Ustawienia czytania
Preferencje tekstuŹródło: ustawienia tej wizyty
Motyw

Erotyka · 1 godz. 24 min czytania

Tequila (3)

Bezpłatny fragment · pierwsze 50%

[c.d.] Świtało już. Zastanawiałam się, czy Shot już relaksuje się w buissness class, czy jeszcze zbiera jakieś informacje… Zauważyłam jednak, że proporcjonalnie do ilości myśli o nim, mocniej zaciskam ręce na kierownicy. Spojrzałam na zegarek. Siedząc w samochodzie zaparkowanym naprzeciwko wjazdu do garażu zastanawiałam się czy w ogóle mam na co czekać. Jednak o umówionym czasie z apartamentowca wyszedł cel prowadzony przez… Moccę? Ledwo ją poznałam: obcisła sukienka podkreślająca kształty, wysokie szpilki i wyzywający makijaż różnił się diametralnie od wcześniejszych ciemnych dżinsów, adidasów i skórzanej kurtki. Nasza ofiara wpatrywała się jak zahipnotyzowana w towarzyszkę, nie miałam wątpliwości że spełniał wszystkie jej życzenia – ze spacerem pod garaże włącznie. W odpowiednim miejscu zatrzymała się i popchnęła go znacząco na zamkniętą bramę wjazdową, sama oparła się o niego i po chwili zagłębili się w namiętnym pocałunku. Wystarczyłoby na chwilę odejść, przesunąć się, pociągnąć go na siebie, aby moja kula zakończyła jego marny żywot - byłam pewna, że młoda zdawała sobie z tego sprawę i specjalnie przeciągała sytuację. Mimo zniecierpliwienia i pewnego rodzaju zniesmaczenia, nie mogłam oderwać wzroku od jej ciała obmacywanego przez tego faceta. Przez ułamek sekundy wyobraziłam sobie siebie na jego miejscu. Usłyszałam jej śmiech i dostrzegłam, że zerka w moją stronę. Wycelowałam. Nie słyszałam co mówi, widziałam że zupełnie naturalnie schyla się po coś leżącego na chodniku. Jak w zwolnionym tempie widziałam kulę lecącą w stronę jego czoła, chwilę uderzenia, krwawy ślad jaki zostawił zsuwając się na ziemię. Mocca wyprostowała się i bez oglądania za siebie, spokojnie ruszyła w stronę auta. Odjechałyśmy w milczeniu. Nie musiałam nic mówić. Wiedziała, że dobrze się spisała.

- Idź do siebie i napisz raport. – rzuciłam w firmowej windzie. – I przebierz się w coś wygodniejszego. – dodałam patrząc z zazdrością, jak swobodnie czuła się w seksownym stroju. - Ehhh. W tym właśnie jest mi najwygodniej. – uśmiechnęłam się pod nosem na myśl o godzinach spędzonych w zimnych piwnicach albo starych fabrykach, gdzie po prostu zamarzłaby prędzej, niż namierzyła ofiarę. Powoli zaczynałam rozumieć jej problem. - Teq, Teq…! Świetnie, że cię jeszcze złapałam… - znów dyspozytorka. Czyżby kolejna zmiana planów? - …możesz się przespać do jutra, bo brakuje nam jeszcze kilku informacji do nowego zlecenia… - Dzięki. - …tylko po drodze do siebie masz podrzucić jednego z naszych pod ten adres… - wręczyła mi kartkę z adresem i uśmiechnęła się współczująco. Lubiłam ją. Rozumiała nasze zmęczenie, problemy i było jej przykro, że właśnie ona dokłada nam nowych. Choć oczywistym było, że nie jest to jej wina. Westchnęłam głęboko i spojrzałam pytająco. - Za jakieś 20 minut będzie przy twoim aucie. Cóż. Dobrze, że w perspektywie miałam dobę wolnego z butelką whisky pod ręką.

Akta nowej sprawy leżały przygotowane na moim biurku, obok nie otwartej nadal przesyłki. Sięgnęłam po akta zatapiając się w fotelu i uśmiechałam pod nosem myśląc o reakcji Mocci gdy je zobaczy: zapowiadały się długie dni bezczynności. Po chwili uświadomiłam sobie, że to wcale nie jest śmieszne – też tam będę. Pewnie na małej, zakurzonej powierzchni… Spojrzałam na tajemniczą kopertę i już miałam ją otworzyć, gdy do biura spokojnym krokiem wszedł Shot. Oczywiście, ten dzień nie mógł być po prostu zwieńczony sukcesem akcji. Nie mógł skończyć się na spokojnym rozmyślaniu nad wszelkimi sposobami uciszenia rekrutki podczas zbliżającego się zadania. Nie. Obrzuciłam go obojętnym wzrokiem (choć mógł być trochę wrogi) i zerknęłam na wciąż trzymane na kolanach akta. Oparłam się wygodniej w fotelu. Nie miałam zamiaru z nim rozmawiać. - Słyszałem, że wróciłyście obie. Nie jest więc tak źle, jak można było się spodziewać. – nawet nie chciałam się odzywać. – Zostawiam ci kilka telefonów… - wyjął z kieszeni kartkę złożoną na cztery i położył na moim biurku. - …to pracownicy ochrony i mojego wydziału. Jakbyś potrzebowała pomocy w szkoleniu… czy w czymś… - tego było za wiele. Złożyłam powoli teczkę na biurku, oparłam się łokciami o blat i splotłam palce nachylając się w jego stronę. - Z powodu? – spytałam tonem, którego nigdy wcześniej u siebie nie słyszałam. - Nie będzie mnie długo, wolałbym… - …mieć nadal kontrolę nad sytuacją? Sprawdzać mnie? – podobał mi się ten głos: słodycz ociekająca goryczą ironii i zapowiedzią wybuchu. - La, przecież wiesz, że chcę dla ciebie jak najlepiej… Wolałbym, żebyś była tu kiedy wrócę, cała i zdrowa. – jakież to było słodkie. - Jak dla mnie możesz nie wracać. – chyba wreszcie zaczynał coś rozumieć. Nutka gniewu w jego oczach mówiła sama za siebie. - Ale… - Na co ty liczysz, Shot? – śmiesznie wyglądał stojąc tak nade mną i zaciskając pięści. Czyżby rola, w której nie on rozdaje karty, nie odpowiadała jego zamysłom? – Ocknij się, żadne z nas może nie przeżyć najbliższego tygodnia. I to nie jest dramat, ból, rozpacz, tylko prawda. Ryzyko zawodowe. I co, mam płakać? Tęsknić za tobą? Martwić się? - Nie masz chyba do mnie pretensji o tę misję? - To ty masz do mnie pretensje! – wściekłość w nim wzrastała. To coś w jego oczach… Nie, nie mogłam wybijać się obranego toru rozmowy. – I wiesz co? – ostentacyjnie sięgnęłam po położoną przez niego kartkę i powoli przedarłam ją na pół patrząc mu w oczy. – Nie potrzebuję cię. – spokojnie wypuściłam z dłoni podarte kawałki papieru i oparłam się wygodnie krzyżując ręce na piersiach. - Pieprzę cię, La. - Nie: chciałbyś to teraz robić. – miałam na myśli zupełnie co innego, niż on. Odwrócił się. Najpierw chciał wyjść. Ale zrobił krok w stronę stojącego obok krzesła, chwycił je i z całej siły cisnął nim o ścianę. Rozleciało się na kilka kawałków. Wyszedł trzaskając drzwiami. Nawet nie drgnęłam. O co mu chodziło? Czym aż tak go zdenerwowałam? Wrzuciłam wszystkie papiery z biurka do torby i ruszyłam na parking. - Teq, mnie też podrzucisz? – niespodziewanie do windy wskoczyła Mocca. Z mokrych włosów wciąż kapała woda, była bez makijażu, w jakimś rozciągniętym dresie, a i tak wyglądała powalająco. Skinęłam tylko głową. Emocje powoli opadały. Do momentu, w którym do samochodu nie wsiadł Shot. Powoli odwróciłam głowę w jego stronę. On patrzył na mnie. Na szczęście oboje mieliśmy okulary. Wrzuciłam bieg, ruszyłam żeby jak najszybciej pozbyć się go, trafić do domu i upić się w samotności. Nie spojrzałam na niego, gdy wysiadał. Być może widzieliśmy się ostatni raz, a jedyne na co miałam ochotę, to przyłożyć mu spluwę do skroni i pociągnąć za spust. - Gdzie? – rzuciłam krótko do Mocci, która wyglądała na zszokowaną. - Czy to naprawdę był…? - Mówisz, czy mam cię tu, kurwa, wysadzić? – podała adres, pod którym znaleźliśmy się w kilka minut. – Bądź w siedzibie o 7 rano, w torbie są akta.

