Akcja · 13 min czytania
TENEBRIS
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 1
http://www.sklep.af.com.pl/pl/p/TENEBRIS-Remigiusz-Koczy/10348
Martwy! Ludzie bez oczu są martwi. Mirski i Mareczek twierdzili, że widzę różnicę między żywymi a martwymi. Kiedy skończyłem opowiadać własną historię, powtórzyli to jeszcze raz. Oczy, lampa, ciemność, śmierć. Według ich teorii każda istota ludzka na tej ziemi przez wybranie nieprawości pozbawiła się życia. Mirski wyłuszczał, że człowiek to nie tylko ciało i dusza, ale także duch, dzięki któremu możliwa jest relacja z Bogiem. Martwy duch to brak tej relacji. To tak, jakby człowiek miał telefon komórkowy bez naładowanej baterii. Nie ma zasilania, nie można zalogować się do sieci i tyle z rozmów. Martwy człowiek jest niewolnikiem nieprawości, stwierdził Mareczek, dlatego o wiele łatwiej czynić mu zło, niż dobro. W lustrze łazienki zobaczyłem własne oczy. Właściwie ich brak. W oczodołach dwa nieruchome kratery pełne mroku. Nie różniłem się od tych wszystkich ludzi, którzy przerażali swoim trupim wyglądem. Nie chciałem z nimi mieć nic wspólnego, budzili zgrozę. Niechęć czułem także do Elizy. Teraz okazało się, że niczym od nich się nie różnię. Dziecko z banku, Mareczek i Mirski byli inni. Mieli normalny wzrok! Czy zatem Gabriel miał rację, twierdząc, że przyczyną takiego stanu rzeczy jest, jak to ujął, bunt przeciw Stwórcy? Obaj namawiali mnie, bym z tego buntu zrezygnował, bym ukorzył się przed Bogiem, uwierzył w dzieło Jezusa i dał się uratować. Siedziałem w rogu pokoju, schowany za łóżkiem, z niechęcią zerkając w stronę łazienki. Okej, zakryję lustro i jakoś sobie poradzę. Bez odświeżenia i spłukania brudu, zarówno tego fizycznego, jak i mentalnego, nie ruszę z miejsca. Zdjąłem koszulkę i trzymając ją w wyciągniętych przed siebie dłoniach, wszedłem do łazienki. Przypomniał mi się pewien przesąd, który w domu dotkniętym śmiercią nakazywał zasłonięcie wszystkich luster… Cholera, szlag by trafił przesądy! Wlazłem pod prysznic i dotknięty schizą udawałem, że nie zerkam na zasłonięte lustro. Wykąpałem się, intensywnie myśląc, co dalej. Co dalej? Jak przystało na wywiadowcę, szpiega, agenta musiałem stawić czoło wezwaniu. Położyłem się wygodnie na łóżku, pod lewą dłoń położyłem mapę, palcem wskazałem Emów. Chciałem znaleźć się na ulicy Nadwiślańczyków. Pod prawą ręką położyłem zdobyte u uśmiechniętej właścicielki pensjonatu kartki, w palce złapałem długopis. Byłem gotowy. Odgoniłem sprzed moich oczu kotłujące się obrazy. Wyrzuciłem z głowy myśli o własnych oczach. Potrzebowałem odprężenia. Rozluźniłem czoło, mięśnie karku, barki, plecy, brzuch, uda, łydki i stopy. Głębokie, powolne, miarowe oddechy… Poczułem pęd powietrza. Rzuciłem się w ten ruch, który porwał mnie niczym pędzący pociąg. Dałem się nieść przez chwilę, po czym pęd nagle ustał. Spodziewałem się zobaczyć las, jasny sześcian prostego budynku i szlaban, ale mój transport wyhamował w środku sporego gabinetu. Stałem tuż przed szarym sejfem. Nieprawdopodobne! Spodziewałem się przedzierania przez kolejne