Inne · 3 min czytania
Ten, któremu wolno patrzeć w śłońce
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 1
"ten, któremu wolno patrzeć w słońce"
Plaża była naszpikowana kolorowymi głowami ciasno jedna koło drugiej i śmiesznie przypominało to krawiecką poduszeczkę z nawtykanymi kolorowymi szpilkami jeżeli patrzeć na to z góry, ze stanowiska widokowego nad plażą, usytuowanego na wydmie rzadko porośniętej zdecydowanymi na wszystko roślinami i krzakami. Schodząc jednak w dół, wrażenie to rozpływało się i widać było jak na brzegu, obmywanym raz po raz przez niecierpliwe fale przypływu, bawią się dzieci budujące zamki z piasku pod troskliwym okiem rodziców - przeważnie ojców, bo matki zachłannie korzystały z chwil swobody by opalać się raz z jednej strony, raz z drugiej.
Wszystko było normalne aż do chwili, gdy zjawił się dziwny wędrowiec. Szedł po skośnym brzegu jak gdyby kulejąc i podpierał się na grubej lasce osobliwej tym, że była - biała. Ubrany był w biały podkoszulek (no, już nie całkiem biały) spod którego wystawały niegdyś muskularne, no teraz wychudzone ramiona i ręce, całe w tatuażach, niemal niewidocznych na tle opalenizny tak silnej, że aż prawie czarnej. Tak samo ciemna była jego twarz zwrócona do słońca.. Można by nazwać tego wędrowca "tym, któremu wolno patrzeć w słońce". Bo jemu już nic nie mogło zaszkodzić słońce, którego nie widział.
Szedł po brzegu i lekko się uśmiechał - do wiatru i palących promieni słonecznych, do dzieci, które schodziły mu z drogi skwapliwie przywoływane przez…