Ustawienia czytania
Preferencje tekstuŹródło: ustawienia tej wizyty
Motyw

Historia · 19 min czytania

Telefony

Bezpłatny fragment · pierwsze 50%

Późno sierpniowy ciepły lekki wiatr bezkarnie hulał po jedynej ulicy niewielkiego niby-miasteczka leżącego gdzieś na południowych krańcach Polski. Pierwsze opadłe liście, foliowe torebki, kawałki kolorowych gazet walały się po ulicy. Nie było chodnika. Chodnikiem była jedyna w mieścinie ulica, przecież ruch był niewielki. Tylko kilkunastu gospodarzy posiadało własne samochody. Na ogół byle jakie: maluchy, wysłużone duże fiaty, dwa korodujące polonezy i kilka terenówek radzieckiej produkcji. W leżącym całkiem blisko Sanoku widać było powiew zachodniej nowości: volkswageny, mercedesy, toyoty… Ale chociaż te kilkanaście czy kilkadziesiąt kilometrów było tak blisko, to jednak owa mieścina, po której wciąż hulał wiatr, niekiedy nawet mocniej, podnosząc z ulicy niedopałki, była innym światem. Ci złośliwi nazywali ją zadupiem Bieszczad, a skoro według wielu Bieszczady są zadupiem wszechświata (albo chociaż kraju), to rzeczywiście mieszkańcy owego jedno ulicowego miasteczka mogli mieć kompleksy nie tylko wobec sanoczan, ale i wobec mieszkańców Ustrzyk, Zagórza czy Woli Michowej. Ale czy się tym przejmowali? Wątpliwe. Trzeci świat, ich własny świat. Z tak zwaną cywilizacją łączył ich pekaes, kilka kursów w dni robocze i dwa w soboty i święta. Mało, ale wystarczający dużo, by nie było problemu z miejscami siedzącymi. Wielu dziwiło się, jak taka mała mieścina, właściwie wieś, mogła posiadać prawa miejskie. Kolejnym paradoksem był fakt, że mimo statusu miasta nie było ani rady miejskiej, ani burmistrza. Był tylko sołtys, od wielu lat ten sam. Nie miał nawet wsparcia w radzie sołeckiej, chociaż ponoć był to kolejny wymagany organ władczy czy doradzający, który to miał uczynić życie mieszkańców łatwiejszym. Ale przecież ani sołtys, ani jego nieistniejący pomagierzy nie przegoniliby srogiej zimy, nie powstrzymaliby notorycznie wylewającego swe wiosenne wody potoku przed zalewaniem gospodarstw i piwnic. Więc po co taka władza…

Mimo rzeczywistego ubóstwa i niewielkich wymagań mieszkańców owej miejscowości (nazwa jej jest nieistotna, wystarczy, że nazwiemy ją K.), to poza wspominanym wcześniej kursującym autobusem łączącym K. z resztą świata, były jeszcze dwie rzeczy, dwa zjawiska świadczące o docierającej do mieściny cywilizacji. Każdy z domów wyposażony był w telefon. Należy wspomnieć, że wszystkie domostwa wybudowano lub odremontowano na początku lat 50. dwudziestego wieku. Czy w domach zamieszali niewygodni przesiedleńcy, czy przypadkowe ofiary zmian granic po konferencji jałtańskiej, do dziś nie wiadomo… Ale nie było i nie jest to szczególnie ważkie. Gdy dumni wojacy podporządkowani ludowej władzy w końcu poradzili sobie z ukraińskimi partyzantami, to trzeba było jakoś zagospodarować nowe tereny. Niewielu było chętnych, brano więc niechętnych. A że i z tymi drugimi również nie było łatwo, to nie powinno dziwić, że w tych pięknych niskopiennych górach wciąż jest więcej opuszczonych domów i sadów niż tych zamieszkałych. Dzikie jabłonie, czereśnie, grusze nie owocują tak jak przed wojną. Jabłka są małe i kwaśne, często robaczywe, czereśnie właściwie przestały owocować, grusze połamały się od braku pielęgnacji i częstych wichrów. Jeden z takich sadów, kiedyś zapewne dumnie przynoszący niemałe dochody właścicielom, rozpościerał się kilkanaście metrów obok jedynego w K. autobusowego przystanku. Stara zbudowana z białej cegły i luksferów wiata, podniszczona, rdzewiejąca ławeczka i rozkład jazdy. Ten sam od wielu lat. K. nie lubiło zmian, chociaż czas nie stał tu w miejscu. Wszystko było stare, nawet młode szczenięta i kocięta przyjmowały maniery swoich rodziców. Czasem tylko jakiś ruchliwy kocur (najpewniej posiadający w sobie geny żbika) polował na jaszczurki wygrzewające się na poboczu szosy. Widać resztki ze stołu nie dostarczały domowemu drapieżcy dostatecznej ilości białka i wrażeń. A może zbierał siły, by stąd uciec…

