Ustawienia czytania
Preferencje tekstuŹródło: ustawienia tej wizyty
Motyw

Horror · 37 min czytania

The Thin Ice

Bezpłatny fragment · pierwsze 50%

Straszna kurniawa. Wiatr wył przeraźliwie, chcąc jakby odstraszyć wschodzące leniwie różowe słońce. Skuta lodem, idealnie gładka tafla jeziora, niby gigantycznych rozmiarów zwierciadło, odbijała w sobie pierwsze słoneczne promienie. Nad nią zaś, bardzo nisko, wisiała mgła. Bezbronne nagie drzewa na grobli, niczym powykręcane reumatyzmem palce starców wskazywały na bezchmurne, szafirowe niebo. Targane przez rozhulany bezlitosny wicher, wyglądały jak wstrząsani ostatnimi konwulsjami żołnierze, samotnie wyczekujący śmierci na spustoszonym polu bitwy. Kto zimą zapuszczał się w te okolice, znaleźć mógł jedynie śmierć. Chyba, że śmierć miał już za sobą. Mgła podnosiła się, w miarę jak słońce wypełzało mozolnie znad malującego się na horyzoncie, sinego pasma gór. Wszędzie pełno było wron. Zbierały się wokół jeziora i darły dzioby rozdzierająco, wypełniając powietrze swymi natrętnymi, szorstkimi głosami. Jednak żadna przedstawicielka wrednego, czarnego ptactwa nie odważyła się wkroczyć na lód. Jakby w obawie przed niewidzialnym bóstwem strzegącym zamarzniętych wód. Nie wiada bowiem, co sobie takie bóstwo pomyśli. Snajper poprawił karabin przewieszony przez ramię na wytartym, rzemiennym pasie. Potarł o siebie czerwone, zmarznięte od mrozu dłonie. Były niemal całkiem sztywne i szczypały nieznośnie. Gdyby musiał teraz użyć swojego Springfielda, nie byłby w stanie pociągnąć za spust. Rzucił krótkie spojrzenie na groblę po jego lewej stronie, na której drzewa uginały się do ziemi we wszystkie strony, pod naporem wściekłego wiatru. Jakimś sposobem, obraz ten uznał snajper za romantyczny. Nie wszedł na lód. Ruszył okrężną drogą, wzdłuż prawego brzegu jeziora. Szedł ze spuszczoną głową, wpatrując się w czubki czarnych butów, które co jakiś czas znikały w przybywających warstwach śniegu. Minęło kilka godzin, nim ów człowiek, przypominający odbywającego krucjatę pielgrzyma, dotarł do jedynej w okolicy wsi.

THIN ICE

Sioło powitało go w milczeniu. Szedł równym krokiem, a śnieg skrzypiał pod jego butami. Widząc pierwsze zabudowania, naciągnął na głowę czarny, spiczasty kaptur. Z przewieszonym przez ramię karabinem przypominał teraz egzekutora. Może i samą śmierć. Przy zasypanej śniegiem drodze dostrzegł zmęczoną upływem lat tabliczkę. Widniała na niej nazwa wsi: THE THIN ICE. Snajper nie przywiązywał wagi do nazw. Ruszył dalej, mijając znak. Przy chwiejącej się na wietrze, prowizorycznej bramie, która oficjalnie witała podróżnika w Thin Ice stał szafot. Na zbitym byle jak podeście widniała kolejna tabliczka, tym razem bardziej czytelna, choć zabazgrana niezdarnym pismem: SAMOOBSŁUGA ZABRONIONA. Od zabudowań dobiegło go szczekanie psów. Bardziej żałosne, niż wrogie. Wzdłuż uliczki po obu stronach ciągnęły się dwa rzędy chat. Budynki, choć zbudowane w większości z drewna, sprawiały wrażenie solidnych. Musiały zresztą być takie, skoro panująca tu zima nie zrównała jeszcze wioski ze zrogowaciałą ziemią. Wkrótce snajper przekonał się, że nie uciekło daleko to, czego nie zrobiła zima.

