Ustawienia czytania
Preferencje tekstuŹródło: ustawienia tej wizyty
Motyw

Horror · 28 min czytania

To, co rośnie za murem

Bezpłatny fragment · pierwsze 50%

Wizyty u matek dalekie bywają od wyidealizowanych obrazów z oper mydlanych. W moim przypadku, niemal zawsze skutkowały niebezpiecznie podwyższonym ciśnieniem i powolnym, uspokajającym spacerem do domu.

Po ponad trzydziestu latach, powinienem się już chyba przyzwyczaić, że słowa, którymi częstuje mnie na powitanie, to podstępna przystawka przed daniem głównym: narzekaniem na zdrowie, nieżyjącego już męża i przede wszystkim na mnie, który wszak tak długo zwleka z podarowaniem jej wnuka. Tym razem moja cierpliwość skończyła się wyjątkowo wcześnie - po niecałej godzinie wędrowałem już brudnymi ulicami miasta, które powoli przykrywał wieczór.

Lubiłem spacerować i, jeśli cokolwiek miałbym nazwać swoim hobby, to właśnie owe niespiesznie chodzenie – bez celu, kierunku i przejmowania się upływającym czasem. Cieszyło mnie odkrywanie ulic, o których wcześniej nie miałem pojęcia; z pięknymi starymi kamienicami, skwerami, na których zatrzymał się czas, czy domami jednorodzinnymi z ciężkimi, oryginalnie zdobionymi bramami kryjącymi rodzinne tajemnice.

Nie dalej, jak dwa tygodnie temu byłem tak zamyślony, że błądząc, nie zauważyłem nawet, jak wszedłem na niesamowite, niemal mistyczne podwórko. Inaczej niż zazwyczaj, zamiast okrągłego placu, ten rozpisany był na planie sześciokąta. Ściany, aż po ostatnie piętro pokryte malunkami dziwnych zwierząt, sprawiały przytłaczające wrażenie. Dostrzegałem między nimi skrzydlatego lwa, coś przypominającego bezoką owcę, stworzenia o ludzkich ciałach i głowach płazów… Ogony niektórych ginęły w futrynach okien – te zaś, wszystkie, co do jednego, chronione były kratami, jakby mieszkańcy bali się, że potwory ożyją i wtargną do środka, siejąc strach i śmierć. Obiecałem sobie, że wrócę tam jeszcze z aparatem, lecz mimo najszczerszych wysiłków nie zdołałem odnaleźć drogi. Wyparowała z mojej pamięci, jak szczątki snów zaraz po przebudzeniu. Pocieszałem się tym, że miasto musi kryć jeszcze wiele takich miejsc. Przypuszczałem, że niektóre z nich można było odnaleźć tylko przypadkiem – nigdy, jeśli szukało się ich celowo. Było w tym coś nadnaturalnego i każdy spacer zmieniało w moją osobistą wyprawę do Nowego Świata.

Oczywiście, nigdy nie przyznałem się do tego mojej dziewczynie. Mogłem sobie tylko wyobrażać jej reakcję. Histeryczne krzyki o marnowaniu czasu byłyby zapewne najmniejszym możliwym wymiarem kary.

Wchodząc do mieszkania, zostawiałem za sobą moje sekrety i w duszy przygotowywałem się już na kolejną, zupełnie niepotrzebną potyczkę. Niekiedy doznawałem wrażenia, że dwie kobiety mojego życia zawiązały spisek, który miał na celu przyprawienie mnie o wczesny zawał. Jedynym słabym punktem teorii był stan mojego konta – równie pustego, co spojrzenia dworcowych narkomanów. Dobiegł mnie cichy szum prysznica i odetchnąłem z ulgą. Najciszej, jak mogłem, docisnąłem drzwi wejściowe i mijając łazienkę, przemknąłem do biblioteki.

Zagłębiłem się w lekturze mając nadzieję, że spokój i cisza potrwają jeszcze, co najmniej pół godziny. Złośliwy los zakpił sobie okrutnie i zaledwie parę minut później dobiegł mnie dźwięk otwierania kabiny prysznicowej i uruchamiania suszarki. - Kochanie, zaparzysz mi kawy? – Dobiegło z łazienki. Zamiast popędzić do kuchni, poczułem tylko dziwne rozdrażnienie. Złość, którą miałem nadzieję „wychodzić” po mieście, wciąż we mnie tkwiła, jak irytująca drzazga w opuszku palca. - Muszę wyjść. Dzwonili z pracy. – Mruknąłem i nim zdążyła zapytać się, o co chodziło i czego mogą chcieć wieczorem od księgowego – już byłem za drzwiami.