bariery, przenikania przez ściany, omijania zabezpieczeń, a tu lokalizacja doskonała. Prosto w dziesiątkę. Panie, panowie, oklaski proszę! Gabinet urządzono na bogato. Skórzane fotele i kanapa, mahoniowy stolik, barek, biurko o rozmiarach piłkarskiego boiska, fotel z wysokim oparciem. Na blacie biurka laptop, notatnik, parker. Obok dębowa szafa, wielgaśne godło na ścianie. I sejf… Zbliżyłem się do pancernego mebla i wyciągnąłem dłoń, by wniknąć do jego trzewi. Spoczywające tam dokumenty na odległość łaskotały zwoje w mojej mózgownicy, drażniąc i prowokując. Palce prawej dłoni wniknęły w szarą stal i wtedy pojawiło się dziwne odczucie niepokoju. Zerknąłem w bok i wtedy niewidoczna gwałtowna siła rzuciła moje eteryczne ciało o przeciwległą ścianę. Odczułem fizyczny ból, którego nie mogło przecież być. W pobliżu sejfu pojawiła się mglista poświata. Oniemiałem. Poświata rozjarzyła się intensywniej. Dawne czasy wracały. Pojąłem, kto to: Opiekun! Łaskotanie przerodziło się w ukłucia tysiąca szpilek. Opiekun… – Jestem – szepnąłem słabo – Szymon Piotroski. Liczę na twą łaskę, panie. Pięć lat temu dostąpiłem zaszczytu, kiedy pozwolono mi stanąć pośród Opiekunów. Zostałem oświecony i wprowadzony w nowy wymiar. – Choć moje ciało znajdowało się daleko, czułem, jak mocno drży. –Wprowadzono mnie do Sanktuarium. – Zerknąłem na sejf. – Pozwól mi, panie, dotknąć czegoś, co znajduje się w tym sejfie i co kiedyś należało do mnie. – Wiem, że byłeś w Sanktuarium – zabrzmiał niski pomruk. – Chcesz zapisu z tej wizyty. – Tak, panie. – Czułem, że muszę zaskarbić sobie przychylność obecnego przy mnie bytu. – Wiele lat temu zostałem źle potraktowany przez współplemieńców. Zagubiłem znaczną część własnego życia i pragnę je odzyskać. Potrzebuję napełnienia wiedzą i miłością, jaką Opiekunowie darzą ludzkość. – Dziś jesteś nieczysty. – Panie, jak się pokalałem? – Twoje myśli nie są wolne od wątpliwości. Musisz usunąć strach wywołany złą energią i uwolnić umysł, ciało oraz ducha od wiążących cię ograniczeń. Nosisz ślady wrogów pokoju. – Kim są wrogowie? – To część ludzkości, która traktuje Opiekunów jako zło. Są pokalani przez niewiarę w pojednanie z Wszechświatami. – Panie, moje uzdrowienie jest w rękach świetlanych Opiekunów, możesz mnie oczyścić, wpuszczając do Komory Światła. Wiem, że jeśli zechcesz, uzdrowi mnie to i da nowy początek. Potrzebuję waszego współdziałania. Tylko Opiekunowie potrafią dać ludzkiej rasie głębokie zrozumienie świadomości. Pragnę zjednoczenia z boską energią Opiekunów, dostrojenia do wyższych częstotliwości. Wiem, że jeśli tylko zechcesz, wprowadzisz mnie w wyższy wymiar. Jest wiele Wszechświatów, pozwól poznać moc waszego, by spłynęło na mnie pełnią odnowienia. W świetlistej mgle zobaczyłem zarys postaci. – Unieś się na pokład naszego statku – usłyszałem. – Daj przepłynąć energii przez jaźń. Musisz odrzucić stare karmniczne wzorce, by otworzyć się na nową koncepcję postrzegania. Nasza energia otwiera umysł, zmienia zachowania, wyprowadza z ograniczeń, tworzy połączenia neuronów w niewykorzystanych sferach…