Fantastyka · 26 min czytania
This Noisy Silence
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 1
Don't disturb this noisy silence Talking softly in my dreams (Chronique, This Noisy Silence)
- Mistrzu, kiedy w końcu staniemy? - - ... - - Mistrzu, pytałem się, kiedy zarządzisz odpoczynek?- - ... - - Mistrzu! - - Tak, chłopcze? - starzec obrócił się do młodzieńca,. - Nie usłyszałem, co mówiłeś? - spytał uprzejmie, zerkając nań spod okularów. "Naprawdę nie słyszał?" - pomyślał udręczony uczeń - "Czy tylko mnie gnębi?" Spojrzał bacznie na twarz mistrza - stareńkiego maga, z włosami białymi jak mleko, wysokiego i szczupłego, mimo sędziwego wieku ani trochę nie zgarbionego. Tamten czekał cierpliwe na odpowiedź; bez uśmiechu na ustach, ale wyraźnie rozbawiony, oczy patrzyły wesoło spod okularów, długie i wąskie palce przebierały zwinnie po złotej gałce laski. "Śmieje się. On zawsze słyszy. Gnębi." skonstatował młody. "Jak zwykle." - Nic, mistrzu. Zastanawiałem się, jakie korzyści odniesie nauka magii z naszej wyprawy.- skłamał bez entuzjazmu, poprawiając ciężki plecak. - Nie ma pojęcia, chłopcze.- odrzekł prawie wesoło czarodziej, po czym bez śladu zmęczenia ruszył dalej, przestępując spróchniałą kłodę. - Rusz dupę, Soner, nie będziemy na ciebie czekać - rzucił wściekle drugi student, nie mniej wyczerpany długą wędrówką. - Skąd on bierze tyle sił, Belgin? - nazwany Sonerem spojrzał na plecy maga, niknące gdzieś w gąszczu przed nimi. Przyśpieszył, wspierając się na własnym, żelaznym kiju. Zaczęło padać, krople deszczu zmoczyły rude włosy chłopaka. - Magia.- rzucił krótko, jego towarzysz, wyższy i na dłuższych nogach z łatwością wyprzedził kolegę na leśnej ścieżce. - Jaka niby? Nie ma takiej, która wraca siły. Zresztą, sam powtarzał...- urwał Soner, sapiąc. Obaj z ledwością nadążali, staruszek nadawał naprawdę. ostre tempo. Mistrz magii Asil Aslan słynął z raczej dziwnych przekonań i niedorzecznych czynów, nawet jak na czarnoksiężnika. Jego domeną stały się równie tajemnicze, co całkowicie nieprzydatne badania. Nie interesowało go splatanie potężnych, niszczących zaklęć, tworzenie kamieni filozoficznych, przepowiadanie przyszłości, warzenie leczących eliksirów, przywoływanie demonów, rzucanie uroków na ludzi i zwierzęta czy rozkazywanie umarłym... Nic, co dawało innym magom władzę, szacunek i bogactwo. Mieszkający z dala od stolicy i nie mieszający się do polityki, wybrał na swą siedzibę nie okazałą wieżę w środku miasta, ani nawet mroczny zamek na prowincji, ale stary, drewniany młyn wodny nad górskim strumieniem; kazał studentom z kolegium odremontować go i wykonać meble. Jednakże rzadko można było go znaleźć w tej skromnej siedzibie. Prędzej na szlaku, pośród zaśnieżonych szczytów, górskich dolin i podchmurnych lasów, na mglistych bagnach i bezludnych stepach, ale zawsze jak najdalej od żywych istot. Szczególnie ludzi. A już najszczególniej magów. Zagadnięty, czemu unika jak ognia innych czarowników, mówił, iż przeszkadzają mu w poszukiwaniach. Zapytany, czego tam szuka, odpowiadał: "Harmonii". Indagowany, czym miałaby być owa harmonia, stwierdzał, że nie