Usiadłam wśród swojego bałaganu, wyciągnęłam butelkę z torby i bez zastanowienia upiłam kilka sporych łyków. Nareszcie. Byłam wolna. Wolna od Shota. Od jego protekcji, gadania, dotyku, obecności… Ale czy faktycznie mnie to cieszyło…? Zapaliłam papierosa. Czekałam, aż alkohol zacznie działać, kiedy myśli przestaną krążyć po głowie i będę mogła spokojnie zasnąć. Dostrzegłam kopertę w mojej torbie. Nadszedł czas, żeby ją rozpakować. W środku było małe pudełeczko. A w nim… ząb niedźwiedzia. Jeden z podarowanych przeze mnie Shotowi. „Oddaję jeden, aby duch misia opiekował się Tobą – nie jestem co prawda pewien, czy będzie tak przychylny dla swojego mordercy, dlatego pozwolisz, że resztę zostawię dla siebie.” Uśmiechnęłam się złośliwie. Nawet wszystkie w komplecie nie byłyby w stanie obronić go przede mną. Ani mnie przed nim.

- Nie rozumiem tego zadania… - jęknęła Mocca po godzinie milczącej podróży. – Nie można by dogonić chłopa na mieście w odpowiednim czasie? - Nie. – zasady i przyczyny powinna znać z zajęć. - Musisz być taka? Czemu nic mi nie powiesz? Jestem aż tak beznadziejna? To po co mnie szkolicie? – nabrałam głęboko powietrza i przycisnęłam pedał gazu. - Gość musi wcześniej podpisać papiery, bez których nasz klient nie otrzyma swojej kasy. Ofiara nie wie, że będzie niedługo wąchać kwiatki od spodu i wiedzieć nie może, więc nie trzeba budzić jej podejrzeń. Dlatego będziemy czekać, aż klient doprowadzi ofiarę we wskazane miejsce, co będzie oznaczało, że zrobił wszystko, czego oczekiwano i możemy go sprzątnąć. - Ale to może trwać tygodniami… - jęknęła. - Tak. - Co my tam będziemy robić? - Czekać.

Trzeciego dnia zaczęłam się zastanawiać, czy aby na pewno chodziło o szkolenie cierpliwości tej dziewczyny, czy mojej. W kółko gadała. Czasami udawało mi się wyłączyć, ale jazgot, jaki wytwarzała na tych 10m2 strychu, był nie do opanowania. Ostrzeżenia i groźby działały na chwilę. Potem znów zaczynała. O szkoleniach, o regulaminach, pomysłach, planach, filmach, książkach, zasłyszanych akcjach, plotkach. Skończył mi się alkohol. Nie miałam już siły. - …podobno zniknęła, jak inne ciężarne i już nikt jej więcej nie zobaczył. Może ty wiesz, co z nimi robią? – chyba nie liczyła na odpowiedź. – Ty znasz agenta Shota. Opowiedz mi o nim. - Wiem o nim tyle co ty. A pewnie nawet mniej. Prosiłam cie, jakieś trzy dni temu, żebyś się zamknęła. - Myślę, że się znacie. Widziałam to, wtedy w aucie. – zdjęłam nogi z parapetu i usiadłam pochylając głowę do przodu. Jeszcze chwila i naprawdę nie wytrzymam. Wiedziałam, że bacznie mnie obserwuje. Jak każdy agent drugiego agenta. Ale co ona mogła wiedzieć. – Widziałam, że jeszcze chwila, a fragmenty kierownicy zostaną ci w dłoniach, tak ją ściskałaś… - przerwała na chwilę - Nie wiem, jak ty możesz chcieć to robić: siedzieć samemu tygodniami w jakiś ruderach i pić. – popatrzyłam na nią karcąco. - Ja przynajmniej wiem czego chcę. – odparłam próbując zachować spokój. - Tak, tak. Wiem. Może ty się go boisz? – podniosłam głowę i spojrzałam na nią, resztkami zdrowego rozsądku powstrzymując się przed sięgnięciem po broń i zakończeniem tego idiotycznego monologu. – Tak. Ty się go boisz. Dlatego od wielu lat nie dajesz się zwerbować do tej sekcji… - jej ton zaczynał być złośliwy. Chyba nie zdawała sobie sprawy z tego, po jak cienkim lodzie stąpa. - …chyba, że nie jesteś tak dobra, jak mówią. Może on to wie. I ty wiesz, że on wie i że nigdy nie pozwoliłby na zrujnowanie reputacji swojego oddziału… - w kilka sekund znalazłam się obok, złapałam ją za gardło, podniosłam i przycisnęłam do ściany. Ale jej arogancki wyraz twarzy nie zniknął. Czułam pulsującą aortę na szyi, stałam tak blisko… miała tak pełne, wilgotne usta, hipnotyzujące oczy… - Słuchaj, kurwa, wydaje ci się, że wiesz o mnie wszystko. A tak się śmiesznie składa, że to ja jestem agentem, a ty możesz nim nigdy nie zostać. - …ale jeśli zostanę, to lepszym od ciebie. – była taka naiwna. Taka… I zupełnie nagle całe ciśnienie ze mnie uszło. Przestało mnie ruszać jej gadanie. Nie stanowiła dla mnie konkurencji. Nigdy. - To ty się boisz, mała. Puściłam ją, wzięłam należący do niej telefon i zablokowałam połączenia wychodzące, złapałam swoją torbę i założyłam okulary. - Doprowadź tę akcję do końca. Sama. – i wyszłam nie przejmując się jej reakcją. Nie zamykałam jej tam na klucz, bo nie chodziło o sprawdzanie umiejętności technicznych przy rozbrajaniu zamków. Sama podejmowała decyzję, nie byłam jej do tego potrzebna. Bała się zostać sama ze swoimi myślami, na wiele godzin i dni. Bała się być sama w życiu. I wszystkie następstwa tego strachu stanowiły przeszkodę dla dalszej kariery. Nawet było mi trochę żal, bo wiedziałam z całą pewnością, że jest zbyt słaba żeby nad tym zapanować. Nie zmieniłam zdania, ani po zakończeniu misji (pozytywnym) trzy tygodnie później, ani w żadnej innej sytuacji. Wiedziałam to już wtedy, więc czemu tego nie przerwałam?

