Erotyka · 1 godz. 32 min czytania
Tequila (4)
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 4
[c.d]
To był ostatni moment, żeby się wycofać. W ciągu kilku godzin ustaliłam dokładne numery pokojów, nazwiska sąsiadów, a nawet numer karty kredytowej, jaką posługiwał się Shot. Brazylijska rodzina nie miała praktycznie żadnej ochrony, nie dbała o dyskrecję i zatrzymała się w hotelu, w którym słabo płacą pracownikom, zdzierając od gości ogromne sumy. Jak Shot mógł pozwolić na takie niedociągnięcia, ktokolwiek z podrzędnej firemki mógł ich wszystkich sprzątnąć?
Nie wiem, po co to wszystko robiłam. Z głupoty? Z naiwności? Nudów? Stałam przed drzwiami jego pokoju (głęboko katolicka rodzina wynajęła dwa osobne dla narzeczonych, choć nie znaczyło to wcale, że nie sypiali w jednym). Mój plan był prosty, aczkolwiek dość ryzykowny.
Wbrew wszelkim obawom, Shot wrócił do pokoju sam. Słyszałam, jak się po nim krzątał, jak włączył telewizję, otwierał szafę, siadał na łóżku. Przez chwilę miałam wątpliwości, karciłam się w myślach za swoje idiotyczne zachowanie. Potem Shot otworzył drzwi łazienki. Zobaczył mnie siedzącą na małym parapecie, w ciemnym ubraniu i zaciętym wyrazie twarzy. Szybko zamknął drzwi od wewnątrz. Miałam tyle pytań, tyle niejasności, tyle chciałam mu wygarnąć. Stanęłam na ziemi, gdy był już blisko. - Wiesz, co wyrabiasz?! – szepnął karcąco. Nie mogłam odczytać wyrazu jego twarzy, choć najbardziej zbliżony był do wściekłości. Już otwierałam usta, by coś mu odpowiedzieć, ale zakrył mi je lewą dłonią. Prawą niespodziewanie poczułam na guziku spodni. Przez chwilę czułam opór, niechęć – nienawidziłam go przecież, zabił mojego… Palce Shota już były tam, na dole, ruchy ograniczone przez spodnie wywoływały u mnie dreszcze, budziły wcześniej uśpione pokłady skrywanych emocji. I ten jego nic nie mówiący, stanowczy wyraz twarzy, iskry w oczach… Znajdowałam i gubiłam odpowiedzi na wszystkie swoje pytania, bez słuchania jego głosu, bez rozmyślania. To, do czego mnie doprowadzał było warte więcej niż słowa. Niż wszystkie zaklęcia, którymi czarował miliony dziewczyn i kobiet na całym świecie. A nawet jeśli nie, to przynamniej moja przyjemność była większa. Nie zamykałam oczu. Patrzyłam w jego bez odwracania wzroku. - Nigdy więcej nie przychodź do mnie, gdy pracuję. – powiedział przerywając nagle i zwalniając uścisk na moich ustach. Zrozumiałam, że tu i teraz żadna rozmowa się nie odbędzie.
To był jeden z najdłuższych lotów, jaki zaliczyłam w swoim życiu. W mojej głowie kotłowały się myśli wiodące od skrajności w skrajność. Shot mnie okłamał, w tak ważnej sprawie. To był fakt. Ale czy to kłamstwo nie było najpiękniejszym kłamstwem, jakie mógł popełnić? Tomasz żył. Ale moje emocje i uczucia wróciły na swoje miejsce i mogłam zimno stwierdzić, jak niebezpieczną grę prowadziłam. A mimo to myślałam o nim bardzo ciepło, uśmiech sam pojawiał się na moich ustach. Nie będę go szukać. Nie pozwolę mu się znaleźć. Czemu Shot go nie zabił? Wedle wszelkich racjonalnych i irracjonalnych przesłanek powinien był to robić. Czemu więc się powstrzymał? Czemu ryzykował tak poważną misję, tak bardzo? Powinien go normalnie sprzątnąć, właściwie zlecić sprzątnięcie, a nie ujawniać swoją twarz, działać na tak szeroką skalę… i po co? Jedna, nieśmiała odpowiedź przebijała się przez inne: dla mnie. Ale czy była prawdziwa?
- Rolex, możemy porozmawiać? – mimo uprzejmego tonu był to bardziej rozkaz niż pytanie. - Widzę, że wróciłaś do formy… - uśmiechnął się złośliwie, ale wyszedł ze mną na parking. - Wiem wszystko. – rzuciłam zaciągając się papierosem. – Że go nie zabiliście, że się przeniósł… - Nie pomogę ci go szukać. – odpowiedział od razu – Mnie masz na miejscu, a robisz takie akcje… - Nie chcę go szukać. Chcę wiedzieć, jak to wyglądało. Czemu mnie śledziliście i podsłuchiwaliście? Jak Shot się o tym dowiedział? Przecież prowadzi zamkniętą, więc… - Zanim wyjechał wydał takie rozkazy, ja je tylko wykonywałem… - Jakie rozkazy? Jak mógł ci je oficjalnie wydać…?! - Dobra, zapłacił mi sporo, żebym cię pilnował. – nie kłamał, nie miał po co. – Miałem się z nim skontaktować w naprawdę poważnej sytuacji, wykraczającej poza działania Grupy. Nie wiem, skąd on wiedział, że się w coś wpakujesz? - No i co, zabicie policjanta było dla ciebie tak trudne, że musiałeś go wzywać? - Ohh, Teq. Nie unoś się tak. Wiesz, że nie to stanowiło problem, tylko stan w jakim byłaś. Te słodkie oczka, ćwierkający głosik… - zaczął się złośliwie śmiać, a ja czułam się naprawdę głupio, bo miał rację. - Dlaczego po prostu go nie kropnęliście? - Jego wysokość Shot zakazał jakiejkolwiek ingerencji, nie mówiąc już o rozwiązaniach siłowych. Też go nie rozumiem. Ty chyba powinnaś wiedzieć lepiej… zwłaszcza że twoje życie, wygoda, stanowisko, były i pewnie są, ważniejsze niż życie jego brata. I jego samego. - Nie musieliście mu o tym mówić… - Nie? – spytał retorycznie - Wiesz, ja też go nie rozumiem. Co wy, jesteście spokrewnieni? Czy macie jakieś swoje porachunki, że on się tak tym wszystkim martwi…? On ma stanowisko i władzę. Ma też przyjaciół, takich jak ja, którym ta przyjaźń jest na rękę. Co więc masz ty, że jesteś aż tak ważna…? – już otwierałam usta aby rzucić jakąś ripostą, gdy rzucił swój niedopałek na ziemię i przydeptując go dodał – Albo wiesz co, nie chcę nic wiedzieć o waszych gierkach. – odwrócił się i poszedł. Zostałam sama na parkingu, oszołomiona prawdą, jaką uświadomił mi Rolex.
- Ja chciałam prosić… potrzebuję… czy mogłabym… - Szef nawet na mnie nie patrzył. - Czekałem, aż zmądrzejesz. Twój jedyny urlop martwił naszego głównego lekarza… Już myślałem, że będziemy musieli wysłać cię na przymusowy. Udzielam zgody, idź natychmiast do księgowego i załatw wszystko. Nie chcę cię widzieć przez najbliższe dwa tygodnie.
