gradem pytań. Spostrzegli, że odgłosy miasteczka zamarły, a wieczorny gwar i śpiewy ludzi zastąpiły dzikie krzyki i wyczuwalny nawet na kilka dali strach. Mirr zamarł w miejscu, na ziemię wrócił dopiero, gdy poczuł szarpnięcie za nogawkę spodni. - Mirr zostać tu może, jeśli chce, ale nie obiecuje Cliff, że żywego zastanie go, gdy wróci po ciebie! Mirr tylko kiwnął powoli głową, a po chwili zerwali się do biegu. Malutki Cliff okazał się niezwykle szybką i zwinną istotą, wysuwał się zdecydowanie naprzód. Czuli ogromne zło panoszące się po uliczkach. To zło przyszło nagle i niespodziewanie, jakby podążało tuż za nimi. Mogli jedynie biec przed siebie, a przez ciemność i tańczące cienie nie umieli nawet określić kierunku, w jakim podążają. Zniszczona dzielnica krzyżowała się z całkiem odnowioną. Nawet tutaj nie zauważyli ludzi, coś lub ktoś wystraszył ich na tyle, że wszyscy zaszyli się w zakamarkach swych mieszkań i ciepłych karczm. Zbliżali się do zakrętu i tu niespodziewanie serca podeszły im do gardeł. Tuż przed nimi wyrósł czarny, upiorny rumak, którego rżenie przypominało skrzek tysiąca nietoperzy zbudzonych w środku dnia. Stanął on dęba, o mało nie masakrując głowy Mirra zaropiałymi kopytami. Cliff przewrócił się do tyłu, a siła uderzenia wyrwała mu magiczny artefakt z dłoni. Chłopak poczuł się jak w koszmarnym śnie, ale nie zdołał poruszyć się ani odezwać słowem. Widział wszystko w zwolnionym tempie. Koń pewnie stanął na ziemi, ale jego jeździec był jeszcze mroczniejszy i bardziej tajemniczy. Był wielkości normalnego człowieka, okrycie jego stanowiły czarne chusty. Jedna z nich spływała z głowy stapiając się w jedno w kruczymi, martwymi, długimi do pasa włosami. Jego twarz pozostawała niewidoczna, jedyną oznaką tego, że w ogóle ją miał, była para jarzących się w ciemności czerwonych jak krew, zwężonych ślepi. Demon powoli uniósł swój miecz o długim zakrzywionym ostrzu i przytknął ją go gardła Mirra. Ten poczuł zimne żelazo na skórze i dreszcze na całym ciele. Kątem oka spostrzegł, że gładź miecza naznaczona była strugami zakrzepłej krwi i plamami rdzy. Otrząsnął się w porę. Zdążył jednak poczuć ciepłą, cienką strużkę krwi spływającą po szyi. Zacisnął zęby, a z jego gardła wydarł się nagły krzyk: - Flarevolt! Ku jego dłoniom pognały ogniki i języki ognia. Przez chwilę wiły się dookoła w dziwnym tańcu, aż w końcu połączyły się w jedną, niedużą ognistą kulę. Odrzuciła ona daleko w tył jeźdźca, nim zdążył się zorientować. Wszystko to trwało nie dłużej niż sekundę. Demon jednak nie wydał z siebie żadnego dźwięku, jedynie jego koń pisnął, niczym spłoszony nietoperz. Jego sylwetkę przysłonił kurz. Zwierzę jednak podniosło się szybko, a jego pan stanął obok. Jego oczy zdawały się płonąć jeszcze mocniejszym blaskiem. Mirr chwycił Igglesiola, wymierzył nim w demona i czekał cierpliwie. Z niezwykłym zdziwieniem stwierdził, że jego przeciwnik chichocze. Najpierw cicho, niczym szept, potem śmiech zaczął nabierać na sile. Czarna sylwetka nie poruszała się wcale. Chłopaka przeszedł zimny dreszcz i zakłopotanie. Demon uniósł siną dłoń wyposażoną w bardzo długo nie przycinane paznokcie. Chwycił za czarną chustę okalającą jego głowę i jednym pewnym ruchem zdarł ją z siebie. Na jego niemal fioletowej twarzy zalęgł się cień. Rysy miał zaskakująco idealnie proporcjonalne, jedynie jego piekielne czerwone tęczówki były niezwykle odpychające. Przywodziły na myśl lejącą się strumieniami krew wytłoczoną ze świeżo zabitego i rozprutego ciała. Mirra zemdliło na tą myśl. Demon wyszczerzył się zawistnie ukazując dwa ostre kły. Chusta, którą jeszcze trzymał w zaciśniętej dłoni drgnęła lekko i owinęła się wokół ramienia swego właściciela niczym żywy wąż. Dopiero teraz demon uniósł miecz, a jego czarna szata zaszeleściła niczym suche gałęzie drzew umierających po miesięcznej suszy. - Czego chcesz demonie? - zagrzmiał Mirr cedząc każde słowo przez zęby. Wokół rozległ się posępny śmiech i syczący jadowity głos, od którego wszystko ziębło: - Dziewczyna… Oddaj dziewczynę! Mirr zerknął ostrożnie za siebie. Cliff zgrabnymi ruchami chwycił swe berło i gotował się do ewentualnego ataku. Leliel natomiast stała w bezruchu. Oczy miała zamknięte, a twarz nieobecną, właściwie bez wyrazu. Nie minęła chwila, a ostrożnymi, powolnymi krokami zbliżyła się do demona i stanęła przed Mirrem. - Oszalałaś! Na litość, zejdź mi z oczu… - syknął, jednak uciął w połowie, gdyż przez jego głowę przeszły dźwięki i słowa, których nie potrafił nazwać. Wzmógł się wiatr, a chłopak zdołał łapać jedynie strzępki dziwnych inkantacji wydobywających się z ust kapłanki. Jednakże dobrze wiedział, że nie należały do niej. Głos grzmiał pewnie i basowo i odbijał się potężnie echem, choć z pewnością był tylko szeptem. Powietrze wpadło w szał. Z całą siłą uderzyło w delikatną sylwetkę dziewczyny. Mirr mógłby przysiąc, że pomimo niewyobrażalnego huku słyszał jej wrzask, a ciało załamało się pod dziwnym kątem. Poczuł jak ta niebywała moc przenika i przez niego, a gdy już przywykł do jej ogromu mógł bez przeszkód zobaczyć, co dzieje się tuż pod jego nosem. Leliel wyciągnęła ręce ku demonowi, który stał niewzruszenie jak kamień. Pasma jej jasnych włosów falowały na wietrze. Mirr nie widział twarzy dziewczyny, stała do niego tyłem, a energia, którą emanowała z pewnością nie pozwoliłaby się mu zbliżyć. Silny głos nadal obijał się wkoło, a wraz z nim tańczył kurz. Wtem z jej otwartych dłoni wychynęła niewidzialna fala potężnego wiatru. Czoło wichury uderzyło w demona i oplotło się wokół niego. Twarz jeźdźca ściągnęła się w grymasie gniewu. Przeźroczyste sznury zacisnęły się boleśnie i zabłysły gdzieniegdzie niebieskimi wyładowaniami. Leliel zbliżyła do siebie otwarte dłonie, a demon zawył, niczym wilk, z którego zdzierano skórę. Prąd wdarł się do jego ciała, a wyładowania na moment rozświetliły czarną sylwetkę. Postać Leliel rozjarzyła się, aż wreszcie moc, którą emanowała wybuchła potężnie. Mirr przysłonił oczy, gdyż jasność kłuła jego tęczówki. W białym całunie ledwo spostrzegł, jak dziewczyna zgina się wpół i upada głucho na ziemię. Chłopak wykrzyknął jej imię z wyraźną dozą goryczy i zmartwienia, ale wtopiło się ono w ogrom hałasu. Jej ciało nie wytrzymało, pomyślał. Drgnął i wtedy zdał sobie sprawę z tego, że przez ten cały czas nie poruszał się, tkwił w miejscu. Światło zaczęło opadać, więc przeczołgał się do miejsca, gdzie leżała Leliel. Dziewczyna dźwignęła się na ręce i zacisnęła zęby ze złością. Teraz i Mirr dobrze widział demona jak i również to, że nadal trzymał się na nogach. Z jego płaszcza sączył się dym, a usmolona twarz wyglądała jeszcze bardziej przerażająco. Emanowała z niego jeszcze większa wściekłość i złość. Chłopak dobrze wiedział, że ciężko będzie mu sprostać. Demon warknął. Wymamrotał coś pod nosem. Mirr przysłonił Leliel, gdy ta zachwiała się i z powrotem wylądowała na ziemi. Ku nim rzuciły się nagle strugi płomieni. Odbiły się one jednak tuż przed ich twarzami. Cliff opuścił berło. W tym całym zamieszaniu Mirr zupełnie o nim zapomniał i pogratulował sobie w duchu, że jednak wziął go ze sobą. Ponownie ich ocalił. Magiczna bariera była na tyle mocna, by wytrzymać napór piekielnego ognia. Zwierzolud podbiegł bliżej i stanął obok Mirra. Ten rzucił mu dziękczynne spojrzenie. Cliff jednakże wcale nie był zadowolony. Demon powoli schylił się, by podnieść swe ostrze. Jego oczy płonęły rządzą krwi i zemsty na tych pachołkach, którzy ośmielili się podnieść na niego rękę. Zapłacą życiem za sprzeciwianie się rozkazom Władcy Piekieł. Zardzewiałe żelazo chrobotało o piasek, gdy jeździec przez chwilę taszczył je za sobą, a potem uniósł nad głowę, by zadać pionowe cięcie. Mirr mechanicznym ruchem zarzucił rękę za pas. Ogarnęło go przerażenie. Igglesiola nie było tam, gdzie zawsze powinien być. Leżał gdzieś na polu bitwy, a nawet gdyby chciał, w ciemnościach nie mógł go dostrzec. Wtem, jakby w odpowiedzi na podświadome modlitwy całej trójki, coś huknęło w bok demona. Potężne białe światło promieniowało w tym miejscu, a jeździec nie mógł go znieść. Paliło go żywym ogniem. Mirr wypuścił z ulgą powietrze, zdawało mu się, że nie oddychał przez jakieś ostatnie pięć minut. Demon, niczym spłoszony zając wskoczył pośpiesznie na konia, który równie przerażony, stanął niebezpiecznie dęba i pogalopował w ciemności. Jeszcze przez chwilę słychać było unoszący się w powietrzu dźwięk tętentu kopyt i dzikiego pisku zwierzęcia mroku. Mirr podniósł się z ziemi. Zdał sobie sprawę, że wszystko go boli, a ręce odmawiają mu posłuszeństwa. Bynajmniej nie z wysiłku, a panicznego strachu, który trzymał go długi czas w swych ramionach. Pomógł Leliel wstać. Nie wyglądała najlepiej. Ubrania miała jeszcze bardziej poszarpane, a dłonie jej pachniały spalenizną. Musiał jednak przyznać, że to, co zrobiła wywarło na nim duże wrażenie. Cliff uderzył go w bok czubkiem berła. Chłopakowi wtedy dopiero wróciła czujność i próbował przebić wzrokiem ciemność. W tumanach kurzu majaczyła czyjaś postać. Osoba, która bez wątpienia uratowała im życie. Ich oczom ukazała się niewysoka sylwetka starca. Mirr zdziwił się nieco, chciał cofnąć, ale przez szyję przewieszone miał ramię wycieńczonej dziewczyny. Napotkał jednak ciepłe, badawcze spojrzenie i pomarszczoną, zmęczoną twarz, siwobrodego czarodzieja. Odziany był w szarą tunikę, przewiązaną sznurem, na głowie zaciągnięty miał kaptur. Opierał swe stare dłonie na magicznej lasce z wbitym czerwonym szmaragdem na czubku. Nieznajomy przewiercał go wzrokiem, niebieskie, małe ogniki zatopił w jego ciele. - Chodźcie za mną, przybysze.