Poczułem na twarzy chłód nocy i blask lamp. Ależ byłem szczęśliwy bez zbędnego zrzędzenia, próśb i nieuzasadnionych pretensji. Dziś miałem zamiar włóczyć się tak długo, jak tylko będzie mi się podobało. O tej porze na ulicach było już mało ludzi, a z tymi, z którymi się mijałem wymienialiśmy czujne spojrzenia, jakby sądząc, że jedno z nas gotowe jest rzucić się temu drugiemu do gardła. Zatrzymałem się na skrzyżowaniu. Z prawej strony dobiegał hałas pędzących obwodnicą aut i z czystym sumieniem mogłem sobie odpuścić wędrówkę w tamtym kierunku – podejrzewałem, choć nie byłem tego do końca pewien, że wdychanie spalin może być dla zdrowia jeszcze bardziej szkodliwe niż wizyty u matki.

Naprzeciwko mnie, nieco po skosie, latarnia zamrugała i zgasła. Wyszczerzyłem zęby w uśmiechu, uznając to za całkiem obiecujący drogowskaz. Zagłębiłem się w mroczną uliczkę w poszukiwaniu spokoju i przy odrobinie szczęścia czegoś, co mogłoby wywrzeć na mnie równie porażające wrażenie, co tamto podwórko. Nawet nie zauważyłem, kiedy stare budynki, porysowane węglem i wyblakłymi markerami, zastąpiły odremontowane bloki. Jeśli na ich ścianach było jakiekolwiek graffiti godne uwagi, to znikło dawno temu, razem z popękanym tynkiem odsłaniającym wnętrzności z cegieł.

Gdzieś za mną trzasnęła brama. Odwróciłem się i zdumiony ujrzałem dziecko na czarnym rowerku o doczepianych kółeczkach. Pędziło przed siebie z prędkością, o którą nigdy bym nie podejrzewał takiego pojazdu. Kiedy mnie mijał, małe koła zaklekotały o krawężnik, by po chwili zniknąć w granatowym mroku bocznej ulicy. Uśmiechnąłem się pod nosem, bardziej dla dodania sobie odwagi, niż dlatego, że dziecko naprawdę mnie rozśmieszyło. Prawdę mówiąc, widok, który przed chwilą zobaczyłem przyprawił mnie o zimne ciarki, które niczym kolonia mrówek, przewędrowały wzdłuż mojego kręgosłupa. Zastanowiłem się, gdzie o tej porze są rodzice takiego malca i dlaczego, do licha, pozwalają mu samemu szwendać się po dość podle wyglądającej dzielnicy. Stałem koło bramy, jakbym czekał, że odpowiedź wyjedzie na kolejnych czterech kółkach. Wzruszyłem ramionami, postawiłem kołnierz kurtki - zrobiło się nieprzyjemnie zimno - i podjąłem dalszą wędrówkę. Szedłem po niewygodnych kocich łbach i momentami gotów byłem przysiąc, że w jakiś diabelski sposób przeniosłem się w czasie. Nigdzie nie widziałem żadnych samochodów, czy motocykli. Z domów, które wydawały się spoglądać na mnie ciemnymi oknami, dobiegały przytłumione odgłosy rozmów, ale nie zdołałem wychwycić znajomych mi dźwięków telewizji, czy radiowych reklam. Jedyną oznaką nowoczesności były elektryczne latarnie, choć niesamowitość okolicy sprawiała, że nie zdziwiłbym się, gdyby ich źródłem światła były po prostu wyjątkowo jasne świece.

Później okazało się, że chłopak na rowerku był pierwszą, a zarazem jedyną istotą ludzką, którą tam spotkałem. Pomiędzy przewróconymi koszami na śmieci buszowały koty, gdzieś upiornym echem odbijało się szczekanie psa, ale poza mną na brukowanych ulicach nie było ani jednego człowieka.