Część 22 / 4
Nie chciałam też polować, walczyć. Chciałam odpocząć. Malediwy okazały się być przypadkowym pomysłem, ale za to najlepszym w moim stanie psychicznym. Nie cieszyłam się słońcem, ale samotnością i spokojem. Oceanem i piaskiem.
Jak ja mogłam być taka? Czemu? Shot zawsze dbał o moje interesy, od początku. Jak mogłam myśleć, że robił coś przeciwko mnie? Czemu byłam na niego wściekła, gdy wyjeżdżał? Jego opieka nie była uciążliwa, nikt nie patrzył mi na ręce ani nie sterował otrzymywanymi zadaniami, niczego mi nie zabraniał, po prostu uważniej czuwał. Nie mogę być pewna, że cokolwiek mi ułatwiał, myślę że nawet jeśli, to w niewielkim stopniu. A ja? Poza sprawianiem problemów, robiłam rzeczy, za które każdy by mnie znienawidził. KAŻDY. Dlaczego więc on nadal, mimo tego wszystkiego, robił dla mnie tyle dobrego? Przestraszyłam się tego, że przestawałam o nim myśleć jak o znajomym z pracy, któremu uratowałam życie. Ten dług spłacił przecież już dawno temu. Więc i nasze kontakty, w jakiejkolwiek formie innej od zawodowych, musimy ukrócić. Postanowiłam, że gdy tylko wróci będziemy musieli porozmawiać i zerwać wszystkie kontakty, zobowiązania i chęci. Tak będzie najlepiej dla nas obojga. Tego wieczoru czułam się gorzej, niż wtedy, gdy myślałam że Tomasz nie żyje. Tym razem jednak wypiłam całą butelkę wina i zasnęłam na plaży, poza ogromnym żalem czując wewnętrzny spokój.
Kilka zadań później, znów odkryłam po co to robię i że sprawia mi to satysfakcję. Wszystko wróciło do normy, w myślach dawno już pożegnałam się z Shotem, przyzwyczaiłam się do samotności i do tego, że on gdzieś tam sobie istnieje, ale nie ma wpływu na mnie i moje plany. Powinnam jeszcze znaleźć sposób, na czasami budzące się ciśnienie, wspomnienia wspólnych chwil wywołujące prawdziwe uczucia. Ale mimo wszystkich swoich przemyśleń, robiąc to z kimkolwiek innym, czułabym się źle w stosunku do Shota, jakbym nadal się za coś mściła, coś mu udowadniała… A przecież… Nie. Musiałam mieć nadzieję, że nadejdzie taki dzień, gdy nie pomyślę o tym w ten sposób i skorzystam z jakiegoś zaproszenia na kolację ze śniadaniem…
W końcu Shot wrócił. Jak zawsze chwalony, obskakiwany, ciągle zajęty po powrocie. Wiedziałam, że chodzi po siedzibie, załatwia miliony spraw, ale nie znalazł nawet chwili czasu, żeby choć się przywitać. Ganiłam się w myślach za smutek z tego powodu. Musiałam się przyzwyczaić – w końcu tak już miało być zawsze. Mała impreza powitana była dla mnie koszmarem, stałam gdzieś z boku rozmawiając chwilę ze współpracownikami, patrząc dyskretnie w stronę głównej atrakcji wieczoru i słuchając peanów szefostwa na jego temat. Dowiedziałam się jedynie, że teraz czekają go dość długie wakacje, a później zacznie nawet szkolić jakąś jednostkę specjalną dla własnych użytków. On nie spojrzał na mnie ani razu, nie przeszedł obok, nie próbował zwabić do siebie. - Dziwne, co? – Rolex stanął tuż obok i popijał herbatę z nieoficjalną wkładką (jak wszyscy inni zebrani). – Nasz bohater nawet się nie przywitał… Wiesz, że druga cześć tej imprezy będzie w knajpie na rogu? – nie wiedziałam. Zauważył moje zdziwienie lub smutek – Hej, młoda! – szturchnął mnie lekko łokciem – Jesteś na liście gości, ja miałem osobiście dopilnować twojej obecności. - Nie mam ochoty… - zaczęłam, ale pomyślałam, że raczej nie robiłby nieprzyjemności Shotowi ściągając mnie na siłę. I że może to być idealna okazja do rozmowy. - Już się nie wygłupiaj, nie masz nic lepszego do roboty, a tam muzyka, my i morze alkoholu…! Widzimy się o 23 na miejscu. – nie dał mi zaprotestować. A ja zaczynałam czuć stres przed konfrontacją.
Majowe wieczory były ciepłe i rześkie, często padał deszcz, pachnący późną wiosną. Szłam do knajpy jak na skazanie, nawet nie przebrałam się w nic odpowiedniejszego, nie miałam zamiaru spędzić tam więcej czasu, niż to było konieczne. W środku panował zaduch typowy dla tego typu spelun. Nie dostrzegłam jednak żadnej ze znanych twarzy. - Pani na przyjęcie? – spytał człowiek, wyglądający na kelnera (których przecież tutaj nie było). Skinęłam głową i poszłam we wskazanym przez niego kierunku. W knajpie była osobna sala, w której miałam nadzieję spotkać resztę. Jednak panowała tam kompletna cisza. Przy jedynym stoliku, nakrytym dla dwóch osób, stały tylko dwa krzesła. - Proszę usiąść, pani towarzysz zaraz się pojawi. – kelner nie chciał słuchać mojej odpowiedzi, zostawił mnie samą w tym pustym pomieszczeniu. Usiadłam, niechętnie, nie rozumiejąc całej sytuacji. - Liczyłem się z tym, że możesz nie przyjść, a jednak… - to był głos Shota. Wynurzył się gdzieś z ciemnego kąta i usiadł naprzeciwko mnie. Nie, wbrew pozorom nie wyglądało to jak romantyczna kolacja dwójki zakochanych. Po prostu w ten sposób mogliśmy spokojnie porozmawiać. - Czego się napijesz? Co masz ochotę zjeść? - Nie chcę jeść, poproszę podwójną wódkę z lodem i cytryną. – powiedziałam, próbując zachować spokój. Cały mój scenariusz rozmowy, cały spokój, pewność siebie i swojego postanowienia, topniała z każdą chwilą, gdy był tuż obok. Tylko dla mnie. Nie mogłam się teraz złamać, choć czułam że wszystko zacznie się na nowo, że otworzą się stare rany i cały proces nie będzie tak prosty, gdy on będzie na wyciągnięcie ręki, musiałam być konsekwentna. Dla dobra wszystkich… - Słyszałem, że byłaś na wakacjach… - zaczął beztrosko czekając na kelnera. - …wypoczęłaś? – skinęłam głową. To wszystko odebrało mi możliwość wydobycia z siebie dźwięku. Przyglądał mi się dokładnie, badawczo, ale z czymś takim… takim, co rozpuszczało mi serce. – Ja