[c.d.] - Nie wierzę… - szepnęłam do siebie odczytując prośbę o pomoc dla sekcji działań indywidualnych. Pomoc w zadaniu oczywiście, w którym również Mocca miała brać udział. Właściwie to ja miałam być dodatkiem (który ponosił wszelkie konsekwencje), ale nie o moje zdolności się rozchodziło. – Co za gówno… - dorzuciłam zagłębiając się w scenariusz. Akcja nie była samodzielna, chodziło o wydobycie ważnych dokumentów, ale tak, by nikt nie dowiedział się o kradzieży przed upływem kilku godzin potrzebnych na dokonanie odpowiednich transakcji. Oznaczało to współprace kilku wydziałów, idealne zgranie partnerów i, zapewne ku uciesze Mocci, wcielenie się w role pań do towarzystwa. Przetarłam zmęczone oczy i szybko stworzyłam scenariusz, wedle którego wszystko szło szybko i sprawnie, a czas dany na przetwarzanie dokumentów zawierał nawet dwie dodatkowe godziny jako bezpieczną granicę błędu. Scen erotycznych udało mi się uniknąć, poza samym wstępem i dwuznacznym zachowaniem. Rekrutka zachwyciła się kolejną szansą, choć chyba wiele do niej dotarło podczas ostatniej akcji. Udało jej się wytrzymać, ale przypłaciła to poważną bezsennością i lekką nerwicą, którą, być może tylko ja, dostrzegłam. Wielu rzeczy nie da się po prostu wymazać z psychiki. Mnie po prostu opuszczono. Nie kochano w dzieciństwie. Ale zdążyłam zrozumieć, czego nie chcę i potrafiłam zebrać wszystkie swoje siły, aby nigdy się z tym nie spotkać. Ona była uwięziona. W najgorszym z możliwych stanów, z którego nikt nie mógł jej wyrwać. Czy samotne dni i noce przypominały jej o strachu? Czy rozmyślała nad zemstą? Czy marzyła o tym, żeby wszystko zniknęło? Nie. Jej tutaj nie było. Na zawsze została w swoim pokoju, być może małym tylko fragmencie łóżka, które stanowiło cały jej świat. Tam, gdzie spotkało ją wszystko, co najgorsze, gdzie gruzy dzieciństwa i iluzji przygniotły całą jej przyszłość.

- Nie poznałbym cię w tym stroju, Teq. – rzucił swobodnie jeden z agentów współpracujących z nami podczas tej misji. Oczywiście nie odebrałam tego za komplement, choć właśnie to miał na myśli. Sukienki mnie krępowały. Udawanie idiotek też mnie krępowało. Był to jeden z powodów, dla których nie chciałam zmieniać swojej specjalizacji. Kobiety nie dostawały trudnych, długotrwałych zadań: mężczyźni nie lubili wykształconych, inteligentnych i błyskotliwych, za to głupich nie dopuszczali do interesów. Kobiety na wysokich stanowiskach były na tyle podejrzliwe i zaborcze, że żadna inna nie miała szans nawet się zbliżyć. Zostawały więc sytuacje nieskomplikowane, informacje wydobywane na podstawie obserwacji i małych śledztw. Wolałam już siedzieć w zimnych komórkach czekając na zielone światło i idealne warunki. - Ja siebie też i dlatego, mam nadzieję, że wspólnymi siłami doprowadzimy do szybkiego zakończenia tego stanu, agencie Rolex. - Jednak wolałbym, żeby trwała trochę dłużej… - zmroziłam go wzrokiem i odwróciłam się w stronę Mocci. Wyglądała zniewalająco, jak zawsze zresztą. Wiedziałam, że poderwanie kolejnej ofiary nie będzie stanowiło dla niej problemu. Bałam się jedynie o dalszy rozwój sytuacji. - Pamiętaj, że mam naładowaną berettę, nie chcę jej rozgrzewać na tobie. – uśmiechnęła się fałszywie. Od ostatniej akcji przynajmniej nie gadała zbyt dużo, liczyłam, że jednak coś do niej dotarło.