Skłamałbym mówiąc, że to mi nie odpowiadało. Zadowolony i spokojny obserwowałem różnokolorowe drzwi, oryginalne linie okiennic, pourywane rynny, których metalowe, połamane szkielety tworzyły przerażające cienie. Niekiedy przystawałem i przyglądałem się chodnikowym kostkom, na których były wyryte napisy w jakimś dziwnym, nieznanym mi języku. Ciężko było określić, czy są pozostałością ściany, z której wycięto płyty, czy może lokalne urwisy użyły wyjątkowo mocnej kredy.

Nie miałem zegarka, ale wydawało mi się, że może być koło trzeciej, czwartej w nocy, gdy doszedłem do potężnego muru, wznoszącego się na wysokość, co najmniej dwóch pięter. Zbudowany był z niezliczonej ilości kamieni, jednak wszystkie były dopasowane tak idealnie, że w szczelinach pomiędzy nimi nie zmieściłby się nawet palec niemowlaka. Przyłożyłem ucho do jednego z głazów i poczułem dziwne mrowienie - zdawał się wibrować, jak membrana głośnika. Zaintrygowany, przyspieszyłem kroku, chcąc odnaleźć wejście, jakiekolwiek drzwi, które mogłyby uchylić tajemnicy. Minęło, co najmniej dziesięć minut, nim dotarłem do rogu, przy którym mur skręcał w prawo, kolejnych piętnaście zajęło mi dojście do kolejnego. Zacząłem zastanawiać się, jak to możliwe, że w środku miasta istnieje tak ogromny plac, nie zajęty przez szereg wieżowców ani nieprzerobiony na osiedle domków jednorodzinnych. Szedłem wzdłuż kamiennej ściany już prawie godzinę, gdy w końcu dotarłem do ostatniego, czwartego rogu i w ten sposób… Znalazłem się w miejscu, w którym zacząłem moje śledztwo. Nigdzie nie było drzwi.

Dla pewności pobiegłem w stronę, z której przed chwilą przyszedłem. Zimne powietrze boleśnie haratało mi gardło, a płuca wypełniały się nieznośnym gorącem. Nim zdążyłbym doliczyć do pięćdziesięciu - znalazłem się w tym samym miejscu. Przykucnąłem, oddychając ciężko. Czy to możliwe, że poprzednim razem szedłem aż tak wolno? Wróciłem do domu nad ranem. Mojej narzeczonej nie było w domu. Nie miałem pojęcia, czy wyszła gdzieś w nocy, czy może zdenerwowana opuściła mieszkanie na chwile przed tym, zanim wróciłem. Prawdę mówiąc, nie interesowało mnie to. Postanowiłem poczekać do ósmej rano, aż otworzą bibliotekę i poszukać informacji o wibrującym murze – wiedziałem, że nie spocznę, dopóki nie dowiem się, jaką kryje tajemnicę. Zadzwoniłem do pracy i skłamałem, że jestem chory. O dziwo, kłamstwo przeszło mi przez usta wyjątkowo łatwo - zazwyczaj miałem z tym spore problemy. Zaczynałem chrząkać, plątać się w tym, co chciałem powiedzieć i kończyło się na tym, że czerwony, jak burak, wpadałem po uszy w kłopoty.

Parę minut po ósmej siedziałem już między regałami książek. Kartka za kartką, informacja za informacją przelatywały przed moimi oczami, ale nie zbliżałem się ani o krok do rozwiązania zagadki. Przestudiowałem uważnie plany miasta niemal dwieście lat wstecz, ale nigdzie nie znalazłem informacji o placu. Wyglądało to tak, jakby umknął uwadze wszystkich. A przecież widziałem go, każdy oszlifowany kamień koloru deszczowej chmury. Niechętnie, ale zasiadłem przed ekranem komputera i uruchomiłem Internet. Nigdy nie byłem zwolennikiem nowoczesnej technologii, a liczba głupców wadzących się na różnych portalach i stronach, skutecznie odstraszała od korzystania z sieci. Wbijałem w wyszukiwarkę najróżniejsze kombinacje słów, mając nadzieję, że któraś z nich w końcu naprowadzi mnie na jakikolwiek ślad. Spędziłem tak ponad siedem godzin, aż poczułem, że plecy boleśnie protestują przeciwko nienaturalnie pochylonej sylwetce. Dowiedziałem się mnóstwa rzeczy o murach, szlifierce i innych sprawach, która tak naprawdę nie miały i nigdy nie będą mieć dla mnie znaczenia. Starą prawdą było stwierdzenie, że jeśli chce się coś zrobić dobrze – trzeba to zrobić samemu.