wybieram się niebawem, ale nie zdecydowałem jeszcze o kierunku. Zastanawiałem się nad RPA lub Afryką w ogóle, mógłbym pobić twoje niedźwiedzie polowanie… - uśmiechnęliśmy się równocześnie. Kelner postawił obok mnie moją szklankę, którą ku jego zdumieniu wypiłam duszkiem i poprosiłam o następną. - Na pewno nie chcesz nic zjeść? Kucharz został specjalnie dla nas… - Nie, Shot. – głęboki wdech na odgonienie wątpliwości. – Ja… - był smutny. Widziałam to wyraźnie. - Rozumiem. Nie będę cię trzymał na siłę, La. Jeśli nie chcesz siedzieć ze mną przy jednym stole, za to co zrobiłem… a właściwie nie zrobiłem, ale… - Nie, to nie tak… - …naprawdę nie liczyłem na wybaczenie. – to nie była ani gra, ani pewność siebie. Mówił szczerze. - Dasz mi wreszcie dojść do słowa? – skiną głową. – Posłuchaj… ja tylko chciałabym zadać ci kilka pytań, właściwie jedno: dlaczego go nie sprzątnąłeś? – Shot wziął głęboki oddech, jakby dla niego to wszystko było równie trudne, jak dla mnie. Może też doszedł do tych samych wniosków co ja? Może też miał się ze mną pożegnać…? – Nie musisz odpowiadać. To i tak nie ma znaczenia. Chciałam ci powiedzieć… - druga pusta szklanka została oddana kelnerowi, który przewidująco trzymał już w ręce butelkę czystej - …że ja, to znaczy my… Że rozumiem, to wszystko jako spłatę długu wdzięczności, za uratowanie życia, inaczej nie umiem tego wytłumaczyć. – chciał mi przerwać, ale nie dałam mu – Już dawno go spłaciłeś. Jesteśmy kwita, nie jesteś mi już nic winny. A ja nie będę już sprawiać problemów, dlatego… - czemu to było tak kurewsko trudne? Czemu nie mogłam tego powiedzieć? Czemu czułam znów nieprzyjemną kulę w gardle…? – dlatego uważam, że każde z nas powinno iść swoją własną drogą, tak aby nie… - odważyłam się spojrzeć mu w oczy, żeby nie myślał, że czuję się winna. Choć byłam. - … Wiesz o co mi chodzi. – wychyliłam kolejną szklankę i wstałam szybko od stołu. – Życzę ci więc udanego urlopu i wypoczynku, a potem oszałamiającej kariery, jeśli da się bardziej… - nie patrzyłam w jego stronę, chciałam już jak najszybciej opuścić to miejsce, w którym powietrze stało się rzadkie i ciężkie, wymieszane z jego perfumami. - La, zaczekaj… - usłyszałam trzaskając drzwiami, wybiegłam na ulicę, nie patrzyłam gdzie idę. Oczy zaszły mi mgłą, czemu? Nikt nie umarł, a czułam się tak, jakbym straciła coś już raz na zawsze. Wyrzuciła. Zawiodła po raz kolejny, zachowała się nieprofesjonalnie i szczeniacko… - La…! – byłam pewna, że jego głos odbija się jedynie w mojej głowie i że im bardziej się oddalę, tym szybciej zniknie. Zaczęłam biec, bezsensownie, bez celu. – La! – stanęłam i odwróciłam się. Nie zwariowałam, Shot biegł za mną, zdenerwowany? – Uważaj! – usłyszałam klakson, stałam na środku ulicy. Dostrzegłam dopiero teraz intensywną mżawkę i w ułamku sekundy zrozumiałam, że droga hamowania nadjeżdżającego dość szybko samochodu kończy się parę metrów za miejscem, w którym stałam. Więc taki miał być mój koniec. Śmieszne. Przyłożyłam dłonie do twarzy, odruchowo? Zamiast silnego uderzenia z boku, poczułam jednak ciepłe, silne ręce, które otoczyły mnie i przycisnęły do klatki piersiowej, potem gwałtowny upadek, ale bez bólu – ciepłe dłonie objęły moją głowę tak, by nie stała mi się krzywda. Potem zapanowała cisza. Samochód chyba nawet się nie zatrzymał, deszcz kropił lekko wokoło. Słyszałam mocne bicie serca, oddech, czułam ciepło. - Nic ci nie jest?! – Shot rozluźnił uścisk i jedną dłonią zaczął odgarniać mokre włosy z mojej twarzy – Co się stało? –spytał łagodnie widząc, że płakałam. Nie mogłam na niego spojrzeć, nie zasługiwałam na nic z jego strony, po co znów mnie ratował…? Mimo tej świadomości wczepiłam się palcami w jego koszulę i wtuliłam mocniej, czując się błogo i bezpiecznie, pierwszy raz od bardzo dawna. – La, już dobrze… - Przepraszam cię, Shot. Przepraszam za wszystko, za Rolexa, za twojego brata… ja nie wiedziałam, że on… że wy… Nigdy bym tego nie zrobiła, gdybym wiedziała, przysięgam… - płakałam żałośnie, a on lekko gładził moją głowę - …przepraszam za Tomasza… nie wiem co we mnie wstąpiło, z jakiegoś powodu chciałam ci coś udowodnić, ale… nadal nie wiem co i czemu… ja naprawdę nie wiem czemu… nie rozumiem, czemu tak bardzo mnie chronisz, czemu… choć powinieneś mnie znienawidzić! Traktować jak wroga! - połykałam łzy, czułam jego spokojny oddech i bicie serca i udzielało mi się to. Mimo, że nadal leżeliśmy na chodniku, wśród śmieci i deszczu, mimo że pewnie był strasznie potłuczony… nadal tu był. Nadal. Pewnie niedługo, pewnie zaraz zniknie. - Naprawdę nie wiesz? – odparł spokojnie, delikatnie pokręciłam głową. – Bo cię kocham, głuptasie. Pierwszy raz od dłuższej chwili podniosłam wzrok na jego oczy. Uśmiechały się. Były szczere. To co mówił było szczere. Jak? Czemu? Mnie? Za co? Znów miałam łzy w oczach, mieszały się z deszczem. Delikatnie zbliżył swoje usta do moich. W taki sposób, bym mogła się wycofać, dać do zrozumienia, że to zbyt wiele, że podtrzymuję swoje słowa z przed kilkunastu minut. Ale dla mnie nie było już odwrotu. To było… Nie do opisania. Wyraz czegoś większego niż ochoty na siebie, czegoś większego niż z Tomaszem… - Odwiozę cię do domu… - powiedział po chwili. Wróciliśmy do jego samochodu. Nie zdążyliśmy jednak do mnie dojechać – Shot zatrzymał auto w jednej z bocznych ulic, szybko znalazłam się na jego kolanach. Czułam się, jakbym robiła to pierwszy raz, pierwszy raz pijana hormonami, nie alkoholem, pijana szczęściem, wyczulona na najmniejsze muśnięcia, najdelikatniejszy dotyk i ruch. Szczęśliwa. Tak jak on.
