Fantastyka · 7 min czytania
Terapia polowa
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 2
Podobno natowskie druty kolczaste rozpoznają swoich, ale te wrogie okręcają się wokół nich, więc na jedno wychodzi. Lepiej trzymać je wszystkie z dala od okopów, inaczej można się pożegnać z rękami lub nogami. To w najlepszym przypadku. W najgorszym razie budzisz się mając to cholerstwo na twarzy. Nitki zasieków odchodzą razem ze skórą. Marek jeszcze nie otwiera oczu. Ostrożnie przesuwa opuszkami palców po twarzy. Stara się nie oddychać za głęboko, żeby nie wciągnąć czegoś do gardła, lub, nie daj boże, do płuc. Dopiero teraz zdaje sobie sprawę, że nie obudził się w schronie. Nie rozpoznaje ciemnego pokoju. Zamiast włazu widzi szafę. Sufit jest za wysoko. I te drzwi. Szeroko otwarte zaproszenie do wrzucenia granatu. W ataku paniki chce wtoczyć się pod łóżko, ale instynkt powstrzymuje go od gwałtownej reakcji. Miny. Lubią się zakopywać tam, gdzie w pierwszym odruchu szukasz schronienia.
Marek ostrożnie, lekko stawia duży paluch stopy na podłodze. Palca nie żal. Najpierw opiera jedną stopę, dopiero po kilku oddechach stawia drugą. Uspokojony wstaje z łóżka. Nie prostuje się. Wysokie cele żyją krócej.
Jest w swoim mieszkaniu. W sypialni. Bezpieczny. Problem w tym, że jego ciało nie jest do końca o tym przekonane. Po drugie, coś w jego głowie nie całkiem powróciło z frontu. Marek obchodzi dookoła dywan. Nigdy nie stąpaj po miękkim. Miny. Przesuwa dłonią po ścianach. Dobra, solidna osłona. Przez chwilę czuje pod palcami glinę, wilgotną ziemię i ostre odłamki szrapneli. Wrażenie mija, gdy dociera do drzwi. Przyklejony plecami do ściany kuca i dopiero wtedy wychyla się, żeby zlustrować przedpole. Chcesz przeżyć, staraj się być jak najmniejszy. W korytarzu czysto. Nikogo, kto mógłby odstrzelić Markowi łeb.
Droga do kuchni oznakowana jako bezpieczna. Żadnych świateł. Okna pozamykane, zastawione meblami. Masywny stół pod wewnętrzną ścianą. Pod nim Marek zgromadził puszki, zapas wody, apteczkę i resztę drobiazgów, które nie zmieściły się w wannie. Łazienka to ostatnia reduta obrony. Prawdziwe Alamo.
Część 22 / 2
Przez chwilę na ziemi niczyjej czuć metaliczny smród świeżej krwi. Zapach pojawia się od czasu do czasu i żadne detergenty nie pomagają. Gdyby Lilka żyła, poradziłaby sobie z tym. Córki wojskowych mają wpojoną miłość do czystości. Poprawka. Lila jest MIA, nie KIA. Przecież odeszła. Po prostu zdezerterowała. Żony żołnierzy nie radzą sobie za dobrze z nerwicą frontową.
Marek sterczy w korytarzu. Decyzja, co do kierunku, w którym miałby pójść, zaczyna go przerastać. Łatwiej, o wiele prościej, gdy ktoś wydaje rozkazy. Sikanie na komendę przestaje być kiepskim żartem, gdy jest się sparaliżowanym strachem do tego stopnia, że potrzeba kogoś, kto przypomni o potrzebach fizjologicznych. I tak najgorsze już minęło. Ataki histerycznej paniki, tiki nerwowe, napady agresji, trzy czwarte diagnozy Marek ma już za sobą. Będzie dobrze. Wystarczy wytłumaczyć sobie, cierpliwie i spokojnie, że ubikacja nie zabija. Taki wewnętrzny dowcip.
Bardzo źle, że jutro kończy się urlop zdrowotny. Marek nie uważa się za całkowicie wyleczonego. Poza tym, że jego opinia nikogo i tak nie zainteresuje, to nawet lepiej, że nie zginie zdrowszy. Byłoby bardziej żal. Tak po prawdzie, nie bardzo jest do czego wracać. Kolegów z oddziału jak i samego oddziału już nie ma. Załatwiło ich podczas zluzowania. Schodzili z pozycji, teren uznany za bezpieczny. Nawet skany to potwierdziły,