Telefony — ponoć linia telegraficzna zaczęła powstawać w momencie, gdy pierwsi przesiedleńcy zaczęli budować swoje nowe domy. Niektórzy odremontowali niszczejące od zakończenia wojny chałupy. Ale pewnie łatwiej i taniej by było, gdyby zamieszkali w nowych. Widocznie nie mogli lub nie chcieli czekać. Może właśnie ci pierwsi osadnicy zostali przesiedleni w środku srogiej bieszczadzkiej zimy. Nie wiadomo… I dlatego linia telefoniczna była rodzajem przekupstwa dla bardziej opornych. Także wtedy uruchomiono pierwsze połączenia autobusowe. Pewnie pierwsze w zdziczałych na nowo Bieszczadach. I tak wygląda w skrócie historia i przystanku, i wszędobylskich słupów telegraficznych.

Dwie atrakcje, dwa prezenty (przekupstwa) od władzy ludowej i kilkadziesiąt lat nic… Brak sklepu, kościoła, szkoły. Nic. Prawie nic. Kilka lat temu, gdy okazało się, że na zdrowiu podupada coraz więcej mieszkańców, zapewne z pieniędzy otrzymanych z jakiejś unijnej fundacji, wybudowano w K. ośrodek zdrowia. Ściągnięto z Sanoka jakiegoś młodego lekarza, właśnie skończył studia w Warszawie i nie był podobno zachwycony wielkim warszawskim światem. Także sanockie realia nie były dla niego atrakcyjne. Przyjął więc wakujące stanowisko. Nazywano go Judymem. Nikt nie nazywał go Marcinem Jasieńskim, nawet jego niemłoda i tłusta pomocnica (w nomenklaturze asystentka), która zajmowała się wszystkim tym, czym doktor Judym nie mógł lub nie chciał. Robiła zastrzyki, mierzyła ciśnienie, sprzątała, wykłócała się z niecierpliwymi pacjentami. Była niezastąpiona. I to dla Judyma, i to dla mieszkańców K., którzy wraz z wiekiem potrzebowali więcej opieki lekarskiej i chwili rozmowy. Widocznie telefony nie wystarczały. Zresztą z kim mieliby rozmawiać, kto miałby stać po drugiej stronie słuchawki? Jakiś sanocki urzędnik, a może jakiś zapomniany krewny. Ale skoro urzędnicy właściwie nie pamiętali o mieszkańcach K. (w czasie wyborów nie mieli gdzie głosować, podobno ma się to zmienić i komisja wyborcza będzie urzędować w nowym ośrodku zdrowia), to po co do nich dzwonić? Jeśli dalecy krewni stali się jeszcze bardziej odlegli niż setki kilometrów, to również telefoniczne pogawędki nie były istotne. Może gdyby w K. mieszkali jacyś młodzi, jakieś nastolatki, to telefon mógłby służyć jako narzędzie do psikusów. Ale młodych nie było. Nie chcieli się rodzić, nie chcieli tu przyjeżdżać. Czasem jakiś zbuntowany turysta, najczęściej ze śpiworem i namiotem, wysiadł z pekaesu na przystanku obok zdziczałego sadu. Ale to było czasem… Skoro więc telefony nie były nikomu potrzebne (wyjątkiem był doktor Judym), to dlaczego nikt z nich nie zrezygnował? Dlaczego wszyscy regularnie płacili abonament? a może nie musieli płacić?

