thriller · 13 min czytania
Tokio
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 2
Uważajcie na marzenia, gdyż spełnianie nawet tych najbardziej niewinnych może być niebezpieczne. Moim dziecięcym marzeniem była podróż do Japonii, która ja- wiła mi się jako magiczna kraina. Pewnie za sprawą filmów studia Ghibli, którymi zachwycałem się jako mały chłopiec. Marzyłem, aby w pobliskim lesie spotkać Totoro. Ujrzeć na polanie cień ruchomego domu Hauru czy odwiedzić krainę bogów. Ponad trzydzieści lat czekałem na dzień, w którym to marzenie się spełni. Jeszcze na lotnisku, czekając na samolot, nie mogłem uwierzyć, że za kilkanaście godzin znajdę się w Tokio. A jeżeli to był tylko sen, to miałem nadzieję, że nie obudzę się zbyt szybko.
Podróż, z międzylądowaniem w Dubaju, dłużyła się i wyczerpała mnie. Sześciogodzinny lot do Zjednoczonych Emiratów Arabskich minął wyjątkowo szybko. Kolejne dwanaście go- dzin w samolocie do Tokio wręcz przeciwnie. Czasu nie dało się zabić filmami, a targających mną emocji snem. W życiu odbyłem wiele podróży i zwiedziłem pół świata. Ale ta podróż była dla mnie najważniejsza. Miejsce oddalone zarówno w przestrzeni, jak i w każdy inny możliwy sposób od świata, w którym dorastałem i żyłem. Pamiętam, że kiedy pisałem maturę, moim największym marzeniem było pojechać do Warszawy. A teraz siedziałem w samolocie lecącym do Japonii. Często wspominam wzruszenie, które czułem, kiedy przez okno samolotu, w czerwonym świetle zachodzącego słońca, ujrzałem górę Fudżi. Przemierzyłem cały ludzki świat, aby spędzić kilka dni w Tokio. W surrealistycznym mieście, w którym tradycja miesza się z futuryzmem. Choć od powrotu do domu minęło już trochę czasu, wciąż zadaję sobie pytanie, czy gdybym wsiadając do samolotu, wiedział, co mnie tam spotka, zaryzykowałbym tę podróż.
Po dziewiątej wieczorem czasu lokalnego wylądowałem na lotnisku Narita. Gdy opuściłem lotnisko, stanąłem oniemiały. Ulica i chodnik wyglądały, jakby ktoś wysprzątał je specjalnie na mój przylot. Nigdy wcześniej nie widziałem tak czystych ulic, w dodatku czerwonych. Była połowa października, a mimo to skórę nadal otulało przyjemne ciepło. Powietrze pachniało przygodą. Stojąc z walizkami przed wejściem na lotnisko, zmęczony, ale pełen entuzjazmu, zastanawiałem się, jak dostanę się do hotelu – wzdłuż ulicy nie stała ani jedna taksówka. Nikt poza mną nie był na tyle szalony, aby liczyć na przejazd taryfą do oddalonego o godzinę drogi Tokio. Wróciłem do lotniskowego punktu informacji. Miła pani poinformowała mnie, że za kilka minut odjeżdża ostatni pociąg. Zerwałem się do kasy po bilet, aby zdążyć go złapać. Kilka minut później, zdyszany, wpadłem do pustego wa- gonu. W pociągu nie było żywej duszy. Długo zastanawiałem się, czy jadę we właściwym kierunku. Po czym doszedłem do wniosku, że nie ma to żadnego znaczenia. Gdzie bym nie dojechał, na pewno się nie zawiodę. Blisko północy dotarłem na dworzec centralny w Tokio. Po wyjściu na powierzchnię po raz pierwszy uderzyła mnie nie- zwykłość miasta. Feeria barw i świateł onieśmielała. Tutaj nikt nie przejmował się rachunkami za prąd. Miasto lśniło i błyszczało, jakby krzyczało do mnie, abym nie tracił czasu na sen, tylko od razu dał się porwać nocnemu życiu metropolii. Nie byłem pewny, czy faktycznie tu jestem, czy za chwilę obudzę się we własnym łóżku z uczuciem zawodu. W końcu złapałem taksówkę i udałem się do hotelu.
