Ustawienia czytania
Preferencje tekstuŹródło: ustawienia tej wizyty
Motyw

Zbrodnia · 11 min czytania

To my jesteśmy demonami

Bezpłatny fragment · pierwsze 50%

{font:verdana}Moje ręce coraz mocniej zaciskają cię na twoim gardle. Twoja ciepła skóra. Drżenie krtani, która nadal rzęży. Zaciskasz ręce na moich dłoniach. Ale już nie masz siły żeby zmienić cokolwiek. Powoli przestajesz walczyć. Twoje ciało wiotczeje. Oczy nieruchomieją wpatrzone we mnie. Nie potrafię odczytać emocji która w nich nadal tkwi. Przegrałeś. Wstaję powoli. Zauważam, że na rękach mam szramy po twoich paznokciach. Są głębokie i lekko ociekają krwią. To nic. Idę do twojej łazienki, tam chyba trzymasz bandaże, co nie? Znajduję je szybko, bez większego problemu. Owijam sobie nimi prowizorycznie ręce. Na odkażenie ran będzie czas w domu. Zauważam się w lustrze. Jestem cała potargana, na jednej powiece mam rozmazany tusz do rzęs. Tak nie może być. Kręcę gałką kranu. Oczywiście jak zwykle leci wrzątek i muszę chwilę się napracować żeby woda była jako tako letnia. Szoruję twarz, już całkiem zmywam makijaż. Przecieram rękawem gałki, nie mogą przecież zostać na nich odciski moich palców. Wycieram twarz w biały ręcznik wiszący obok lustra. Zostaje na nim parę czarnych smug pozostałego tuszu. Ale to nic. Szczotki już nie chce mi się szukać. Układam włosy palcami, a raczej doprowadzam je do względnego ładu. Bandaż na lewej ręce trochę się odwinął. Próbuję tym razem zawiązać przy nim supełek, ale niezbyt mi się to udaje tylko jedną ręką. Upycham więc końcówkę pod resztą omotaną na ręce. Jeszcze trochę musi to wytrzymać. W kilku miejscach pojawiły się czerwone plamki. Co jak co, ale nieźle walczyłeś. Biorę parę ręczników i wchodzę do salonu. Twoje ciało nadal tam leży. Nadal się we mnie wpatrujesz, chociaż mnie tam nie ma. Niepokojące. Rzucam na ciebie ręczniki żeby mieć wolne ręce i zamykam ci oczy. To trochę smutne że widzę je po raz ostatni. W spiżarce miałeś kanister benzyny. Idę po niego. Faktycznie, stoi na ziemi, tuż przy słoikach, chyba z ogórkami konserwowymi. Jest pełny. To dobrze. Wracam znowu do ciebie i nasączam ręczniki paliwem. Resztką oblewam ciebie. Zawijam cię w mokry i cuchnący materiał. A pomyśleć że kiedyś lubiłam ten zapach. Szukam twojej bluzy, zawsze nosiłeś ze sobą papierosy i zapałki. To trochę staroświeckie nie sądzisz? Ale na teraz będą lepsze niż zapalniczka. Wkładam je do kieszeni spodni. Rozglądam się za swoją kurtką. Dobrze że wzięłam tą, którą rzadko noszę. Nawet jeśli ktoś mnie zobaczy, nie rozpozna jej. Z resztą mogę ją wyrzucić kiedy wrócę do domu, nikt nawet nie zauważy. Tylko gdzie ona może być? Ach, no tak. W przedpokoju na wieszaku. Najciemniej pod latarnią, prawda? Zarzucam ją na siebie. I wracam do ciebie. W sumie widać tylko zarys twojej sylwetki pod tymi ręcznikami. Ale to nadal ty. Cofam się na wszelki wypadek, benzynę czuć już w całym mieszkaniu. Wyciągam zapałki. Mają niebieskie główki, rzadko takie widuję. Że też zwracam uwagę na takie pierdoły. Podpalam jedną. Rzucam w twoją stronę. Trafiłam. Nie oglądam jak się spalasz, to zbyt ryzykowne. Wychodzę z twojego mieszkania uważając na to, żeby klamkę złapać przez rękaw i zarzucam kaptur na głowę. Idę na tylne podwórko. Jest brama. Zamknięta. Ale to nie problem. Wspinam się na nią i przeskakuję ją. Czuję się dobrze. Patrzę w niebo. Gwieździste jak nigdy. Piękna noc, nieprawdaż?

***

Dzisiaj nic się nie stało. Jak zwykle poszłam do szkoły, napisałam kartkówkę, dostałam uwagę. Nikt nie zauważył żeby coś się we mnie zmieniło, ale w sumie nie dziwi mnie to. Czuję się obojętnie. Niesamowicie obojętnie w stosunku do wczorajszych wydarzeń. Myślałam że będzie mnie dręczyć sumienie. Może nawet spodziewałam się że tak jak w bajkach pojawią mi się na ramionach diabełek i aniołek z moją twarzą i będą się ze sobą kłócić? Tymczasem doskonale pamiętam co się stało i mam tego świadomość, ale nie robi to na mnie żadnego wrażenia. Dziewczyny z ławek obok świergolą o jakimś aktorze, chłopcy mruczą coś do siebie nawzajem, a ja jak zwykle siedzę sama i jestem jakby wykluczona z tej naszej małej społeczności. Nie żeby mi to przeszkadzało, kiedy ktoś mówi na interesujący mnie temat, dołączam się do rozmowy. Śmieję się, rzucam głupimi żartami, odpowiadam sarkazmem na docinki. To wszystko mnie utrzymuje w przekonaniu że nic się nie zmieniło. No, może oprócz tego że jego miejsce jest puste. Ale tego też nikt nie zauważa.

***

Leje deszcz. Naprawdę leje. Mam ze sobą kompaktową ciemnofioletową parasolkę. Chciałam wziąć zieloną, ale jednak do czerni bardziej pasuje fiolet. Ksiądz mówi o czymś. Nie słucham go. Pewnie mówi o wartości i kruchości życia. O tym że ludzie są niezastąpieni. Że będzie nam go brakować. O dziwo nikt nie płacze. Jego rodzice tulą się do siebie pod prowizorycznie postawionym daszkiem, pod którym dla mnie zabrakło miejsca. Ale żadne z nich nie łka. Ze zdjęcia spogląda ciemnowłosy, przystojny chłopak o nieco znudzonej minie. Nic dziwnego, wzięli zdjęcie legitymacyjne. Miał wiele innych, ale żadne nie było odpowiednie.

Zdjęcie stoi przed grobem. Nie umieścili go na trumnie, bo po prostu jej nie ma. Ciało było w tak przerażającym stanie, że musieli je skremować. Nikt nie płacze. Nie wyróżniam się więc z tłumu. Czuję się trochę dziwnie. Starsze babki stojące koło mnie szeptają ze sobą. Słyszę tylko parę słów takich jak „biedaczek”,…

Postęp podglądu tylko w tej sesji · 0%