Inne · 15 min czytania
TELEFON
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 1
Ten dzień musiał nadejść prędzej, czy później. Norbert myślał jednak, że będzie później. Choć tak wyczekiwał tego dnia, to jednak myślał, że gdy on już nadejdzie, to nie będzie to aż takie wielkie przeżycie, na jakie z pewnością sobie zasłużył. Tego dnia jego życie miło zatoczyć nowe kręgi na orbicie tego zafajdanego życia. Ostatnie tygodnie jakie przypadło mu przeżyć były ciągiem dziwnych zdarzeń nie mających nic wspólnego ze sobą. Każdy, ale to każdy był tak inny od poprzedniego. Już myślał, że w tych kilku ostatnich dniach zgromadziły się wydarzenia całego dotychczasowego życia. Taki ciężar trudno było mu samemu udźwignąć. Tym bardziej, że wiekowo był już zaawansowany i nie rościł sobie żadnych pretensji do bycia Herosem, tym bardziej zdolnym do dźwigania takiego ciężaru. Ale, że był to jego ciężar i nikt nie chciał go od niego uwolnić, niósł go więc na przygarbionych ramionach, jak żelazny pancerz uwierający tu i tam. Nie mógł nikomu się pożalić jak bardzo go uwiera, bo i tak nic to by nie dało, bo gdzie by znalazł takiego głupca chętnego do takiego upokorzenia, tak sobie bez jakiejkolwiek rekompensaty. A cóż on może dać nawet gdyby zgłosił się jakiś frajer. To co by mu powiedział: zabierz mi to gówno z pleców, bo uwiera mnie. Jednak tamten mu odpowie: stary, to nie gówno, to tylko twoje posrane życie, które tak bardzo chciałeś przeżyć jak Bóg przykazał, a wyszło, jak wyszło. Cóż to znaczy, że wyszło jak wyszło? – pogrążył się w zadumie co też ten menel wygaduje. On ma tylko mu ulżyć i zabrać to gówno z pleców i sprzedać, albo nawet dać za friko gdzieś na skupie gówien. Pewnie jest nie sam w takiej sytuacji, więc i gówien jest więcej i musi gdzieś być takie miejsce, bo coś trzeba z tym zrobić. Chwilę zastanawiał się, gdzie takie składowisko może być, ale nic mu nie przychodziło do głowy, bo przecież on, to nie ta klasa, która mogłaby mieć w życiu przesrane dni, inni owszem, ale nie on. U niego zawsze musiało być wszystko cacy. U innych, owszem widział jak marnują dzień za dniem, miesiąc za miesiącem i lata całe, ale on, nigdy. Jego dni musiały być zawsze zaplanowane przynajmniej na kilka dni wcześniej, a nie tak z dziś na jutro. Jego życie przebiegało inną orbitą w taki sposób, że w żaden te jego dni nie mogły się spotkać z tymi innych, bo reakcje byłyby nuklearne, a on by tego nie zniósł. Rozerwałoby go to na strzępy, które by nikt nawet nie wiedział, że to jego członki fruwają w atmosferze. Nie wiadomo by było na kogo by one spadły i jaki skutek by to spowodowało. Nie rozumiał co oni – to ci wszyscy, co byli poza jego planem robią, z tymi wszystkimi dniami, które on by lepiej spożytkował. No, ale nie wyszło mu tak jak planował, bo nie zawsze jego plany były do końca jego, lub prawie jego. Często musiał naginać swoje czynności by posprzątać po kimś, albo za kogoś, a tego strasznie nie lubił, wręcz piekielnie nie znosił. Bo po co on miał to robić za kogoś. Jak ktoś nie mógł sobie ze sobą poradzić, to nich by się zwracał do kogoś innego, ale nie do niego, ciągle zabieganego za swoimi problemami. A tak, przychodził taki z ulicy i mówił mu, wiesz, mam problem taki to, a taki i co o nim sądzisz? A on już ściągał z jego pleców ten nieznany, ciężki problem i przekładał na swoje plecy, często bez podłożenia czegoś miękkiego i po chwili orientował się, że zaczyna go uwierać stając się nie do zniesienia. Ale skoro wziął go, to pewnie teraz i on pozna jego ciężar. A tamten ironicznie śmiejąc się szybko