Ustawienia czytania
Preferencje tekstuŹródło: ustawienia tej wizyty
Motyw

Akcja · 35 min czytania

To Blaga (I)

Bezpłatny fragment · pierwsze 50%

- Zostało jeszcze piętnaście minut – oznajmił minister. Był to drobny, skurczony od nadmiernych ćwiczeń fizycznych człowieczek. Miał obsesję oglądania ulicznych tańców go-go i teraz rozbieganymi oczkami obserwował grupę rytmicznie podskakujących dziewcząt. - Znaczy się kwadrans – uściślił Ignac, perwersyjnie bystry wiceminister ds. wojny. - Cóż za piękne nogi – zachwycał się J.W. – Spójrz tylko. Prawdziwy ideał. Tancerka o chudszych od cienkich patyków nogach uśmiechnęła się w ich stronę. Nie mogła usłyszeć tej pochwały, ale zdecydowanie wyczuwała zamożność patrzących i przez jej twarz przemknął rozkoszny grymas zniechęcenia. Nie spuszczając ich z oczu ponownie skupiła się na tańcu. Ignac poprawił idealnie dopasowane do orlego nosa okulary i westchnął. Dawno nie widział szefa tak zauroczonego ulicznym występem. Dyskretnie skinął na stojącego przy limuzynie ochroniarza. - Tak? – zapytał zdziwiony osiłek. Wiceminister wskazał na wystający z kieszeni marynarki rąbek chusteczki. Ochroniarz jeszcze dwukrotnie tępym wzrokiem powiódł po tancerkach i zrezygnowany odwrócił się, po czym otworzył bagażnik wozu. Z łatwością podniósł solidną, opancerzoną klapę i wyciągnął opakowanie chusteczek. Z poważną miną zatrzasną bagażnik i podał je Ignacowi. Potem wrócił na swoje miejsce, aby dalej tępo podziwiać tancerki. Wiceminister dyskretnie otarł ściekającą z ust J.W. ministra ślinę i z obrzydzeniem cisnął chusteczkę do kanału. J.W. nawet nie drgnął zauroczony nogami najszczuplejszej dziewczyny. - Racja, ma wspaniałe łydki – z fałszywym uśmiechem zgodził się Ignac. Właściwie wcale nie podzielał tej opinii i będąc nadzwyczaj staromodnym wolał chude dziewczyny, a nie zachudzone anorektyczki jakie obecnie uchodziły za panieński ideał, raz na zawsze przekreślając dawne wspomnienie uwodzicielskich, kobiecych kształtów. Na nic się zdała prowadzona kilkanaście lat wcześniej „Kampania Przeciw Wychudzeniom”, być może tylko dlatego, że jej organizatorami był „Klub Puszystych”, skutecznie odstraszający dbające o swój wygląd nastolatki. - Zaiste piękne – rozczulał się minister. – Samemu mieć takie nogi. Ty wiesz Ignac co to by było? Ignac milczał z wymalowaną na twarzy przygłupią ciekawością, toteż minister nie przerywając kontynuował. - To by był ideał. Facet ze wspaniałymi nogami. Gładkimi jak łza. Pojmujesz Ignac? Wy jesteście staromodni i nawet się nie depilujecie. A fe! To ostatnie minister powiedział z wyraźnym obrzydzeniem i głośno mlasnął, ukazując śnieżno białe zęby. - Niech pan rzuci im trochę mamony – podkręcając wąsa zasugerował Ignac. – Wtedy być może dodadzą coś ekstra. Minister najwyraźniej rozochocił się na myśl o dalszych ekscesach i wyciągnął zza koszuli kilka złotych łańcuszków. Brzęknęły dźwięcznie i błysnęły w świetle neonowych latarni. Na końcu najdłuższego zaczepiony był gumowy portfel w kształcie rozpościerającego skrzydła orła. Typowy przykład tandetnego patriotyzmu wprost ze sklepu z chińszczyzną. Minister odkręcił jego łeb i wsypał na małą dłoń kilka monet. - Powinno wystarczyć, nie? – zapytał z wahaniem. - Zdecydowanie – szepnął Ignac. Rzucone do stóp tancerek monety rozsypały się po ulicy. - Jesteście świetne – zawołał minister i zagwizdał tak jak gwiżdżą weseli młodzieńcy.