Impreza w klubie, masa ludzi, alkohol, dym. Mocca w swoim żywiole. Facet, który miał nas zabrać do domu (gdzie trzymał pożądane dokumenty) bardzo szybko połknął haczyk. Czy to zdolności młodej, czy był aż tak prosty, czy może coś szło nie tak? Przy drugiej butelce szampana zaczął wspominać coś o hotelu, ale zwinnie skierowałyśmy rozmowę na odpowiednie tory – jedyna noc w mieście, czujnie ludzie taty i wujka w okolicy i każdym hotelu… Po obietnicy upojnej nocy we trójkę i kolejnej kolejce, jechałyśmy wprost do strzeżonej willi nawalonej ofiary. Plan był prosty: torebka z bronią przy łóżku, kilka mylących ruchów i szybkie zastraszenie, a później zabicie faceta. Niestety. - No to jak, dziewczynki? Pogadaliśmy, popiliśmy, może przejdziemy do bardziej interesujących zajęć… - wprowadził nas do sypialni i zamknął dokładnie drzwi. - Wiesz, my nigdy nie robiłyśmy tego… razem… - głos Mocci był mało przekonujący, choć mówiła prawdę. - Ah, nie zgrywajcie się już dłużej… - rzucił się na łóżko i pociągnął ją za sobą. - No dobrze, nie będę już ściemniać… - mała, czerwona, denerwująca lampka w mojej głowie zaświeciła się nagle. Już coś szło nie tak. Tylko co? Racjonalnie patrząc wszystko było w najlepszym porządku. Ręce faceta wędrowały już pod sukienkę rekrutki, która ani myślała go powstrzymywać. Gdyby to była normalna akcja, mogłabym pójść zapalić. Ale nie, byłam tu, w środku, w centrum, jako czynny uczestnik. A i ona o mnie nie zapomniała… - Zaprosimy koleżankę Andżelę do nas…? – wysapał między jednym namiętnym pocałunkiem a drugim, mają na myśli mnie. - Hmm, nie… - to co zobaczyłam w jej oczach, było ostatecznym dowodem jej zbliżającego się końca. I pewnie mojego, jeśli zawalimy tę sprawę. - …ona lubi patrzeć. – powoli przeniosła wzrok na niego – A potem ja popatrzę na was. - Podoba mi się to coraz bardziej… - musiałam się nadal uśmiechać, choć przed oczami widziałam jej głowę z małą dziurką po kuli w czole. Facet przesunął jeden z foteli przy łóżku, uśmiechnął się zapraszająco. Jeśli chciałam doprowadzić sprawę do szczęśliwego końca, musiałam współpracować – to ona miała torebkę z bronią (gdzie?!), to ona teraz rozdawała karty. Usiadłam, patrząc jak ręce faceta coraz mocniej zaciskają się to na pośladkach, to na piersiach rekrutki. Ona też nie pozostawała mu dłużna, pozbawiając go kolejnych części garderoby. Zsunęła sukienkę z biustu i co chwilę zerkała na mnie. Najgorsze jednak było to, co czułam. Poza wściekłością. To ciepło w brzuchu. Ten przyśpieszony oddech… Jednak, nawet gdybym chciała, nie potrafiłam zapomnieć, że mamy do wypełnienia misję i to było najważniejsze! Mocca oczywiście nie miała za grosz odpowiedzialności. Nie byłam pewna, do czego właściwie chciała doprowadzić. Zastanawiałam się też, co mnie skłoniło, żeby nie zlikwidować jej miesiąc temu, tylko pakować się w ryzykowną współpracę. Tymczasem rekrutka podciągała sukienkę i ze spełnieniem w oczach powoli nabijała się na ofiarę leżącą pod nią. Patrząc mi prosto w oczy. Jęcząc mi prosto w oczy. Kątem oka zauważyłam pasek od torebki wystający z pod łóżka i powoli, zahaczając go obcasem, przyciągnęłam do siebie. Mocca była zbyt zajęta jękami, żeby zauważyć, co się święci, a ja dodatkowo ściągałam na siebie uwagę faceta delikatnie ściągając ramiączka. - Zostaw trochę dla mnie… - szepnęłam uwodzicielsko, ale Mocca uśmiechnęła się lekko. - Nie ma tak łatwo… - dodała nie przestając się poruszać. - Ładnie, dziewczynki! Może się o mnie pobijecie…? – facet nie stanowił problemu. Ona go stanowiła. Jej idiotyczne, niezrozumiałe zachowanie. Czy miała nadzieję, że będzie mogła zmierzyć się ze mną w jakiejkolwiek miarodajnej konkurencji? Westchnęłam bezgłośnie – znów chciałam delikatnie załatwić sprawę, co było kompletnie zbędne. Powoli usiadłam tuż za nią, jedną ręką objęłam w dwuznacznym geście jej szyję, wygięła się znacząco poddając mojemu dotykowi. Gdybyśmy były same… Gdybyśmy… Szybkim ruchem przyłożyłam lufę do jej lędźwi. - Dosyć tego. – warknęłam przyciskając Berettę mocniej do jej ciała. Miałam ochotę strzelić i załatwić dwie sprawy za jednym razem, ale powstrzymałam się. Mocca tym razem na szczęście posłuchała i powoli zsunęła się z łóżka. Błyskawicznie przyłożyłam spluwę do brody faceta, a kolanami docisnęłam ramiona do łóżka skutecznie go unieruchamiając. - Co jest, kurwa…?! – pisnął - Koniec zabawy. Gdzie są dokumenty? – zerknął na Moccę stojącą obok i trzymającą srebrny, ostrzy sztylet w rękach. - Jakie dokumenty, kurwa…?! – udawał, czy grał? Czy leżał jeszcze pod wpływem alkoholu? - Nie udawaj pajacu, zaoszczędzisz nam trochę czasu, to może przeżyjesz… - Hehe… myślisz, że się was boję? Moi ludzie zaraz tu będą… - szybkimi ruchami przestrzeliłam jego lewą dłoń. Jego wrzask nie brzmiał odważnie. - Twoi ludzie, jak mówisz, są bardziej tępi od ciebie, choć nie wiem czy to jest możliwe… - jest, Mocca stała obok jako żywy przykład - …wpuściłeś do własnej sypialni dwie świetnie wyszkolone agentki z bronią. Nie świadczy to o bystrości i rozgarnięciu… - wił się próbując coś zrobić z krwawiącą, poszarpaną ręką. – Za jakieś 15 minut nie będzie czego zbierać, więc może skorzystasz z szansy… - Patrz, jemu nadal stoi…! – Mocca wypowiedziała ostatnie durne zdanie w swoim życiu. Taką miałam nadzieję. Ale pozostawienie jej ciała tutaj mogłoby skomplikować całą sprawę. Tymczasem ona, nie zważając na mnie, podeszła do interesującej ją części ciała i przyłożyła swój sztylet. - Powiem wszystko, absolutnie wszystko, tylko powstrzymaj tą wariatkę… - przez chwilę myślałam, że ona po prostu znalazła skuteczniejszy sposób, ale gdy usłyszałam wrzask faceta po prostu strzeliłam mu w głowę – czoło i skroń dla pewności. Mocca stała trzymając w jednej ręce swoją broń, w drugiej ściskając odciętą część ciała. Dla niej to wszystko było zabawą. Dla mnie rozrywką. Różnica, wbrew pozorom, ogromna. Zeskoczyłam z łóżka i z całej siły, dodając do niej wściekłość i adrenalinę, uderzyłam ją pięścią w twarz. Jej kość policzkowa wydała jednoznaczny odgłos pęknięcia. Padła na dywan zaskoczona sytuacją i ciosem. Chwyciłam ją za włosy i pociągnęłam do góry. - Już, kurwa, jesteś martwa! – wycedziłam przez zaciśnięte zęby. Od razu powiadomiłam chłopaków o możliwości dokończenia misji, zaczęłam szukać tych papierów licząc, że trochę mnie to uspokoi. - Nie wiedziałem, że zbierasz trofea, Teq… - dowodzący akcją popchnął leżącego obok Mocci odciętego fiuta. Uśmiechnęłam się złośliwie. - Ja nie. Ale mogę zacząć, od ciebie. – odparłam i powróciłam do szukania. Willa była ogromna, gość mógł to wsadzić wszędzie, choć najprawdopodobniej nie myślał zbyt długo nad schowkiem: biorąc pod uwagę jego głupotę i nieprzygotowanie. - Nie będziecie nam już dłużej potrzebne… - chrząknął patrząc na ledwo przytomną Moccę, którą posadzono na fotelu z butelką whisky. - Niech ktoś przywiezie ją do mnie, jak skończycie oczywiście. - Nie sądzisz, że potrzeba jej lekarza…? - W niczym jej nie pomoże.