wie. Naciskany dalej, zazwyczaj zamyślał się, zapominał, o czym rozmawiano, lub po prostu bezczelnie wychodził, twierdząc, że "badania nie mogą czekać" albo "musi przygotować się do dalekiej podróży". I gadaj tu z takim. Szybko ochrzczono go "Trzepniętym Dziadkiem", i to zarówno wśród młodszych członków magicznych szkół, jak i wiekowych, doświadczonych czarnoksiężników. Nic dziwnego, że nikt nie chciał się u niego uczyć. Ale niektórzy nie mieli wyboru - dla studentów, których prośby odrzucili wszyscy inni mistrzowie, nauczycielem z odpowiednia rangą pozostawał jedynie Aslan. Mentor przyjmował każdego, każdemu też wystawiał pozytywną notę na koniec terminu - a mimo niezwykle rzadko miał w tym samym czasie więcej niż jednego, dwóch uczniów. Przez ostatnie dwa tygodnie zrobili wiele wiorst, przez zapomniane, zarośnięte ścieżku i zabłocone bezdroża, niebezpieczne ostępy, śmierdzące bagna i zimne wrzosowiska, słowem - totalne zadupie. Brudne ubrania, przemoknięte buty i śmiertelne zmęczenie skutecznie zniechęcały adeptów do dalszej wędrówki, ale stary nie zważał na ich narzekania, pokonując kolejne mile, niestrudzenie niczym krasnobrodzki biegacz. - Kumple spod "Pijanego Alchemika" na pewno już zapomnieli o moim istnieniu. I Sevda też... - mruknął Soner, nagle wściekły na białobrodego czarodzieja. Już miał znowu zadać swoje beznadziejne pytanie, gdy staruszek nagle zatrzymał się na jakiejś polanie, nie lepszej od dziesiątka innych, przez które przychodzili, po czym oznajmił triumfalnie: - To tu! - obrócił wzrok ku zdumionym studentom - Na co czekacie? Stawiać namioty.- Wyższy z młodzieńców tylko wzruszył ramionami, po czym jął rozpakowywać plecak. Drugi potoczył wzrokiem po łączce - zapaćkanej błotem połaci burej trawy, zalegającej między dwoma ścianami ciemnych, bezlistnych drzew. Zadrżał - rzadki lasek nie osłaniał plany, lodowaty wiatr od stepu przewiewał cienkie, przemoknięte szaty. Deszcz przestał padać, ale chmurzyło się nadal, szare światło i krakanie wron dopełniało obrazu. - Kurna, Czarny, ale wygwizdów - podsumował krótko Soner. - Chyba żeś, Rudy, jeszcze wygwizdowa nie widział. - warknął Belgin, wyciskając z wody czarny warkocz i wąsy. - Jeszcze tylko gromady stepowych zbójów brakuje do kompletu. -Wyższy ze uczniów z rezygnacją wywalił na trawę śledzie, płachtę, sznurki i odciągi, bez słowa zaczął się rozbijać. Nauczyciel nie zwracał na nich uwagi, z widocznym podnieceniem skakał wokół jakiegoś głazu, zalegającego opodal w trawie. - Boże, co za pajac. - skomentował zachowanie maga wąsacz. - Oczywiście jego namiot to też nasza działka?- - On szuka Harmonii, i nie pozwoli, by jakieś pierdoły odciągały go od owego szlachetnego celu. - wyrecytował z pamięci Soner.