KALKUTA – głosił spękany, drewniany szyld wiszący nad wejściem knajpy. Snajper pchnął rozsypujące się drzwi, wpuszczając do środka przeraźliwy chłód. Wszedł i zatrzasnął za sobą ów kawał zbitych dech, który zaskrzypiał potępieńczo. Wewnątrz panował półmrok. Nieliczne okna zabite były deskami. Bazgroły na ścianach przedstawiały poglądy bywalców. Strop podtrzymywały w trzech miejscach solidne pale – możliwe, że najsolidniejsze kawały drewna we wsi. Siedzący na ławce w kącie gitarzysta brzdąkał coś na elektrycznej gitarze podłączonej do niewielkiego wzmacniacza. Mężczyzna miał długie, czarne włosy i gęsty zarost, spod maski zaniedbania znać jednak było jego młode oblicze. Spomiędzy gęstej grzywy spoglądały na snajpera bystre, szafirowe oczy. Bezdenne, jak tamto jezioro. W innym miejscu grano w karty. Trzech znacznie bardziej zaniedbanych niż gitarzysta mężczyzn obdarzyło przybysza ponurymi, niechętnymi spojrzeniami. I choć kontynuowali grę, ich wzrok nie opuścił już nieznajomego. Pod ścianą, na chwiejnym, skrzypiącym krzesełku siedział w nieporadnym rozkroku inny ze stałych bywalców. Był zalany, lecz jego spojrzenie również zwróciło się ku zakapturzonemu mężczyźnie z karabinem na ramieniu. Uwagę snajpera przykuły paznokcie pijaczyny, oplatające szyjkę zielonkawej butelki taniego wina. Były długie, na co najmniej półtora cala. Stanąwszy przy szynkwasie, przybysz zdjął kaptur. Trzymający ręce pod ladą – zapewne na rękojeści kuszy – karczmarz podniósł wzrok i spojrzał mu w oczy. Uśmiechnął się krzywo, demonstrując liczne ubytki w uzębieniu. Spod lady wyciągnął wreszcie zapalniczkę i skręta. Zapalił. - To ty – wypuścił dym gdzieś ponad siebie. – Nie myślałem, że przybędziesz. Mówił cicho. Mdły blask wiszącej nad nim jedynej żarówki w knajpie, a może i w całej wsi nadawał jego łysinie przerażającego uroku. Snajper milczał. - Masz broń – stwierdził z nerwowym rozbawieniem gospodarz. – Dobrze, przyda się. My też mamy trochę… Przybysz i tym razem nie odpowiedział. Słyszał kroki. Łysy też słyszał. I widział skradającego się za plecami snajpera pijaczynę – tego spod ściany – z uniesioną w szponiastej łapie zieloną butelką po winie. Łysy przemówił, wciąż szczerząc się obleśnie: - Jest ich coraz więcej – głos zniżył do szeptu. Ręka trzymająca skręta zadrżała. Za plecami przybysza butelka z brzękiem zmieniła się w ostry, śmiercionośny tulipan. Nagle gospodarz – wciąż szczerząc się jak wariat – wyciągnął spod lady olbrzymią dubeltówkę. Pociągając niesympatycznie nosem wycelował nią prosto, wydawałoby się, w twarz snajpera. Nieznajomy nie drgnął nawet. Łysy zawahał się. Za plecami przybysza, od strony wejścia do gospody dał się słyszeć szorstki szmer odsuwanych krzeseł. Spokojny brzęk gitary zmienił się w ostre, dynamiczne akordy szumiące na lekkim przesterze. Całe zajście nie trwało długo. Łysy karczmarz wystrzelił. Kula oderwała górną część od głowy zamierzającego się na snajpera pijaczyny. Oderwany płat skóry rozbryznął się na suficie, przylepiając się do niego. Zraniona, pozbawiona czoła, jednego z oczu i znacznej części mózgu głowa napastnika broczyła krwią. Właściciel zataczał się przez kilka sekund, szukając oparcia w pobliskim podtrzymującym sufit palu. Na próżno. Upadł bezładnie, uderzając tym, co zostało z głowy o kant stojącego przy palu krzesła. Już się nie poruszył. Snajper zmrużył oczy, kierując spojrzenie w stronę zmierzających ku niemu karciarzy. W dłoniach obdarzonych równie długimi co pijaczyna paznokciami dzierżyli oni olbrzymich