***

Doszli do starej karczmy. Nie wyglądała najlepiej, był to budynek drewniany, dość wysoki. Przy drzwiach wisiał szyld z podobizną wielkiego, skrzydlatego smoka. Weszli przez spróchniałe drzwi i ujrzeli wnętrze sali. Nie było tu nikogo, martwa cisza zdawała się być straszniejsza od niejednego wycia wilkołaka nocą. Stało tu kilka okrągłych stolików, przy nich stare krzesła. Lada, czarna, pełna dziur rozciągała się po szerokości pokoju. Budynek był istną opuszczoną ruiną. Mirr czuł się nieswojo. Przez całą drogę nikt się nie odzywał. Nie ujrzeli również żadnego wieśniaka. Nieczęsto spotyka się czarodziei osobiście, a już na pewno z nimi nie rozmawia. Kiedyś ojciec powiedział mu, że czarodzieje są mędrcami wysłanymi na ziemię przez bogów, by sprawowali pieczę nad ludźmi za pomocą olbrzymiej magii. Zatrzymali się pośrodku sali. Starzec odwrócił się do nich i po raz pierwszy uśmiechnął lekko. Zdjął kaptur, odsłaniając swe białe, związane na karku włosy i podrapał się po głowie. Podszedł do wędrowców i położył dłoń na czole na wpół przytomnej dziewczyny. - Mieliście szczęście. Nieczęsto wychodzi się żywym z takiego spotkania. Musieliście chyba wdepnąć mu na odcisk… Nie wygląda to najlepiej - stwierdził oglądając przypalone dłonie Leliel. - Chodźcie za mną. Znajdzie się na to rada. Mirr jąkał się przez moment, ale w końcu podążyli za czarodziejem. Weszli przez boczne drzwi. Ukazały im się schody, po których wspięli się na piętro. W niedługim czasie dotarli do niedużego pomieszczenia. Nie było tu dużo światła. Jedynie kilka świec dopalało się w półmroku. Stare okno, całe zakurzone i brudne, nie pozwalało dostrzec ulicy miasteczka. Powietrze było duszne, oddychało się bardzo ciężko. Przy jednej ze ścian stało niskie łóżko, posłane starymi, dziurawymi szmatami. Czarodziej zbliżył się do niego powolnym krokiem i odwrócił do nich. - Usiądźcie. Niepewnie uczynili to. Zmęczone ciało Leliel zdawało się odetchnąć z ulgą. Starzec oparł swą laskę o ścianę, przeszedł na drugą stronę pokoju i wrócił niosąc ze sobą krzesło. Postawił je przed Mirrem i usiadł na nim. Cliff bacznie obserwował pokój, wodził bystrym wzrokiem po półkach z dziwnymi słojami i misami. Czarodziej wpatrywał się w nich swymi błyszczącymi, niebieskimi oczyma. - No cóż, więc skąd pochodzicie? - Jestem Mirr Vhaterei, wojownik ze Straghil. - Ach, tak. Straghil… Gościłem tam kiedyś… Kraina pogrążona w ciemnościach… A twój towarzysz? - Cliff magiem jest - powiedział ochoczo malec. - Mag… Zapewne interesują cię przedmioty zgromadzone w tym miejscu. Nie należą do mnie. Są własnością człowieka, który niegdyś tu mieszkał. Oceniam, że nikt nie zaglądał tu od wielu lat. Ale, ale, waszej przyjaciółce nic nie będzie. Przestała panować nad zaklęciem, którego użyła. Zdarza się. Leliel wpatrywała się w swoje dłonie. Czarodziej podstawił jej pod nos mały słoiczek z podejrzanie wyglądającą zieloną maścią. - To lek na poparzenia mojej roboty. Powinno starczyć. Może na początku szczypać, ale do jutra się zagoi. - To pana karczma? - zagadnął Mirr, którego ogarnęło dziwne poczucie bezpieczeństwa. - Och, mówcie mi Raidill. Po to mamy imiona, żebyśmy ich używali. Nie, to nie moja posiadłość. Gdy tu przybyłem była zupełnie opuszczona. Nikt nie chciał jej kupić, bo ludzie mówią, że jest nawiedzona. Ta część miasta uległa kiedyś olbrzymiemu pożarowi, a teraz jest domem jedynie dla żebraków i szczurów. Jestem tu przejazdem, ale potrzebowałem jakiegoś odludnego miejsca, by rzucić parę zaklęć. Mieszkam tu kilka dni, ale żadnego ducha jeszcze nie spotkałem - Czarodziej zaśmiał się. - Wkrótce jednak wyruszam w dalszą podróż. - Czarodzieje nie żyją zbyt dostatnio, co? - A bo i po co? Ubóstwo sprawia, że stajemy się silniejsi duchowo, a to się przydaje. Poza tym ludzie są tak pazerni, że nie warto kupować niczego wartościowego. Tylko cisza i spokój… W końcu do życia potrzebne są tylko sen, posiłek i woda. - Nie martw się. Gdy tylko wstanie słońce opuścimy to miejsce. - Pozwólcie, że przez jakiś czas potowarzyszę wam w podróży. Wątpię, by demony wróciły, ale za bardzo rzucam się w oczy. Poza tym zmierzamy chyba w tę samą stronę. Chłopak spojrzał porozumiewawczo na Cliffa. Czy mieli jakiś cel podróży? Leliel podąża na północ, więc czy i oni również powinni się tam udać. Mirr podrapał się po głowie. - Szukamy… Jakiegoś bezpiecznego przejścia przez… Płaskowyż… Dziewczyna ze zdziwieniem odwróciła do niego głowę. Obdarzyła go spojrzeniem pełnym nowej nadziei i wdzięczności. Mirr starał się nie zwracać na to uwagi, w szczególności, że równie dziwacznie spojrzeli na niego Cliff i sam Raidill. Czarodziej pogładził swą niezbyt długą brodę. - Płaskowyż? A czego tam szukacie? - Mirr, to niebezpieczne bardzo miejsce jest, pewien jesteś, że podążać chcemy tam? - wtrącił się mag, który nie bardzo chyba wierzył w to, co przed chwilą usłyszał. - Za terenami Płaskowyżu leży dom Leliel. Nie pozwolę jej udać się tam samej. Po tym, co nas dzisiaj spotkało… Poza tym mam porachunki z tym demonem, który o mało nas nie pozabijał. Następnym razem nie dam się zaskoczyć. - Taak… A więc zjawili się tu z waszego powodu. - Nie chcieliśmy sprawiać kłopotów. Próbujemy tylko uciec. - Pomagając wam trochę się naraziłem. Nie szkodzi. Już od dawna chciałem utrzeć nosa jakiemuś demonowi. Mirr spojrzał głupawo na Cliffa. Jeszcze nigdy nie spotkał kogoś tak beztroskiego. - Znam pewną drogę. Prowadzi za Płaskowyż. Co prawda to bardzo okrężna droga, ale powinniśmy spotkać na niej więcej przyjaznych istot. Zaprowadzę was tam, ale nie za darmo. Chłopak zasępił się, ale był bardzo zdziwiony tym faktem. Mógł przewidzieć, że w dzisiejszych czasach płaci się za wszystko i wszystkim. - Ile? - Nie chcę od was pieniędzy. Powiedzmy, że dowiecie się na miejscu. To, co prawda pewne ryzyko, ale oceńcie swoje szanse na Płaskowyżu… Mirr poczuł dotyk na ramieniu. Cliff szturchnął go i szepnął: - Czarodziej rację ma… - Dam wam czas do zastanowienia. Przykro mi, ale to jedyny pokój, który doprowadziłem do jako takiego stanu używalności i jest tu tylko jedno łóżko. Opuszczę was teraz. Zapukam o świcie. Dobrej nocy. Raidill podniósł się z krzesła, chwycił swą różdżkę i wyszedł z pokoju. Drzwi zaskrzypiały w nawiasach, a szata czarodzieja lekko zafurkotała. Znikła w ciemnościach. Mirr jeszcze przez jakiś czas siedział w bezruchu z brodą podpartą o zaciśniętą pięść. Cliff krążył po pokoju, deski w podłodze odzywały się od czasu do czasu. - Co Mirr zrobić zamierza? - odezwał się wreszcie. - Ja? A wy? - Cliff czarodzieja posłuchałby. Cliff nie zamierza na Płaskowyżu życia stracić. Chłopak spojrzał na Leliel. Ta z uśmiechem skinęła głową, wyraźnie zachęcając do współpracy z Raidillem. - Doświadczony czarodziej w drużynie to prawdziwy skarb. Wie o wielu rzeczach, przepędził demona. Intryguje mnie tylko kwestia zapłaty. Mirr spojrzał przez okno, a raczej próbował. Było ono szare od kurzu i brudu. Jeszcze przez chwilę panowała cisza. - Wyśpijcie się. Wyruszamy jutro o świcie.

***

Z samego rana rozległo się głuche pukanie. Mirr już nie spał, obudził szturchnięciem Cliffa i Leliel. Przez drzwi wszedł czarodziej. - Zdecydowaliśmy się - rzekł chłopak widząc pytające spojrzenie Raidilla. - Przystajemy na twoją propozycję. - Niezmiernie się z tego cieszę. Nie powinniśmy tu dłużej zostawać. Nie mam również nic do jedzenia. Za lasem leży Otharog, tam się udamy. Pośpieszcie się, w nocy otrzymałem wiadomość, że demony wracają do miasteczka. - A więc jednak. Uciekniemy im? - Nie mam pojęcia. Ich gniew czuć nawet tutaj. Ciężko będzie teraz uciec. Musimy ruszać. Wyszli z pokoju i zbiegli po schodach. Gdy dotarli do głównej sali, czarodziej skręcił w inne drzwi, jakich wcześniej nie zauważyli. Trójka wyszła na zewnątrz. Słońce jeszcze nie wzeszło, ale nie było ciemno. Wtem pojawił się i Raidill. Wyszedł zza budynku wraz ze swym pięknym, czarnym koniem, obok niego szedł drugi, brązowej maści. - Bez koni daleko nie ujedziemy. Czarodziej przypiął do siodła tobołki i torby. Wsiadł na czarnego wierzchowca. - Weź dziewczynę, Mirr. Cliff pojedzie ze mną. Chłopak wykonał polecenie czarodzieja. Wkrótce byli gotowi do drogi. Minęli zniszczone budynki i pogalopowali w las główną uliczką Serrval.

***

Kiedy domy i inne zabudowania znikły z pola widzenia, wjechali w ciemny las. Jechali galopem i długo jeszcze nie zamierzali się zatrzymać. - Mam nadzieję, że nie zapomniałeś zabrać jakiejś broni? - zawołał Raidill, galopując koło nich. - Nie śmiałbym nawet. Jest aż tak źle? - Tak. Pokazać? W tym samym momencie Mirr usłyszał szczęk klingi miecza. Raidill obrócił go między palcami i zatopił połyskujące ostrze w ciemnych liściach drzewa, którego gałęzie splatały się nad ich głowami. Coś wrzasnęło i zasyczało. Chłopak wzdrygnął się, kiedy za nimi rozległ się głuchy odgłos spadającego i uderzającego o ziemię martwego ciała. Odwrócił się i zobaczył zakrwawioną plamę, w której rozpoznał szyderczą postać ghula. - Jak widzisz, ten las nie należy do najbezpieczniejszych. Szczególnie o tej porze roku. - Pięknie! Za nami demony, przed nami ghule! - Nie tylko. Bywają tu też trolle, golemy, wilkołaki, czasami trafi się jakaś strzyga… - To mi wystarczy! - przerwał mu chłopak. - Teraz nie możemy zwolnić, ani się zatrzymać. Jeszcze by tego brakowało, żeby jakieś szyderstwo wzięło nas za śniadanie. Musimy jak najszybciej zejść z pola widzenia Mrocznego Oka. - Czym właściwie jest to Mroczne Oko? - To niematerialny stwór, za pomocą, którego Władcy Mrocznej Pieczęci obserwują to, co dzieje się na ziemi. Demony wcale nie muszą cię szpiegować i szukać, tak naprawdę zawsze jesteś w zasięgu działania ich zła. - Mirr w skupieniu słuchał każdego słowa czarodzieja. - Jeszcze jakaś godzinka jazdy w tym tempie i zawitamy do kolejnej wioski. Nie powinniśmy rzucać się w oczy, ale ostrzegam, to nie jest odpowiednie miejsce dla kogoś, kto nie umie się bronić. Mirr nic z tych słów nie rozumiał. Nie był jeszcze w tych stronach, dlatego jednak podziękował losowi, że dał mu spotkać Raidilla. Lepszy jeden czarodziej przy boku, niż cała gwardia obcych najemników - jak mawiał jego ojciec. Teraz zdawał sobie z tych słów sprawę bardziej niż kiedykolwiek. Czuł się znacznie pewniej. Nie myślał już o tym, co przyjdzie mu ofiarować w zamian za jego usługi.