- Zresztą, taka jest racja istnienia wszelkich uczniów i terminatorów, by wyręczali swego mistrza w prozaicznych czynnościach. - Podczas gdy adepci drżąc z zimna i grzebiąc na kolanach w błocie ustawiali i okopywali obóz, Aslan bezczelnie zasnął na kamieniu. Belginowi nawet nie chciało się kpić ze starego. machnął tylko pogardliwie ręką i wczołgał się do swojego namiotu. Zaczęło znowu mżyć. Soner zbliżył się do starego, chcąc go zbudzić - Asil leżał na pokaźnym odłamie kwarcytu, z zamkniętymi oczyma i skupionym wyrazem twarzy - dopiero teraz uczeń spostrzegł swą pomyłkę. Mistrz nie spał. Odprawiał czary. Soner kucnął wśród mokrej trawy; nie ruszał się, nie chcąc przeszkadzać. Twarz czarnoksiężnika wyrażała najwyższą koncentrację, z powodu mżawki nie widać było, czy się poci. Rękoma kurczowo obejmował niekształtna bryłę, szepcząc pod nosem zaklęcia w nieznanym adeptowi języku. Świat ucichł, nawet szum deszczu dochodził jakby zza ściany. I wtedy młodzieniec usłyszał Muzykę. Nie da się opisać, czym jest Muzyka, tak jak nie sposób zrobić tego z Pięknem czy Miłością. Na pewno nie ma nic wspólnego z gra na ludzkich instrumentach, jest raczej ulotnym wrażeniem, uczuciem... Dla Sonera była głosem Ciszy; elfowie, bo to oni ją odkryli i nazwali, twierdzą, iż to z niej powstał świat. Można ją było rozpoznać tylko w całkowitej ciszy, jak najdalej od ludzi, jak najdalej od żywych istot, na takim jak te pustkowiu. Najwyraźniejsze jej odbicie pozostało w wodzie, deszczu, falach, sztormach, pływach morza; bardziej doświadczeni słyszeli ją w wietrze, ogniu, chmurach, świetle... Dla Asila Aslana śpiewały nawet skały. Każda inaczej. Soner nie rozumiał Muzyki deszczu. Krótkie, urywane tony, miliony, miliardy dźwięków ciszy - nie kropel, a przerw między nimi - jakby chciały coś mu powiedzieć, przekazać jakąś niesłychaną prawdę, tajemnicę czegoś, co się stało w ciemnych obłokach nad nimi, tu albo tysiąc mil dalej... O powietrznych duchach, walkach, wirach i błyskawicach, piekielnym mrozie i huraganowym wietrze - ale uczeń nie mógł ich pojąć. Zbyt wiele naraz chciało ich rozmawiać, za dużo słów, za szybko, w niepojętej mowie - hałas ciszy ogłuszał, oszałamiał, bolała odeń głowa. Student najchętniej uderzyłby metalowym kijem o kamień, byle przerwać milczący wrzask - ale nie ośmielił się przeszkadzać mistrzowi. Czuł się coraz bardziej sennie... Soner zbudził się nagle, w ciemności. Potrząsał nim ktoś niewidoczny, chłopak odruchowo sięgnął po żelazną lagę; dopiero po chwili pojął, że to Aslan . Nauczyciel oświetlił polanę bladym płomieniem różdżki, jego oczy pałały jak w gorączce. - Znalazłem. To tu. - bełkotał stary niezrozumiale, tuż przy twarzy młodzieńca, opluwając go drobnymi kropelkami śliny. - Ten eratyk... on jest z innego czasu i innego miejsca, tam, gdy świat był młodszy. On... on pamięta. - Student patrzył zdumiony na staruszka, z całych sił próbując udawać, ze rozumie. - Tylko tutaj... Z daleka od życia, z daleka od głosu... Muszę słuchać... Zrób mi jeść.- Chociaż ostatnie zadanie zawierało jakieś konkretne polecenie. Adept ruszył ku swoim pakunkom, by wydobyć stamtąd potrzebne utensylia. Zanim jednak zdążył rozpalić ogień, spostrzegł, że mag znów przywarł do głazu. - Cholera. - student zaklął pod nosem. Gdy mistrz Słuchał, nie wolno było rozniecać płomieni, ich głos całkowicie go mylił. - A gotuj sobie sam, staruchu.- Nie zdążył rozstawić swojego namiotu, więc wczołgał się ze śpiworem do Belgina, zostawiając Asila samego. Niczego później tak w życiu nie żałował.