- To dla was. Proszę, proszę, od ministra Symeona Jacusia. Tancerki gwałtownie przerwały taniec rzucając się po toczące ulicą monety. Najwyższa uderzyła dziewczynę o wspaniałych nogach i sięgnęła po błyszczący pieniążek. Schowała go za głęboki dekolt i ironicznie uśmiechnęła w stronę ministra. - Cóż za wspaniały uśmiech – najgłośniej jak mógł powiedział J.W. – Doprawdy ideał. - Operacja uzębienia – parsknął Ignac i odruchowo poprawił wąsika. - Cii... – irracjonalnym szeptem zganił go minister. – To nasz elektorat. - Elektorat? - Na Boga, nie tak głośno. Tak, tak, to wspaniali wyborcy. - Niech pan nie miesza w to Boga – z bólem popełnionej gafy zawyła pani doradca ds. wizerunku. Była to stara, tęga kobieta i wzbudzała w ministrze skrajną odrazę. Miała jednak wspaniałą, wręcz nieprawdopodobną intuicję i tylko dlatego wciąż się jej nie pozbył, licząc na coraz to nowsze, trafiające w sedno publicznych wymagań, prawdy absolutne. - Racja, racja – wymamrotał minister. – Co pani proponuje? - W tej sprawie milczenie. Minister milczał więc, a tancerki z piskiem kończyły walkę o rozsypane pieniądze. Najbardziej obłowiona, najwyższa z dziewcząt , powtórzyła swój szelmowski uśmiech i przesłała ministrowi pocałunek. - Niech to – cicho westchnął Ignac i wyjął chusteczkę po czym otarł ze śliny krótką brodę ministra. Potem spojrzał na zegarek i oznajmił – Jeszcze minuta. Czerwony rumieniec powoli zniknął z twarzy J.W. Symeona Jacusia i przemienił się w imbecylny wyraz zakłopotania. - Czy na pewno wszystko jest gotowe? – zapytał piskliwym głosem zboczeńca. – Wiecie, wszystkie wyjścia i tak dalej. - Proszę się nie martwić. - Ignac, wy mnie nie zdradzicie? - No gdzieżby panie ministrze. - Ja wiem, wiem – mówił J.W. – Wiem, że mnie nie zdradzicie. A wiecie czemu? Bo wiem co robicie nocami. O tak Ignac, wy wiecie, że ja wiem. I moi ludzie też wiedzą. Jesteście w kropce. Ignac milczał, uparcie spoglądając w stronę mostu. Wreszcie drogę rozświetliły ostre światła autobusu, który podjechał do ustawionych na poboczu limuzyn i zatrzymał się. Dwoma metalowymi schodkami zszedł wysoki, przystojny podrostek z artystycznie rozwichrzoną czupryną i ciemnymi, prawie czarnymi oczami. - Dzień dobły panom – przywitał się sepleniąc. - Bry – odparł minister i wyciągnął niezgrabną dłoń. - Mam nadzieję, że nie spóźniłem się? – zapytał młodzieniec odwzajemniwszy mocny uścisk. - Nie – odezwał się Ignac. – Jest pan w samą porę. - Zapraszam bliżej ulicy i naszych tancerek – wskazał minister. – Proszę, proszę. Ignac poklepując po ramieniu zaciągnął młodzieńca do przedzielającej uliczne pasy balustrady. J.W. pozostał nieco w tyle i niby to poprawiając garnitur, a niby nie nadążając szepnął do doradcy ds. wizerunku: - Pani też mnie nie zdradzi. Na panią też mam coś o czym pani wie. A i na pani męża i na dzieci. Dużo się tego znajdzie. Pani mnie nie zdradzi, Eleanoro. Przyspieszył kroku i zrównał się z mężczyznami. - Świetne miejsce na rozmowę – odezwał się do młodzieńca. – Zgodzi się pan, panie Psiński? Ależ pan podobny do ojca. - O czym właściwie mamy łozmawiać? – zapytał młodzieniec. Ignacy nie spodziewał się tak szybko bezpośredniego pytania i w myślach odnotował je jako brutalny atak. Wszystkie nieprzewidziane zagrywki były dla niego atakami, a możliwość upadku J.W. wzbudzał w nim lęk niemniejszy od utraty majątku całego życia. Właściwie były to sprawy tak blisko powiązane, że stanowiły jedność i dlatego całkowicie oddawał się pomocy J.W. ministrowi. Ten jednak, jak zawsze w takich sytuacjach, miał przygotowaną sprytną mówkę, a’la przemowę, którą wygłosił pełen wewnętrznej