***

Galopowali już bardzo długo. Mirra ogarnęło straszne zmęczenie. Nie wiedział, czy jeszcze utrzyma się w siodle. Pragnął jedynie ciepłego posiłku i wygodnego łóżka. Jego rozmyślenia nagle przerwał czarodziej. - Przed nami Otharog. Widać już pierwsze domy. - Nareszcie… Wtem Leliel zaczęła się dziko wiercić. Mirr o mało nie spadł z galopującego konia. Dziewczyna nie dawała za wygraną, starała się zawrócić rumaka z drogi. Ten obracał się wkoło i rżał niespokojnie. - Leliel, uspokój się! - krzyczał chłopak, jednak nie otrzymał żadnej odpowiedzi. Dziewczyna miotała się, jakby ogarnął ją szał. Mirr nie mógł jej powstrzymać. Nie chciał zrobić jej krzywdy. Po chwili ze zdziwieniem stwierdził, że się uspokoiła. Zemdlała. - Co się stało? - Cliff też wyczuł to. Wibracje dziwne… W Otharog dzieje się coś. - I ja to czuję… Musiałem użyć zaklęcia. Pośpi parę minut. Nie pobędziemy tu długo, coś jest nie w porządku. Zjemy i ruszamy dalej. Po czym ponownie sprowokowali konie do jazdy. W niedługim czasie znaleźli się we wiosce - Otharog. Dopiero teraz Mirr zrozumiał słowa czarodzieja. Faktycznie, nie było to miejsce przyjemne. W ciemnych zakamarkach ulicy przemykały złowrogie cienie ukryte w czarnych płaszczach. Wokół panowała dziwna ciemność, mimo, że słońce właśnie wzbijało się w górę, a dziwny swąd starości i spalenizny nie dawał nozdrzom spokoju. Mirr miał wrażenie, jakby jakaś para wstrętnych ślepi, należących do bliżej nieokreślonego krwiożerczego stwora, przylgnęła do niego i nie chciała puścić. Jechali teraz powoli, co trochę rozglądając się za w miarę spokojnym miejscem, by móc w nim odpocząć. Wiedzieli dobrze, że nie będą mogli bawić tu zbyt długo. - Spójrzcie, tu możemy się zatrzymać - rzekł Raidill wskazując różdżką na stary budynek, który rzekomo nazywany był karczmą. Zsiedli z koni, przewiązali lejce przez drewniane słupki. Mirr wziął śpiącą jeszcze Leliel na ręce i razem weszli do ciemnego lokalu. Było tu buro, szaro i nieprzyjemnie. Podłoga skrzypiała nieubłaganie, przy stolikach, na których jarzyły się lampy, siedzieli zakapturzeni mężczyźni. Niektórzy popijali piwo, było gwarno od rozmów, śpiewów pijanych gości, a także sprzeczek i kłótni, zapewne o pieniądze wygrane w karty. Mirr poczuł na sobie kilka badawczych, przenikliwych spojrzeń. Podeszli do lady, gdzie stał, opierając się o blat, karczmarz. Stary mężczyzna, o zniszczonej twarzy, dobrze zbudowany, spojrzał na nich oschle. Z przenikliwością gapił się na Cliffa. Nie wszyscy ludzie tolerowali zwierzoludzi. Nie miał lewego oka. Długa blizna wdzierała się do pustego oczodołu i wiła aż do czoła. Raidill oparł jedną rękę o czarną ladę i zagadnął, starając się nie rzucać nikomu w oczy: - Chcielibyśmy zjeść coś przyzwoitego. - Macie pieniądze? - odezwał się ochrypły, ciężki głos. Czarodziej w odpowiedzi potrząsnął grubą sakwą. Szczęk monet wprawił karczmarza w zdecydowanie lepszy nastrój. Niespodziewanie rozpromieniał, wyszedł zza lady i poklepał przyjacielsko Raidilla po ramieniu. - Trzeba było tak od razu! Zapraszam! Mężczyzna, odziany w biały fartuch, wskazał gościom jeden ze stolików, który stał na uboczu i nie cieszył się dużym zainteresowaniem innych gości. Miejsce to było ciemne, odosobnione. Leliel przebudziła się, Mirr postawił ją na ziemi. Zachwiała się lekko, była zziębnięta. - Jeszcze jedno - szepnął czarodziej i zwrócił się do właściciela. - Znalazłoby się jakieś ciepłe ubranie? Dla dziewczyny. Dobrze zapłacę. - I to da się zrobić. Usiedli na spróchniałych krzesłach. W milczeniu wpatrywali się w chropowaty blat stolika. Leliel obojętnie spoglądała na nikły płomyk dopalającej się świeczki. Mirra gnębił jej stan, w jej oczach było mnóstwo wyrzutu. Spostrzegł, że Cliff zawiesił na niej wzrok. W tym momencie mogli rozmawiać, nie używając nawet słów. Wkrótce potem gospodarz wrócił, niosąc na tacy kilka talerzy z chlebem i aromatyczną zupą. Mirr zjadł wszystko z apetytem. Właściciel przyniósł również niezbyt schludnie złożone ubrania w kolorze czerni i szarości. - Mam córkę w jej wieku. Wygrzebała coś z szafy, powinny pasować. Leliel przyjęła odzienie z lekkim uśmiechem. Powoli przeżuwała prawie już czerstwy chleb. - Tam możesz się przebrać. - Gospodarz wskazał jej drzwi za ladą. Dziewczyna wstała natychmiast i znikła w wejściu. - Niepokoi mnie to, co zdarzyło się wtedy na drodze - zagadnął chłopak korzystając z nieobecności Leliel. - Prawdę mówiąc… Chyba chciała nas zawrócić z drogi. Nie wiem, co to mogło oznaczać, ale mieliśmy w końcu za sobą pościg jeźdźców. - Oby to nie było coś gorszego od pościgu jeźdźców… - Niedługo stąd wyjedziemy. W Otharog ma początek pewien mało uczęszczany szlak zwany Cichą Ścieżką. Prowadzi na północny zachód, przez Pasmo Rubieży aż do Tygrysiej Puszczy. Potem udamy się na zachód. - Nigdy jeszcze nie byłem w tamtych stronach. Pasmo Rubieży na północy, Wilcze Góry na zachodzie, a lasy i Morze Wewnętrzne na wschodzie odcinają drogę podróżnym i zniechęcają do dalszego marszu. - Zgadza się, mało, kto udaje się na północ. Dlatego też mało wiadomo o tamtych stronach. - Cliff tam był. - Ty? - zdziwił się Mirr. - Dlaczego nie mówiłeś wcześniej? - Jest za Spadającą Rzeką jezioro duże Nakmid zwane. Jeziora tegoż pośrodku potężna góra stoi, a nad nią latający pałac się unosi. - Latający pałac? - Faktycznie, Cliff mówi prawdę - przytaknął Raidill. - Zamek wznosi się na obłoku, który lewituje nad Górą Nakmid. - Latająca Twierdza miejsce to się zwie. Tam największa magów szkoła znajduje się. Cliff szkołę iluzji ukończył tam. - Nie miałem o tym pojęcia. - Do Latającej Twierdzy dostają się jedynie najlepsi z danych szkół. Zwykli ludzie nie wiedzą o tym miejscu. Będziesz miał okazję je zobaczyć. Będzie po drodze. Wtem z drzwi za ladą wyszła Leliel. Miała na sobie czarne obcisłe spodnie, szarą koszulę o długich rękawach z nielicznymi zdobieniami oraz ciemną pelerynę z kapturem. Strój ten był o wiele cieplejszy, a dziewczyna wyglądała w nim o wiele atrakcyjniej niż w podartych i brudnych łachmanach. Przeszła przez salę i obojętnie spojrzała na towarzyszy, usiadła na krześle obok Mirra. - Najedzmy się dobrze. Kupię od gospodarza trochę prowiantu. - Poczekaj, weź trochę moich pieniędzy. Odkąd cię poznaliśmy, bez przerwy za nas płacisz. - To nic, zachowaj to dla siebie. - Nalegam. Mirr wyjął z kieszeni kilka złotych monet. Nie było to zbyt wiele. Niemal wcisnął je czarodziejowi w dłoń. Ten odszedł, by porozmawiać z mężczyzną w fartuchu. Gdy wrócił z czterema tobołkami pełnymi jedzenia, talerze były już puste. Najedzeni i pełni nowych sił mogli ruszać dalej. Raidill zapłacił gospodarzowi i podziękował za życzliwość. Wtem niewyobrażalny huk wyrwał wszystkich z wesołych rozmów. Po chwili ziemia zadrżała i hałas się powtórzył. Tym razem rozległ się także przenikliwy ryk i wrzask setek ludzi. Raidill zerwał się z miejsca, w biegu chwycił Mirra za ramię i pociągnął za sobą. Za nimi wybiegli Cliff i Leliel. Znaleźli się na ulicy, jeszcze niedawno pełnej dziwnych typów spod ciemnej gwiazdy. Ludzie w wiosce zaczęli przeraźliwie krzyczeć, przeklinać i chaotycznie uciekać. Niedaleko widniał ogromny smok, który zabrał się już za niszczenie pierwszych domów od strony lasu, przez który w nocy przejeżdżali. Chłopak osłupiał i nie śmiał wykrztusić z siebie słowa. Tak wielkiego potwora jeszcze nigdy nie widział. I nic dziwnego, gdyż ten gatunek występował jedynie w podręcznikach szkolnych, a tym bardziej nie w tych stronach. - Asidanther! To niemożliwe absolutnie! - zagrzmiał zwierzolud. - Więc lepiej uwierzcie, bo bynajmniej to nie sen - rzekł czarodziej już całkiem poważnie. - Zastanawia mnie tylko, co ten smok tu robi… - Zastanowisz się później. - To demonów sprawka. Smokiem bojowym asidanther jest. - Wysłali smoka, bo jeden demon przestraszył się czarodzieja? Tchórze! - Trzeba wybierać, albo ucieczka, albo walka. - Moglibyśmy uciec - stwierdził Mirr przypinając miecz. - Ale wtedy smok zniszczy całą wioskę. I to z naszego powodu. - Chyba masz rację. Poza tym odciął nam drogę do Cichej Ścieżki. - Cliff myśli, że Leliel smoka właśnie w lesie wyczuła. Dziewczyna kiwnęła na to głową. - No tak… - Teraz musimy go zabić. - Albo on zabije nas. - Ale optymista z ciebie - oburzył się Mirr kierując kroki w głąb ulicy. Kiedy przecisnęli się przez tłum przerażonych ludzi i wyszli na otwarty teren ich oczom ukazał się ogromny potwór w pełnej krasie. Smok miał czarne cielsko, obłożone szczelnie rogowymi łuskami. Głowa najeżona rogami i kolcami, które, przeźroczyste, przypominały sople lodu, umieszczona była na długiej szyi. Wiła się w rytm głośnych i przeszywających uszy ryków, na które trzeba było je zatykać. Błoniaste skrzydła, przymocowane do umięśnionych ramion, zakończonych łapami o czterech palcach, trzepotały, od czasu do czasu tworząc silne podmuchy wiatru. Asidanther miał poza tym okrągły brzuch i grzbiet porośnięty czerwonym futrem, które obrastało także długi ogon. Mirr jeszcze nigdy nie miał okazji zmierzyć się z tak olbrzymią bestią. Widok ten był przerażający, ale zarazem niezwykły. Dreszcz go przeszywał, gdy patrzył na pysk smoka, z którego wystawało kilka olbrzymich, zakrzywionych kłów. Ostre jak żyletki zębiska pobłyskiwały na widok kolejnych ofiar. Żółte, okrągłe oczy, przedzielone wąską źrenicą napawały strachem. Strachem, jakiego nie wywołuje nawet spojrzenie natarczywego, okropnego ghula, czy głodnego trolla. W stworzeniu tym było coś dziwnego, co napawało Mirra niepokojem i lękiem. Mirr szybko otrząsnął się i odpędził od pesymistycznych myśli. Teraz egzystencja tego miejsca zależała od niego. Szybko wziął się w garść, nieco drżącym ruchem chwycił na rękojeść Igglesiola. Klinga zatrzeszczała znajomo i to dodało wojownikowi odwagi. Tym razem zdecydowanie wysunął miecz z pochwy. Obrócił go parę razy w dłoniach, na co Raidill zareagował niemałym zdziwieniem. Ogromna, połyskująca klinga świsnęła radośnie na wietrze, które rozdarł kolejny ryk smoka. Znajdował się od niego w niezbyt dużej odległości, a był tak ogromny, iż wątpił, że jego zwykła siła mięśni wystarczy. Postanowił, więc dopomóc sobie magią, mając jednocześnie nadzieję, że zgromadzona w jego ciele energia pozwoli mu na używanie dość silnych zaklęć. Wymamrotał coś pod nosem, po czym oderwał się od ziemi, wzniecając na drodze nieduże tumany kurzu. Był już całkowicie gotowy. Ostatni wieśniacy mijali go w popłochu. Odwrócił jeszcze głowę i zwrócił się do Raidilla: - Osłaniajcie mnie. - Znam dobre zaklęcia, nie martw się. Razem powinno się udać. - Zapamiętam to sobie - Mirr starał się uśmiechnąć, ale dziwne myśli nie pozwalały mu na to. - Cliff też pomoże. Mirr jest Cliffa przyjacielem wszakże. Jedynie Leliel była smutna. Jak zwykle nie mogła nic powiedzieć, pocieszyć, zapewnić, że towarzysze mogą na nią liczyć. Nie chciała być dłużej piątym kołem u wozu. Dziewczyna oderwała wzrok od szalejącego asidanthera i z troską spojrzała na Mirra. W jej oczach krył się smutek, jakby nie mogła sobie wybaczyć, że nie zdołała zawrócić ich z drogi. Mirr nie odpowiedział na to spojrzenie, z szybkością błyskawicy wzbił się w górę, ku rozwartej paszczy smoka. Jeszcze nigdy nie czuł się tak niepewnie. Nie wiedział, dlaczego. Przecież zabił już wiele smoków… A może po prostu żaden poprzedni nie był tak olbrzymi i potężny jak ten. Nigdy do tej pory aż tak nie bał się walki z potworem. Zdążył się już do tego przyzwyczaić, jako że w ten sposób zarabiał na życie. A może za bardzo się tym przejmował? Przecież równie dobrze mógł dać nogę i zostawić to wszystko. Mimo tego, widok asidanthera był tak dziwny i nierealny, rozmazany, że napawał przeszywającym lękiem. Demonia aura… Wypełniająca powietrze dookoła. Demonia, brudna, spaczona aura… Vhaterei - ten, który zabija smoki. To właśnie oznaczało jego nazwisko i był z tego dumny. Nie miał zamiaru przegrać tego starcia. Jak przed każdą walką poczuł silną moc adrenaliny, która momentalnie zapłonęła w jego żyłach. Przyspieszył, obrócił Igglesiola, który niepewnie czekał na zadanie śmiertelnego ciosu. Spojrzał na zakrzywione zębiska potwora, które mogły już wkrótce stać się jego przepustką do drugiego świata. Wiedział o tym doskonale, jak zawsze, gdy widział te wszystkie inne rozwarte na niego paszcze najeżone zębiskami. Na jego wargach pojawił się szyderczy uśmiech. Wrzasnął i z mieczem uniesionym nad głową rzucił się z impetem prosto na ciężki od rogów łeb asidanthera. - Zabiję cię!

***

Smok przeraźliwie zaryczał, chcąc już w połowie drogi zadać wojownikowi ból. Mimo, że jego uszy przeszywał wściekły dźwięk, nie mógł ich nawet dotknąć, mając ręce obciążone ciężkim Igglesiolem. Z każdą sekundą zbliżał się do rogatego łba, z każdą chwilą nienawidząc go jeszcze bardziej. Z tym gniewem łatwiej przyjdzie mu poćwiartowanie krwiożerczego potwora. Asidanther widząc potężną klingę miecza, która chwytając promienie wschodzącego słońca, odbijała je trafiając prosto w oczy, załomotał wielkimi skrzydłami. Ich rozpiętość była niewiarygodna, mierzyły ponad dwie długości samego smoka. Czarne były jak smoła, każdy ruch wprawiał powietrze w szał. Ogromny podmuch wiatru nie zniechęcił jednak Mirra, który nadal szarżował wściekle na bestię. Słońce, pod postacią krwistej kuli wzeszło nad horyzont, tworząc wokół siebie czerwono - pomarańczową, kłębiastą pierzynę. Czarne łuski asidanthera i ciało wojownika pokryły czerwone znamiona słonecznego światła. W oddali, przez walające się po uliczkach gruzy, przedzierali się Raidill, Leliel oraz Cliff. Dziewczyna, zamiast patrzeć pod nogi, wciąż szła ze wzrokiem utkwionym w lecącego jeszcze chłopca. Kiedy oślepił ją blask ze wschodu, przysłoniła oczy dłonią i zwróciła uwagę na oblane czerwienią, poranne niebo. - Słońce wschodzi we krwi… Zła wróżba… Chodźmy, musimy podejść bliżej - rzekł z zadumą czarodziej. Leliel przełknęła coś, jakby tkwiło jej w gardle i niemrawo odwróciła od smoka głowę. Ruszyli dalej, odpychając na boki coraz większe głazy.

***

Rozpoczęło się głuche odliczanie. Myśli plątały się wraz z narastającym lękiem, który protestował na opuszczenie umysłu młodego wojownika. Ale w tej chwili nawet nie zdołał o tym myśleć, skupił się tylko i wyłącznie na zadaniu celnego i potężnego ciosu. Mierzył prosto w głowę. Nozdrza, zwężone oczy - konkretne miejsce było mu obojętne. Byleby odwrócić baczną uwagę smoka i zatopić Igglesiola w jego sercu. Był już tuż, tuż. Jeszcze parę sekund… Kilka ostatnich chwil… Trzy sekundy… Dwie… Wojownik wrzasnął, napiął, jak dotąd niezbyt okazałe mięśnie, wykrzywił ciało do tyłu i potężnie zamachnął mieczem… Jedna… - Teraz! - zawył tak głośno, że głos rozległ się po uliczkach opustoszałego miasteczka. Zero… Cyfra przemknęła Mirrowi przez pustkę umysłu. W powietrzu rozległ się świst, a klinga miecza zalśniła odbitymi promieniami wschodzącego właśnie słońca. Odgłos głuchego rozcięcia i okraszającej skórę krwi. Łuski, pomiędzy dwoma szerokimi nozdrzami, pękły, odsłaniając czerwoną ranę. Igglesiol wbił się w cielsko niczym w masło, bardzo głęboko, z niezwykłą łatwością. Przez chwilę zarówno wojownik, jak i liczni obserwatorzy walki czekali w napięciu na dalszy przebieg wydarzeń. Ludzie ukryci w lesie zaciskali ze zgrozą pięści i zęby. Mirr z przerażeniem stwierdził, że jego serce przestało bić, coś zatrzymało jego nieregularną pracę. Nie znał jeszcze tego uczucia, a to napełniało go przerażeniem, nie wiedział, co za chwilę się stanie. Nie…!, myślał odruchowo, ale niestety, czuł, że nie uda mu się tego zatrzymać. Na widok smug krwi, które pasami oblały jego ubranie, przestał być sobą, zawył, gdy poczuł piekący ból w okolicach kłów. Nie wiedział do końca, jakie mogą być skutki tego dziwnego odkrycia. Zadarł do tyłu głowę, w której kotłowało się i coś szalenie pulsowało. Zamknął oczy, kiedy zobaczył przed sobą rozmyty obraz - objaw zwężania źrenic i czerwienienia tęczówek. Coś doprowadzało jego umysł i ciało do szału. Dopiero teraz smok zdołał wydać z siebie zduszony wcześniej ryk, który zlał się w jedno wraz z wrzaskiem chłopaka. Żółte ślepia wywracały się i wirowały z szaleńczą prędkością. Czarne źrenice w postaci pionowych kreseczek teraz stały się małymi kropkami. Rana na pysku usilnie krwawiła nie chcąc zatrzymać czerwonych strug. Mirr z trudnością wyrwał miecz z bordowej posoki. Ostatkiem sił i woli odbił się stopą od czarnego łba. Poczuł za sobą duszny, gorący oddech, kątem oka dostrzegł rozmyte kontury błyszczących, olbrzymich kłów, które także naznaczyła krew. Wyczuwał, że za chwilę kontrolę nad jego ciałem przejmie coś obcego, co upominało się o oswobodzenie, bezwładnie rzucił się, więc ku ziemi. Z olbrzymiej wysokości spadał z rozpostartymi ramionami, starając się utrzymać Igglesiola z zaciśniętej pięści. Ryk smoka umęczył jego uszy i słuch, który o mało nie został upośledzony. Zamknął oczy i mimowolnie poddał się przeraźliwej sile, drzemiącej głęboko w jego sercu. Czuł tylko powiew dzikiego powietrza, napierającego od dołu na kręgosłup.