rozmiarów noże. Idący po środku menel w czerwonej, kraciastej koszuli wystającej spod brudnej kurty wyszczerzył się nagle, ukazując nienaturalnie długie, ostre kły. Snajper spodziewał się tego. Menel cisnął trzymanym w lewej ręce widelcem w wiszącą nad znieruchomiałym barmanem żarówkę. Bezbłędnie. Szkło posypało się, kilka ostrych kawałków zraniło barmana, pozostając w jego łysej głowie, w krwawiących rozcięciach. Gospodarz warknął złowieszczo i wycelował po raz kolejny. Jeden z karciarzy wyciągnął właśnie z kieszeni brzytwę ręką, w której nie dzierżył noża. Zaczął nią wymachiwać szaleńczo. Zbliżał się już do szynku, przestąpiwszy nad trupem pijaczyny. Barman wystrzelił, trafiając brzytwiarza w ramię. Ręka dzierżąca brzytwę została oderwana z ogromną siłą. Napastnik zaryczał potępieńczo. W tym czasie przybysz wycelował już zdjętego z ramienia Springfielda M1 Garand w rozdziawioną, połyskującą kłami paszczę miotacza widelców. Rozległ się huk wystrzału, aż brudne kieliszki za szynkwasem zadzwoniły niespokojnie. Menel zatrząsł się, upuszczając nóż i kolejny wyciągnięty zza pazuchy widelec. Szponiastymi łapami chwycił się za przestrzeloną na wylot twarz, kalecząc sobie policzki. Krew wylewała się z dziury w jego potwornie uzębionej gębie. Miotacz noży spojrzał na snajpera z nienawiścią. Jego oczy zapłonęły nieludzką czerwienią. Machnął desperacko łapą próbując dosięgnąć przeciwnika, a jego szpony przemknęły tuż przed oczami tego, który wyrządził mu wentylację z tyłu głowy. Snajper wystrzelił raz jeszcze. Tym razem w brzuch szponiastego dziadygi. Siła wystrzału rzuciła karciarza-potwora na pobliski stół. Ranny zaryczał jak zwierzę, miotając się na brudnych, zaplamionych piwem deskach. Kątem oka snajper dostrzegł, że gitarzysta, który już wcześniej przestał grać, wyciągnął z umocowanej przy pasie kabury rewolwer i ładował teraz wszystkie naboje w trzeciego z karciarzy, dzierżącego w jednej ręce nóż, w drugiej zaś kilka podniszczonych kart do gry… Rozległo się sześć głośnych, suchych wystrzałów i podziurawiony menel osunął się na drewnianą podłogę w kałuży krwi. Niebieskooki muzyk zdmuchnął elegancko ulatujący z lufy dym i opuścił ładny, zdobiony rewolwer. Zaczął pospiesznie przeładowywać. Niepotrzebnie. Barman przeładował pierwszy i wpakował dwie kule w miotającego się, broczącego krwią bezrękiego brzytwiarza, któremu pociski rozerwały kolejno brzuch i twarz. Pod nogi wciąż ładującego swój rewolwer gitarzysty doleciały strzępy jelit i bezimiennej, szarej papki o konsystencji kisielu, która mogła być kiedyś mózgiem. Muzyk odskoczył wystraszony. Brzytwiarz zapląsał jeszcze niezdarnie, ale upadł po chwili, obok trupa alkoholicznego wampira, od którego zaczęło się to wszystko. Ostatni z żywych karciarzy, specjalista od miotania widelcami, wciąż miotał się pomiędzy stołem a krzesełkami. Krzyczał rozdzierająco, chrapliwie i sucho. Oblepiająca go posoka dodawała makabryczności jego i tak już potwornemu wyglądowi. Czerwona kałuża, w której leżał, rosła. Snajper zbliżył się do potwora i raz jeszcze wycelował Garanda w jego wykrzywianą okropnymi grymasami twarz. Monstrum, które coraz mniej przypominało człowieka, spojrzało nań wściekłymi, czerwonymi oczami, wypełnionymi niekontrolowanym opętaniem. Garand wystrzelił i piekielne światło zgasło. W miejscu potwornej twarzy zostało nienazwane, puste miejsce, jakby czegoś brakowało. Krew znów popłynęła wąskimi korytami szpar pomiędzy deskami. Całe zajście naprawdę nie trwało długo. Teraz wszystko ucichło.