Jego wyznanie, jedno z niewielu na jakie mogliśmy sobie pozwolić, nadal słyszę w głowie. Nie mogę uwierzyć, że do dziś, do teraz, ja nigdy mu tego nie powiedziałam…
Dziecko płakało pół nocy. Nienawidziłam dzieci jeszcze bardziej z każdą minutą. Nie czułam żadnego instynktu, żadnej potrzeby – prawdopodobnie każdy, kto postrzega rozmnażanie, jako skazywanie kolejnego człowieka na życie (a nie jako „dar życia”), ma podejście podobne do mojego. Dzieci nie są słodkie. Mogą być fascynujące, bo robią postępy, zaskakują, są żywym i bardziej namacalnym dowodem działania biologii. Ale słodkie nie są. Nie wiem jak mogłyby być – są nieporadne, niezdarne, zdane na czyjąś łaskę… Aż zadziwiające, jak nasz gatunek przetrwał tyle czasu – z takim potomstwem i tak długim okresem dorastania… Rayan jest zwykłym dzieckiem – je, śpi, robi w pieluchy, płacze, bawi się i lubi słuchać MTV Base. Nie lubi chartów Brzytwy i zapachu wódki, więc jestem zmuszona pić inne trunki (i to też w niewielkich ilościach, bo pani Stasia czuwa nad bezpieczeństwem – choć mówię jej, że większa krzywda może się stać, gdy będę rozdrażniona na trzeźwo). Pani Stasia uświadomiła nas, że lada dzień zacznie sam siadać, a później chodzić. I że będzie coraz więcej płakał z tęsknoty za mamą. Nie ucieszyło mnie to w ogóle, natomiast Brzytwa udawał obojętność, ale nawet po nim można było zobaczyć, jak męczące bezsenne noce. Nie traktowałam tego zadania poważnie, w końcu miałam nadzieję, że w krótkim czasie dzieciak powędruje do swojego nowego domu i więcej go nie zobaczę. Niestety do Rayana to nie docierało, gdy tylko się do mnie przyzwyczaił, nie chciał odstępować na krok, choć to pani Stasia zajmowała się nim bardziej. - Widać wybrał sobie nową mamę… - westchnęła kucharka patrząc z progu jak mały wyciąga swoje małe rączki w moją stronę. - Widzisz Tequilo, a tak się denerwowałaś, że nie dasz rady… - Nie wiem co was tak cieszy… - odburknęłam naprawdę nie rozumiejąc zachwytów pozostałych - …nadal nic nie wiadomo w jego sprawie? Chciałabym się wreszcie wyspać… - To może powinna pani zabrać go do swojego pokoju na noc… - zaproponowała pani Stasia - To wyśmienity pomysł! – podchwycił Brzytwa, pewnie dlatego, że mój pokój znajdował się daleko od jego sypialni. - Wykluczone! - Tak myślałem, że się nie zgodzisz. – schował twarz w gazecie – Nie, nic nie wiadomo. Jednak, gdy tylko wypowiedział te słowa, zadzwoniła jedna z jego komórek i po minie wywnioskowałam, że to ktoś z Grupy. Brzytwa opuścił salon, czym bardzo mnie wkurzył – w końcu sprawa dotyczyła nas wszystkich… Po chwili jednak usłyszałam, jak mnie woła do siebie. To mogło znaczyć tylko jedno. - Tequilo, zrobiono podstawowe badania i ich wyniki poznamy niebawem, gdy tylko zjawi się tutaj mój syn… - mówił to spokojnym, ale lekko zasmuconym głosem - …Jednak ważniejszą wiadomością jest fakt kolejnej konfrontacji z Pieczarą. Jeden z naszych oddziałów miał wykonać banalne zadanie, oblężenie z porwaniem i żądaniem okupu. Cała sytuacja okazała się być pułapką, tak jak przewidywaliśmy. I dlatego wysłaliśmy tam najlepszych strategów i ludzi. Niestety… ludzie Pieczary zdołali zabić część naszych. – zaczynało robić mi się gorąco. Ale, czy nie czułabym, gdyby Shotowi coś się stało? – Co gorsza, Tequilo, porwali agenta Shota. – czułam jak serce przestaje mi bić. Porwali. Czyli żył, ale… nie wiadomo jak długo. - Uprzedzając twoje pytania: nie wysunęli żadnych żądań, musimy uzbroić się w cierpliwość, ale rokowania nie są zbyt obiecujące. – ledwo docierały do mnie jego słowa. Przecież trzeba coś zrobić?! Na pewno wywiad znał możliwe kryjówki, na pewno ktoś ich śledził, ktoś ich podsłuchuje… jak „czekać”?! – Gdy przyjedzie mój syn, proszę cię o obecność podczas całego spotkania, twoje losy też są z nim związane. Być może udostępnimy ci akta agentów. Prawie po omacku poszłam do swojego pokoju. Coś trzeba było zrobić. Trzęsły mi się ręce, paliłam papierosa za papierosem, czekałam na Szefa.
Część 33 / 4
- Nie jest dobrze. – powiedział Szef równie zdenerwowany – Jest nawet, powiedziałbym, kurewsko źle. - Synu, spokojnie. Po kolei. – Szef usiadł w jednym z foteli, wyciągnął papierośnice i porządnie zaciągnał się wyjętym zeń papierosem. - Pojechały dwa oddziały, ochrona i ta grupa specjalna z indywidualnych. Dowodził Shot z Rolexem, oczywiście domyślaliśmy się podpuchy, ale widocznie tamci mieli więcej czasu na rozeznanie w terenie, albo mamy zdrajcę… - …albo podsłuchy, nie zasiewajmy niepokoju… - Jakiego niepokoju?! Jeśli mamy wtyczkę, to nic co ustalimy nie będzie miało sensu! - Dobrze już, dobrze… - …wystrzelali połowę ochrony, Rolexowi udało się też paru tamtych zabić, indywidualni też się dobrze spisali, dopóki nie znaleźli się zupełnie bez ochrony i nie byli w stanie odbić Shota. A gdy tylko go złapali, nastąpił odwrót i wszystko ucichło. - Ewidentnie tylko o niego im chodziło, mogli zrobić to w mniej spektakularny sposób… - Brzytwa zamyślił się. - Pewnie, że tak, ale właśnie o to chodzi… że musi być dużo i krwawo, jakby to miało jakieś znaczenie dla skuteczności. W tym całym zamieszaniu mogli go zabić, nie są chyba aż tak dobrzy, żeby wszystko przewidzieć… - Więcej strat po naszej, czy ich stronie? - Ilościowo, po ich. Ale sam rozumiesz, że Shot… - Brzytwa machnął ręką, dając do zrozumienia, że nie musi tego słuchać. Szef jakby się trochę uspokoił, wypił kilka szklaneczek whisky. Z kuchni dobiegł do nas jeden z odgłosów Rayana. Szef spojrzał pytająco na Brzytwę i uśmiechnął się ze zrozumieniem. – A no tak, bo wy tu macie tego bachorka! Pokażcie go… - Brzytwa dał mi do zrozumienia, że mam go przynieść. Przyglądał się badawczo Szefowi, ale za nic nie chciał puścić mojej szyi. - Ale musicie przyznać, że podobny do tatusia… - pani Stasia weszła do gabinetu i zabrała dziecko, mrucząc cos pod nosem o dymie papierosowym i nieodpowiedzialności. - … w teczce są wyniki badań, wszystko potwierdzone. Ale ze względu na obecna sytuację zostawiłbym małego tutaj. – sięgnął po