***

- Co, do diabła!? - wrzasnął z przerażeniem czarodziej, obserwując całe zdarzenie. Miotał się na boki, szedł, chcąc obejść smoka i nie zostać przez niego zauważonym. Leliel bezradnie stała w miejscu i z zapłakaną twarzą śledziła tor lotu bezwładnego ciała. - Chyba o czymś zapomniałem…! Mam straszne przeczucie… Że o czymś mu nie powiedziałem… Dziewczyna zlękła się jeszcze bardziej na te słowa i z zamyśleniem spojrzała na czarodzieja. Chciała, by jak najszybciej przypomniał sobie o tej „bardzo ważnej sprawie”. Odwróciła wzrok ponownie, mając nadzieję, że Mirr za chwilę poderwie się do lotu. Było jednak inaczej. Wojownik spadał z impetem w dół, był już bardzo blisko ziemi, a za nim miotał się wściekły smok, trzymając umięśnione łapy na krwawiącej i bolesnej ranie. Z przerażeniem stwierdziła, że chłopak spadnie, zginie roztrzaskując się o ziemię. Nie zostanie po nim nic, oprócz czerwonej plamy. - Teraz, Cliff! Mały mag, wykorzystując nieuwagę smoka wskoczył kilkoma susami na zdruzgotany dach jednego z niedużych domków. Uniósł berło nad głowę. Zaklęcie, którego chciał użyć jest za słabe, jak na tak dużego przeciwnika, ale magiczny artefakt zwiększy moc czaru i przeniesie go w odpowiednie miejsce. - Divarlo! - Jednocześnie, Cliff uniósł otwartą dłoń, wewnętrzną stroną ku górze. Ziemia pod jedną z łap szamoczącego się potwora zaiskrzyła fioletową poświatą. Miejsce to naznaczył pentagram wpisany w okrąg, a chwilę później grunt znajdujący się w obrębie wyznaczonego koła eksplodował z niewiarygodnym hukiem. Podłoże wystrzelone zostało na wszystkie strony, choć odłamy nie uszkodziły łusek potwora. Zachwiał się niebezpiecznie, aż w końcu przewrócił do tyłu, niszcząc i miażdżąc wszystko dookoła. Nieruchome ciało smoka spowiły tumany kurzu.

***

- Gdzie jestem…? Mirra ogarniała kompletna pustka. Stał na czarnej, szklistej powierzchni, jednak nie dostrzegł w niej swego odbicia, a jedynie pusty cień, kontury, które wydawały mu się nie mieć żadnych uczuć. Zmrużył lekko oczy i dotknął z zaciekawieniem dziąseł. Nie bolały, niczego nie poczuł. Rozejrzał się spokojnie, nie bardzo zdając sobie sprawę z własnego położenia. Obrócił w lewo, w prawo, ale jego wzrok objął jedynie czarną nicość. - A więc jednak jesteś… - rozległ się echem cichy, stonowany, męski głos. Mirra przeszył dreszcz, z niepokojem zaczął się wiercić na wszystkie strony, chcąc zlokalizować źródło tajemniczego głosu. - Ech… Widzę, że tym razem wkurzyłeś się na tyle, by się tu dostać… - parsknął z nutą pogardy. - A… Gdzie… Jestem…? Nieznajomy roześmiał się. - Jesteśmy w jedynym miejscu, gdzie możemy się spotkać. - Jesteśmy…? A… K… Kim ty… Jesteś…? - Hm, dobre pytanie… Ale wkrótce poznasz odpowiedź. Chłopak poczuł jak traci nagle grunt pod stopami. Spojrzał w dół i zobaczył czarną ziemię. Znajdował się na bardzo dużej wysokości, wisiał w powietrzu, a jego ciało zdawało się być przeźroczyste. Kolejne głuche pytanie rozległo się w jego głowie, Czy ja umarłem…?. Nagle spostrzegł dziki zamęt, ogniki i usłyszał zimne wrzaski dochodzące z dołu. Trwała tam walka. Masa czarnych upiorów o smolistych skrzydłach przedzierała się przez malutką wioskę. Wrzały pochodnie, później także i słomiane dachy chat. Wybuchł pożar, potwory nie oszczędzały nikogo. Ludzie krzyczeli i uciekali, ale na próżno. Mirr wzdrygnął się, przez jego umysł, niczym błyskawica, przemknęło coś znajomego. To przecież jego rodzinna wioska. Jak to możliwe? Czyżby cofnął się w czasie? Nagle spostrzegł malutkiego, dziesięcioletniego chłopca, siejącego niemały zamęt wśród hordy upiorów. Miał krótkie brązowe włosy, był jakiś znajomy. Najbardziej jednak zdziwiło go to, że tak małe dziecko wymachiwało olbrzymim mieczem, większym od niego aż cztery razy. Chłopczyk płakał i wrzeszczał, był wściekły. - Igglesiol…? Przecież… To… Ja! - Oczywiście, że ty, a kogo się spodziewałeś? Mirr obrócił się energicznie w stronę, z którego dochodził go dziwny głos. Z jego prawej strony wisiał w powietrzu młody chłopak. Nie był starszy od niego, ale posturę miał nieco bardziej okazalszą. Był przystojny, miał włosy brązowe, krótkie i rozwichrzone, ale pasma grzywki sięgały mu do ramion. Zasłaniały one twarz, sprawiał wrażenie zamyślonego. Ręce trzymał w jednej z wielu kieszeni obszernych spodni. Przez czarną, luźną koszulkę bez rękawów przewijały się skórzane paski, na ramionach widniały bransolety z licznymi, srebrnymi kolcami. Mirr nagle oburzył się. - Dlaczego pokazujesz mi te przeklęte demony?! Nieznajomy chłopak odwrócił do niego głowę. Pasma grzywki zaczesał palcami do tyłu. Mirr zobaczył jego twarz, przepełnioną szaleństwem i tajemniczą wrogością. Oczy miał czerwone, a źrenice, wąskie, były praktycznie niewidoczne. Z pogardliwego uśmieszku dało się wychwycić dwa długie, ostre kły. - Demony najniższej klasy… To nic w porównaniu z mocą demona iście czystej krwi… Mirr nie wiedział, co o tym wszystkim sądzić. Spojrzał jeszcze na małego chłopca, walczącego z upiorami. Chaos, jaki panował tam, na dole, był nie do opisania. Jednak wojownik nie musiał zbyt długo oglądać tego nieszczęsnego widoku. Szybko znalazł się z powrotem w tajemniczej pustce, poczuł pod stopami zimną powierzchnię, a ciało nabrało koloru. Tuż nad nim wisiał w powietrzu tajemniczy młodzieniec. Lewitował, zakładając nogę na nogę, jakby siedział na niewidzialnym krześle. Ręce skrzyżował na piersi. Uśmiechał się nadal, miał zamknięte oczy. Wreszcie Mirr zdobył się na odwagę. Zdenerwował się zaistniałą sytuacją, chcąc jak najszybciej wrócić do normalnego świata. - Czego ode mnie chcesz? - warknął. Chłopak otworzył jedno oko i zniżył lot. Uśmiech nie znikał z jego twarzy. - Chcę tylko grzecznie cię poprosić o pożyczenie ciała. - Chyba żartujesz! - oburzył się. - To ciało jest tylko i wyłącznie moim ciałem! - Nie był bym tego taki pewien… - Młodzieniec otworzył drugie oko i znacząco spojrzał na Mirra. - Jesteśmy jednością, dwoma umysłami zamkniętymi w jednym więzieniu. Mam prawo go używać tak samo jak ty. - Jesteś szurnięty… O, co ci właściwie chodzi? - Jestem twoją drugą połową, Mirr. Jestem dzieckiem, które nigdy się nie narodziło. - Co takiego…? - Widzę, że niczego nie pamiętasz… Ale nie szkodzi, opowiem ci, gdy wrócę. - Jak to? Chwileczkę, gdzie ja w ogóle jestem? Chcesz mnie tu zostawić? - Spokojnie, masz za mało energii, by dokończyć walkę. Jeśli nie przejmę twego ciała, za chwilę roztrzaska się o ziemię i zginiemy obydwaj… Poczekaj tu grzecznie. - Ale… Jak ci na imię…!? - krzyknął za szybującym ku górze chłopakiem. - Zephir… - padła cicha odpowiedź, która rozległa się głuchym echem za znikającym z oczu wojownikiem. - Zephir… - Mirr powtórzył i zmarszczył brwi. - To brzmi jak zimny lód i mroźny wiatr wiejący z północy… Potem poczuł tylko dziwne szarpnięcia w całym ciele, które było dowodem na to, że coś przejmuje kontrolę nad jego ciałem, a raczej pustą powłoką, którą przed chwilą opuścił. Tym, czym był teraz, to sama dusza - bez życia.

***

Leliel otworzyła szeroko oczy ze zdumienia, kiedy ciało Mirra nagle drgnęło. Tym bardziej, że chłopak zupełnie się zmienił. Jego sylwetka, ubiór i fryzura były całkiem inne. Widziała to dobrze, mimo odległości, która ich dzieliła. Jedynie znajomy Igglesiol z łatwością poruszał się w jego dłoni. - Aura Mirra uległa zmianie - zasępił się Raidill. - Leliel, idź po konie. Wypróbuję pewną sztuczkę. Cliff, przytrzymaj go jeszcze trochę. Smok drgnął, syknął ze złością. Podciągnął się z ziemi. Cliff po raz kolejny użył czaru Divarlo, ale tym razem potwór stał pewnie na nogach.

