Ustawienia czytania
Preferencje tekstuŹródło: ustawienia tej wizyty
Motyw

Erotyka · 41 min czytania

Tequila (2)

Bezpłatny fragment · pierwsze 50%

Brak kontroli nad sytuacją – to najgorszy z koszmarów płatnego mordercy. W naszym fachu brak wypływu na przebieg wydarzeń oraz niespodziewany obrót spraw, to co najmniej szybka śmierć. Jeśli brak kontroli wynika z nieprzygotowania, braku doświadczenia, pułapki czy roztargnienia, to można winić jedynie samego siebie – wszystkie sytuacje mają dużą, ale jednak ograniczoną, liczbę możliwych scenariuszy. Jest jednak taki stan, nad którym nie da się zapanować, a który dla nas może być tragiczny w skutkach – choroba. Zrozumiałe jest więc, że tego dnia wstałam niechętnie, łudząc się jeszcze, że ból głowy, gardła i katar to efekt alergii na właśnie zakwitające kwiaty. Nie mogłam przełknąć śniadania, ledwo wypiłam kubek mocnej herbaty, co nie uszło uwadze Brzytwy. Zanim odniosłam do kuchni nietkniętą jajecznicę, w willi pojawił się lekarz i szybko zawyrokował: grypa. Nie wiem, jak można rozchorować się w środku lata. Nie wiem też, dlaczego na tę przypadłość nie ma innej rady, jak leżenie w łóżku – skoro na wiele innych chorób są antybiotyki i pastylki?! Lekkim drinkiem z whisky popiłam garść leków i wróciłam do swojego klaustrofobicznego pokoju. Popołudniu obudził mnie zapach świeżego rosołu – gotowanego na mięsie i z prawdziwymi warzywami, nie ze sztucznej kostki czy torebki. Sam zapach sprawił, że poczułam się lepiej, dopiero po chwili przywołał konkretne wspomnienia, do których uśmiechałam się szeroko – był to efekt gorączki i wynikającym z tego powodu braku kontroli. Do pokoju zupę przyniosła mi kucharka, przez chwilę wydawało mi się, że jedzenie tego rosołu tylko mi się śni – gorączka wcale nie ustąpiła i mieszała moje wspomnienia ze świadomością.

Dostałam niespodziewane zadanie, podobno trywialne i wręcz przyjemne. Spodziewałam się jakiegoś młodego biznesmena, albo starego cwaniaka, który wstąpił na niebezpieczny teren, ewentualnie banalnego przestrzelenia kolana czy dłoni u małego oszusta. Szczegóły miałam otrzymać od jednego z pracowników, czekającego pod wskazanym adresem. Pogoda tamtej jesieni sprzyjała producentom leków na grypę i suplementów wzmacniających odporność, nawet zaciekli wielbiciele deszczu mieli go dość i zniecierpliwieni oczekiwali pierwszego śniegu. Mknęłam więc szarymi ulicami, mijając szare bloki, szarych ludzi i szare pojazdy w okolicy. Zaparkowałam pod jednym z wielu wielkopłytowych budynków na osiedlu, wyjęłam telefon aby raz jeszcze sprawdzić poprawność adresu i sposób dotarcia do celu. A wbrew pozorom nie było to łatwe – dwie windy, jakieś ukryte drzwi, kody – w tej okolicy nikt nie spodziewałby się tajnej firmy (gdyby miejsce było jedynie przykrywką, albo podstawionym punktem spotkań, nie wyróżniałby się niczym, od zwykłego mieszkania). Weszłam na klatkę – wybita szyba w drzwiach, kolorowe szkło i niedopałki na ziemi, a także specyficzny zapach natychmiast wprowadziły mnie w klimat okolicy, dopełniany dudnieniem basów z któregoś z mieszkań. Drzwi na parterze uchyliły się, zza łańcucha wyglądała na mnie niska, wątła postać. - Zajebiście. – syknęłam sama do siebie. Poruszanie się utrudniały mi okulary przeciwsłoneczne, których nie miałam zamiaru zdejmować, zwłaszcza będąc obserwowaną. Spojrzałam na drzwi windy i ruszyłam w kierunku schodów. - Bez meldunku nie można… - usłyszałam głos zza uchylonych drzwi. Stanęłam w pół kroku i odwróciłam się powoli. Pani miała minę bardzo zaciekawioną połączoną ze złowrogim uśmieszkiem, który pewnie miał mnie