Ani władza ludowa, ani jej sukcesorzy nie skusili się, aby w K. otworzyć jakiś sklep. Nie było więc GS-u ani Żabki. Trzy razy w tygodniu (w poniedziałki, środy i piątki) na przystanek podjeżdżał dostawczy samochód z żywnością i kilkoma gazetami. Chyba że akurat drogi były nieprzejezdne, bo wylał potok lub śnieżna nawałnica dała znać o sobie. Ale nie w sierpniu. Latem zawsze trzy razy w tygodniu około południa podjeżdżał starym żukiem pan Czesio i sprzedawał chleb, sery, pasztety w puszkach i kilka egzemplarzy dzienników. I tak było tym razem. Właśnie gdy ze starego radia rozbrzmiewał hejnał z Wieży Mariackiej, pod przystanek podjechał zdezelowany żuk. Kilkunastu mieszkańców K. posłusznie stanęło w kolejce po biały chleb, pasztet w puszkach czy żółty ser. Pan Czesio jak zwykle był punktualny. Mawiano, że można by ustawiać pod niego zegarki, gdyby miało to jakiekolwiek znaczenie. Gdy pan Czesio podjechał pod przystanek, to na początku nie otworzyły się , o dziwo, drzwi kierowcy, a pasażera. Pan Czesio dla jakiegoś dwudziestolatka zastąpił pekaes. Może nie byłoby w tym nic dziwnego, bo czasem wraz z chlebem i żółtym serem pojawiali się w miasteczku przybysze, którzy na ogół wysiadali z paki dostawczego autka. Ale tym razem ktoś wysiadł z szoferki. Dziwne… Może to ktoś ważny. Ale to niemożliwe. Chłopak wyglądający na dwadzieścia lat nie wyróżniał się szczególnie od innych bieszczadzkich turystów, którzy z rzadka odwiedzali K. Był niedbale, choć kolorowo, ubrany. Jakieś podniszczone zielonkawe dżinsy, sprana fioletowa koszulka z jakimś napisem (wścibska pomocnica doktora Judyma przeczytało go cicho (Goethe niepotrzebnie żył — Werter), czarne trampki i stary plecak ze stelażem. I do tego fryzura — potargane włosy barwy ciemnoniebieskiej. Wielu takich tu widziano. Ale żaden z nich nie wysiadał z szoferki pana Czesia. Ktoś ze stojących w kolejce burknął niby żartem, że to koniec świata. A mająca wtedy przerwę Teresa (pielęgniarka i sprzątaczka w jednym) odpowiedziała, śmiejąc się, że to dopiero początek…

Przybysz podziękował szoferowi, powiedział z uśmiechem białych zębów i ortodontycznego aparatu „dzień dobry” zgromadzonej gawiedzi. Mało kto mu odpowiedział, chociaż wszyscy chcieli… Chłopak zarzuciwszy plecak, tym razem mówiąc „do zobaczenia”, podążył w kierunku końca wsi. Gdzieś na obrzeżach, przy kolejnym opuszczonym sadzie postanowił rozbić swój malutki, jednoosobowy namiot. Takie biwakowanie nie było niczym dziwnym, więcej — to była codzienna bieszczadzka powinność dla takich jak on przybyszów.

Czynny od niemal roku ośrodek zdrowia przeżywał niemałe oblężenie. W kolejce do doktora Judyma było aż sześcioro pacjentów. Cztery kobiety i dwóch mężczyzn, w

Postęp podglądu tylko w tej sesji · 0%
Telefony — czytnik · opowiadania