- Wioska jest wymarła – oznajmił łysy barman, podczas gdy gitarzysta wydłubywał mu okruchy żarówki z krwawiących ran w głowie. Gospodarz starał się nie narzekać, syczał jednak z bólu, kiedy muzyk obmywał mu rany zimną whisky. Mówił przez zaciśnięte mocno zęby. - Ci frajerzy, których załatwiliśmy przed chwilą, czekali tu na ciebie. W mojej Kalkucie. Wszyscy byli już wampirami, jak się domyślasz… kurwa, ależ piecze – zadrżał, mrużąc oczy i oddychając głęboko. – Ludzie nazywają cię snajperem – zwrócił się znów do przybysza. – Masz jakieś imię? - Sirius – odrzekł cicho snajper. Głos miał niski, spokojny. – Mówcie mi Sirius. - Tak lepiej. Ja jestem Seth, a ten opiekuńczy, niebieskooki szarpidrut to John. Trzej mężczyźni uścisnęli sobie ręce w mrocznym, oświetlanym teraz jedynie przez starą lampę naftową lokalu. Łysy barman imieniem Seth zasyczał znowu, zaklął i bezczelnie obraził matki wszystkich wampirów tego świata.

SZCZUR

Sirius zauważył, że większość okien w wiosce zabita jest deskami, chroniącymi wnętrze przed światłem dziennym. Wioska, w istocie, była wymarła, ale tylko za dnia. Było wczesne popołudnie, kiedy Sirius i John wytargali z knajpy ciała wampirów i spalili je pod chroniącą od wiatru wiatą, niedaleko bramy. Seth zajmował się odrywaniem desek od okien Kalkuty, aby jak najdłużej utrzymać tam światło. Zimowe pomarańczowe słońce chowało się powoli za krainą jezior. Wiatr targał szubienicą, jakby sam chciał się zabrać za wymierzanie sprawiedliwości. Nadgryzał też najbardziej narażone drzewa pobliskiego lasu, szarpiąc je i wyginając we wszystkie strony. Było cholernie zimno. - Piździ, zaiste, jak jasna cholera – przyznał John. – Trzeba będzie wrócić do Kalkuty i przygotować się do ciężkiej nocy. Upaprane posoką zwłoki zwęgliły się już w dużym ogniu, jaki rozpalili z drobną pomocą nafty. - Potrzebny będzie ogień – oświadczył Sirius patrząc w płomienie. – I swojskie, prowizoryczne krzyże. - Możemy poszukać czegoś takiego w mojej chacie – odrzekł John, pocierając ręce. - Chodźmy tam, nie mitrężmy. Wiatr zgasi ogień.

Wychodząc spod wiaty usłyszeli krzyk Setha i strzał. - Co do kurwy? – John popatrzył na Siriusa z przerażeniem w oczach, błagającym niemal o zapewnienie, że wszystko jest w pod kontrolą. Jednak snajper biegł już w kierunku Kalkuty. - Skurwysyn! – głos Setha. Żywego Setha. Wbiegli do knajpy przez drzwi, które gospodarz zostawił otwarte na oścież. Łysy barman ślinił krwawiący palec wskazujący lewej ręki. Pod pachą trzymał swoją dubeltówkę. Na podłodze leżały rozwarte kombinerki, niczym pułapka czekająca na ofiarę. Wokół pełno było krwi, lecz już nie ludzkiej – Sirius poznał to od razu. Miała nieco jaśniejszy kolor i śluzowatą konsystencję. Widywał taką krew wiele razy. - To był szczur? – spytał snajper, wskazując na plamy krwi. Seth pokiwał głową i wskazał miejsce na podłodze, w którym widniała najwyraźniejsza plama. Na zaplamionych mazią deskach leżały dwie szczurze łapy – jedyne, co ocalało po strzale z morderczej dwururki barmana. - Ugryzł mnie, zasraniec – wytłumaczył Seth. - Nie musiałeś od razu wszczynać takiego rabanu – wydyszał John, którego zmęczył bieg w śniegu. – Wampira byś obudził, tak się darłeś… - Przepraszam, następnym razem poczęstuję go tym – Seth z rozdrażnieniem wskazał butelkę wódki, którą po raz kolejny przemywał ranę. Zmierzchało coraz szybciej, ale słońce wciąż było obecne w tej skutej lodem krainie. Sirius nie zwątpił jeszcze, że do spółki z dwoma mieszkańcami wioski, zdoła pokonać śpiące w niej zło. Po raz kolejny zostawił Setha w Kalkucie i udał się z Johnem do jego chaty po krucyfiks.