Meldując się w hotelu w Japonii należy uzbroić się w cierpli- wość. Pracujący na nocnej zmianie w recepcji panowie zasko- czyli mnie, gdyż nie mówili po angielsku. Błędnie założyłem, że w tak wysoko rozwiniętym społeczeństwie każdy zna ten język. Myliłem się. Przez cały pobyt prawie z nikim nie byłem w stanie się porozumieć. Pracownicy hotelu wspólnymi siłami wytłumaczyli mi, jak mam się zameldować. Wskazali mi automat, z którego należało skorzystać, aby potwierdzić i opłacić rezerwację. W automacie trzeba było zapłacić jenami, które z kolei można było nabyć za dolary amerykańskie w automacie stojącym obok tego pierwszego. Po całej operacji, która trwała wieczność, dotarłem do pokoju, rozpakowałem się i zasnąłem.
Część 22 / 2
Kiedy następnego dnia po raz pierwszy stanąłem pośrodku słynnego Shibuya Crossing, wiedziałem, że trafiłem do innego świata. Zawładnęła mną mieszanka zachwytu i szczęścia. Kolorowe billboardy pełne niezrozumiałych znaków, gwar setek osób, które spokojnie przekraczały to wyjątkowe miejsce. Najsłynniejsze skrzyżowanie na świecie w pełni zasługiwało na swoje miano. Jedyna w życiu dorosłego człowieka szansa, aby znów poczuć nieskrępowaną dziecięcą radość, pojawia się, gdy spełnia się marzenie wyhodowane w dziecięcym sercu. Znów poczułem się jak sześciolatek. Niewinny i szczęśliwy. Chłonąłem ten moment całym sobą, nim zdążyła wrócić świadomość. Delektowałem się tą chwilą, aż minęła bezpowrotnie, jak wszystkie inne w życiu człowieka.
Całą noc tułałem się po wąskich uliczkach Tokio, chłonąc to miasto wszystkimi zmysłami. Zachodziłem do barów, zarówno tych większych, jak i tych najmniejszych, ukrytych w kątach ulic i w piwnicach. W jednej chwili smakowałem wino w restauracji, w której każda ściana był wyklejona ręcznie zapisanymi karteczkami, aby w drugiej iść ciemną pustą uliczką, która w każdym innym mieście na świecie przyspieszyłaby bicie serca. Próbowałem sake w podrzędnej pijalni. Zaglądałem do salonów pachinko i klubów karaoke. Poza uczuciem radości pojawił się także niepokój. Lęk przed zmarnowaniem choćby minuty z czasu, jaki miałem spędzić w tym mieście cudów.
Już drugiego dnia zrozumiałem, że w Tokio mieszka spokój. Do takiego wniosku doszedłem rankiem, jedząc śniadanie w hotelowej restauracji. Olbrzymia metropolia zamieszkiwana przez trzydzieści siedem milionów ludzi. Miasto, które nigdy nie zasypia. Gdzie tłumy nie znikają z ulic nawet w środku nocy. Jest głośno, jest kolorowo i w każdym momencie czuć bijące serce miasta. A jednak czuło się tam spokój. Mógłbym tam zostać na zawsze.
Dni mijały szybko, aż nastał dzień, który zapamiętam do końca życia. Tego dnia od świtu padał deszcz. Gdy byłem małym chłopcem, moja mama mawiała, że kiedy pada, dzieją się niezwykłe rzeczy. Nie chciałem spędzić czasu w hotelowym pokoju, lecz spacerowanie po mieście podczas ulewy nie nastrajało pozytywnie. Postanowiłem więc wybrać się do olbrzymiego centrum handlowego, gdzie przynajmniej bym nie zmókł. Chciałem podpatrzeć, jak wyglądają takie miejsca w Kraju