***

Zephir wreszcie zyskał ciało, nad którym jeszcze nigdy nie udało się zapanować. Czekał na to długie osiemnaście lat. Poczuł się wspaniale i lekko. Poruszył palcami u ręki, odwrócił głowę, stwierdzając, że niewiele brakowało mu do śmierci. Uśmiechnął się w duchu, po czym wygiął niczym zwinny kot. Wykonał salto i wytworzył pod stopami masę powietrza, która pozwoliła mu na miękkie i bezpieczne lądowanie. Gdy odbił się od ziemi usłyszał potężny ryk smoka. Obrócił Igglesiola w dłoni, do tej chwili zastanawiał się jak to jest, trzymać go własną ręką. Jednakże był przyzwyczajony do jego rozmiaru i wagi. Poszybował w stronę zakrwawionego łba. Smok miotał się na boki, machał łapami i trzepotał skrzydłami. Wydobywał z siebie ogromne pokłady ryków, miażdżył wszystko, co znalazło się pod jego tylnimi kończynami, pomagając sobie w dodatku ogromnym ogonem. Zephir zgrabnie ominął szarżujące na niego szpony i przyspieszył, chcąc jak najszybciej zadać nowy cios. Asidanther nie mógł powstrzymać przeciwnika, który znalazł się po chwili przed jego głową. Znajdował się trzy metry od rogatego łba. Smok zastygł w miejscu, ze wzrokiem utkwionym w chłopaka. Czekał na kolejny ruch. Zephir nie ruszał się przez jakiś czas, po czym wybuchł głośnym, ironicznym śmiechem. Dwa kły błysły w blasku wczesnego słońca. Wojownik dotknął dłonią czerwonej od krwi klingi miecza, mruknął coś niezrozumiale pod nosem i z rozmachem zadał poziomy cios prosto w oczy. Igglesiol nawet nie dotknął czarnych łusek, wypuścił jedynie ogniste pasmo energii, które, równie ostre, rozcięło twardą skórę asidanthera. Smok zagrzmiał jeszcze potężniej, a fala ostrego dźwięku przeszła przez Zephira. Ten nawet nie drgnął, jedynie brązowe, aksamitne włosy zatrzepotały na powstałym podmuchu wiatru. Potwór zacisnął czerwone od krwi powieki, długa, pozioma szrama upośledziła jego wzrok. Zephir patrzył na niego niewzruszenie, zastanawiając się, czy dalej zadawać mu ból, czy też od razu uśmiercić. Uniósł Igglesiola, chcąc zadać kolejny cios, tym razem pionowy. Smok miotał się przed nim, nie mogąc odzyskać wzroku. Sam zamknął oczy, chcąc jak najlepiej skumulować energię i wysłać ją do klingi. Potwór jednak nie chciał dać za wygraną. Ryknął potężnie i na oślep grzmotnął w wojownika pazurzastą łapą. Zephir bezwładnie runął w dół, niczym pocisk wystrzelony z procy. W porę się zrehabilitował, jednakże nie zdążył do końca wyhamować i zderzył się z gruzami, pozostałymi po jakiejś starej szopie. Raidill niemal natychmiast zjawił się przy nim. Demon z wściekłości zacisnął zęby i tarł obolałą głowę. Czarodziej spostrzegł zmianę, jakiej poddało się ciało Mirra. Lazur w oczach przemienił się w krwistą czerwień, a dwa demonie kły pobłyskiwały i obnażały się ze zgrozą. Gdyby nie te szczegóły, nikt by się nie poznał. - Kim jesteś? - spytał czarodziej z niezwykłym anielskim spokojem. - Zephir, do cholery… Zephir. - Gdzie jest Mirr? - Czeka grzecznie na swoją kolej. Zephir wstał i niemal natychmiast wzbił się w powietrze. Smok był jeszcze groźniejszy, niż przed paroma minutami. Zupełnie na oślep miotał łapami i ogonem. Skrzydła furkotały wściekle. Demon z trudem omijał ciosy. Szybko znalazł się jednak tam, gdzie był poprzednio. Z frustracją zmierzył łeb asidanthera, który ucichł niespodziewanie i przestał atakować. Zephira zadziwił ten spokój. Korzystając z tego, odwrócił się, by ocenić szkody, jakie wyrządził. Zobaczył Raidilla, Cliffa, gotowego rzucić następne zaklęcie, a w oddali Leliel, prowadzącą dwa konie. - Uważaj! - usłyszał nagle grzmiący głos czarodzieja. Uświadomiło go to o popełnieniu poważnego błędu. Nie zdążył już nic powiedzieć, gdyż potężny ból przeszył jego prawe ramię. Przeszył w dosłownym tego słowa znaczeniu. Odwrócił niemrawo głowę, nie bardzo panując nad własnymi ruchami. Smok rzucał łbem na boki, ciągnąc bezwładne ciało Zephira za sobą i zadając mu pokłady nowego bólu. Chłopak spostrzegł czerwony od krwi, połyskujący kieł wyrastający z jego ramienia. Wrzasnął i zacisnął powieki. Przechylił się lekko, choć z trudem, złapał lewą ręką za kieł u zaślinionego dziąsła. Szarpnął, poczuł kolejny przeszywający ból, oddech smoka był ciężki i gorący. Ciało posłusznie osunęło się do przodu, a kieł opuścił umęczone ramię. Krew spłynęła po całej ręce, a kiedy strugi dotarły do czubków palców, poczęły spadać w dół w postaci kropelek i cienkich strużek. Zephira opuściły wszystkie siły, bezwładnie puścił się zęba i zaczął spadać ku ziemi. Smok, wchłaniając nozdrzami zapach obcej krwi, poczuł satysfakcję, zaryczał wściekle. Czarodziej w porę się opamiętał i szybko znalazł u podnóża cielska asidanthera. Zza szarego płaszcza wyciągnął szybkim ruchem swą laskę z czerwonym rubinem. Różdżka rozbłysła, jakby cieszyła się z ujrzenia światła dziennego i odbicia jego promieni w drogocennym, ale jednocześnie magicznym klejnocie. Zamknął oczy i uniósł różdżkę nad głowę. Skumulował energię w magicznym kamieniu, tkwiącym na jej czubku, a kiedy stwierdził, że jest jej wystarczająco dużo, wykrzyknął zaklęcie: - Wiatr Lewitacji! Z kamienia wychynęła biała smuga, która otoczyła ciało spadającego wojownika i spowolniła jego prędkość. Magiczne, małe tornado opuszczało się powoli w dół. Wkrótce potem zaczerwieniło się od krwi tryskającej z ramienia Zephira. - Teraz kolej na ciebie - powiedział z satysfakcją w oku i głośno zagwizdał. - Liatris! Dźwięk rozległ się echem po okolicy. Odpowiedzią było znajome rżenie konia. Nieopodal z gruzów wybił się w powietrze rumak Raidilla. Leliel puściła lejce. Jego czarna, smolista sierść kontrastowała ze śnieżnobiałymi, majestatycznymi, olbrzymimi skrzydłami. Na twarzy dziewczyny pojawiła się nuta zachwytu i podziwu. Pegaz znalazł się przed swym panem, złożył skrzydła, które nawet w tej postaci wydawały się ogromne. - Czarodzieje bynajmniej nie jeżdżą na zwykłych koniach - Raidill uśmiechnął się - Cliff, zabierz Leliel i jedźcie do lasu na wschód. Znajdziecie tam zarośnięty trakt. To Cicha Ścieżka. Cliff kiwnął jedynie głową, zeskoczył z gruzów i podreptał za dziewczyną. Wsiedli na rumaka kasztanowej maści i puścili się pędem, okrążając smoka. Czarodziej natomiast szybko znalazł się na grzbiecie pegaza, wkrótce nakazał stworzeniu wzbić się w powietrze. Liatris zamachał białymi skrzydłami, wzniecając tumany kurzu i gubiąc śniegowe piórka. Koń odbił się od podłoża i ruszył ku magicznemu tornadu. Kiedy znalazł się tuż pod nim Raidill zdjął zaklęcie, a ciało wojownika bezwładnie poczęło spadać. Czarodziej złapał je i przewiesił przez grzbiet pegaza. Odlecieli dalej, a gdy ryczący asidanther znalazł się od nich w bezpiecznej odległości, staruszek zaczął rzucać kolejne zaklęcie, tym razem wiedząc, gdzie dokładnie trafić. Serce - było najwrażliwszym punktem u smoków, dlatego łuski na ich piersi były nadzwyczaj twarde i grube. Jeśli bestia była ślepa, w dodatku dziko się miotała, to z pewnością nie zauważy i nie odbije ciosu. Wzniósł ręce ku niebu, mamrocząc zaklęcie: - Are Meras De Liade Eroz, Vadia Remu, Remu Urke…! Remu Volt! Raidill wyciągnął wyprostowane lewe ramię przed siebie, drugą ręką złapał błyskawicę, która wydarła się z nieba lecąc ku ziemi. Usadowił ją pomiędzy kciukiem a palcem wskazującym traktując je jak łuk. Napiął niewidzialną cięciwę, zmrużył jedno oko i wycelował w pierś smoka. Puścił, a błyskawica ze świstem poszybowała ku bestii. Trafiła idealnie, w samo serce, napotykając z początku lekki opór twardej skóry. Smok zawył, całe jego cielsko przeszyły drgawki. Energia elektryczna poraziła jego wnętrzności. Serce przestało bić, dodatkowo wypuszczając strugi krwi. Asidanther zwalił się głucho na ziemię, nadal rycząc i wijąc długą szyję. W tym czasie czarodziej zdążył ponaglić pegaza, który wzbił się jeszcze wyżej w górę i znalazł daleko od potwora. Kiedy szybowali już nad lasem, po drugiej stronie miasteczka, Raidill nie usłyszał ryku smoka, na co zareagował lekkim uśmiechem. Czarodziej wreszcie zwrócił uwagę na nieprzytomnego chłopaka. Widząc silnie krwawiącą ranę i sączącą się z niej ciemno-bordowy jad, nakazał Liatrisowi wylądować na małej polanie. Asidanther był bowiem smokiem jadowitym i to właśnie o tym zapomniał czarodziej. Zapomniał uprzedzić o tym Mirra. Kiedy znaleźli się na ziemi, Raidill zsadził wojownika z konia i oparł o drzewo. Pegaz schował białe skrzydła, a w oddali pojawił się rumak, na którym jechali Cliff i Leliel. Czarodziej dokładnie przyjrzał się chłopcu. - To demon, do cholery - westchnął, stwierdzając, że dziś nic już go nie zdziwi. Raidill zmarszczył brwi i podrapał się po głowie. Uniósł powiekę chłopca, zobaczył krwistoczerwone oko z wąską, pionową źrenicą. Z warg wystawał jeden z ostrych kłów. - Jak to możliwe, by demon w jednej chwili zastąpił człowieka? Po chwili jednak otrząsnął się i stwierdził, że nic nie wskóra, jeśli najpierw chłopaka nie uratuje. Zajął się opatrywaniem rany, a zabliźnianie i usuwanie jadu trwało bardzo długo.

***

Mirr wreszcie poczuł jak jego rzekome ciało staje się bezwładne. Rozejrzał się wokoło, chcąc znaleźć wyjście z tajemniczego i nieznanego miejsca. - Już jestem… - odezwał się głos Zephira. Wkrótce potem pojawił się w górze, w tej samej pozycji, co poprzednio. - Naprawdę, świetna robota… - żachnął się Mirr. - Bolało? - spytał ze spokojem, dotykając własnego ramienia, które jeszcze lekko krwawiło. Górna część ubrania zarówno Mirra jak i Zephira była w całości oblana czerwoną posoką. - Jak cholera! Mogłem się tego spodziewać… Jak mogłem ci na to pozwolić…? - Nie miałeś przecież wyboru. A i nie wytrzymałbyś tyle, co ja… Mirr naburmuszył się, jego twarz naznaczał grymas wściekłości. - Mogę już wrócić? - Oczywiście, to zależy tylko od ciebie. - Nie zgrywaj cwaniaka. Wiem, kim jesteś i wiem, że potrafisz więcej ode mnie. - Czyżby… - Jesteś demonem - syknął. - Tylko nie rozumiem, co robisz w mojej podświadomości... - Och, dowiesz się w swoim czasie Mirrusiu. Nie martw się, z pewnością nic cię nie ominie - zachichotał. Mirr niemal ugotował się ze złości. - Odpowiedz - cedził przez zęby - na moje pytanie! - No i po co tyle nerwów? - parsknął. - Jestem wynikiem potężnej klątwy, Mirrusiu, a dziś przyszedłem upomnieć się o swoje. - Tu nic nie jest twoje. - Wręcz przeciwnie. Zawsze byłem obok ciebie. Gdy twoje serce wypełniał gniew, granica między nami stawała się coraz cieńsza. Chociaż muszę przyznać, że jeszcze nigdy nie udało mi się nad tobą zapanować… Aż do dzisiaj. Mirr drgnął. - Wszystko przez twoich nierozważnych rodziców. Nie wiem, co takiego udało im się zmajstrować, ale Piekło pałało do nich olbrzymią nienawiścią… A tu proszę, Władcy Otchłani udało się zemścić, dokonał rzeczy niemożliwej. W jednym ciele narodził się człowiek i demon. I to ja mam cię zniszczyć. Masz zapłacić za wszystkie błędy, nieważne, czy należały do ciebie, czy do twoich bliskich. Twarz Mirra ściągnęła się, od długiego czasu podejrzewał, że coś jest nie tak, ale żeby do tego stopnia? Cóż za ohydztwo, być nosicielem takiego pasożyta! - A teraz uważaj. Twój ojciec wezwał doskonałego maga, który połowiczo przerwał działanie klątwy. Zanim dopuściłeś mnie do głosu minęło osiemnaście lat. No cóż, trochę to trwało, ale czarodziej był tak potężny, że nawet twoja zła natura, czyli ja, złagodniała. Piekło nie mogło tego przewidzieć… Demon podrapał się po głowie, twarz jego przypominała grymas dziecka. Mirr poczuł, że się gubi. - No, więc…? Zabijesz mnie od razu, czy pomęczysz jeszcze trochę? - rzekł z ironią. - Doszedłem do pewnych wniosków… Obydwaj zasługujemy na oddzielne ciała. Obecna sytuacja i wszystkie inne poza tym jednym rozwiązaniem, nie jest mi na rękę. Chłopak nie mógł uwierzyć w to, co słyszy. Ten demon oszalał, albo to, co opowiada jest kompletną bzdurą, albo faktycznie tak myśli. Nie sądziłem, że to tak nieprzewidywalne istoty… - Skąd mam mieć pewność, że nie masz złych zamiarów? Zephir zmierzył go wzrokiem. Czerwone oczy spotkały się z głębokim lazurem. - Nie masz żadnej pewności - szepnął. Zniżył lot i przysunął do niego głowę, tak, że niemal dotykali się nosami. - Ale ja proponuję ci układ. Gdybym chciał, już dawno pokiereszowałbym twoje mizerne ciałko, a sam cieszyłbym się wolnością na zewnątrz. Zamiast tego daję ci czas. Czas potrzebny na to, byś znalazł jakiś sposób, by nas rozdzielić. Po czym z powrotem podleciał nieznacznie w górę. - A teraz możesz odejść. Mirr poczuł mrowienie w całym ciele, a potem zauważył, jak powoli się rozpada i zanika. Zobaczył ciemność i uczuł ból zabliźniającej się rany.

***

- Skończyłem! - rzekł triumfalnie Raidill podciągając się z ziemi. Czarodziej odszedł, by zająć się końmi. Zmęczony biegiem brązowy koń z radością przyjął z jego rąk marchewkę ukrytą w skórzanej torbie pod tuniką. Leliel tkwiła w tym samym miejscu. Zastanawiała się nad czymś i wpatrywała w pustkę. Cliff klęczał nad ciałem przyjaciela. Z torby wyjął skórzany bukłak pełen wody i przytknął go do wyschniętych warg Mirra. Zimne orzeźwiające kropelki zrosiły mu twarz. Odzyskał przytomność, podciągnął się, zakasłał. Przyjął bukłak od maga i zaczerpnął duży łyk. Jego oczy przybrały właściwy kolor, - Dziękuję - rzekł ochryple. - Będzie bolało jeszcze przez parę godzin - powiedział bezceremonialnie czarodziej. - Miałeś bardzo dużo szczęścia. Gdyby nie ten demon leżałbyś martwy. - Na Światłość, niech będzie przeklęty on i całe Piekło! - wrzasnął, a w jego ciele zaiskrzył się płomyk bólu. - Spokojnie, oszczędzaj siły. - Będzie mnie tu szantażować, demoni pomiot! - Nie denerwuj się tak. Opowiedz, co się stało. Mirr z trudem opanował wściekłość. Usiadł z powrotem i opowiedział towarzyszom, co spotkało go podczas walki ze smokiem. - To naprawdę poważna klątwa - rzekł wreszcie Raidill posępnym tonem. - I radzę ci go słuchać, bo inaczej zabije nie tylko ciebie, ale ucierpimy i my wszyscy.

***

Po korytarzach rozlewała się ciemność. Malutkie ogniki zawieszone na idealnie gładkich ścianach nie dawały zbyt dużo światła. Wokół trwała głucha cisza. Tak głucha, że aż szumiało od niej w uszach. Dudniło w głowie. Nagle rozległy się stonowane i równomierne odgłosy kroków. Ktoś nadchodził. Chłopiec. Nie posiadał on ciała, jego sylwetka była mglistym obrazem, duchem. Mrocznym korytarzem dotarł pod ogromne, dwupłytowe, mocarne drzwi. Same rozwarły się przed nim, lekko skrzypiąc. Z pomieszczenia wychynęło duszne, ciężkie powietrze. Sala była ogromna, nieznacznie oświetlona jarzącymi się czerwono kulami. W górze dało się wychwycić rozmyte zarysy półokrągłego sklepienia. Wisząca w powietrzu ścieżka, wykonana z marmurowych, idealnie dopasowanych do siebie, płyt prowadziła od drzwi do niskich schodów. Na ich szczycie znajdował się potężny, ognisty baldachim. Przybysz poczynił krok naprzód. Po obu stronach chodnika tańczyły języki ognia. Smagały powietrze niczym baty. Chłopak doszedł do czarnych schodków, nie ośmielił się wejść po nich na górę. Przykląkł jedynie na jedno kolano, spuszczając nisko głowę. Jedną ręką podparł się o zimną podłogę. Zza ognistej poświaty odezwał się ciężki, stłumiony i lodowaty głos. Zdawał się być jadowity. Wszystko, co go słyszało uciekało w popłochu i umierało bez wyrazu. - Zephir… A więc jednak… - Jestem panie, tak jak nakazałeś mi osiemnaście lat temu… - Dobrze się spisałeś. Mimo wszystko wróciłeś, by wypełnić powierzoną ci misję. - Dziękuję panie. - Ten bezczelny smarkacz zapłaci nam z nawiązką. Mam nadzieję, że nie pokrzyżuje ci planów… - Nie, panie. - Dobrze to wykombinowałeś. Żaden czarodziej nie jest w stanie złamać klątwy Pana Podziemi. A skoro już o tym mowa, już czas, aby nieco ostudzić zapał tamtego niedoszłego pogromcy klątw - zaśmiał się. - Czarodziej…? - Bardziej stwierdził niż zapytał. - Mamy szczęście. Wszystko idzie po mojej myśli. - Zabić…? - Poczekaj, aż dotrą do Tygrysiej Puszczy. Twoi koledzy narozrabiają trochę pod samym nosem Niebios. Nie pokazuj się do tego czasu. A teraz idź i czyń, co ci jest przeznaczone. Zephir wstał powoli, obrócił na pięcie i ruszył ku wyjściu. Zatrzymał się jednak w progu potężnych drzwi i odezwał jeszcze nie odwracając głowy: - Panie? - Mów. - Co to za czarodziej? Mówisz, że jest blisko… Czy to…? - Raidill… - zagrzmiał, a imię czarodzieja odbiło się echem w jego uszach. Zephir nie szedł dalej korytarzem. W jednej chwili zniknął zostawiając za sobą szaleńczy śmiech setek demonów, kryjących się i materializujących momentalnie na odłamach skalnych lewitujących tuż nad piekielnymi płomieniami. - Czy mam go pilnować, panie? - spytał jeden z nich, którego spowijał mrok. Widoczne były jedynie jego fioletowe, wariacko błyszczące oczy z pionowymi źrenicami. - Tak, Zhiel. Pilnuj go, Upadły Aniele… - odrzekł wśród nieustających chichotów i śmiechów.