zamknął za sobą drzwi, skutecznie odcinając się od sprzedanego kłopotliwego ciężaru. Teraz niech on się martwi co z tym fantem zrobić, bo za nic nie można go ani zamieść pod chodnik, ani też zostawić go samego sobie. Więc brał te wszystkie śmieci innych, myśląc, jak bardzo im pomaga, nie wiedząc, że to tylko wygodnictwo tamtych i, że to nie były sytuacje, które spadły znienacka, ale wynikły one z głupoty tamtych. Jego świadomość nie dopuszczała jednak takiej myśli, że można być tak głupim, by w takie gówno się pakować, o czym on wiedział mając lat kilkanaście. Teraz przyszedł jego dzień. Dokładnie minie dziś trzy miesiące, jak dał maszynopis do wydawcy, który właśnie na dziś wyznaczył termin co z nim będzie. Albo tak, albo srak – zawsze jakoś być musi, więc wolałby, by było – tak. Bo srak, oznaczało, że jest gówno wart on i te jego wszystkie zaplanowane wcześniej dni, które przyjdzie mu spuścić wraz z rwącym strumieniem spuszczonej w ubikacji wody. Ale nie wszystko jest jeszcze stracone, więc głowa do góry, bo to tylko jego najczarniejsze myśli, oby się mylił, co do swojej myśli, - tak będzie lepiej dla niej i dla niego. Norbert bardzo lubi swoje myśli i właściwie to chce ze swoimi myślami żyć wzgodzie, i to nic, że tak na nie często psioczy, ale to, są to jego myśli, których nie oddałby nikomu, tak je kocha, że w przypływie zazdrości, że mogłyby one iść do kogoś innego, w afekcie zabił by tego kogoś. Ale jak do obecnej chwili nie spotkał takiego śmiałka, a może i głupca, który rozpoznając małość tych myśli nie chciałby mieć nic wspólnego z nimi. Więc czeka teraz na telefon od wydawcy by wybrać między radością, a szumem spływających w ubikacji kartek zapaskudzonych cudzymi sprawami. Coś długo nie słyszy upragnionego dzwonka telefonu, bo przecież na ten dźwięk czeka jak na lek ratujący życie, który nie nadchodzi i śmierć jest już blisko. Ale on czeka, bo wie, że musi czekać, że ten cholerny dzwonek, na pewno się odezwie, bo musi, by jego plany się spełniły, że to tylko jakaś nie przewidziana w jego planach techniczna przeszkoda, a tak w ogóle, to ma być tylko formalność, bo jest pewny, on zna siebie na tyle, by być pewnym, że nie będzie żadnych niespodzianek niezgodnych z jego planami, i, że wszystko będzie oczywiście jego. Cały splendor uwieczniający jego nie przespane noce, samotne dni, bez kontaktów z innymi, spadnie teraz na niego jak grom z jasnego nieba, postawi go w szeregu ludzi szczęśliwych, spełnionych, takich co to jak by chcieli mogliby z góry patrzeć na innych. Ale on nie jest takim co to wspiąwszy się po tej rozchwianej drabinie już z połowy jej wysokości, albo z mniejszej woła na tych na dole „ no i co patałachy, gdzie wasze plany, wasze wysiłki”. On szanuje każdy trud i najchętniej ciągnąłby za sobą tych wolniejszych. Jeszcze tego nie słyszy, tych wołań „jesteś spełniony”, nie chce zapeszać tego co niebawem ma się wydarzyć za jego sprawą. A jak się nie wydarzy to też się nic nie stanie. On wie, że nie jest wielki, ma tylko wielkie marzenia i plany. Wie też, że sprawiedliwym weryfikatorem jest życie, często tych innych. W drugim pokoju słyszy ruch przesuwanych naczyń, którym towarzyszy głos z radia. To wszystko jednak odbywa się jakby gdzieś z daleka, poza nim. Terkot dzwonka telefonu przerwał napięcie jakiego doznawał w tych kilku, a może kilkunastu minutach, sam nie wie jak długo czekał na ten terkot, chociaż zapewne wyobrażał sobie chóralne śpiewy i radosne dzwonki, a nie takie proste terkotanie. Teraz było to takie ważne, przynajmniej tak mu się wydawało, że tak