satysfakcji. Właściwie każde zmienione słowo wprawiało go w wybijające z rytmu jąkanie, ale ogólnie poszło nieźle i odwróciwszy się na bok minister splunął i ze wstrętem odsapnął. Teraz z wyczekiwaniem i lękiem spojrzał na młodzieńca. Kawaler Psiński przez chwilę milczał, czerwieniąc się, ni to w złości, ni to w zażenowaniu, aż wreszcie bąknął pod nosem: - Gówno. - Gówno, pan powiada? – zapytał niedowierzając minister. - Gówno? – zdziwił się Ignac. - Gówno – jąknęła Eleanora. Tancerki jakby podskoczyły w rytm go-go-gówno i opadły nierówno. - Tak, gówno – powtórzył młodzieniec. – Gówno, gówno, gówno. Śmiełdzące gówno. - A taki przystojny – wymyśliła doradca ds. wizerunku. - O tak, a taki skromny – przyłączył się do gry Ignac. Minister stał jeszcze bardziej skurczony w sobie, drżącą ręką usiłując sięgnąć po papierosy. Jego pracujący na najwyższych obrotach mózg, wreszcie pochwycił coś w deseń zasad nowej rozgrywki. - A fajki pali? – zapytał jeszcze cieńszym i jeszcze bardziej piskliwym głosem niż zawsze. - Gdzieżby – odparł kawaler Psiński. – Ojciec powiada, że to niemołalne. - Doprawdy ma rację – zgodził się Ignac. - Tak, tak, oczywiście. J.W. minister szybko schował paczkę cygaretek i wymusił drobny uśmiech swych bladych, wąskich warg. - Zgadzam się z preprezydentem – ciągnął. – To samozagłada, wie pan, samobójstwo. A moralność potępia samobójstwo. - Mołalność potępia wiele rzeczy – przerwał mu młodzieniec. – Wszyscy o tym wiemy. - Owszem – przytaknął J.W. Symeon Jacuś. Nie możność wyjścia z opresji odcisnęła na jego twarzy piętno traumatycznego cierpienia, które ze wszech miar zauważalne było w jego oczach, z których znikł odwieczny blask. Nawet kiedy powiódł spojrzeniem po wesoło podskakujących tancerkach, nie dało się dostrzec w jego wizerunku żadnej zmiany. Jedynie pulsujące cierpienie wzbraniało jego serce przed panicznym zatrzymaniem, a ból głowy powstrzymywał mózg od próby ucieczki. Właściwie nawet nie a bardzo wiedział co mogłoby być tą ucieczką, bo choroba psychiczna od lat zdawała się tkwić w nim, przejawiając w licznych zboczeniach , obsesjach i maniach, a śmierć niosła ze sobą tą wielką tajemnicę niewiedzy, od której za wszelką cenę starał się chronić. Owszem, J.W. minister Symeon Jacuś bał się śmierci. Czuł przed nią lęk, tak potworny, że niemalże wszelkie jego działania opierały się na próbie jej przezwyciężenia. Już dawno odkrył, że jedyną metodą pokonania śmierci jest utkwienie w pamięci czy to potomnych, czy to narodu, a zdolne do tego są tylko jednostki wybitne, lub przebiegłe. Odtąd uznał, że bez względu na koszta, nie mając szans stać się jednostką czysto wybitną, będzie czynił wszystko, aby zasłużyć na osobiste miano istoty wybitnie przebiegłej. Tymczasem Ignac dostrzegłszy zmieszanie i chwilową niemoc przełożonego, zebrał w sobie całą energię przerażonego upadkiem ducha. Frontalny atak pozostawił po sobie niesmaczne wrażenie, a jedyną radą było zgrabnie zaplanowane kontrnatarcie. Jego lęk przed upadkiem był jeszcze silniejszy od wysoko ministerialnego lęku przed śmiercią i dodawał mu sił do wielkiego uderzenia. - Gówno – parsknął Ignac. – Ma pan rację Psiński, gówno wiemy i gówno nam daje pańska odpowiedź. Młodzieniec uważnie przyjrzał się wiceministrowi i w myślach stwierdził, że w telewizji wyglądał całkiem inaczej. Zastanowił się czy to tylko wrażenie chwili, ale wreszcie zdobył się na odpowiedź. - Co miałbym dodać? – zapytał dumnie. – Chcecie, abym spiskował przeciwko ojcu? - Bzdura. Źle pan nas