***

Zephir poczuł nieznaną energię. - Na tym się kończy twoja podróż, Mirr - mówił na pokaz, lewitując beztrosko w powietrzu. - Wkrótce nie będziesz mi do niczego potrzebny. Gdy już ta komedia się skończy… Wtedy cię znajdę. Nie mogę już doczekać się chwili, w której pozbawię cię życia i poczuję twą krew. - Oblizał się ze smakiem. - Nawet nie wiesz ile musiałem przez ciebie wycierpieć, będąc zamkniętym w tym przeklętym więzieniu. Samemu… Bez nikogo… - Zamyślił się i przygnębił, zapominając nagle o obecności nieznajomego obserwującego go demona. Zmaterializował się tuż za nim. Zephir nie odwrócił głowy, nie poczynił najmniejszego ruchu, jednak wiedział już, kto mu przeszkodził. Demon o krótkiej grzywce i białych włosach do ramion mówił do ucha: - Widzę, że jesteś na tyle sprytny, by wyczuć mą obecność i wygłosić teatralną przemowę… Nieładnie się tak podlizywać… Zephir uśmiechnął się ironicznie, wyszczerzając ostre kły, przymknął oczy. - Czyżbyś nie wierzył w moją lojalność? - Wybacz, ale jakoś to do mnie nie przemawia… Uniósł na nowo powieki. - To, że jesteś czystej krwi demonem, nie oznacza, że możesz bezpodstawnie mnie osądzać… - Ty też jesteś czystej krwi, ale za dużo w tobie ludzkich odruchów. - Uważasz to za słabość…? - Hm, trudne pytanie. Z resztą, sam wiesz o tym najlepiej… Zephir obrócił się w jego stronę. Demon nie posiadał materialnego ciała. Odbywał podróż astralną. Miał na sobie białą koszulę i luźne, jasne spodnie przewiązane czerwonym pasem. Szatyn zaśmiał się. - To ubranie ma odwzorowywać twą duszę? W takim razie niezły aniołek z ciebie… Zhiel przymknął oczy i uśmiechnął się diabolicznie. - A i owszem. anioł, ale upadły. - Musiałeś spaść z bardzo wysoka… Nie połamałeś sobie skrzydeł…? - Lepiej, żebyś zaczął martwić się o własne. Jeszcze ci je ktoś podetnie… - Niesłychane, że kiedyś byłeś smokiem… Będziesz mnie tak niepoprawnie szpiegować? - Po, co? I tak wyczułbyś moją obecność. Jeśli chcę cię zniszczyć muszę działać z zaskoczenia i bynajmniej nie szpiegując. Zephir zachichotał pod nosem. Wiedział, że Zhiel nie żartuje, nigdy mu nie ufał, ale cała ta sytuacja wprawiała go w zadowolenie. Demony uwielbiały takie podłości i groźby. Traktowały to jako rozrywkę, choć zdawały sobie sprawę, że w przyszłości mogą cierpieć. Nawet własne cierpienie dodawało ich życiu smaku. - Radzę ci przyzwyczaić się do tego mieszkanka. Przestronnie tu, ale jakoś pusto… - droczył się Zhiel. - Bo własnego ciała jeszcze długo nie poczujesz… Mówiąc ostatnie słowa zniknął. Kiedy Zephir upewnił się, że demon znalazł się daleko od niego, w innym zupełnie miejscu, gdzie nie miał nad nim kontroli, zasępił się i burknął pod nosem. - Prędzej mnie piekło pochłonie… - Zachichotał, gdy pomyślał o głębszym sensie wypowiedzianych przed chwilą słów. - Właściwie, to nie mogłoby mnie pochłonąć… - Śmiał się nadal, lecz nagle przestał przypominając sobie słowa Cerenisa, Pana Otchłani. - Nieźle się wpakowaliśmy, Mirrusiu… Ale ty przynajmniej wiesz, o co w tym pieprzonym życiu chodzi… Ludzkie odruchy? We mnie? Słabości…

***

Piękny, biały pałac w bliżej nieokreślonym wymiarze. Wymiarze, do którego nie mogą dostać się śmiertelnicy. Wzdłuż śniegowych kolumn przechadzał się młody chłopak. Zwiewna, jasna szata, przewiązana w pasie żółtym rzemieniem piękne unosiła się na wietrze wraz z jasno-brązowymi, długimi do pasa włosami. Związane były na karku szeroką, zieloną opaską. Oczy o trawiastym kolorze, wręcz zniewieściałe, tak jak rysy twarzy, z zamyśleniem poczęły wodzić po równo przystrzyżonych żywopłotach. Wyglądał bardzo młodo, choć z pewnością, jako Święty Smok przeżył już wiele stuleci. Smoki jako dzieci najwyższego boga - Świetlistego Smoka, żyły w Niebiosach i wiodły długowieczny żywot jako kapłani i posłańcy. Posiadali ludzkie ciała, a na ziemi, wśród ludzi nie wyróżniali się niczym poza zniewalającym urokiem i urodą. Potwory i olbrzymy tam żyjące, przez śmiertelników zostały nazwane mianem smoków, jednakże nie miały nic wspólnego z dumnymi istotami niebieskimi. Same one natomiast, zwane są na ziemi aniołami. Młodzieńca zatrzymało nawoływanie pochodzące zza jego pleców. - Vheras! Poczekaj! Dogoniła go zasapana dziewczyna o pięknych, śniegowo-białych, długich włosach. Ze splecionego warkocza wyślizgiwały się niesfornie liczne, pojedyncze kosmyki. Jej ubranie stanowiła biało-złota tunika sięgająca do kolan i przewiązana w pasie jasną szarfą. Ze złotych smoczych oczu płynęła troska i zmartwienie. - Tilt… Co tu robisz…? - Wszyscy martwią się o ciebie. - O mnie, czy o świat, który mamy ochraniać…? - Prawdę mówiąc… To o jedno i drugie. Co powiedział ci Świetlisty Smok? - Luruphrizz poczuł nowe wibracje na ziemi… Ale ich źródło pochodzi z Piekła. - Jest aż tak źle… - Zmartwiła się, gdy szli razem w stronę zielonego ogrodu. - Niedługo zostanę wysłany na ziemię. Tilt spojrzała na niego znacząco. - Już od stuleci żaden smok nie był zmuszony, by ingerować w świat śmiertelników… - Musi nadejść ten kolejny raz… - Więc co tym razem? - Bardzo silny demon pojawił się na ziemi. Kolejny podstęp Cerenisa. Poza tym Zhiel pojawia się ostatnio nazbyt często. Zapewne coś knuje. Wszystko zaczyna się walić. - Nic dziwnego. W końcu kiedyś nas zdradził. Nazywają go Upadłym Aniołem. - Taa, spadł z bardzo wysoka… Nie możemy pozwolić, by ten demon dzielił ciało z człowiekiem. To wbrew prawu niebieskiemu. Podobno jakiś czarodziej ma go na oku. - Dobre i to - Póki, co, ja muszę dostać się do Mial i zawiadomić trigery. Demon zmierza w ich kierunku, a mnie się to bardzo nie podoba. - Życzę powodzenia - Vheras pomachał jej ręką i wzleciał w powietrze. - Uważaj na siebie! - krzyknęła Tilt, kiedy młodzieniec udał się na ziemię, do świata śmiertelników.

***

- Stój, Liatris! - zawołał czarodziej, kiedy znaleźli się kawał drogi za Otharog. Jechali już parę godzin. Cicha Ścieżka faktycznie nie była miejscem dość powszechnie znanym. Trakt był niemalże niewidoczny, porośnięty trawą, mchem, paprociami. Zbliżali się do skraju lasu. Między rzadko rosnącymi drzewami rozpoznali kontury potężnych gór - Pasmo Rubieży, ciągnące się od Wilczych Gór na dalekim zachodzie i wciskające się w głąb lądu, zahaczając o Krwawe Pola. Czekała ich niezbyt przyjemna przeprawa przez góry. Było tu znacznie chłodniej, choć śnieg nie pokrył jeszcze potężnych wzniesień i dumnych czubów. - Zatrzymujemy się tu na długi popas - oświadczył czarodziej. - Do końca dnia i na noc. Jutro o świcie ruszymy w góry, potrzeba dwóch dni, by je przejść, ale Cicha Ścieżka prowadzi przez przełęcz. Dzień nam wystarczy.

