Inne · 9 min czytania
To, co naprawdę
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 1
Jak co sobota odbyła się próba mojego zespołu, w którym gram na basie. Jak zwykle próba skończyła się około dwudziestej pierwszej. Miałem godzinę piętnaście do autobusu. Kiedy się rozchodziliśmy Dorian, który mieszkał trzy domu ode mnie, a był samochodem, zapytał: - Konrad, podrzucić cię? Doskonale wiedział, że odmówię. Był gejem i się we mnie podkochiwał. - Nie, dzięki - odparłem, ale mrugnąłem do niego. Tak, też jestem gejem, ale na coming out było dla mnie za wcześnie. Chociaż miałem już dwadzieścia lat za sobą. Wzruszył ramionami wyraźnie urażony i odjechał. Pokręciłem głową i ruszyłem w kierunku przystanku. Idąc myślałem o Dorianie.Naszła mnie tęsknota za nim. Jego oczy zawsze są pełne blasku. Jest dobrze zbudowany...no, może niekoniecznie przystojny, ale dla mnie i wielu koleżankom sie podobał. Tak...Dorian jest też cholernie odważny, bo ujawnił się mając jakieś siedemnaście lat. Nałożyłem bluzę, którą miałem związaną na biodrach. Co prawda był początek lipca, ale dziwnie chłodno mi sie zrobiło. Po chwili zacząłem szukać papierosów; były w tylnej kieszeni dżinsów, ale doznałem olśnienia, nie mam zapalniczki. Spojrzałem w kierunku przystanku i zobaczyłem jedna siedzącą postać. Podszedłem do niej i poczułem słodkawą woń, a w dłoni zobaczyłem jointa. Był to chłopak, może szesnastoletni. Łysy, blada twarz, mówiły za niego oczy. Smutne, apatyczne, zrezygnowane. - Czego się gapisz?! - zapytał nagle. Zmieszałem się. Wróciłem szybko do równowagi psychicznej i wyciągnąłem papierosa. - Ja tak tylko...mam fajki...ale zapomniałem ognia... - plątałem się jeszcze w zeznaniach. - Zapomniałeś? Bo jesteś pipą! - Nie jestem pipą - zaprotestowałem.- Masz ten ogień, czy nie? W kącikach ust miał uśmiechu ślad. - To bez znaczenia, ale tak. Wyciągnął zapalniczkę i podpalił mi papierosa. Paliliśmy w milczeniu. Jego osoba nie dawała mi spokoju. - Jak masz na imię? - spytałem po chwili. - A jakie to ma znaczenie? odpowiedział mi pytaniem. - Dominik - dodał po chwili i spojrzał na mnie. - Konrad. Spojrzałem na zegarek, zostało mi dwadzieścia trzy minuty. Postanowiłem dowiedzieć się o nim czegoś więcej. - Czekasz na autobus? - zapytałem, ale to nie było błyskotliwe pytanie. - A co innego można robić na przystanku autobusowym? - nadal był niedostępny. Skończył jednego, a zapalił drugiego. Patrzyłem na niego jak na okaz w zoo. Pachniał tak słodko... - Raczej rzadko mnie ludzie wąchają - rzucił po chwili, bo się przysiadłem bliżej. - Wiem, że moje włosy, ubranie, skóra pachnął trawką. Uniosłem brwi. - Długo palisz? Zmrużył oczy. - Trzy lata. O cholera! W młodym wieku zaczął! Westchnął i powiedział bardziej do siebie niż do mnie: - Wkrótce odejdę, ale czy to ma dla świata jakieś znaczenie? - Dlaczego chcesz... odejść? Patrzył przed siebie. Zaciągnął się jointem i wypuścił ze świstem powietrze. - Powodów jest mnóstwo - powiedział cicho. - Na przykład? - Ojciec mnie tłucze, bo widzi we mnie tylko żałosnego pedała. Myślałem, że spadnę z ławki. Tak było u mnie! - A jesteś gejem? - spytałem nie bez emocji. - Jestem, jaki jestem. Pociągnął nosem, a do mnie dotarło, że autobus dawno powinien być. Albo ktoś mnie robi w bambusa, albo nie wiem. - Gdzie, do kurwy nędzy, jest ten piekielny autobus?! Spojrzał na mnie z ukosa. - Nie ma dzisiaj - powiedział. - On teraz kursuje tylko w dni robocze. - Co?! - krzyknąłem. - Dlaczego ja nic nie wiem?! Pokręcił głową. - Mówiłem: bo jesteś pipą. - NIE JESTEM PIPĄ! - ryknąłem i zerwałem się na równe nogi. Tak się wkurzyłem, że musiałem zapalić. Dominik podał mi ogień. Zaciągnąłem się łapczywie. Co teraz?! Nie przychodziła mi na myśl żadna myśl. Tymczasem Dominik zaciągał sie jointem. Wyglądał teraz, jakby wygrał maraton w czytaniu "Potopu" bez przerwy. Nagle mnie oświeciło: Dorian! Wyciągnąłem komórkę i... okazało się, że jest rozładowana. Kurczę! Chyba, że... - Dominik? - Hm... - mruknął i nawet nie spojrzał na mnie. - Masz przy sobie komórkę? - To bez znaczenia, ale tak. - A pożyczysz? Dopiero teraz na mnie spojrzał. - Nie mam nic na koncie…