- Cała spuchła, może naprawdę zadzwonić po lekarza…? – jeden z młodych agentów, a może rekrut ostatniego roku, przyniósł Moccę i układał ją na łóżku. - Idź już. - Może nie przeżyć nocy… - Z korzyścią dla siebie. – popatrzył mi w oczy i opuścił mieszkanie. Spojrzałam na swoją podopieczną. Nie wyglądała zbyt dobrze. Ale byłam przekonana, że nie pozbędę się jej tak łatwo.

Jak zawsze miałam płytki sen. Każdy jej jęk i ruch budził mnie i nie pozwalał zasnąć na długo. Nie było mi jej żal. Może tylko sposobu, w jaki mogła zginąć – powinna wiedzieć dokładnie, gdzie popełniła błędy i za co dostaje kulkę w skroń. Ale zanim będzie w stanie samodzielnie opuścić moje mieszkanie o własnych siłach, minie co najmniej kilka dni.

- Przeczytałem twój szczegółowy raport i rozumiem, że zdajesz sobie sprawę, co on oznacza? – agent rekrutujący do sekcji Shota patrzył rozbawiony w moim kierunku. - Nie dożyje przyszłego tygodnia, nie jest w najlepszym stanie, ale nie chcę odmawiać sobie przyjemności zakończenia tego szkolenia w świadomy dla niej sposób. - Powiedzmy, że rozumiem. – dopisał kilka słów do własnego raportu, pozbierał papiery i wstał zza biurka. – Oczywiście lekarz nadal jej przysługuje. - Wiem. – upiłam łyk kawy i również zaczęłam zbierać się do wyjścia. - Musiała ci nieźle zaleźć za skórę. Widzisz, jak trudno o dobrego pracownika… Na pewno nie chcesz… - Nie. – chciał spytać o moją kandydaturę. Po ostatnich miesiącach byłam bardziej pewna, niż kiedykolwiek, że nie mam ochoty zbliżać się do tamtej sekcji. Shot nie dawał znaku życia. Nie dziwiło mnie to, wmawiałam sobie, że nawet nie interesuje. Gdzieś tam w środku czułam jednak, że ma się świetnie. I pewnie nawet o mnie nie myśli. Czego się spodziewałam po naszej ostatniej rozmowie? I czy sama przestałam być na niego wściekła?

Parę dni później obudził mnie ruch. Mocca była w łazience. Słyszałam jak powoli się porusza, rozbiera, odkręca wodę. Spojrzałam na zegarek. Nie miałam zbyt wiele czasu, zaraz musiałam być na mieście, rozpocząć kolejną akcję, a właściwie zebrać potrzebne informacje. Wypiłam szybką kawę. Woda nadal leciała. Kurwa. Rozumiem, że chciała się odprężyć, ale mogła to robić, gdy mnie nie było w domu. I tak nie byłaby w stanie stąd wyjść. A nawet, gdyby uciekła, znaleźlibyśmy ją szybko. Nie mogłam już dłużej czekać. Bez pukania weszłam do łazienki. Nie odwróciła się, ale przez chwilę nasłuchiwała. Zdjęłam swoje ubranie, rozsunęłam drzwi prysznica i weszłam pod strumień ciepłej wody. Nawet na nią nie patrzyłam, ale czułam, że bacznie mi się przygląda. - Ja… przepraszam… - zaczęła. Nie miałam zamiaru z nią rozmawiać. – Ja naprawdę nie wiedziałam… nie pomyślałam… wiesz, jak to bywa czasem… - nie wiedziałam. - …ja się poprawię... – mogła mieć łzy w oczach. Jej twarz wyglądała fatalnie, chyba pierwszy raz w życiu, czego nie można było powiedzieć o całokształcie jej ciała. Ale to wiedziałam już wcześniej. Odwróciłam głowę w jej stronę i oparłam się rękami o ścianę. - Nie mogę ci już pomóc, Mocca. Nic już nie mogę dla ciebie zrobić. – cofnęłam się pod mocny strumień wody – To są ostatnie dni, być może godziny, twojego życia, więc wykorzystaj je tak, by najmniej żałować straconego czasu. Teraz na pewno płakała. Bez sensu, nad czym? Po co? - Zamów sobie coś do jedzenia. – zakręciłam wodę, sięgnęłam po ręcznik. Wytarłam twarz i spojrzałam na nią. Wydawała mi się jeszcze bardziej żałosna, niż zazwyczaj. I wtedy, nagle, zupełnie niespodziewanie… pocałowała mnie. Jej ciepłe, pełne usta objęły moje – delikatnie, ale stanowczo. Szybko ją odepchnęłam, ledwo utrzymała równowagę. - Co ty, kurwa, robisz?! – patrzyłam na nią, ale nie miała zamiaru się odzywać. Ale nie czułam złości. Niewiele myśląc sama przyciągnęłam ją do siebie. Jej pocałunki były inne, lepsze, niż męskie. Miała delikatne ruchy, miękką skórę i znajomość kobiecego ciała. Niepewnie dotknęłam jej piersi. Miałam na to ochotę od dawna. Na nią. Była taka miękka, taka ciepła, taka… inna. Inna, niż facet… Ona nie pozostawała mi dłużna, czułam, że wie co robi, wie, gdzie dotykać, wie jak. I mimo, że robiła co mogła, mimo, że sprawiało mi to dużą przyjemność, to w myślach znów miałam wspomnienie dotyku Shota, jego zapach, jego ciało.