papiery, podał je Brzytwie, który dopiero teraz zaczął wyglądać na zmartwionego. – Nie przejmuj się staruszku, jak widać w razie czego mamy godnego następcę swojego ojca! – musiałam zrobić minę odzwierciedlającą mój wewnętrzny stan, czyli niepewność, niezrozumienie i niedowierzenie, ponieważ Szef aż zachichotał. – Przecież to dzieciak agenta Shota, nie wiedziałaś? – spytał retorycznie i nalał sobie kolejną szklaneczkę whisky. Brzytwa zaczytany w dokumenty przywiezione przez Szefa nie zwracał na nic uwagi, a ja nie wiedziałam, co się dzieje ze mną. Jak to dziecko Shota?! Przecież my… przecież… nie wierzę. Nie wierzę, że mógłby mieć dziecko, o którym by mi nie powiedział i to jeszcze z kimś… Z kim? Jak się o tym dowiedzieli, czemu dopiero teraz? - Brzytwa, ja… czy mogłabym.. zobaczyć te dokumenty? – obydwoje spojrzeli na mnie zdziwieni. Czemu mnie to interesuje? Ale nic mnie już nie obchodziło. Shot siedział gdzieś w zamknięciu, o ile jeszcze żył, nie miałam nic do stracenia, ponad własne życie. Brzytwa podał mi jednak plik kartek z fotografiami i opisami. Badanie jednoznacznie wskazywało zgodność kodu DNA dziecka i Shota. Były też zdjęcia twarzy, symulacje komputerowe przyszłego wyglądu… I nazwisko matki, odpis raportu (prawdopodobnie autorstwa Shota) z akcji, w której prawdopodobnie do tego doszło. Data, opis… To było już po jego powrocie z Brazylii, po naszej rozmowie…
- Mam dla ciebie zadanie… - rzucił Shot mijając mnie na korytarzu, niedługo po powrocie do siedziby ze swojego urlopu. Oczywiście nigdzie nie wyjechał. Spędzaliśmy ze sobą każdą wolną chwilę, jeździł ze mną na moje akcje (arcyniebezpieczne postępowanie), chodziliśmy na imprezy, do knajp. Przy świadkach nigdy nie okazywaliśmy sobie nic nadzwyczajnego, w razie czego zawsze można było się wytłumaczyć, że omawiamy kolejne etapy szkolenia przyszłych rekrutów Shota. Chodziliśmy do kin, teatrów, na różnego rodzaju spotkania towarzyskie, niby w poszukiwaniu kolejnych klientów, celów lub też aby zapoznać się z życiem zwykłych ludzi, by lepiej później wtapiać się w tłum. Pamiętam jednak każde słowo z tamtego okresu, gest, przelotne spojrzenie czy dotyk jego dłoni. Zyliśmy trochę jak w transie, na granicy ryzyka, ale nie milismy nic do stracenia – poza własnym życiem, które i tak niewiele było warte. Do dziś nie wierzę, że nikt niczego nie podejrzewał. Wtedy nawet się nie zastanawialiśmy, co zrobimy, gdyby… Potem Shot wrócił do siedziby, planował wielkie szkolenie, szukał najlepszych z najlepszych, żeby stworzyć elitarną podjednostkę i wykorzystywać ją do najtrudniejszych zdań – jako grupę, a nie indywidualnych agentów, żeby nie musiał już więcej wypożyczać ludzi z innych sekcji. - Już mi się nie podoba… - odparłam uśmiechając się złośliwie. - Na pewno ci się nie spodoba. – znaleźliśmy się w jego biurze – Przejmiesz na siebie cześć szkolenia. – mój wzrok musiał mówić sam za siebie. – Tak, wiem jak to się skończyło ostatnio, ale to była kwestia charakteru niedoszłej agentki, a nie twojego… - No nie wiem… Nie Shot. Nie zgadzam się, po prostu nie podejmę się tego więcej. - Musisz, La. To rozkaz z góry, ja mam inne obowiązki, kolejna misja… Nie patrz tak, nie zamknięta, nawet całkiem niedaleko, w kraju. Po prostu muszę się tym zająć, tak tylko ja. - Nie. Nie zgadzam się… - La. – złapał delikatnie moje ramiona i patrzył mi w oczy – Nie bądź dziecinna. Tutaj dostajesz dwie, trzy osoby. Nie jedną. Nie zajmujesz się nimi non stop, zwracasz im tylko uwagę na najważniejsze aspekty. - Już to kiedyś słyszałam… - Ale tym razem naprawdę nie sprawdzają ciebie. Oni już są u nas, nie są rekrutami. Muszą zaliczyć kilka akcji dla wprawy. Mówię poważnie, żadnych kursów, ani zdobywania nowych umiejętności. Wymogi z góry. - To na twoją akcję nie możesz ich zabrać… - Shot zaśmiał się i usiadł za biurkiem. - Nie, chcę to załatwić szybko. To się już od dawna ciągnie, a potrzebujemy jedynie kilku informacji. Nie mogę ci zdradzić szczegółów, ale obiecuję wrócić za trzy miesiące… - zaczął drukować szereg dokumentów, poznałam, że to akta moich przyszłych podopiecznych. - Tylko powiedz im, że limit słów wypowiedzianych przez nich, to 6 zdań dziennie. Przysięgam, że nie będę tak cierpliwa, jak wtedy.
Dostałam cztery osoby, trzy kobiety i jednego chłopaczka. I nie miałam z nimi najmniejszych problemów, byli spokojni, perfekcyjnie wyszkoleni i – co najważniejsze! – nie rozmawiali. Mogłam ich obserwować, testować i podpuszczać, ale trzymali się wcześniejszych ustaleń i bardzo oszczędnie używali swoich głosów, zwłaszcza zwracając się do mnie. Shot odzywał się często, na pewno częściej niż powinien, wszystko szło świetnie, aż do pewnego dnia. Reszta moich tymczasowych podopiecznych wykonywała inne zadania, ja zostałam sama z agentką DeeDee, która miała sprawdzić dokładną topografię budynku. Stacjonowałyśmy w jakiejś piwnicy, była sucha i ciepła – jak to stare, dobre piwnice w licznych kamienicach. Dodatkowo legendy głosiły, że w tych zabudowaniach robiono podziemne połączenia, tak aby można było szybko przedostać się do innych części miasta. DeeDee poszła szukać przejść, które mogły być już dano zabudowane, zamaskowane lub poprzerywane. Miałyśmy naprawdę dobre warunki, zwłaszcza, że w tej kamienicy mieszkała jedna z naszych ofiar – na parterze, tuż nad opanowaną przez nas piwnicą. Znalezienie ciągów klimatyzacyjnych, rur czy innych nieszczelności nie było trudne, dzięki temu szybko założyłyśmy podsłuchy. Małe okienka wychodzące na ulicę ułatwiały nam sprawę. Utrudnieniem byli czujni mieszkańcy bloku i cieć, który miał swój schowek w jednej z mniejszych komórek piwnicznych. Tego dnia DeeDee po raz kolejny ruszyła badać teren, a ja wyciągnęłam butelkę ze swojej torby i ukoiłam drapanie w gardle. Usłyszałam też kroki na schodkach do piwnicy, szybko ale bezdźwięcznie stanęłam przy drzwiczkach, nasłuchiwałam i byłam gotowa do obrony, gdy usłyszałam numer identyfikacyjny i głos Shota. Co on tu robił? Przecież prowadził akcję, którą