odstraszyć. Uśmiechnęłam się równie złośliwie i delikatnie podniosłam połę skórzanej kurtki, zza której błysnęła Beretta. Smuga światła z przedpokoju kobiety szybko zniknęła, a drzwi zamknięto chyba na 12 zamków. Na drugim piętrze rozejrzałam się za mieszkaniem numer 13. Wciskając dzwonek zanotowałam w pamięci, aby wyrzucić rękawiczki, które miałam na dłoniach, zaraz po opuszczeniu tego miejsca. Ku mojemu zdziwieniu drzwi same odskoczyły, sterowane elektronicznym zamkiem, kątem oka dostrzegłam niepozorne miejsce, z którego odpadł tynk, a w nim bardzo dobrze ukryte, miniaturowe oko kamery. Za drzwiami znajdowała się winda. Jednak zupełnie inna niż ta z parteru – jedynie podłoga nie była pokryta lustrem. Byłam pewna, że za zwierciadłami również znajdują się urządzenia przesyłające obraz gdzieś dalej. Jechałam dość długo, na oko mogło to być 8 lub 9 pięter. Wysiadłam na korytarz, który nie różnił się wystrojem od windy – marmurowa posadzka, przyćmione światła i lustra na całej długości. Na jego końcu znajdowały się ciężkie, drewniane drzwi. - Agentko Tequilo… - usłyszałam po przekroczeniu progu. Stanęłam zdziwiona, przede wszystkim dlatego, że mówił to nasz firmowy lekarz, po drugie pomieszczenie w którym się znalazłam zrobiło na mnie ogromne wrażenie: ciepłe drewno, obrazy, rzeźbione meble, ciężkie kotary w oknach. Pokój nie był zamknięty, ale ściany, meble i kolumny dzieliły przestrzeń i zasłaniały wiele zakamarków. Całość przypominała wnętrze dworku myśliwskiego, ciężko było uwierzyć, że to piętro bloku z wielkiej płyty. - Witam doktorze… - odparłam niepewnie. - Czy umiesz gotować rosół? - Słucham…?! – wykrztusiłam. Przez chwilę myślałam, że to jakiś podstęp, albo hasło, ale po kilku sekundach wszystko się wyjaśniło. - Tak myślałem. – przyłożył telefon komórkowy do ucha i kontynuował rozmowę. – Za godzinę przyjedzie tu ktoś z lekami i jedzeniem. –zwrócił się do mnie - To zapalenie oskrzeli, ważne, aby pacjent się nie przemęczał, ani nie chodził po przeciągach. Ważne, żeby podawać antybiotyk co 6 godzin. I proszę… - spojrzał z nad okularów pakując jakieś papiery do swojej typowo lekarskiej teczki - …choć wiem, że to na nic, aby nie pił alkoholu. Przynajmniej przez 24 godziny od pierwszej dawki. No chyba, że chce zniszczyć sobie wątrobę. Gorączka może się utrzymywać, sam będzie wiedział, czy chce ją zbijać czy nie. W razie czego wiesz, gdzie mnie znaleźć. Przyjadę za trzy dni sprawdzić jak się sprawy mają. – stanął gotowy do wyjścia. – Widzę, że nadal nie rozumiesz. Trzeba się zająć chorym agentem, wyznaczono ciebie. Resztę szczegółów zna pacjent, więc jego możesz prosić o wyjaśnienia. Do widzenia. – ukłonił się i wyszedł. Otaczała mnie cisza. Wydawało mi się, że słyszałam ogień w kominku i jakąś delikatną muzykę, ale ta ostatnia mogła dobiegać z innego mieszkania. Podeszłam do okna, żeby sprawdzić otoczenie. Widok na osiedle, ale i na duży kawałek miasta z góry. Zdecydowałam, że ściąganiem pomysłów i badaniem terenu zajmę się później. Ten pacjent musiał zaleźć Szefowi za skórę, jeśli ja miałam się nim zajmować. Sama ostatnio byłam bardzo grzeczna, nie rozumiałam więc całej tej kary – bo właśnie tak odbierałam to zadanie. Jeśli odgłos palonych polan był prawdziwy, to właśnie przy kominku powinien znajdować się chory – w końcu miał się wygrzewać. I nie myliłam się. Pokój z kominkiem był bardzo dużą sypialnią, na środku której stało ogromne łóżko – przodem do ognia i tyłem do drzwi. Weszłam spokojnie, starając się nie przeklinać pod nosem z zazdrości (nawet bez testowania wyglądało na wygodne), obeszłam mebel na około i stanęłam zaskoczona