- Jak giną bohaterowie? – spytała, gdy stałyśmy na pustkowiu, w miejscu, gdzie miało zakończyć się jej życie. – Czy nie w walce? Albo schwytani i niesprawiedliwie osądzeni? – ledwo stała na nogach. – Czy dostają kulkę w plecy, bo nie boją się wroga i nie wierzą, że strzeli? Czy z podniesioną głową czekają na strzał, patrząc odważnie w twarz kata? - Właśnie o to chodzi, Mocca, pytasz o to, jak kończą, a nie jak żyją. - Jak kończą, też jest ważne… - Dla tych, na których zdaniu ci zależy, okoliczności śmierci nie są wyznacznikiem bohaterstwa… - westchnęłam mając w głowie niedawne wydarzenia polityczno społeczne przeczące moim słowom. Odwróciła głowę w stronę pobliskiej rzeki. Na pewno jej nie widziała – reflektory auta oświetlały jedynie fragment przestrzeni, do tego dochodziły jej problemy z czaszką. Nałożyłam tłumik i nabrałam powietrza. - Jestem gotowa. – szepnęła. Zamknęła oczy. Zgodnie z wcześniejszymi życzeniami strzeliłam jej w serce.

Kolejne tygodnie spędziłam w innym mieście, w jednym z opuszczonych mieszkań w pobliżu nowoczesnych biurowców. Nie czułam zimna. Strachu. Samotności. Tylko spokój - moje życie wróciło do normy.

- I jak, przeanalizowałaś wszystko? – Brzytwa wszedł do gabinetu i od razu stanął przy oknie z założonymi na plecach rękami. - Tak. - To dobrze. – spojrzał na mnie. – Idź się przespać. Czuję w kościach, że coś się zbliża. Nienawidziłam przeczuć. Zwłaszcza popartych doświadczeniem i wnikliwą obserwacją, a to właśnie kierowało niepokojem Brzytwy.

Obudziła mnie nerwowa rozmowa z podsłuchiwanych krótkofalówek. Zerwałam się gwałtownie – przecież to mogło znaczyć wszystko, co najgorsze…! Nie uspokoiła mnie informacja o odwiedzinach „przyjaciół”, wręcz przeciwnie – nawet Szef nie odwiedzał nas zbyt często… Zebrałam się szybko i odnalazłam Brzytwę w salonie, zaciągającego się cygarem. Nie wiedziałam, czy nietknięta gazeta jest dobrym znakiem, choć w głębi duszy czułam, że porzucenie przyzwyczajeń nie wróży niczego dobrego. - Coś się stało…? – starałam się nadać swojemu zdaniu jak najbardziej obojętny ton. Brzytwa wyraźnie został wyrwany z rozmyślań. - Ach, wstałaś już. Myślałem, że po winie porzeczkowym pani Stasi nie zobaczę cię przed południem… - westchnął. – Ale to nawet dobrze, że masz taką odporną głowę… - usiadłam na skórzanej kanapie i zastanawiałam się, jak pokierować rozmową, bez wzbudzania podejrzeń. Na szczeście Brzytwa jakby otrząsnął się z zamyślenia i sam rzucił obojętnie. - Aa… będziemy dziś gościć mojego serdecznego przyjaciela z córką. Możesz uczestniczyć w tym spotkaniu, poznacie się… Ta mała to moja chrześnica. Coś mi się kiedyś obiło o uszy, ale nie wiedziałam ile w tych plotkach prawdy. A jednak – Brzytwa ma chrześnicę. - Shota znają bardzo dobrze, więc i ciebie powinni przynajmniej raz zobaczyć… - jak to „znają Shota”? Przecież on się nigdy nie zajmował dziećmi…. – Marysia jest dość nieśmiałą dziewczyną, wiele w życiu przeszła. Na pewno słyszałaś o słynnej akcji z przed kilku lat, charytatywnej powiedziałbym. – nie mogłam jednak skojarzyć o czym Brzytwa teraz mówił. - Niestety… - Cóż. Marysia w liceum poznała takiego jednego, wiesz jak to dziewczyny lubią: nie uczył się, wagarował, kradł i generalnie nie był partią odpowiednią dla tej młodej. Zaczęło się od zakazów i nakazów, na przeniesieniu do szkoły we Francji skończyło, ot zwykła historia jakich wiele. Chłopak mógłby nawet wyjść kiedyś na ludzi, ale nie było do końca wiadomo, czy chodzi mu o Marysie, czy tak naprawdę o współpracę z jej ojcem, i to wcale nie w jego legalnej firmie budowlanej, rozumiesz? – skinęłam głową, choć nie bardzo wiedziałam po co on mi to wszystko opowiada – Marysia zgodziła się na wyjazd pod warunkiem, że po skończeniu liceum i studiów, będzie mogła odnaleźć swojego nieodpowiedniego narzeczonego i sama zdecydować o swoim losie. Ojciec się zgodził, bo był pewien, że przez ten czas zapomni, pozna kogoś i zrezygnuje z poszukiwań. Córeczka jednak okazała się sprytniejsza, zadzwoniła do swojego chrzestnego… - Brzytwa westchnął głęboko - …i poprosiła o przysługę w postaci kontroli tego chłopaczka, bez ingerowania w jego życie. Musiałem się zgodzić. Właściwie to Shot zgodził się prowadzić tę darmową akcję, w końcu z Marysią znali się od wielu lat, często ochraniał ją za granicą, ufała i ufa mu do dziś. – poczułam ukłucie w sercu i zaczęłam słuchać uważniej – Chłopak się stoczył. Na własną prośbę zresztą, najpierw handlował narkotykami, później wsiąknął w ten biznes, na koniec sam zaczął ćpać. Byłem pewny, że Marysia postanowi mu pomóc, ale ona jedynie wysłuchiwała raportów, nie okazując reakcji. Jak Przewidział jej ojciec, zakochała się tam w synu znanego przedsiębiorcy i nawet nie chciała słyszeć o powrocie. Prawdopodobnie dziś przyjadą z zaproszeniem na ślub. - Nadal sprawdzamy tego ćpuna? – spytałam, aby choć na chwilę nie czuć irracjonalniej zazdrości. - Tamten miał wypadek, stracił obie nogi. Już wtedy był bezdomny, chory na wszystkie możliwe choroby. Marysia, będąc tu w odwiedzinach u rodziców, odszukała go i kazała zawieźć do szpitala. Nie poznał jej, był agresywny, w szpitalu już nie mogli mu pomóc. Shot twierdzi, że w ostatnich chwilach swojego życia, wzywał Marysię, mimo, że ta stała obok. Smutne. Nie skomentowałam. Nie ważne, ważne teraz po co tu przyjadą, co ta dziewczyna ma wspólnego z Shotem (a właściwie Shot z nią…) i czy on w ogóle jeszcze żyje. Liczyłam, że gdyby ktoś coś wiedział, dowiedzielibyśmy się pierwsi, przynajmniej tak powinno to wyglądać w kontekście mojej pozycji w Grupie.