miał właściwie zaraz kończyć! - Cześć, La. Jesteś sama? – palił papierosa i chodził w kółko. Nie podobał mi się jego niepokój… Zerknęłam na nadajnik GPS, zielony punkt (DeeDee) oddalał się coraz bardziej. - W zasadzie, jedna poszła sprawdzać korytarze…. Wszystko ok.? – Shot odpalił kolejnego papierosa i popatrzył na mnie. - Nie widzę sensu, La. Nie widzę sensu w tym, co robimy! – podszedł do mnie wyrzucając peta gdzieś na ziemię, złapał mnie za ramiona i patrząc w oczy poprosił – Ucieknijmy! - Shot… - Tak, ja wiem, to szaleństwo, ale możemy uciec, mamy dużo kasy, znajomości, możliwości, wiemy jak działa Grupa, nie znajdą nas… - Alleee… - La, przecież wiesz… będziemy wtedy… wolni! Razem… - nie podobało mi się to, co widziałam w jego oczach. Głośniejsze pikanie z nadajnika dowodziło, że DeeDee zbliża się w naszą stronę. - Shot! Uspokój się! Nie możemy teraz rozmawiać! - Ale przemyślisz to, ok.? Wpatrywał się we mnie tak intensywnie, tak badawczo, z taką wiarą, że nie mogłabym skłamać, nawet gdybym chciała. - Nie muszę myśleć. Nie chcę uciekać. Chcę robić to co robię, przecież jest dobrze… Zawiodłam go. Rozzłościłam, podłamałam jeszcze bardziej. Spuścił głowę, jakby się skurczył. Potem, nagle z całej siły uderzył pięścią w ścianę tuż za moją głową, cegła posypała się zmiażdżona jego siłą. I wyszedł. Prawie równocześnie z wejściem DeeDee. Na szczęście nie zadawała pytań, na pewno wiedziała, że ktoś tu był, słyszała głosy i ruch (gdyby tak nie było, nie mogłaby być agentem), ale wiedziała również, że gdyby miało to związek ze sprawą, na pewno bym ją poinformowała. - Znalazłam przejścia. Część jest zamurowanych, ale zwykłym gipsem i to w miejscach niewidocznych, nie czyichś komórkach. Także można spokojnie wybijać, zastawić dyktą, albo zamaskować atrapami, dla pewności… - Dziękuję. Skończyłaś na dziś… - widziałam, że chciała zaprotestować, ale dostrzegła butelkę w mojej ręce i zrozumiała, że nie powinna się odzywać. Zebrała swoje rzeczy i poszła. O co chodziło Shotowi? Co mu się stało?
Butelkę czystej później wrócił. Usiadł obok mnie, na prowizorycznym posłaniu, w świetle słabnącej już latarki. - Przepraszam. Miałem dziś przejebany dzień. – patrzył gdzieś przed siebie, a ja milczałam, czekając na rozwój wydarzeń. – W związku z akcją musiałem zabić… normalnie zamordować, matkę i dwóch chłopców. To byli przyjaciele rodziny, którą rozpracowuję, znałem ich, bawiłem się z nimi w ogrodzie… A ja musiałem ich po prostu pozbawić życia, przyszłości, rozwoju… Może któryś z nich byłby naukowcem, wymyśliłby lek na najgorsze choroby? Albo lekarzem, albo kimkolwiek innym… - …mogli też stoczyć się, zostać bezdomnymi, ćpunami, draniami… mordercami, jak my… - przerwałam, ale nie zareagował… - Wiesz, że nawet nie to jest dla mnie najgorsze. Oni uważali mnie za przyjaciela, wpuścili do mieszkania, a ja… - wziął głęboki oddech. – Ta sytuacja przypomniała mi o mojej przeszłości, po prostu. Być może masz rację i ich śmierć teraz była najlepszym, co ich w życiu spotkało. Ale ktoś kiedyś pozwolił żyć mnie. Czemu? – dopiero teraz na mnie popatrzył. Bez słowa podałam mu świeżo otwartą czystą. – To było strasznie głupie, co mówiłem. Ale powiedz, czemu nie chciałabyś ze mną uciec? - Nie wyobrażam sobie tego. Po prostu. Moje życie to Grupa. Lubię to. Sprawia mi to satysfakcję, daje rozrywkę. Czuję się na swoim miejscu. I nie potrzebuję więcej. - A mnie? Też nie potrzebujesz? – nie wyczułam pretensji, zarzutu. - Nie jestem osobą, która poświęca siebie dla kogoś. Ty też nie powinieneś taki być… - Wiem, La. Ale nie mam na to wpływu. Siedzieliśmy dłuższą chwilę w milczeniu. Czasami tak się działo, zwłaszcza gdy ktoś stawał się mordercą z nie do końca przemyślanych pobudek: zemsty, pieniędzy albo beztroskiej zabawy. Wiele z takich osób odpadało w trakcie szkoleń. Wiele osób po prostu nigdy nie miało nawet najmniejszych predyspozycji do tej pracy. Inni miewali chwile kryzysu. Inni całe lata męczyli się, a potem przez własny błąd ginęli, albo popełniali samobójstwa. Byli też tacy, którzy znajdowali nowy sens życia – kobiety, rodziny – i uciekali. Większość znajdowaliśmy, ocenialiśmy poziom zagrożenia dla Grupy i 90% likwidowaliśmy. Cześć, odważniejszych, sama prosiła o zwolnienie przedkładając argumenty i czasami udawało się opuścić nasze szeregi bez bólu. Ale Shot nie należał do żadnej z tych grup. Nigdy nie wypuściliby go – zbyt wiele wiedział. Nie był też tchórzem, żeby uciekać, ukrywać się do końca życia. Nie znalazł rodziny poza Grupą, nie zmienił swoich priorytetów i był wprost stworzony do takiej pracy. Co innego mógłby robić? Ważniejsze dla mnie było to, że powiedział mi coś o swojej przeszłości. Mimo, że zrodziło to więcej pytań: czy miał więcej braci? Czy to Grupa zabiła jego rodzinę…? - Mimo wszystko dziękuję, że trzymasz mnie w pionie. - dopiliśmy wódkę. – Muszę wracać, wspierać rodzinę w trudnych chwilach… - Zaczekaj… - przyparłam go do ściany. Zrozumiał moją intencję. W inny sposób nie umiałam go pocieszyć. W wiadomym momencie, znów zaczął po swojemu: - Widzisz mnie, La? – nie rozumiałam o co mu chodzi. Przecież widział, że mam otwarte oczy, stoję blisko niego, wzdycham i jęczę przez niego, to kogo mam widzieć? - Widzę cię, Shot. – znieruchomiał. Ujął moją twarz w swoje dłonie. - Mam na imię Wiktor. To było coś. Wyraz największego zaufania. Czegoś najbardziej zakazanego w Grupie. Wyznanie imienia przez agenta, było i jest czymś, czego nie robi się nigdy. W żadnych okolicznościach, w żadnej sytuacji. Ta część akt zawsze jest utajniona, zna ją tylko garstka osób w Grupie. Często też jest palona. Dzieci wychowywane przez grupę nie mają imion. Agenci powinni je zapominać. - Tak, właśnie ciebie widzę, Wiktor. Właśnie ciebie.
Gdzie więc ono się podziało? Czemu nie wiedziałam nic o dziecku? Jego dziecku, do cholery…! Rayan miał 9 miesięcy, odejmując dwa razy tyle, czytając raport ze wzmianką o koniecznym morderstwie, wszystko układało się w całość. To musiała być tamta kobieta.