***

- Stać! Kto idzie?! Ostre groty zatrzymały się tuż przy gardle zakapturzonego młodzieńca. Łuki napięły się, w każdej chwili gotowe do ataku. Zza drzewa wychynęli dwaj strażnicy, człekokształtne istoty o tygrysich łbach. Każdy z nich miał ciemnopomarańczową sierść z licznymi czarnymi pręgami i gdzieniegdzie białymi łatami. Kosmate uszy były przystosowane do życia w lesie, słyszały najcichszy szmer, a bystre, małe, żółte oczy, połyskujące w ciemnościach widziały wprost doskonale o każdej porze dnia i nocy. Pięciopalczaste łapy, zakończone dość długimi pazurami, mocno i pewnie trzymały oręż. Pyski, wykrzywione w bojowym grymasie, ukazywały rzędy ostrych kłów. Długie ogony wiły się niczym wahadła w zegarach. Zwierzoludzie odziani w lekkie, jasne tuniki, nie mieli w zwyczaju zachowywać się agresywnie, ale w czasach, gdy Władcy Mrocznej Pieczęci, a wśród nich Cerenis, rozsiewali terror, lepiej było zachowywać środki ostrożności. Trigery to szlachetna rasa, która zyskała uznanie w oczach bogów, podobnie jak elfy. - Cóż to, czyżby wasze kocie zmysły nie rozpoznały we mnie sojusznika? - zaśmiał się młodzieniec, zdejmując kaptur i odsłaniając delikatną twarz. - Vheras! - wykrzyknął ze zdziwieniem jeden ze strażników. Włócznie natychmiast wycofano, a cięciwy łuków rozluźniły się z ulgą. Zza pni wysokich drzew i z zielonych koron wychynęła garstka trigerów, każdy dzierżył jakąś broń. Wszyscy wyraźnie ucieszyli się na widok chłopaka, którego ciemny płaszcz wzięli za odzienie rzezimieszka. - Wystraszyłeś nas na śmierć! Ten czarny płaszcz zupełnie do ciebie nie pasuje. Myśleliśmy, że Cerenis wysłał demona, by nas szpiegował. - Wybaczcie, ale w tych czasach w jasnym okryciu za bardzo rzucałbym się w oczy. Ostatnio byłem tu ponad dwieście lat temu, a gusta, tak jak ludzie, się zmieniają. Wszyscy ruszyli w głąb bujnego lasu. Na przedzie szedł Vheras wraz z jednym ze strażników. - Widzę, że nic się nie zmieniłeś, Hourd. - Ty również - zaśmiał się przyjaźnie, po czym zmienił temat. - Musi cię sprowadzać coś ważnego, skoro ubierasz się w ten sposób. Nie wydaje mi się, żeby było to spowodowane zmianą ludzkich gustów. - Dobrze ci się zdaje… Tym razem instynkt cię nie zawodzi. - Czyżby Świetlisty Smok wysłał cię tu ze specjalnym zadaniem, czy też po prostu masz wakacje? - Raczej to pierwsze… Muszę spotkać się z Nafriel. - Królowa Nafriel wyczekuje cię już od wielu lat, Święty Smoku - odezwał się drugi strażnik, idący zaraz za nimi. - W takim razie nie powinno być problemu… - zamyślił się. - Słyszałem… - Hourd ściszył głos i przysunął tygrysią głowę bliżej smoka - Że spełnia się Przepowiednia Czarnego Pióra… Czy to prawda…? - Niestety… Czarne Pióro, tajemnicza klątwa Cerenisa, robi swoje… Przy okazji zaczyna sprawdzać się przepowiednia, którą otrzymał od Przeznaczenia. Nie wydaje nam się jednak, by działania Raidilla nie przyniosły żadnych pozytywnych skutków. Każdą klątwę można złamać, przynajmniej osłabić jej moc… - Niedobrze… Każde rozumne stworzenie wie, że przepowiednia nie może się spełnić… - Dlatego też wybrałem się do was. Wam również przypadnie zaszczytny cel uczestniczenia w tych działaniach. - Oby tylko ten demon nie zrobił czegoś głupiego… - Zignorował jego wypowiedź. - Mnie się wydaje, że on wcale nie jest taki straszny - Zaśmiał się cicho - Nie słyszałeś o plotkach głoszonych w Podziemiach? - A co mówią? - Podobno Zephira szpieguje go Zhiel, a kim on jest chyba nie muszę ci mówić. - A… Ty skąd o tym wszystkim wiesz? O ile pamiętam, jesteś po stronie tych dobrych… - Spojrzał na niego przenikliwie - Od kogo masz takie informacje?! - Ma się swoje sposoby - rzekł tajemniczo uśmiechając od ucha do ucha. - Nic, ale to nic się nie zmieniłeś… - Tak, wiem. Już to mówiłeś. W oddali, miedzy gęstą zielenią, majaczyły spokojnie kolory brązu i zgniłej żółci. To niezawodny znak na to, że pochód zbliżał się już do osady. A właściwie stolicy, gdyż cały ten piękny las był własnością trigerów. Mial to duże siedlisko tych stworzeń, znajdował się tu pałac królowej Nafriel. Stolica słynęła z wyrobu doskonałego oręża, choć niewielu ludzi wiedziało o jej istnieniu. Trigery były bardzo pracowitymi, jednocześnie niezwykle walecznymi istotami, które żyły na uboczu i wolałyby, aby tak zostało. Ich bliskimi przyjaciółmi zawsze były leśne elfy, obydwie te rasy miłowały pokój, dobroć i niczym nieskażoną, piękną przyrodę. Weszli do Mial. Mimo, że architektura trigerów znacznie różniła się od elfiej, to miała jedno znaczące podobieństwo - drzewa nie były wycinane, a budynki budowano tak, by nie uszkodzić pni, czy bujnych koron. Vheras przypatrywał się temu przez chwilę. - A więc uporaliście się jednak z tymi gałęziami? O ile dobrze pamiętam, to mieliście niemałe kłopoty z wznoszeniem budynków. Po paru latach korzenie się rozrastały i niszczyły domy. - Przez te dwieście lat odwiedziło nas wielu magów i mędrców. Magia wśród ludzi rozwinęła się znacznie szybciej niż u nas z powodu izolacji naszej rasy od innych. Ludzie bardzo nam pomogli, oddawali w darach księgi z zaklęciami i uczyli nas ich. Teraz umiemy wpływać na przyrodę za pomocą magii ziemi. - Sprytnie. Mieliście jakieś kłopoty? - Nie, uczyliśmy się długo, ale skutecznie. Aktualnie prawie każdy z nas zna podstawowe czary. - No i proszę… - A co się tak dziwisz, jeśli można spytać? - Magia żywiołu ziemi ma raczej charakter destrukcyjny. W ręku nieodpowiedzialnych ludzi może stać się niebezpiecznym narzędziem. Trudno ją w pełni opanować, ale wy jako rasa żyjąca w harmonii zarówno z podłożem astralnym jak i materialnym, z pewnością łatwiej się przystosowujecie. - Nie miałem o tym pojęcia… - Hourd podrapał się po uchu. Zostali już sami. Łowcy, którzy im towarzyszyli, zajęli się własnymi sprawami i znikli w tłumie. Na patrol wybierała się druga grupa trigerów. Mial tętniło życiem. Każdy, kto ich mijał, kłaniał się Vherasowi z pokorą. Niektórzy się mu przypatrywali, ale bynajmniej nie był to wzrok nachalny, inni szeptali coś, opowiadając młodszym pokoleniom, kim jest tajemnicza osoba i jak wielki majestat kryje za swym czarnym płaszczem. - Nie jesteście stworzeniami głupimi… - kontynuował smok - Ale za bardzo się izolujecie. Nie wysyłacie posłańców, uczonych. W większości ludzie w ogóle nie wiedzą, że istniejecie. A co, jeśli ktoś was kiedyś zdemaskuje? Znasz rasę ludzką - ciekawska, pełna obaw i nietolerancji. Jeszcze wezmą was za bestie i zaatakują wasze ziemie. Nawet nie spytają wtedy o wyjaśnienia. A i nauczylibyście się więcej. Uwierz, magia ziemi nie jest jedyną, istnieją również takie zaklęcia, których nie da zakwalifikować do konkretnej grupy… - Ja tam po prostu nie lubię ludzi. Mam na nich alergię… - Skrzywił się triger. Vheras zaśmiał się pod nosem, gdy przypomniał sobie o pewnym zdarzeniu, którego był świadkiem będąc kiedyś na ziemi. - A wiesz… - Chichotał - Że niektórzy ludzie mają uczulenie na koty? - Bardzo śmieszne - oburzył się. Poszli dalej, mijając przeróżne domy przylegające do pni, zawieszone na grubych gałęziach, bądź usytuowane wokół drzew. - Nie rozumiem, jak można mieć uczulenie na koty… - mamrotał jeszcze z zażenowaniem Hourd. - A na ludzi…? Domki były ładne i schludne. Zwykle miały okrągły, bądź owalny kształt i były na tyle duże, by móc pomieścić czteroosobową rodziną. Trigery miały o tyle specyficzną cechę, że jedna samica mogła urodzić tylko do dwóch dzieci i zawsze - chłopca i dziewczynkę. Zapewniało to kontrolowaną liczebność populacji i bardzo rzadko jej niepokojący spadek. Drewniane budynki miały płaskie dachy pokryte zielonymi, szerokimi liśćmi bądź trzciną. Dość dużej wielkości okna wpuszczały do pomieszczeń sporo światła. Ozdobione były zielonymi, zwiewnymi firanami i pięknie rzeźbionymi okiennicami. Nad drzwiami wisiały nieduże daszki, ogródki były małe, ale piękne, przeważały w nich różnokolorowe kwiaty. Trigery rzadko hodowały warzywa czy owoce, dlatego sadzili zwykle drzewka i dbali o trawniki. Na wielu bawiły się chętnie trigerątka, Vheras dostrzegł także kilka kobiet. Przedstawicielki tejże rasy różniły się nieco od mężczyzn. O ile samce posiadały więcej z wyglądu tygrysów, tak samice bardziej przypominały kotki. Miały mniejsze pyszczki, o dużych oczach i delikatnych, czarnych noskach. Posiadały większe uszy, a ich kły zdawały się być mniejsze i ostrzejsze. Ich ogony były proste, jak u samców, bądź też puszyste i jedwabiste. Niskiego wzrostu kobiety mogły mieć sierść różnego koloru, począwszy od kremowo-białej, a na czarnej kończąc, a także włosy, tak jak ludzie. Lubiły polować, dlatego większość czasu spędzały w lesie i z dziećmi. Trigery uważały, że kobiety także mają prawo do samodzielnych wyborów i wychowywania potomstwa, toteż posiadały one takie same uprawnienia jak samce i nie czuły się gorsze czy słabsze. Często to właśnie samice stanowiły główne siły wojsk, uważane były za sprytniejsze, szybsze i o wiele cichsze na polu walki. Były mistrzyniami w ataku z zaskoczenia, podczas, gdy mężczyźni tworzyli siły defensywne i lubili walczyć wręcz, bądź mieczem. Hourd machał od czasu do czasu znajomym, uśmiechał się radośnie, a mijające ich trigery cieszyły się z przybycia dawno niewidzianego gościa. Vheras był starym przyjacielem tej rasy, został z nią związany od samego dzieciństwa, a wszyscy mieszkańcy Mial znali go doskonale i darzyli niespotykanym nigdzie szacunkiem. Minęli świątynię Świetlistego Smoka, gdzie znajdował się, jeden z niewielu na świecie, olbrzymi pomnik tegoż bóstwa wykonany z czystego złota. Świetlisty Smok umiłował sobie rasę trigerów, elfów oraz reirów i podarował im w darze nieśmiertelność, a raczej długowieczność. Trzy rasy wybrane przez Smoczych Władców z pokorą oddawały cześć swemu panu, służąc dobru i walcząc z demonami. Świątynia była jednym z niewielu budynków w Mial wykonanych w całości z kamienia i innych twardych materiałów. Ściany pokryte złotem błyszczały w słońcu. Dla wielu ludzi byłby to doskonały argument do wyrżnięcia i ograbienia trigerów. Vheras spojrzał na ogromną, pięknie zdobioną budowlę i od razu zrozumiał, o czym mówił Hourd. Ludzie są zbyt chciwi, sam widok świątyni rozpaliłby w nich rządzę. Nie wytrzymaliby takiej pokusy. Wkroczyli na zieloną alejkę. Wzdłuż niej rosły ogromne drzewa, a pod nimi mniejsze krzewy, tworząc, dobrze maskującą ich ścianę. Smok wypuścił zgrabnym ruchem dłoni związane, kasztanowe włosy z kaptura. Trigerów było tu coraz mniej, mieszkańców zastąpili strażnicy i łowcy, o dumnych, niezmordowanych pyskach, naznaczonych licznymi szramami. Nikt się już do nich nie uśmiechał, choć królewska straż także wykazywała szacunek wobec Boskiego Posłańca. Często kiwali głowami, w pozdrawiającym geście. Ścieżka doprowadziła ich na pałacowy dziedziniec. Między drzewami dało się rozpoznać połyskujące złotem mury pięknego zamku. Nie był on wyższy od drzew, by nie dało się go zauważyć z daleka, ale nawet bujne pnie zdawały się tu sięgać nieba. Strażnicy uzbrojeni w zakrzywione miecze i łuki patrolowali posłusznie okolicę. - Kiedyś nie było tu tak wielu straży… - odezwał się wreszcie kapłan. - Bo nie było takiej potrzeby. - Boicie się…? - Każdy się boi. Elfy i reirowie także. Mimo, że jesteśmy w pewien sposób naznaczeni przez Świetlistego Smoka, mamy prawo obawiać się o własne życia i świat, w którym żyjemy. - Od kiedy tak się dzieje? - No… Kiedy narodził się ten człowiek. Niepokojące wibracje świadczyły tylko o jednym - Cerenis postanowił nieco dopomóc przepowiedni. - Tym razem przeholował. Ani smok, ani demon nie ma prawa posługiwać się ludźmi - istotami pośrednimi. Klątwa ma bardzo skomplikowaną budowę. Tak naprawdę to nie wiem, czy Mirr, a może Zephir jest prawdziwy… - Obydwaj są prawdziwi. Zephir jest demonem, ale żyje w Mirrze od tej samej godziny, co on. Nie można tego szufladkować w tak niesprawiedliwy sposób. Zarówno Zephir, jak i Mirr mają takie samo prawo do życia. - Zwykły człowiek tego nie zrozumie. To zależności łączące dwie osoby na całe życie. Jedno bez drugiego nie potrafi żyć. - Może i tak… Trudno jest postępować nie znając swego przeznaczenia… - Jeśli je znamy, podświadomie do niego dążymy. Kiedy człowiek dowie się od wróżki, że zginie, automatycznie będzie szukać śmierci. Naturalny odruch. My sami powinniśmy pisać swój scenariusz, przeznaczenie to bujda, którą wciskają nam, by z ukrycia nami sterować. Te wszystkie proroctwa i inne świństwa to tylko i wyłącznie obłudy demonów. Pewnie same wymyśliły to całe nadejście Demoniego Wybrańca, a Zephir nie jest nikim wyjątkowym. Mroczne Oko chce wzbudzić w nas strach przed nadejściem drugiej inwazji. Mroczni Władcy pociągają za wszystkie sznureczki, mają wszystko zaplanowane. Jeśli nie zaczniemy działać z pewnością tak namiesza chłopakowi w głowie, że stanie się zwykłą marionetką biegnącą na każde skinienie swego pana. Hourd przymknął oczy i uśmiechnął od ucha do ucha. - Bingo, Vheras. Sam bym na to nie wpadł Smok nie przestawał się uśmiechać. Wiedział, że przez te wszystkie lata poczynił duże postępy. - Widzę, że boskie postrzeganie świata bardzo się zmieniło. Kiedyś trudno mi było cię przekonać do własnych racji, ale czas naprawia szkody. Masz rację w stu procentach. Jest ciężko, ale nadal smoki starają się uświadomić ludzi o ich własnych błędach. To całe przeznaczenie to kompletna bzdura, działa jak system, który w połączeniu z ludzką podświadomością, kieruje wszystkimi istotami. Święte Smoki to mają dobrze, co…? - Nie rozumiem… A to, dlaczego….? - No, Świetlisty Smok odebrał wam możliwość odczuwania smutku. Nie możecie zapłakać, gdyż smutek największego wroga jest dla demona idealną pożywką. Vheras zamyślił się. Przez chwilę milczał. - W to też nie wierz… Hourd spojrzał na niego znacząco. - Powiem ci to w tajemnicy, ale nikomu więcej tego nie przekazuj, dobrze? - Jasne. Możesz mi zaufać. - Smoki umieją się smucić, ale nie mogą zapłakać. To straszliwa męczarnia. Demony rzadko sięgają po nasz smutek i całe szczęście. - Ja… Przepraszam… Nie wiedziałem… - Wiele istot o tym nie wie. Nie mają pojęcia, dlaczego demon nie może czerpać swej mocy od kapłanów, Świętych Smoków, Smoczych Władców… To cena, jaką trzeba zapłacić. - A ja miałem nadzieję, że istnieje jeszcze ktoś, kto nie umie cierpieć. Widzę, że się myliłem. - Bez cierpienia nie ma życia, ani też celu. Cierpienie buduje duszę i charakter. W grę wchodzi też poświęcenie, którym można odkupić wiele win. - Tak… Już jesteśmy na miejscu. - Jesteś doskonałym kompanem do rozmów o egzystencji ludzkiej. - Nie tylko ludzkiej - zaśmiał się przyjaźnie i poklepał smoka po ramieniu. Po złotych, szerokich schodach wspięli się na mały taras. Stały tu rzędy kolumn, które odprowadziły ich aż do samego wejścia. Ogromne, złote, mosiężne drzwi otwarły się przed nimi powoli i cicho. Jasność, jaka wydarła się z wnętrza kłuła w oczy niczym miliony małych szkiełek, jednak zarówno triger jak i Święty Smok zwęzili źrenice, by szybko przyzwyczaiły się do oślepiającego blasku. Od progu, aż do niknącego w oddali półkolistego wejścia ciągnął się czerwony dywan. Hourd i Vheras ruszyli naprzód. Po bokach ogromnego korytarza spacerowali strażnicy oraz służący. Nikt nie zwracał na nich większej uwagi, toteż szybko znaleźli się przed kolejnymi drzwiami. Były o wiele mniejsze od poprzednich, ale zdobienia zachwycały swym bogactwem i dokładnością. Ponownie nie musieli używać rąk, by je otworzyć, same drgnęły i rozwarły się. Weszli do środka, było to niespotykanie wielkie pomieszczenie o kopulastym sklepieniu i przejrzyście białych ścianach. Na środku sali wnosił się niski taras, cały wysypany poduszkami i materiałem z prawdziwego jedwabiu. Baldachim, obwieszony kolorowymi zasłonami skrywał istotę pełną piękna, dostojności i majestatu. Drzwi zatrzasnęły się cicho, gdy tylko wkroczyli do środka. Nie było tu żadnych straży, jedynie piękne trigerki bawiły się wesoło, rozkładały na poduszkach lub czesały gładkie, połyskujące włosy. Nie posiadały one broni, wielu ludzi mogłoby pomyśleć, że do królowej nadzwyczaj łatwo się dostać. Vheras jednak wiedział doskonale, że kotki za swymi maskami niewinności i słodkości skrywają zimno i siłę. Liczne ostrza chowane za tunikami, czy nawet własne pazury stawały się zabójczą bronią, której nie zawahałyby się użyć w razie napaści na swą panią. Wszystkie kotki zwróciły roześmiane twarze w kierunku wejścia. Nie zaprzestały wykonywania swych czynności, ostrzenia pazurków, czesania pojedynczych pukli włosów, jedynie ich duże, zielone, brązowe bądź żółte oczy utkwione były w przybyłych gościach. Wszystkie uśmiechnęły się jeszcze bardziej zalotnie, gdy rozpoznały w nich Hourda, świetnego wojownika oraz długo niewidzianego Vherasa, kapłana Świetlistego Smoka. Obydwaj nie zwrócili na nie uwagi, ich twarze jakby spoważniały, przyklękli i spuścili głowy. Zapadła cisza, kotki zwróciły spojrzenia ku kolorowym zasłonom, za którymi coś się poruszyło. - Wstań, Święty Smoku. Twój majestat jest znacznie większy niż mój. To tobie należy się pokłon. - Jestem, pani na twej ziemi, a póki tu przebywam, składam honor władcy, który panuje nad tym ludem. - Nie jestem nawet godna wymawiać twego imienia, Święty Smoku. Wszak jesteś pierwszym posłańcem Świetlistego Smoka, naszego wielkiego władcy. Umiłował cię, a skoro to uczynił, nam też nakazał to samo. Vheras uśmiechnął się szeroko, po czym zachichotał i wstał z ziemi. Hourd nie mógł pozwolić sobie na takie rozluźnienie, więc jako poddany tkwił nadal w tym samym miejscu. Zza zasłon dobiegł ich lekki śmiech, po chwili spostrzegli drobną dłoń, która jednym ruchem rozwiała materiał. Spod baldachimu wyszła królowa, piękna kotka o niezbyt dużym wzroście. Miała czysto-białą sierść, puszyste uszy i delikatny pyszczek. Złote, krótkie do szyi włosy lśniły i pięknie się układały. Posiadała nienaganną, zgrabną figurę, duże, sowio-żółte oczy, a długi ogon był niczym innym jak piękną, zwiewną kitą. Odziana była w białe szaty, idealnie dopasowane do ciała. Spódnica sięgała do ziemi, przewiązana była w pasie licznymi rzemieniami i koralikami. Marszczona bluzeczka na ramiączkach odsłaniała bielutki dekolt. Na smukłych ramionach i dłoniach pobłyskiwały srebrne ozdoby, pierścienie i bransolety. Nafriel była znana wśród swego ludu jako rozsądna i dobrotliwa władczyni. Wszyscy ją kochali za dobre serce i przyjazne usposobienie. Często się śmiała, tak jak teraz. Wyglądała pięknie między innymi dzięki temu wszechobecnemu uśmiechowi. - Lubię się z tobą droczyć! - Zachichotała wesoło - Dawno u nas nie byłeś, stęskniłam się. - Dobrze cię znowu widzieć. Nafriel przeszła pomiędzy poduszkami i zeskoczyła po małych schodkach z tarasu. Znalazła się obok smoka. - No proszę, wyrósł z ciebie niezły przystojniak. - Ty natomiast jesteś tak piękna, że o mało cię nie poznałem - drażnił się. - Dziękuję. No cóż, wszyscy się zmieniają. A ty, Hourd, wstałbyś z tej posadzki. - Jak pani sobie życzy - odparł z powagą triger i podciągnął się z ziemi. - Nie musisz się aż tak trzymać etykiety. Jeśli już musisz zwracać się od mnie „pani”, czy „królowo” to proszę bardzo, ale uśmiechaj się od czasu do czasu. - A… T… Dobrze… - Zawsze mu to mówiłem - żachnął się Vheras. - Jak zwykle nikt mnie nie słucha. Hourd cały poczerwieniał. - No, jaki śliczny rumieniec - rzuciła bezwstydnie królowa. Wszyscy wokół roześmiali się oprócz bezradnego trigera. Stał w miejscu i z zawstydzeniem drapał się po uchu. W końcu Nafriel usiadła na poduszkach i zachęciła gości do tego samego, wskazując miejsca obok siebie. - Przynieście coś do picia - powiedziała do kotek. - Byle nie mocnego. Nasz smok musi przecież opuścić to miejsce w stanie nienagannej trzeźwości. - Sugerujesz, że mam słabą głowę? - Trigery lubią mocne wino. Łatwo się nim upić. - Akurat mnie to nie dotyczy - A więc nie trzeba ci żałować. Domyślam się, że nie możemy sobie pozwolić na prywatne rozmowy? - Bardziej stwierdziła niż zapytała. - Dokładnie, moja droga. Nie jestem tutaj z własnego wyboru. - Czyżby szykowało się coś poważnego? Zwykle, gdy się pojawiasz przynosisz złe wieści. Vheras westchnął ciężko. - Przynoszę pecha, co? Nic na to nie poradzę. My, smoki nie możemy pozwolić sobie na wakacje, gdy Władcy Mrocznej Pieczęci nie próżnują. - Słyszałam, co nieco na temat Zephira. Jak możemy pomóc zażegnać konflikt? - Chyba mogę oszczędzić ci szczegółów, jeśli chodzi o Demoniego Wybrańca i Klątwę Czarnego Pióra. Przejdźmy, więc do rzeczy. Demon jest już niedaleko Mial. Luruphrizz prosi, abyście dali temu człowiekowi schronienie przez kilka dni i spróbowali zdjąć klątwę. Możliwe, że będziecie musieli walczyć z bestiami lub nawet z samymi demonami. Jeśli ruszą za nim, z pewnością przedrą się przez las. - Zrobimy wszystko, co w naszej mocy, Vheras. - Jak najszybciej trzeba przystąpić do przygotowań. - Natychmiast wydam rozkazy. Chodźcie, wino może poczekać. Wstali i ruszyli za nią.