- Maria. – podała mi swoją lodowatą dłoń i nawet nie siliła się na uśmiech. Była wysoka i chuda. Miała blond włosy i podłużną twarz, z małymi, błękitnymi oczami, w których nie było widać żadnych uczuć. Mówiła z francuskim akcentem, bardzo spokojnym tonem, choć jej głos sam w sobie był dość irytujący. Paliła długie, kobiece papierosy, właściwie dawała im się spalać w długich, kościstych palcach, zaciągając się jedynie kilka razy. Jej cienkie usta wyginały się w sztucznym uśmiechu zaledwie kilka razy, gdy Brzytwa zwracał się do niej z jakimś pytaniem lub wyjaśnieniem. Przyjechali zaprosić go na ślub i wesele, tak jak przewidywał. Po oficjalnej wymianie grzeczności, Brzytwa wraz z ojcem Marii udali się do gabinetu, obgadać jakieś poufne interesy, a ja zostałam sam na sam z tą zimną flądrą… Najgorsze były w niej dwie rzeczy: pierwsza, że była (jest) obiektywnie intrygująca ze swoją lodowato-kościstą urodą, druga: że była tak całkowicie różna ode mnie. Nie mogę myśleć, że Shot… Nie chcę tak myśleć! Wykonywał rozkazy, prowadził z nią akcje, dla niej właściwie, to tylko kontakty zawodowe… Ale Brzytwa mówił, że są przyjaciółmi. Co to znaczy? Czy ja i Shot też jesteśmy przyjaciółmi? - Słyszałam o tobie. – oznajmiła zimnym tonem po dłużej chwili milczenia. – Podobno jesteś dobra. Najlepsza. – milczałam. Właściwie nie wiedziałam, co miałabym jej odpowiedzieć. – Nie tylko w swoim fachu. – co miała na myśli? Odwróciła się od okna i patrzyła na mnie, jej twarz nadal nie zdradzała niczego. – Shot jest tym typem faceta, którego nigdy nie można mieć na własność, choć bardzo chciałoby się go mieć, choć wydaje się, że już prawie się go ma. – czy ona wiedziała? Czy po prostu uznała, że warto mi się zwierzyć? Jako ostatniej osobie na świecie, która mogłaby ją zrozumieć, pocieszyć, wesprzeć, ale jedynej, która dochowa tajemnicy. – Bo to właściwie on zawsze dostaje to, czego chce. – mogłabym zacząć krzyczeć, że właśnie nie. Że jedynej rzeczy, o jakiej naprawdę marzy, dla której poświęcił wszystko, nie może mieć…?! – Pewnie dlatego wyznaczono wysoką nagrodę, za jego głowę. Drzwi gabinetu otworzyły się i salon wypełnił się serdecznym śmiechem Brzytwy i jego przyjaciela. Po paru minutach znów byliśmy sami. Wzięłam więc z barku butelkę whisky i poszłam do siebie, licząc, że odeśpię koszmarną noc. Nic z tego.

Nie liczyłam, ile czasu nie ma już Shota. Nie brakowało mi go. Czułam spokój. Czułam, że teraz wszystko jest jak należy. Nie zastanawiałam się, jak zareagowałabym na wieść o jego śmierci, albo porażce – w ogóle o nim nie myślałam. Dopiero po kilku akcjach – najzwyklejszych, spokojnych zleceniach, zaczynałam odczuwać jego brak. A właściwie brak tego, co razem robiliśmy i w czym był najlepszy – seksu. Wspominałam koordynatorowi o chęci uczestniczenia w jakieś bardziej skomplikowanej akcji, mając nadzieję na wiążący się z tym szybki numerek, ale niestety nic nie zapowiadało zleceń tego typu w najbliższym czasie. Spędzałam długie godziny w oknie swojego zapuszczonego mieszkania (nie zatrudniłam żadnej pani do pomocy, mimo namów ze strony znajomych z Grupy), paliłam setki papierosów, wypijałam litry trunków i nie myślałam o niczym. A jeśli już coś zaprzątało mój umysł, to coraz większe wątpliwości, czy nie powinnam zacząć się przejmować swoim wiecznym napięciem i łaskotaniem w brzuchu na widok praktycznie każdego przedstawiciela przeciwnej płci, który choć trochę mi się podobał… Byłam na kilku imprezach dla zwykłych ludzi, poderwałam paru młodych chłopaczków, ale żaden z nich nie sprostał moim oczekiwaniom – niby tacy odważni przy kolegach, niby chętni i rozumiejący „raz i znikam”, ale jak przychodzi co do czego, to ani całować, ani wczuć się w rolę nie potrafili. I te słodkie oczka, prośba o numer… To był kolejny raz, gdy dziękowałam Grupie za swój los – nie umiałabym żyć takim życiem (inna sprawa, że zapewne nigdy nie byłoby mnie stać na odwiedziny w klubach i beztroską zabawę). Podczas jednego z przedłużających się dni, patrząc na ścianę deszczu za oknem i marząc o wódce z dostawą do domu, dostrzegłam przykurzone pudełko z niedźwiedzim zębem wewnątrz. Przypomniało mi się kilka sytuacji. W tym prośbę Shota, nie odwołaną słownie, o opiekę nad jego samochodem. Kluczyki lub ewentualna informacja o dopełnieniu tych obowiązków przez kogoś innego, mogła znajdować się u jednego z dobrych znajomych, najprawdopodobniej u szefa ochrony. - Witam agencie Rolex… - niewinnym tonem rzuciłam do słuchawki wypuszczając równocześnie dym z płuc - …tak się składa, że w związku z problemami z moim pojazdem… nie, nie, nic poważnego, po prostu agent Shot przed swoim wyjazdem miał zostawić dla mnie kluczyki od swojego Audi… no właśnie. Miałam nim od czasu do czasu pojeździć… To świetnie, chętnie podjechałabym do siedziby, ale mój akumulator, miałam nadzieję połączyć przyjemne z pożytecznym… Słuchaj, a może ktoś od ciebie będzie akurat jechał w moją stronę, na przykład ten młody, on zna mój adres. Okej, jasne. To czekam. Poza kluczykami i wódką niczego mi nie brakuje. To do zobaczenia! Nie wierzyłam, że to mogło być aż takie proste. W końcu zjawił się z kartonem pełnych butelek przeźroczystego alkoholu. - Tutaj są kluczyki, mogę cię również podrzucić… - nie siliłam się na poszukiwanie czystej szklanki, szanse, że ją tu znajdę były nikłe, wzięłam jedną z butelek, odkręciłam i upiłam spory łyk. Chłopak wyglądał na dość młodego, spokojnego, kilka blizn na krótko ostrzyżonej głowie mogło zdradzać szkolenia, w których uczestniczył. Ale równie dobrze mogły być jedynie śladami po burzliwym dzieciństwie. Miał błękitne oczy. Duże. - Jak się nazywasz? - Cezar. - uśmiechnęłam się. - Agent? - Jeszcze nie, w trakcie końcowych szkoleń. - Aspirujesz wyżej? – jego wzrok był odpowiedzią - Nawet mój dowódca uważa, że tylko zmarnuję się w ochronie. Nastała cisza. Ale widziałam, jak patrzy w mój dekolt i niżej, na nogi – nie trudziłam się z ubieraniem, stałam w zwykłym podkoszulku i czarnych stringach, w końcu nie planowałam wychodzić z mieszkania. Ja patrzyłam na niego. Obliczałam, jeszcze w miarę trzeźwo, poziom ryzyka wprowadzenia w życie scenariuszy, które już rodziły mi się w głowie. Adrenalina przyjemnie łaskotała w brzuchu. Ona i hormony. - Ja już… powinienem… - zanim dokończył, podeszłam blisko, pociągnęłam kolejny łyk z butelki i patrzyłam mu bezczelnie w oczy. Nie mógł nie rozumieć sytuacji. – Czy to jest jakaś próba? – pokręciłam głową. Fakt, mógł to podejrzewać, w końcu idealne sprawdzian lojalności. Kolejny łyk. Wyciągnęłam rękę i powoli, nadal patrząc mu w oczy, wsunęłam ją pod jego bluzę.