Wściekła krążyłam po mikroskopijnym pokoju, popijając whisky z butelki. Nie mogłam okazać zdenerwowania ani wściekłości przed Szefem ani Brzytwą – z jakiego powodu miałabym tak czuć? Przeciez nie wiedzieli, że strach o Shota miesza się z wściekłością i nienawiścią za zrobienie dziecka i ukrywanie tego faktu przede mną. A przecież coś czułam, że ta kobieta niesie ze sobą kłopoty wykraczające poza ramy akcji. Wiedziałam to po prostu. Wściekła z całej siły uderzyłam pięścią w ścianę. Co teraz mogłam zrobić? Nic. Czekać.
Mimo niewielkiej odległości, która dzieliła mnie od Shota podczas tamtej akcji, widywaliśmy się bardzo często – u mnie lub u niego w mieszkaniu, w knajpach, klubach, wieczorami i nocami w parkach, na stacjach benzynowych – wszędzie. Oficjalnie i nieoficjalnie. Do teraz nie wiem jak udało nam się ukrywać, że nikt nie podejrzewał co się dzieje… A może wiedzieli? Może to wszystko to jedno, wielkie przedstawienie…? Wtedy zupełnie o tym nie myślałam, cieszyłam się chwilą, beztrosko. Nie myślałam o jego zadaniu, narzeczonej i całej akcji, która przedłużała się coraz bardziej – ku niezadowoleniu wszystkich. Aż do pewnego wyjazdu – Shot wraz ze swoją narzeczoną udali się na weekendowy, romantyczny wypad nad morze. Oczywiście pojechałam z nimi, to znaczy do tego samego hotelu – wszystko na prośbę Shota. Nie było możliwości zdemaskowania nas przez narzeczoną, Grupy nie interesowały moje wyjazdy w trakcie akcji. Pamiętam, że spędziliśmy dwie upojne godziny w moim pokoju, potem Shot wrócił do narzeczonej. Chciałam ją zobaczyć, z ciekawości, może trochę z zazdrości. Widząc, że się wymeldowują, sama zebrałam swoje rzeczy i wyszłam z hotelu w tym samym momencie. Ona stała przy samochodzie obserwując taksówkarza pakującego ich walizki do bagażnika. Była wysoka, wyższa ode mnie, chuda – właściwie koścista. Miała pociągłą twarz, kremowy płaszcz, elegancką torebkę, dobrze dobrane, drogie buty. Bardzo jasna skóra kontrastowała z brązowymi włosami, spiętymi w kok. Odwróciła się żeby wsiąść do auta i wtedy popatrzyła na mnie. Zmierzyła mnie wzrokiem, wiedziała, że ja też to zrobiłam (nie zdążyłam ubrać okularów przeciwsłonecznych). Nasze spojrzenie spotkało się na kilka sekund. Jej oczy były zimne, zielono-niebieskie. Wzrok sprawiał, że zrobiły się jeszcze zimniejsze. Shot udawał, że mnie nie widzi, nawet nie spojrzał w moim kierunku, oboje wsiedli do samochodu i odjechali.
Część 44 / 4
- Kiedy kończysz tę głupią robotę? – rzuciłam wciągając spodnie i t-shirt – Jest aż tak ważna, że musisz tam tkwić, akurat ty? – Shot od kilku tygodni był posępny i małomówny. - Nie zaczynaj znów, proszę… - zapaliłam papierosa i odwróciłam się w jego stronę. – Sam mam już dość tego wszystkiego, ale wiesz, że nie mam wyjścia… - sięgnął po szklaneczkę z drinkiem i wypił całą jej zawartość. Motel, w którym byliśmy nie należał do najlepszych, ale nie to było dla nas najważniejsze. - Może ci się to podoba jednak? - Co? - Na przykład ona, jej elegancja… - stanęłam tyłem do niego i patrzyłam w okno. Słyszałam, że przestał się ruszać. - O co ci chodzi? - O nic. - Wiesz, że ona cię pamięta? – odwróciłam się gwałtownie i spojrzałam na niego badawczo. – Spokojnie, nie wie kim jesteś, ale mówiła mi ostatnio, że widziała w hotelu kobietę, która ja zaniepokoiła. Podobno miała lodowate spojrzenie, powiedziała mi, że patrząc w oczy tamtej kobiety, czuła się, jakby patrzyła w lustro. - Nie mówiła o mnie… - rzuciłam, ale czułam narastającą wściekłość (czemu?), wiedziałam, że zaraz wybuchnę. - Na pewno o tobie, opisała resztę wyglądu i miejsce, czyli wyjście. Pytała, czy cię nie kojarzę. - I jeszcze może mi powiesz, że naprawdę mam takie spojrzenie? Takie jak ona, co? - La, co znów? Tak tylko zadziwia mnie wasza kobieca intuicja… - …kiedy jeszcze mamy takie samo spojrzenie?! Jak się wścieka, to też tak patrzy, kurwa?! No słucham?! – Shot stał przez chwilę zaskoczony. - …uspokój się… - wycedził przez zaciśnięte zęby. - Nie, kurwa, nie uspokoję się! Jak ją rżniesz też ma taki wzrok?! - Jak ją rżnę… - wycedził przez zaciśnięte zęby - …to widzę w jej oczach ogrom uczucia i nadziei wymieszany z cierpieniem, bo wie, że tego nie odwzajemniam. I wie, że ja wiem, że ona o tym wie, a mimo to oboje ciągle kłamiemy. Nienawidzę na nią patrzeć wtedy, nienawidzę, kurwa, bo wiem, że ja wyglądam jak ona, gdy jestem z Tobą! – był wściekły. Ale też szczery i spokojny, panował nad sobą. – Kiedy ją rżnę, myśle o tobie, La. Myślę o tym, że nie chcę tego robić, że żyję w wielkim, gównianym systemie, z którego nigdy się nie uwolnię, niszczę ludzi w najgorszy z możliwych sposobów i jedynym tego powodem jesteś ty. I nie, nie jesteście do siebie podobne w żadnej kwestii, ŻADNEJ. Gdyby było inaczej, przynajmniej czasami byłbym szczęśliwy. – każde kolejne zdanie wypowiadał spokojniej, zbliżając się do mnie i dotykając moich włosów i twarzy.