zrozumiał – zaprzeczył J.W. – My chcemy, żeby pan stanął po naszej stronie wobec zdradzieckich działań preprezydenta. - Co? – Psiński w złości wydął czerwone wargi i podskoczył jak oparzony. – Dyby pan nie wiedział – sapnął groźnie – to płepłezydent jest moim ojcem. Ostatni raz rzucił wzrokiem na tancerki i bez większego zainteresowania zawrócił w stronę autobusu. Szedł pewnie, nie odwracając się w stronę strapionych mężczyzn. - Cholera homoś – jęknął J.W. – Nawet tancerki nie przykuły jego spojrzenia. - Wbrew pańskiej teorii. - Tak. Nie przypuszczałem by był nieteges. - W dzisiejszym świecie i to trzeba brać w rachubę. - Otóż to. Co teraz? - Plan B, aneks drugi. - Oczywiście. Ignac ukradkiem skinął na ochroniarza. Delikatnym ruchem łysawej, lśniącej głowy wskazał na Psińskiego. - Niech się stanie – wymamrotał jakby formułkę magiczną i zesztywniał widząc, że młodzieniec ucieka. Błyskawicznie zbliżał się do autobusu i szybko wskoczył po żelaznych schodach, wsuwając się na siedzenie kierowcy. Raz, dwa i odpalił silnik nim krępy osiłek dopadł do drzwi. Cichy warkot wprawił ministra w półomdlenie i poprzekręcał kiszki Ignaca. Był to odgłos dalece metafizyczny, wprawiający w obłęd swym brzmieniem i rozchodzący się permanentną obroną Psińskiego. - Do wozu – wyrwawszy się z szoku zakrzyknął wiceminister. - Tak, tak. Niemalże równocześnie wskoczyli do limuzyny i wściekle patrzyli jak ochroniarz po nieudanym pościgu wraca do pojazdu. - Jedź, jedź za tym autobusem – tupiąc piszczał J.W. Symeon. - Robi się – Ciężko Myśląca Góra Mięsa z piskiem ruszył z miejsca. - Szybciej, szybciej – ponaglał Ignac. - Psia kość – pobladły osiłek uznał, że to już ponad jego wątłe siły psychiczne. – Z całym szacunkiem, ale ani ze mnie komandos, ani kierowca rajdowy. - Jedź do diabła – rozkazał J.W. – Od tego zależy nasze życie. Tfu, twoje życie – poprawił się. – Mam na ciebie haka, mam u licha. Autobus tarasową wąską drogę nie pozwalając wyprzedzić się szerokiej limuzynie, toteż ochroniarz, służący i szofer w jednym klął używając wszystkich znanych przekleństw świata, jak jednego, niekończącego się wyrazu. Robił to z wielką wprawą, nie zważając na miny przełożonych, którzy zresztą dogłębnie przejęci sprawą, nie zwracali na to żadnej uwagi. Ich myśli niejednokrotnie stapiały się z głośnymi uwagami osiłka, tworząc wspaniałe literacko kompozycje. Właściwie ten autobus to dobry pomysł – myślał J.W. Symeon. – Kurwawa, skurwywysyn, ale zapierpierdala – strumień myśli prawie idealnie zlał się ze słowami. – Gdyby tak pomyśleć nad hasłem: Mój syn jeździ autobusem, a Wasz? Chyba przyciągnęłoby ludzi. Preprezydent cholernie dobrze zrobił podporządkowując sobie syna. Świat ułożony pod własną osobę, to jest ponad wymiarowa przebiegłość. I ponad ludzka. Rozciagnięta w swoim zarodku przebiegłość. O rzesz! Twarz ministra raz bladła, a raz buzowała purpurowym rumieńcem. - Zapomnieliśmy o Eleanorze! – wrzasnął J.W. i widząc niezdecydowane spojrzenie kierowcy dorzucił spokojnie – Jedź, jedź. - Psia krew, zostawiliśmy babkę na moście – zbeształ się Ignac. - Trudno – J.W. zacisnął wargi i przymknął oczy. – Powinna się cieszyć, ze nie na zakręcie. Jego przesiąknięta zboczoną zgnilizną część mózgu pracowała oddzielnie od reszty, pozwalając sobie na nieświadomy żart. Nie zrobiło to na nim żadnego wrażenia i wrócił do pragmatycznej, obserwacji autobusu. Limuzyna utrzymywała się w stałej odległości, która mogłaby być pustą, przeraźliwie pustą wariacka przestrzenią, ale wobec skrajnego