***

- Szkoda… Vheras odwrócił momentalnie głowę, gdy coś wydarło go z zamyślenia. Znajdował się w pięknym ogrodzie, gdzie rosły wielkie i mniejsze drzewa naznaczone nieznanymi owocami i kolorowymi kwiatami. Smok nie znał piękniejszego miejsca na ziemi niż Mial. Lubił tu przebywać, jak za dawnych lat usiadł pod rozległym cieniem mosiężnego dębu, którego pień był szerokości czterech mężczyzn ustawionych ramionami obok siebie. Przez zielone korony przebłyskiwał błękit bezchmurnego nieba i drobne promyki popołudniowego słońca. - Szkoda, czego…? - spytał smok, gdy spostrzegł siedzącą na gałęzi pobliskiego drzewa Nafriel. - Byłeś tu ostatnio ponad dwieście lat temu. A teraz, gdy znowu się spotykamy, musimy myśleć o zbliżającej się bitwie. To niesprawiedliwe, że widuję się z tobą tylko, gdy przynosisz złe wieści. - Nie ja wybieram sobie miejsce pobytu. Nie wiesz nawet, jak ciężkie jest życie smoka. - Czy wy naprawdę aż tak musicie się poświęcać i zrzekać tylu rzeczy? - To przeznaczenie każdego Świętego Smoka. - E tam! Przecież obydwoje wiemy, że coś takiego jak Przeznaczenie nie istnieje. Nie mów jak demon. - Masz rację. Demonie kłamstwo staje się dla mnie wymówką. Kotka z gracją zeskoczyła na ziemię i podeszła do Vherasa, który bacznie obserwował każdy jej płynny ruch. Podeszła do niego cicho i bezszelestnie, jakby płynęła w powietrzu. Przykucnęła i zmierzyła go bystrym wzrokiem. - Przecież nie masz chyba powodu, by wciskać mi wymówki, czyż nie? - Któż to wie… - Dlaczego nie mówisz prawdy? Co się z tobą dzieje… Vheras…? - Czasy i ludzie się zmieniają… - Ale ty nie jesteś człowiekiem. - „Ludzie” to określenie dla nas wszystkich. Wszyscy jesteśmy tacy sami. To słowo niedługo stanie się interpretacją słabości i nienawiści. - Co ty opowiadasz? - Chciałbym teraz zapłakać, ale nie mogę. Dlaczego nie mogę? Dlaczego? Te wszystkie łzy zbierające się w moim sercu nie mają ujścia. Pogrążają mnie coraz bardziej. Moja dusza się w nich topi… - A więc o to chodzi… Musisz patrzeć na to wszystko z góry, wiesz, że nic nie możesz zrobić. Jest ci smutno… - Dlaczego wszyscy myślą, że Święty Smok musi być silny, niewzruszony, bez wad? - Nie ma nikogo takiego. Nikt taki nie istnieje. - To niesprawiedliwe, że tylko my nie możemy płakać. Nie potrafimy tego… - A gdybyś się nauczył? - Nie wydaje mi się by było to możliwe… - Wszystko jest możliwe, Vheras. - Ten, kto wymyślił to powiedzenie musiał być szaleńcem. Nafriel westchnęła i usiadła obok smoka. - A jednak ten demon mnie przeraża… - Mówisz o Zephirze? Nie zrobi nic złego. Jest z nim czarodziej, nieprawdaż? Chyba wie, co robi. Gdyby widział zagrożenie, wyeliminowałby chłopaka od razu. - Może masz rację. Chyba za bardzo się przejmuję. Vheras wstał, otrząsnął szaty z trawy. - Vheras…? - Hm? - Kochasz jeszcze Leliel, prawda? - Trudno mi o niej zapomnieć. Od czasu, gdy odeszła z Al-Maara wszystko się zmieniło. Mimo tego nie pozwolę jej skrzywdzić. Wiem, że nigdy nie odwzajemniała moich uczuć, ale mi wystarczy sama świadomość, że żyje i jest szczęśliwa. Ten chłopak ją uszczęśliwił, więc chwała mu za to. Nafriel także podciągnęła się z ziemi i ruszyła w kierunku pałacu. Minęła zdziwionego Vherasa, nawet nie zwróciła na niego uwagi. - Coś się stało? Powiedziałem coś dziwnego…? - Nie. To po prostu piękne… - odpowiedziała. Nie zatrzymała się już, ani nie obejrzała za siebie.

***

Leliel z impetem zerwała się z ziemi. Wokół panowała jeszcze ciemność, na nocnym niebie pobłyskiwała srebrna tarcza księżyca. Przyprawiony był odrobiną pomarańczy, jako że świecił z pełni. Twarz dziewczyny oblewał nieprzyjemny, zimny pot, który spływał po rozgrzanym czole i wywoływał dreszcze. Była brudna i niewyspana. Sen zdawał się być tak realistyczny, może nawet wcale nie spała, ale zapadła w trans? Przyspieszony oddech równoważył się z niespokojnym łomotem serca. Siedziała pod dużym, wysokim drzewem. Ponownie śniła ten sam sen. Objęła dłońmi delikatną twarz. Znowu go straciła. Dlaczego ciągle śniła o nim? Czyżby ją wzywał? Czy to miało jakiś związek z tym, że wracała? Chciała to wiedzieć. Rozejrzała się niespokojnie, jakby właśnie utraciła coś cennego, ukochanego i dawno przez nią oczekiwanego. Raidill drzemał czujnie oparty o zimny głaz stojący na środku polany. Zwykle na takich kamieniach wypisywane były i przytwierdzane małe tabliczki bądź drogowskazy dla podróżnych. Wieczorem czarodziej spostrzegł jednak, że ten kamień miał idealnie czystą gładź. Był to znak, że wycofują się już z terenów ludzi i wkraczają na terytoria bestii, do których żaden człowiek nie odważył się jeszcze zawitać. Raidill miał rację, wędrówka przez wąwóz Pasma Rubieży zajęła im niespełna dobę. To bardzo mało, biorąc pod uwagę dużą rozległość gór, które odcinały im drogę. Nie napotkali również zbyt dużych przeszkód. Jedynie parę górskich trolli wyszło im na spotkanie nocą, jednak nie stanowiły one dużego niebezpieczeństwa dla tak silnej drużyny. Wprawiony w wojaczce Mirr zabijał je kilkoma silnymi ciosami Igglesiola, a czarodziej i Cliff równie dobrze radzili sobie przy pomocy magii. Również Leliel pozbyła się jednego z potworów. Mogłaby nawet przysiąc, że od tamtej pory Mirr zaczął patrzeć na nią trochę inaczej. Czasami widziała w jego oczach troskę, a czasem strach, przed jej tajemniczymi mocami. Pragnęła, by to się zmieniło. Westchnęła. Lasy Tygrysiej Puszczy były ogromną powierzchnią, które otaczały głęboko ukrytą stolicę trigerów, które raczej nie życzyły sobie, by ludzka stopa stawała na ich ziemiach. Trigery wykorzystywały bestie jako naturalną barierę dla wścibskich oczu i uszu. By te, same nie stały się dla nich zagrożeniem, pieczę nad nimi stanowiły złote smoki. Były to niezwykle mądre, jak na zwierzęta istoty, stojąc na pograniczu boskiej i demoniej krwi wybrały drogę czystości i zjednoczyły się z istotami niebios. Pomagają trigerom w ochronie Tygrysiej Puszczy. Leliel znała to miejsce doskonale. Bywała tu nie raz ze swym starszym bratem Varrialgiem. Wszystkie wspomnienia nagle powróciły i z potężną mocą uderzyły w nią niczym morska fala obijająca się o stromy brzeg. Nie, nie chciała o tym teraz myśleć. Oddychała, próbując wyrzucić z siebie to całe zdenerwowanie i strach i zacząć funkcjonować normalnie. Rozejrzała się jeszcze raz. Dwa konie spały obok siebie stojąc, będąc przywiązanymi do drzewa. Nie spostrzegła Cliffa, może to nawet lepiej, wolała go unikać, w szczególności, że on jedyny mógł z nią rozmawiać, a ona nie chciała w tym momencie do nikogo się odzywać. Nawet, jeśli nie mogła tego robić przez pół swego życia. Nie zobaczyła także jego, osoby, którą najbardziej pragnęła teraz ujrzeć. Ogarnęła ją straszna myśl, że przeczucia jej się sprawdzają. Że wszystko było koszmarnym snem, a jego po prostu nigdy nie było. Albo zniknął i nie miał zamiaru wrócić. Nadal go nie widziała. Zasępiła się i utkwiła zrozpaczone spojrzenie w ziemi. W jej oczach przemknęła nuta goryczy, tajemniczości i strachu. Jej twarz jeszcze bardziej posmutniała. Gdzie się podziewasz… Gdy najbardziej jesteś mi potrzebny…? Siedziała pod drzewem w ciszy. Dawno przestała liczyć minuty, straciło to mieć jakikolwiek sens. Nie mogła zasnąć, zbyt wiele uczuć miotało jej się w sercu, by móc zmusić je do spoczynku. Poza tym głowiła się nad tym, gdzie mógł znajdować się teraz Mirr. Wkrótce potem zaszeleściły liście za jej plecami. Jak na zawołanie pojawił się w nich chłopak. Mirr był podejrzanie zaniepokojony, wygramolił się z zarośli i przykucnął koło zaskoczonej dziewczyny. - Wołałaś? - spytał marszcząc brwi. Leliel powoli kiwnęła głową. Zdziwienie zupełnie odebrało jej władzę nad własnymi ruchami. Skąd wiedział? - Usłyszałem we śnie jak wołasz. Stało się coś? - Ton jego głosy stał się znienacka czuły, załamany i drżący. Leliel wpatrywała się w niego tęczowymi oczyma, które niemal natychmiast zaszkliły się i zwilgotniały. Chłopak nie czekał na wyjaśnienia, zdawał się wiedzieć wszystko. Nie były dla niego istotne nic poza tym, że dziewczyna kogoś potrzebuje i nie czuje się zbyt dobrze. Leliel rozpłakała się, zarówno ze wzruszenia jak i strachu przed własną skrywaną tajemnicą. Mirr niepewnie położył dłoń na jej ramieniu, drugą ręką starając się obetrzeć zapłakane policzki i oczy. Łzy okalały jej drobną twarz, wyglądała na zmęczoną i zastraszoną. Miękkie i spokojne ruchy chłopaka dodały jej odwagi, ośmieliły do przytulenia go. Mirr zareagował na to niezwykle spokojnie, zamykając Leliel w opiekuńczym objęciu.…

Postęp podglądu tylko w tej sesji · 0%