Kiedy on dowiedział się, że ma syna? Czemu tego mi nie powiedział? Moje rozmyślania przerwało zamieszanie gdzieś w dole domu i informacja dla ochrony, że maja wpuścić czekający przed bramą samochód, zebrałam się wiec i poszłam sprawdzić co się dzieje. - Dobrze, że jesteś, Tequilo. – zaczął Brzytwa. - Dostaliśmy informację od Shota z miejscem jego pobytu, masz tekst, jadę tam z jednym z oddziałów, może coś z tego będzie… Przejrzałam szybko otrzymaną kartkę, wiedziałam że to jego pismo. - Ale… - znieruchomiałam, w głowie miałam milion myśli, Brzytwa i Szef spojrzeli na mnie wyczekująco… - Niech Szef tam nie jedzie, niech Szef wyśle oddziały, zorientuje się w terenie… - Nie ma czasu, widzisz godzinę? Poza tym wolę sam wszystkiego dopilnować… - Ale naprawdę… to pułapka! – co ja zrobiłam?! Teraz spytają, skąd to wiem, poproszą o dowody, szczegóły… będę musiała im o wszystkim opowiedzieć i zginę! Nie pomogę już Shotowi, a ta informacja była też dowodem na to, że jeszcze może żyć! Brzytwa i Szef zrobili wielkie oczy i przez chwile nie mogli powiedzieć słowa. - Skąd to wiesz, Tequilo? – patrzyłam przerażona to na jednego, to na drugiego. - Wiem, bo… mam takie przeczucie, agent Shot przecież… on się tak nie wypowiada, na pewno zmusili go, do napisania tej wiadomości… - Rozumiemy twoje obawy, ale na intuicji opierać się nie możemy. Jadę, jesteśmy w stałym kontakcie. – Szef zebrał swoich ludzi i wyszedł na parking.
Nie musiałam brać ze sobą kartki, żeby znać ją na pamięć i powtarzać w kółko, ściskając mocno w pięści kulę otrzymaną od Shota. „Trzymają mnie w opuszczonej fabryce czekolady, przy rzece. Proszę o pomoc, wiem że o 18 zmieniają wartę, później mają mnie gdzieś przenieść. Śpieszcie się! Pozdrawiam, agent Shot”.
Znów zaszyłam się w pokoju – nie miało sensu siedzenie w towarzystwie Brzytwy, który coraz bardziej mi się przyglądał. Wiedziałam… czułam, że coś analizuje, wydaje mi się, że się domyśla – o ile nie wie jeszcze wszystkiego. Umieram ze strachu. Jestem WŚCIEKŁA. Na siebie, bo nie potrafię się przyznać, w imię czego? Jeśli powiedziałabym prawdę, zginęlibyśmy oboje, a gdy jej nie wydałam zginie tylko Shot… Szlachetność widocznie nie była moją mocną stroną, nie chodziło przecież o strach przed śmiercią. Chodziło o strach, przed utratą sensu. W końcu, gdy zabraknie Shota i Szefa, to ja będę rządzić. Nie będę musiała się ukrywać z niczym i nikim, bo sama ustalę nowe zasady – nikt mi nie zagrozi. Jestem też wściekła na Shota. Za nieszczerość i za to, że dotyczyła właśnie tej kobiety. Własnie wtedy. Wtedy, gdy równocześnie bywał ze mną i gdy było między nami naprawdę dobrze, musiał bywać też z nią i to w trochę inny sposób, niż ten, który przedstawiał. Czy to ona inspirowała go do kolejnych innowacji w łóżku? Czy to stan zauroczenia – podwójnego? – tak bardzo mu się udzielał i wpływał na słowa i romantyczne gesty?
Wspomnienia tamtych dni były prawdziwe. Przynajmniej tak wydawało mi się do teraz – już nie mogę być tego taka pewna. Niby to ze mną został, niby to do mnie wracał i dla mnie się narażał, ale czy na pewno? To z tamtą ma dziecko. Czy był świadomy tego, co robi?
Spędzaliśmy ze sobą naprawdę ogrom czasu. Projekty Shota wszystko ułatwiały i usprawiedliwiały – byłam jednym ze szkoleniowców i współautorów, więc mieliśmy idealną przykrywkę dla częstych spotkań. Niektórym rozrywkom oddawaliśmy się z innym agentami – paintball, kino, bilard, basen, Spa… - często towarzyszył nam Rolex, a także DeeDee, z którą znalazłam wspólną płaszczyznę do rozmów i żartów, bardzo się różniłyśmy w większości kwestii, ale profesjonalizm i pewność bycia we właściwym miejscu miałyśmy tak samo silne. Nie zwierzałyśmy się sobie, ale była mi najbliższą osobą w Grupie, oczywiście zaraz po Shocie. Tak więc mogliśmy się w miarę legalnie spotykać i omawiać szczegóły działań, korzystając też z chwili samotności. Podczas jednej z przepustek Shota, gdy mieliśmy zaledwie kilkadziesiąt minut na osobności, pojechaliśmy do jego mieszkania, które mimo nieobecności właściciela lśniło czystością. Od progu zaczęłam zrzucać swoje i jego ubrania, chciałam wykorzystać podłogę, ale ku mojemu zaskoczeniu, Shot powstrzymał mnie, poprosił żebym poszła do sypialni i zaczekała chwilę. Na co? Po co? Cóz, zrobiłam co chciał, żeby nie przedłużać sytuacji. - Powinno ci się spodobać… - szepnął i zawiązał mi oczy. Nie. Żadnemu agentowi nie podoba się, gdy nie panuje nad sytuacją, nigdy świadomie nie zgodziłby się na wyłączenie jednego ze zmysłów. Poczułam coś zimnego i mokrego na swoich ustach. Kostka lodu. Delikatnie zwilżył moje wargi, obrysował również ich kontur. Potem poczułam jego ciepłe usta na swoich. Lodem dotknął mojej szyi, tuż pod uchem, kreśląc linię aż do obojczyków. Moje dreszcze wywoływały fale gorąca i zniecierpliwienia, nie zimno. Usta i język Shota podążały drogą wyznaczaną wcześniej kostką lodu. Czułam je na dekolcie, powoli i dokładnie schodzące coraz niżej. Na piersiach, gdzie delikatniejsza i wrażliwsza skóra bardziej odczuwała zmiany temperatur, na brzuchu, w okolicach pępka. Odruchowo podnosiłam biodra do góry, błagając wręcz o koniec tej przyjemnej tortury, tym bardziej czując dotyk po wewnętrznej stronie ud. W końcu Shot zdjął mi z oczu opaskę. Patrzył tak szczerze, wzrokiem pełnym pożądania, ale też satysfakcji i pewnego rodzaju szczęścia. Nie wyobrażam sobie, by mógł wtedy kłamać… - Uwielbiam cię, La. W odpowiedzi jedynie się uśmiechnęłam, czując zbliżający się orgazm. Czy z tamtą miał tak samo? Czy też mu się to podobało? - Shot…? – leżeliśmy wyczerpani patrząc co chwila na zegarek. - Słucham, La… - Opowiesz mi o swojej rodzinie? – zawsze chciałam to wiedzieć. Jak trafił do Grupy? Czy miał jakiś wybór…? - Miałem nadzieję, że kiedyś o to spytasz… - uśmiechnął się - …a gdybyś nie spytała, pewnie sam bym ci opowiedział. Mój ojciec był wielokrotnym klientem Grupy. Głównie, jako inwestor i biznesmen, potrzebował ochrony dla siebie i rodziny. Poza tym walczył też z „kreatywną księgowością”, drobnymi złodziejaszkami w firmach i sprawdzał bardzo dokładnie każdą swoją inwestycję i wspólnika, a Grupa mu w tym pomagała. Także przez lata poznał dobrze Brzytwę, a później Szefa, można powiedzieć że zostali dobrymi znajomymi których zaprasza się na rocznice i uroczystości, bez spoufalania się. Moja mama była spokojną kobietą, której nigdy w życiu niczego nie brakowało, a właściwie miała wszystkiego za dużo, zawsze komuś pomagała, organizowała przyjęcia charytatywne, zbiórki ubrań, żywności i…