napięcia stała się jedynie tragiczną granicą. Było ją znacznie trudniej naruszyć od jakichkolwiek rzeczywistych granic państwowych i minister z pogardą patrzył na wciąż nie zmieniający się dystans. Nagle autobus gwałtownie przyhamował zakręcając w wąską uliczkę, a limuzyna z piskiem opon zatrzymała się na środku chodnika. Osiłek wrzucił wsteczny bieg, a wtedy silnik bez słowa zgasł. Przekręcił kluczki raz, drugi i nic. - Do diabła, co jest? – zapiszczał J.W. - Niech to skurwysyństwo szlag, nie wiem – odparł kierowca. - Zwolniony. Jesteś zwolniony – w geście wściekłości Symeon Jacuś zapluł nagłówek siedzenia przed sobą. – Rozumiesz? Do stu diabłów, zwolniony. Ty i twoja rodzina, brat, siostra, mąż, żona, kochanki! Nawet jak masz kochanków to i ich szlag trafi! - Wysiądźmy – spokojnym, rozjemczym cięciem zasugerował Ignac, pociągając za uchwyt drzwi. - Budka telefoniczna, na Boga, budka – gwałtownie uspokoiwszy się tym odkryciem zawołał minister. – To jest to, żadne komórki, tylko cudowna budka. Budka telefoniczna. Opleciony jakąś pseudo realną siłą podskoczył wesoło przypominając sobie o tańcu go-go. Nieoczekiwane, ale skrycie przewidywalne, wypadki wybiły go z nakręconego rytmu podziwiania tancerek, na które nie rzucił nawet ostatniego, znaczącego spojrzenia. Wydało mu się to przebrzydle nieludzkim czynem, dziełem napierającej na całą chytrość trwogi i skomplikowania, które tak ohydnie dawały mu się we znaki. Przeraził się swoim zatraconym w bezdennym rozgorączkowaniu strachem, codziennym zachowaniu. Razem z koncepcją łatwego zwycięstwa zerwała się nić ukierunkowanych uciech i przemyślanych geścideł, a przede wszystkim od paru lat nić, po której stąpał. Uczuł teraz osuwający się pod nogami grunt i nawet najmocniejszym tupnięciem nie mógł tego procesu zatrzymać. Z otępienia wyrwało go światło księżyca, które padło wprost na ulicę i przeszkloną budkę, dając niemalże podświadomy znak i drogę postępowania. Symeon Jacuś uchylił pancerne drzwi (pancerne co by chronić miały od chuliganów, a i tak mocno naznaczone próbami ściągnięcia z zawiasów) i wśliznął się do ciasnego wnętrza. Chwycił za słuchawkę, wrzucił cała garść monet i wybrał krótki, dobrze sobie znany numer, zamierając w oczekiwaniu na sygnał. Jeden, drugi, trzeci. - Halo, słucham – głos po drugiej stronie był wyjątkowo ostry ze znamionami wyrwania ze snu. - Tu minister Symeon Jacuś – przedstawił się J.W. - A tak, słucham? – rozmówca wyraźnie złagodniał. - Czyżby pan przysnął do jasnej cholery? Mamy pierwszy września u licha – w zdenerwowaniu piszczący głos ministra stawał się jeszcze wyższy, sięgając gdzieś w tonacji pod zanieczyszczony męskością alt. - Tak jasne – wymamrotał rozmówca. – Ale co się stało? - Na Boga! – nie wytrzymał J.W. – Psiński odmówił. Musimy działać. To wszystko ma teraz zasadnicze znaczenie, wie pan, podstawowe. Zresztą przecież już o tym rozmawialiśmy, chociaż dzisiejsze zachowanie tego młodzieńca rzuciłoby cień podejrzeń wobec szczerości niektórych moich współpracowników. - Dość. Proszę mi tylko powiedzieć co mam robić. - Toż mówię panu, że zaczynamy. Macie chyba plany? - Plany? Oczywiście, ma się rozumieć. - Na tym polega piękno naszego położenia. - Ja tam w filozofii nie gustuję. - Racja, racja. Generale Brygolf proszę więc zaczynać. - Teraz? - Tak, do jasnej ciasnej, teraz. - Niechże pan tak nie krzyczy. - Proszę mi nie mówić co mam robić. Ja znam pana, wiem kim pan

Postęp podglądu tylko w tej sesji · 0%
To Blaga (I) — czytnik · opowiadania