widząc swojego podopiecznego. Właściwie mogłam to przewidzieć, nie wiem kogo innego się spodziewałam. - Shot…? – szepnęłam z niedowierzaniem, choć sprawa była jasna. Otworzył oczy, które zdradzały temperaturę i dezorientację, ale także błysk satysfakcji? - La… Lekarz ci wszystko wyjaśnił…? - Tylko kwestie twojego leczenia. – rzuciłam obojętnie, z lekkim zniecierpliwieniem. - Dostajesz stawkę od zlecenia ochrony, to i tak więcej niż gdybyś siedziała w domu. A przynajmniej masz towarzystwo… - …i przyjemniejsze otoczenie. – rozejrzałam się dokładniej. Brakowało tylko roześmianych, rodzinnych zdjęć i psa śpiącego w nogach łóżka. - Przeprosiłbym za bałagan, ale w porównaniu z twoim apartamentem… - oboje uśmiechnęliśmy się złośliwie. - Doktorek zalecił odpoczynek, zero alkoholu i rosół. - Rosół…? - …widzę, że komputer masz przy sobie, więc pozostaje mi tylko spytać gdzie masz telewizor z kablówką, pozwolisz, że tam się ulokuję? - La, chyba nie myślisz, że dam ci oglądać telewizję? Mamy trochę spraw do omówienia. – dodał poważnie, spoglądając jednak zdradziecko w kierunku moich pośladków. - To ty chyba nie myślisz, że Szef przysłał mnie tu aby cię zaspokajać… - Ja mu kazałem. – wstał z łóżka. Poczułam coś dziwnego patrząc na potargane włosy, kilkudniowy zarost, bokserki i wymięty t-shirt – do tej pory zawsze miał na sobie garnitur, często płaszcz. To było dziwne, ale przyjemne zarazem – inne, normalne? - Ciekawe. – starałam się jeszcze zachować pokerową twarz, ale ciepło w dole brzucha rozlewało się coraz bardziej i sprawiało, że przyszłe wydarzenia stawały się nieuchronne. - Powiedziałem mu, że… - stanął tuż obok, czułam jego oddech na szyi, dreszcz nim wywołany doszedł prosto do kolan. - …przekonam cię do nowego zadania... – stał z tyłu, powoli ściągając ze mnie skórzaną kurtkę, szelki z bronią, rozpinając guziki dżinsów - …ale potrzebuję na to trochę czasu… - Jakiego zadania… - nawet nie myślałam o tym co mówię, nie słuchałam jego odpowiedzi, nie próbowałam panować nad własnymi odruchami, zwłaszcza, że zaraz ktoś z firmy miał się tu pojawić… Pierwszy raz mogłam podziwiać jego ciało i robiłam to tak, jakby miał to być równocześnie ostatni . Ręce. Ramiona. Zarysowane mięśnie, napinające się pod skórą przy każdym ruchu, czułam dotyk na swoim ciele widząc równocześnie ten mechanizm. Kark, szyja, pulsujące miejsce, tors, plecy… Gładka, delikatna skóra. Wrażliwa na dotyk, ukrywająca pod sobą stalowe, wyrzeźbione tkanki. Blizny – po kulach, otwartych złamaniach, operacjach. Fascynujące. Mające swoją historię, kryjące doświadczenie, ból, błędy i ilość szczęścia, jakiej trzeba było do przeżycia. Wtedy poczułam, że chcę znać te historie. Wszystkie. Poczułam równocześnie, że nigdy ich nie poznam. Że zawsze pozostaną jedynie domysłami. Kim był? Próbowałam uciszyć te pytania. Skupić się, bawić. Te silne ręce zaciskające się na moich udach, potem wyżej… Skąd był? Ciepło bijące od jego ciała… Jak trafił do Grupy? Usta całujące moje piersi, brzuch… Ile miał lat, gdy do niej trafił? Język… pępek… uda… sutki… Kim byli jego rodzice? - Patrz na mnie, La… Jak miał na imię? Ucisk, lekki ból, niewyobrażalna przyjemność, poczucie spełnienia… - Widzisz mnie, La? – jego głos i wzrok, od gorączki, leków, podniecenia, miękki, ledwo słyszalny, z nutką błagania. Czego on ode mnie chciał? Czemu ode mnie? Mój krzyk zagłuszył pytania w mojej głowie. Tlen przywrócił panowanie nad sobą i myślami. Leżeliśmy nadzy na dywanie, wśród rozrzuconych ubrań, patrzyliśmy w sufit łapiąc oddech. Z tego stanu wyrwał nas dźwięk dzwonka, jak się domyśliłam – z mieszkania nr 13.