KOT GITARZYSTY

- Chat! Zapomniałem o nim zupełnie… - Słucham? - Mój kot, nazywa się Chat – gitarzysta wskazał czarnego kota wylegującego się na dywaniku przy z dawna wygasłym palenisku. – To przez to, co dzieje się ostatnio w tej wiosce… Przepraszam, Chat. Sirius nie zainteresował się kotem, który nawet nie odwrócił do nich łebka, na dźwięk swego imienia. Większą uwagę snajper poświęcił wnętrzu domu muzyka. Drewniane ściany chaty obite były skórami – z reguły owczymi. Jedna z nielicznych w wiosce, jak zapewnił gitarzysta, wtyczek do prądu znajdowała się obok niewielkiej komody z szufladami – mebla z pewnością najcenniejszego we wsi. To trzeci świat, wyjaśnił John, a Sirius zgodził się z nim całkowicie. - Tam trzymam błyskotki – gitarzysta wskazał komodę. Po chwili obaj grzebali w szufladach. Znalazły się dwa krzyże, w tym jeden srebrny, na starym wymęczonym rzemieniu. Ponadto, John dokopał się do dezodorantu, który kupił kilka lat temu od zatrzymującego się w wiosce podróżnika. Sirius natomiast znalazł dwie zapalniczki zawinięte w starą skarpetę, kilka gitarowych strun i paczkę papierosów. Kiedy obłowili się dostatecznie, upchnęli znalezione artefakty do worka. Wszystkie, z wyjątkiem srebrnego krzyża, który John usiłował zawiesić sobie na szyi. - Mamy już chyba wszystko – stwierdził gitarzysta, zaglądając do worka. – Zmywajmy się stąd, zanim zastanie nas zmierzch… Poczekaj, wezmę Chata. Nie zostawię go samego. - Zostaw go, nie mamy czasu. Muzyk był już jednak przy kocie. I wtedy się zaczęło. Johnny pochylił się nad śpiącym Chatem, a krzyż na rzemieniu wyśliznął się spod jego swetra. Stary rzemień zerwał się i krzyż pacnął cicho na grzbiet czarnego kota, który zerwał się, jak oparzony. Zupełnie jak człowiek… Kocur parsknął przeraźliwie z niekrytym oburzeniem i rzucił się na swego pana z wymierzonymi w niego, długimi jak gwoździe pazurami. Przez ułamek sekundy obaj mężczyźni dostrzegli czerwień w oczach kota. Potem John upadł na plecy, ze swym mruczkiem przylepionym do twarzy. Kot skalpował go żywcem. Gitarzysta wrzeszczał wniebogłosy błagając kota, by się uspokoił. Kot zaś, naturalnie, nie słuchał. - Zastrzel go, Sirius, proszę! Kiedy John to powiedział, Sirius mierzył już do kota, jednak opętany futrzak był zbyt ruchliwy, by można go było trafić. Rozległ się kolejny tego dnia huk wystrzału i kula urwała kotu ucho, zostawiając po sobie krwiste, broczące mięso. Kot wydarł się, wrzasnął wręcz, głosem jeszcze bardziej ludzkim, niż poprzednio. Jednakże nie oderwał się od swego pana - tak mocno wpił w Johna pazury, że kiedy kula omal nie zmiotła go z jego ciała, zachwiał się drąc z gitarzysty skórę olbrzymimi płatami. Jeden pazur złamał się kotu i sterczał teraz z ramienia szamoczącego się Johna. Kot próbował sieknąć swego pana w tętnicę szyjną, ten jednak stawiał mu duży opór. Wszystko to działo się w ciągu kilku sekund. Kot rozwarł pysk uzbrojony w zniekształcone wampiryzmem kły. I rzucił się na szyję Johna. W tym właśnie momencie Sirius wystrzelił po raz drugi.

KALKUTA NOCĄ

Tym razem kula zmiotła kota ze zmasakrowanego Johna. Czarne ciało futrzaka uderzyło w złożony przy palenisku stos drewna. John, pomimo piekielnego bólu, odsunął się prędko od miotającego się Chata. Kot prychnął gniewnie i obdarzył Siriusa diablim spojrzeniem swych wściekle czerwonych oczu. W mgnieniu oka rzucił się na przeładowującego snajpera, ten jednak był szybszy i obronił się – zwierzę odbiło się od parady wyprowadzonej ułożonym poziomo karabinem. Mężczyzna odsunął się wciskając na miejsce magazynek Garanda, jednak kot z wrednym prychnięciem uczepił się jego ud. Nagle rozległ się strzał, lecz nie z karabinu Siriusa, tylko z rewolweru Johna. Zaskoczonego kota po raz kolejny coś zmiotło z ofiary. Uderzył o ścianę i osunął się na ziemię. Przestał się ruszać. Gitarzysta podniósł się z trudem. Jego twarz wyglądała przerażająco; Chat poszarpał mu policzki i zdarł sporo skóry z czoła. Cięte rany miał też na szyi, kot jednak nie znalazł tętnicy. John kopniakami umieścił truchło futrzanego wampira w palenisku i podpalił je przy użyciu zapalniczki i dezodorantu. Krew na jego twarzy mieszała się ze łzami. Wyglądał przerażająco, a zarazem żałośnie. Czarne zwłoki czworonoga, który był niegdyś dobrym kumplem muzyka, zajęły się złotorudymi płomieniami. John podniósł z ziemi srebrny krucyfiks, od którego zaczął się koszmar z jego kotem. Schował go w kieszeni swoich spodni. Zza sterty drewna wyciągnął natomiast owinięty w futra i…

Postęp podglądu tylko w tej sesji · 0%
The Thin Ice — czytnik · opowiadania