Czułam napięte mięśnie pod palcami. Bardziej wydatne, lepiej wyrzeźbione, niż u Shota. On nie robił nic, nie wiedział, jak się zachować, ale możliwości ewentualnej ewakuacji powoli mu się kończyły. Zbliżyłam twarz do jego szyi i poczułam zapach perfum wymieszanych z żelem do kąpieli. Widziałam coraz szybciej pulsującą żyłę, słyszałam coraz szybszy oddech – swój i jego, ale to ja jeszcze panowałam nad sytuacją. Wysunęłam język i posmakowałam jego ucha, lekko przygryzając płatek. Zauważyłam dreszcz, który próbował ukryć. Stanęłam prosto znów patrząc mu w oczy. - Agentko Tequilo, ja… naprawdę… jesteś piękna i… to znaczy… ja nie mogę, my nie możemy… przecież… to by mogło… - spojrzałam w dół i wiedzieliśmy już oboje, że jego słowa, czy nawet myśli, nie mogłoby zmienić biegu zdarzeń. - Ciiii… - znów pociągnęłam łyk wódki, a rękę z umięśnionego brzucha zsunęłam nieco niżej, do guzika i zamka od spodni. - Naprawdę... to nie jest dobry pomysł… - Chyba nie każesz się błagać? – skąd znałam te wszystkie sztuczki? Robiłam to całkiem naturalnie, jakbym miała to we krwi… - Tequilo, przecież wiesz… - Wiem, że ostatni rok pracy, zwłaszcza w ochronie, to abstynencja od wszystkiego, dlatego nie gadaj tyle… - Ale… - rzuciłam z wściekłością praktycznie pełną butelką o ścianę, rozbiła się w drobny mak, a wódka rozbryznęła się po ścianie, podłodze i oknie. - Zamknij się. – zwinnym ruchem ściągnęłam bluzkę pod którą nie było już nic więcej, sięgnęłam do jego bluzy, którą sam niecierpliwie pomógł mi z siebie zrzucić. To było to. Nie jakieś wyrośnięte dzieciaki z imprez, ani przypadkowi klienci Grupy. Nie Shot. Czy on czuł tę samą władzę, dreszcz podniecenia, które ja czułam tego dnia? Z resztą akurat nie to było teraz ważne, na chwilę uciszyłam swoje ciało i potrzeby. Chłopaka było mi żal tylko przez chwilę. Szybko się ubrał, zostawił kluczyki na stole, pomiędzy pustymi butelkami, opakowaniami po pizzy i innymi śmieciami. Nie pytał o nic, nie komentował. - Czekam jutro o 16. Przecież nie pojadę na drugi koniec miasta autobusem…? – dodałam widząc jego dziwne spojrzenie, ale moje wyjaśnienia nic nie zmieniły, nadal stał zakłopotany, niepewny. – Słuchaj, wyjaśnijmy coś sobie. – teraz już tylko mnie wkurzał. – To co się stało zostaje między nami, oczywiście chyba że chcesz inaczej, to nie ma problemu… - Nie! - Tak myślałam. Jedziemy na tym samym wózku. – lekko odetchnął, otworzył drzwi – Dobry byłeś. Jakbyś miał ochotę to powtórzyć…

Mój nieskomplikowany posłuch znów poinformował mnie o nadjeżdżającym samochodzie, później o specjalnej przepustce z siedziby. Chyba nie spodziewaliśmy się Szefa, a już na pewno nikogo z Grupy. Nie wychodziłam z pokoju – w końcu nikt niepowołany nie powinien wiedzieć, że w ogóle tu jestem. Z drugiej strony takie niezapowiedziane wizyty nie mogły znaczyć nic dobrego. Chodziłam w kółko po małym pokoju zastanawiając się co robić, na szczęście nie minęło zbyt wiele czasu, gdy usłyszałam pukanie i w drzwiach pojawiła się kucharka. - Pani zejdzie, takie rzeczy to mnie się nawet nie śniły! – mówiła już do siebie, gdy podążałam za nią. Usłyszałam odjeżdżający samochód z podjazdu. Tak krótka wizyta mogła znaczyć jedynie szybkie, konkretne informacje. Ktoś zginął. Coś poszło nie tak. Gdy tylko weszłam do salonu i spojrzałam na Brzytwę, nie wiedziałam jak miałabym rozumieć jego minę – trochę zakłopotaną, trochę zmieszaną, ale też jakby drwiącą…? Pani Stasia poleciała szybko do kuchni i tłukła się po szafkach – a przecież obiad był

Postęp podglądu tylko w tej sesji · 0%
Tequila (3) — czytnik · opowiadania