- Naprawdę nie umiesz gotować rosołu? – spytał oddając mi pusty talerz - Nie. - A cokolwiek innego? – patrzył z lekkim niedowierzaniem. - Widziałeś w moim mieszkaniu coś więcej poza mikrofalówką i czajnikiem elektrycznym? Poza tym do wódki wystarczy chińczyk albo pizza. Było coś smutnego w jego oczach. - Obok jest druga sypialnia… - zaczął poważnie - …pilot do plazmy leży na stoliku. Ręczniki są w łazience. - Dzięki. Słyszałam, że poszedł pod prysznic. Miałam czas, żeby rozejrzeć się po ogromnym mieszkaniu. Wbrew pozorom nie było przeładowane. Podobało mi się. Znów pojawiały się pytania: czy sam je urządził? Czemu tak? Nie znam się na sztuce, nie potrafiłam i nadal nie potrafię docenić wartości obrazów, rzeźb, fresków na ścianach, antyków – jeśli są użyteczne, to są ładne, a większość rzeczy wiszących na ścianach tego mieszkania poza wiszeniem nie miała zastosowania. Mała łazienka wywołała uśmiech wyższości na moich ustach – to jedno miałam lepsze w swoim apartamencie. Wzięłam szybki prysznic i postanowiłam sprawdzić, czy Shot czegoś nie potrzebuje. W jego pokoju było ciepło, pachniało palonym drzewem i męskim żelem pod prysznic. Shot spał. Krople potu na jego czole zdradzały gorączkę. - Zostaniesz ze mną? – spytał słabo, gdy pochylałam się, aby poprawić mu kołdrę. - Tak, tuż za ścianą. - Nie. – złapał mnie za rękę – Czy zostaniesz ze mną tutaj…? Gdybym wiedziała, że te trzy noce będą jedynymi, jakie spędzimy razem – śpiąc obok siebie i budząc się rano – starałabym się je lepiej zapamiętać, lepiej wykorzystać… Lub być może właśnie wcale bym ich nie poprawiła. Nie budziłabym jednak w sobie nadziei i tęsknoty, że być może gdzieś, kiedyś to się powtórzy. Że być może tak już zostanie.

Gorączka wywoływała u mnie słabość. Czekając na działanie paracetamolu popitego czystą wódką, próbowałam powstrzymywać łzy. Czy to jeszcze byłam ja? Jak doszło do tego, że z zimnej, wyrachowanej i idealnie wyszkolonej agentki stałam się słabą, emocjonalnie reagującą… kobietą? Nie. Nie zmieniłam się. Jedno nie wykluczało drugiego, dopóki… No właśnie. Mogłam sobie płakać przez Shota, mogłam sobie tęsknić i nazywać te uczucia, które wywołują myśli o nim. Równocześnie mogłam pociągać za spust bez mrugnięcia okiem celując do dziecka, rozkochiwać w sobie ofiary, bawić się nimi i torturować. Do czasu, w którym na miejscu ofiary nie pojawi się Shot. Czemu przyszło mi to do głowy? Czysto hipotetycznie, gdyby uznano go za zaginionego, martwego czy straconego dla akcji, ja decydowałabym o dalszych działaniach. Nawet, gdyby się później odnalazł. A wtedy… Próbowałam przypomnieć sobie te czasy, gdy Shot po prostu mnie fascynował, uczył i pokazywał nieznane dotąd ścieżki, ale nie był mi niezbędny do życia… Kiedy nie bałam się niczego. Teraz się boję. Życia. Życia bez niego.