***
Rano mistrz nadal słuchał, leżąc na kamieniu. Nie oderwał go nawet zapach jajecznicy na boczku, mimo zakazu smażonej przez Belgina na ognisku. - Więcej dla nas. - czarnowłosy wzruszył ramionami - Mówiłeś, że co on tam robi? - - Słucha. - odrzekł Soner. - To wiem. On zawsze Słucha, przez duże "S". Tylko czego? - - Mówił coś o Harmonii. - - Znaczy bredził, jak zwykle. - podsumował wyższy student, wydrapując resztki z blaszanej miski. - Pies mu mordę lizał, jeszcze tylko miesiąc do końca terminu. Kazał coś zrobić? - spytał, ocierając wąsy z jajecznicy. - Nie.- - Świetnie, mamy wolne. Chodźmy na piwo do jakiejś knajpy. - rzucił z sarkazmem Belgin. - Znasz tu jakąś? - - Najbliżej będzie chyba "Alchemik". Jakieś dwieście wiorst na wschód. - odparł ponuro niższy adept. - Czyli spędzamy czas po studencku. Wersja alternatywna. - - To znaczy jak, Czarny? - spytał Soner, ale czarnowłosy zdążył już wczołgać się do namiotu i zawinąć w śpiwór. Po chwili dobiegło stamtąd głośne chrapanie. - Ten facet będzie dobrym magiem. Ma wszystkie potrzebne umiejętności. - mruknął pod nosem rudy uczeń. Obrócił się ku mistrzowi - ten nie zmienił pozycji nawet odrobinę. Spojrzał w niebo. Lodowaty wicher naganiał coraz cięższych i ciemniejszych chmur, zapowiadało się na ulewę. Z westchnieniem zabrał się do ustawiania pozostałych dwóch namiotów.
***
- Kurna, on jeszcze leży? - po raz kolejny chłopak zbudził się w mroku, zwinięty przy palenisku. Ognisko ledwie się tliło. - Co mu jest? - powtórzył ten sam głos, rozpoznał Belgina. Czarnowłosy oświetlił polanę. - Nigdy jeszcze tak długo nie Słuchał. - w srebrnej poświacie Soner ujrzał sylwetkę starego czarodzieja, spoczywającą na skale w dokładnie tym samym, co dobę temu, położeniu. Studenta zmroziło straszne przypuszczenie: "A jeśli..." - No nie, jak ten pierdziel wykitował, to się tępą brzytwą potnę! - Wyższy z adeptów doskoczył do maga, zbliżył różdżkę do jego twarzy.- Kto mi da zaliczenie?! Hej, mistrzu Aslan! - potrząsnął starym - Żyje pan?! Kompletny brak reakcji, w słabym świetle oblicze staruszka wyglądało jak woskowa maska. Soner przyłożył dwa palce do szyi starego - wyczuł puls. - Żyje, ale jest nieprzytomny.- oznajmił. - Do stu tysięcy czortów śpiewających ludowe piosenki i jednego grającego na bałałajce! - wściekł się czarnowłosy. - Obudź go! - - Jak? Nie jestem uzdrowicielem.- Mag nie reagował na nic. Polewanie wodą, uderzanie po twarzy, iskry, wrzask do ucha - bez rezultatu. Zdawał się spać, snem głębokim prawie jak śmierć, bez najmniejszego gestu - tylko usta lekko się poruszały, jakby szeptał bezgłośnie zaklęcia. - Ojapierniczę. - załamał ręce Belgin. - Jak go postawić na nogi? - - Lepiej poczekać, aż sam się obudzi.- Czekali. Zawinęli starego w koc i położyli w namiocie. Rozniecili ponownie ognisko. - To przez ten cholerny kamulec, on jest jakiś przeklęty! - desperował wąsacz - trzeba stąd wypierniczać, Rudy, tak szybko się jak się da! - Soner spojrzał na ciemną sylwetkę głazu, majaczącą w mroku na skraju polany. - Bzdura, Czarny. - stwierdził spokojnie. - Gdyby na tym miejscu ciążyła klątwa, Aslan ominął by je szerokim łukiem. Wiele można mu zarzucić, ale nie to, że jest szalony. - - Klątwa go oszukała! Zwabiła tu podstępnie i...- - Belgin. Kretynie. Czy naprawdę sądzisz, że nie zauważylibyśmy klątwy na tyle silnej, by zniszczyć mistrza magii? Przecież coś takiego wrzeszczało by na wiele mil dookoła, to było by jak jezioro lawy, jak wejście do lodowatej wody, jak smród masowego grobu. Każdy by to wyczuł, zwłaszcza tak blisko.- - Skąd, wiesz, kurna? Skąd wiesz, że ciebie