Postanowiłem, że jeszcze tego wieczora, powrócę do tamtej dzielnicy i - choć nie wiedziałem jeszcze jak - postawię stopy na placu, nim noc ustąpi szarówce poranka. Czułem, jak burczy mi w brzuchu, gdy wracałem do domu. Nie zdziwiłem się, że nie czekał na mnie obiad. Zaskoczył mnie fakt, że zamiast kłótni, którą przyjąłem za pewnik, powitało mnie jedynie smutne spojrzenie mojej ukochanej. Podszedłem do niej, chcąc ją objąć, ale odtrąciła moje wyciągnięte ręce. Anemicznym ruchem pokręciła tylko głową i poszła do sypialni, zostawiając jednak uchylone drzwi. Jakaś część mnie czuła, że powinienem za nią pójść i przeprosić, ale gorączka nocnej wyprawy była zbyt silna i po chwili wahania zamiast za nią – poszedłem do kuchni. Przygotowałem sobie kilka kanapek, które wrzuciłem do plecaka. Zamiast krępujących ruchy jeansów, wyciągnąłem dres i ciepłą bluzę, która - miałem nadzieję - udanie zastąpi płaszcz i sweter. Wychodząc, zastanowiłem się jeszcze, czy aby nie pójść i nie pogodzić się z narzeczoną, ale szybko zrezygnowałem z tego pomysłu. W końcu, co mogło mi się stać?

Szybkim krokiem przeszedłem skrzyżowanie, minąłem bramę, z której wyjechał ów nawiedzony dzieciak z piekła rodem i zwolniłem dopiero na paręset metrów przed miejscem, gdzie powinien znajdować się mur. Żołądek pulsował mi nieprzyjemnym bólem – podświadomie obawiałem się, że miejsce, do którego szedłem mogło już zniknąć, a ja nigdy go nie znajdę, podobnie jak placu o ścianach pokrytych zwierzęcymi malunkami. Gdy wyszedłem zza rogu i zobaczyłem, że moje obawy były nieuzasadnione, aż zakręciło mi się w głowie z emocji.

Podszedłem do muru i jeszcze raz uważanie zbadałem go palcami. Postanowiłem nie tracić czasu na chodzenie w poszukiwaniu miejsca, gdzie mógłbym się wspiąć. Kamienie, choć tak różnych rozmiarów były dopasowane z prawdziwie nadludzką precyzją. Rozejrzałem się dookoła. Z placem sąsiadowały zniszczone domy, które mogły pamiętać jeszcze czasy przedwojenne. Jeden z nich wyglądał na całkiem opustoszały, a przekrzywione drzwi wejściowe opierały się o futrynę niczym smutny alkoholik. Energicznym krokiem ruszyłem w ich stronę. W środku było ciemno, śmierdziało moczem i czymś, co chyba musiało być rozkładającymi się szczurzymi zwłokami. Bez większych nadziei sprawdziłem, czy działa kontakt – nie działał. Po krótkiej chwili wahania - iść przy poręczy, czy przy ścianie - wybrałem brud betonu zamiast spróchniałego drewna. Parę razy wdepnąłem w miękkie rzeczy, które przy zetknięciu z moim butem wydawały paskudny, mlaszczący odgłos. Poza tym bez większych przeszkód dotarłem na ostatnie piętro. Były na nim drzwi do dwóch mieszkań. Wybrałem te po prawej i niezbyt silnym uderzeniem barkiem wdarłem się do środka. Światło księżyca wpadało przez potrzaskane okna, oświetlając nieprzyjemne wnętrze. Sterty gazet, plakaty niechlujnie poprzyklejane do ścian i zniszczone meble ze sprężynami sterczącymi niczym kości w otwartych złamaniach, tworzyły przygnębiający obraz opuszczonego domu. Poczułem się nieswojo i zapragnąłem, jak najszybciej opuścić to dziwne miejsce. Ostrożnie ominąłem kawałki szkła i wyjrzałem przez okno. Zakląłem. Przecież to niemożliwe! Nie do wytłumaczenia.

Plac, który miałem nadzieję zobaczyć z siódmego piętra pustego domu,

Postęp podglądu tylko w tej sesji · 0%
To, co rośnie za murem — czytnik · opowiadania