Ze snu wyrwał mnie zbyt głęboki sen – nie pamiętam, kiedy wcześniej mogłam pozwolić sobie na taki beztroski odpoczynek. Po kilku sekundach wróciła świadomość miejsca, czasu i towarzystwa. Odwróciłam głowę i zobaczyłam, że Shot już nie śpi. Uśmiechał się i delikatnie zacisnął palce na mojej dłoni. Nie wyglądał jak okaz zdrowia, ale na pewno lepiej niż poprzedniego wieczoru. - Jak się czujesz? - Cudownie. – odparł, ale chyba nie miał na myśli własnych oskrzeli. - Muszę zapalić. – chciałam wstać, ale przytrzymał mnie. - Zaczekaj… - przytulił się do moich pleców. Czułam, jak całuje mój kark i szyję – inaczej niż zwykle, delikatniej, czulej. Dlatego, że mieliśmy więcej czasu niż zazwyczaj? Jego dłoń delikatnie przesunęła się wzdłuż mojego ciała – od biodra, przez talię, ramię, aż do szyi, później zboczyła w kierunku biustu. Był tak blisko. Był tak bardzo. Czułam jak powoli, ale stanowczo przeciąga palec po moim kręgosłupie, nie zważając na dreszcze i westchnienia, jakie wywoływał. Pochyliłam głowę jeszcze bardziej odsłaniając swój kark, na którym chwilami zaciskał swoją dłoń. - Nigdy nie robiliśmy tego o tej porze… - szepnął mi do ucha. - Nigdy nie robiliśmy tego w łóżku. – dodałam, próbując zapanować nad drżeniem głosu. Słyszałam, że się uśmiechnął. Poczułam jego zdecydowanie ręce łapiące moje biodra, a po chwili ten cudowny ucisk między nogami. Czułam jak powoli dotyka punktów, o których istnieniu i działaniu nie miałam pojęcia - w tej pozycji były podrażniane najintensywniej. No i fakt, że wszystko działo się powoli, tak, że czułam wszystko, każdy kolejny, zagłębiający się we mnie milimetr. Dotarł głęboko, daleko, tak, że dalej już się nie dało. To uczucie nie do opisania, nie do opanowania – kiedy wiesz, że już większej przyjemności nie zniesiesz, że umrzesz z rozkoszy po przekroczeniu tej delikatnej granicy, którą wyznacza twoja fizyczność. Sterował moimi biodrami, nabijając mnie na siebie i powoli zwiększając tępo – na tyle powoli, bym mogła nadal rozkoszować się chwilą. Wszystkie dźwięki, jakie z siebie wydawałam, były odruchami, westchnieniami, jękami – reakcją łańcuchową na jego działania. Czułam zbliżający się koniec, spełnienie – większe i silniejsze, niż każde poprzednie. Słyszałam jego oddech, westchnienia, słyszałam coraz szybsze bicie serca. - Krzycz. – rozkazał. Jęknęłam głośniej. Nagle przestał się ruszać. – Jesteśmy tu sami, nikt nas nie usłyszy. Przez chwilę jesteś wolna... naprawdę wolna… – Nie wiem czemu to mówił, skoro to wiedziałam. Ale zadziałało. Nie wiedziałam, że jestem zdolna do wydawania tak głośnych odgłosów. Że nie potrafię nad nimi panować. Bałam się tego. Bo to ON mnie do tego doprowadzał. Od zaciskania pięści miałam rany w dłoniach od własnych paznokci. Od krzyku opuchnięte gardło. Od orgazmu tętno przekraczające wszelkie dopuszczalne normy.

- Myślałaś kiedyś jak wyglądałoby twoje życie, gdybyś nie trafiła do Grupy? – leżeliśmy w skotłowanej pościeli jedząc pizzę z podwójnym serem i salami. - Nie. - Poważnie? Nie myślisz kim byś była? Może miałabyś rodzinę, pracowała w sklepie, wracała do domu pełnego dzieci… - skrzywiłam się i spojrzałam z lekkim powątpiewaniem w jego całkowicie spokojne oczy. - Gdybym nie trafiła do Grupy zapewne już bym nie żyła. - No ale wiesz, może znalazłby cię ktoś inny? Dom opieki, policja, może poznałabyś kogoś… - Znalazłby mnie alfons. Albo diler. Albo dwa w jednym. Zaczęłabym ćpać i puszczać się, nadal mieszkałabym na dworcu. Z domów opieki, aresztów i rodzin zastępczych uciekałabym do skutku. Nie wiem po co roztrząsać sytuacje, na które nie mamy wpływu i być może nigdy nie mieliśmy. – zamilkliśmy. - A gdybyś miała wybór, gdybyś wiedziała jak potoczy się twoje życie, nie żałowałabyś, że jesteś tym kim jesteś? - A ty żałujesz? – patrzyliśmy sobie w oczy. W jego widziałam jakiś smutek, żal, niepewność. - Coś za coś, La. – odparł szeptem. Nie przywiązywałam wtedy wagi do jego słów. Jeszcze nie rozumiałam, co to znaczy. Domyśliłam się, że on miał wybór. Że zdecydował się na bycie zabójcą mimo innych, równie atrakcyjnych opcji do wyboru. I że pewnie za każdym razem, gdy siedzi sam w tym wielkim mieszkaniu, albo gdy prowadzi kolejną akcję udając przyjaciela rodziny, żałuje i rozmyśla, co by było gdyby? Czy stawia się na miejscu tych nieświadomych ludzi? Czy widzi się jako pracownik korporacji? - Dobrze. – rzucił pudełkiem po pizzy na ziemię i odwrócił się w moją stronę trzymając w ręce laptopa. – Czas przejść do interesów. – otworzył monitor i moim oczom ukazało się zdjęcie bardzo atrakcyjnej dziewczyny: ciemne włosy, ciemne oczy, śniada karnacja. Wszystko w idealnych proporcjach lekko podkreślone makijażem. Idealna sylwetka z wcięciem w talii, biustem i wydatnymi biodrami. Czemu pokazywał mi to zdjęcie? Czy może wpatrywał się w nie całymi dniami i zapomniał wyłączyć? Poczułam ukłucie zazdrości, ale zachowałam emocje na wodzy. – To jest Mocca, rekrutka ostatniego roku. Aspiruje do mojej sekcji. – czułam napływające ciepło do twarzy. Czyli jednak. Moja zmienniczka? Następczyni? Niewiarygodne. – La, słuchasz mnie? – skinęłam głową. – Tutaj są jej akta, osiągnięcia, wyniki, badania, testy, wszystko co powinnaś wiedzieć. - Ja? – oderwałam wzrok od ekranu i spojrzałam na niego. - Ty. Będziesz ją szkolić. - Co?! – no nie. Tego już było dla mnie za wiele. Nie mialam aż tak dobrych kwalifikacji ani doświadczenia, żeby szkolić kogoś w jakiejkolwiek dziedzinie. Jedyne co przyszło mi do głowy, to własne, chore zachcianki Shota, żeby stworzyć nową wersję mnie: lepszą i ładniejszą, bardziej posłuszną i zawsze pod ręką… - Wiedziałem, że ci się to nie spodoba. - Doprawdy, nie wiem skąd ci to przyszło do głowy…? – rzuciłam z ironią i wstałam z łóżka szukając szlugów. Shot westchnął i kontynuował spokojnie. - Mocca ma pewne problemy z cierpliwością. I gadatliwością. Musimy ją sprawdzić i podszkolić… - Ja wam nie bronie, tylko kurwa nie rozumiem, co ja mam z tym wspólnego! - Twój profil psychologiczny… - Przestań mi pieprzyć o profilach! Za co to kara, co? Może chcecie mnie sprawdzić?! Jak się nie nadaje, to nie można, kurwa, powiedzieć normalnie, tylko jakieś suki mi podstawiać?! – zapaliłam papierosa i stanęłam krzyżując ręce naprzeciwko leżącego na łóżku Shota. - La, uspokój się i posłuchaj przez chwilę… - widział jak bardzo byłam wściekła, pewnie się tego spodziewał, ale jego głos: stanowczy i spokojny, działał na mnie wyciszająco. - …masz rację, Szef również chce sprawdzić, jak poradzisz sobie z drugim agentem. To trudne zadanie. Wyzwanie. Odpowiedzialność wzrasta do maksimum. – patrzył, jak z zaciętym wzrokiem zaciągam się i strącam popiół na jego kremowy dywan. – Ta mała jest krnąbrna. Ma zdolności. Talent. Świetnie ją wyszkolili w ochronie, bo tam chcieliśmy ją skierować. – kolejny buch i kolejny czarny pył ląduje na dywanie śledzony wzrokiem Shota. - Więc czemu, kurwa, nie może tam zostać?! – dostrzegłam butelkę czystej, którą wczoraj przyniosłam sobie do pokoju, i ruszyłam się po nią. Shot cały czas patrzył na…

Postęp podglądu tylko w tej sesji · 0%