Przygoda · 14 min czytania
Tomek dziwi sie swiatu czyli pamietnik emigranta
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 2
Jest teraz dosyć ciepło. Stoję w małym ogródku za domem. W zasadzie to jedynie niewielki trawnik i parę kamiennych płytek otoczonych drewnianym płotem. W rogu stoi samotna roślina. Krzew z którego właśnie wiatr zerwał białe nasiona, ze aż zrobiło się biało od przypominających dmuchawiec białych płatków. Do złudzenia przypomina to śnieg. Stoję w małym ogródku, wśród tych szalejących białych dmuchawców i nie wiem co mam dalej robić...
Rozdział pierwszy czyli – pierwszy lot.
Jazda samochodem w stronę lotniska Pyrzowice napawa lekko mówiąc niepewnością. No bo jeśli jadąc jednopasmowa droga, przez dwadzieścia minut nie mijając żadnego samochodu,w stronę międzynarodowego portu lotniczego, to można odnieść wrażenie ze należy szybko jeszcze raz sprawdzić czy to aby na pewno właściwy kierunek.Szczególnie w nocy sam port robi duże wrażenie. Trudno jest je opisać, szczególnie gdy ma się lecieć samolotem po raz pierwszy. Jest to coś w rodzaju „...i to już wszystko?" Wiem, ze to może się wydawać lekko wyolbrzymione, ale dla takiej lotniczej dziewicy jak ja to było duże przeżycie.Sama odprawa przebiegła gładko choć największe obawy były,i nadal zresztą są, przy ważeniu bagażu. Linie lotnicze, a w szczególności te tanie, maja wagowe limity nadawanego bagażu. Te jedyne piętnaście czasami dwadzieścia kilo limitu staje się dla niektórych pasażerów stojących w kolejce, przyczyną nagłego przepakowywania, przeto nie raz nerwowo przełykając ślinę powoli zbliżałem się do odprawy. Domowe wagi nie zawsze bowiem są bardzo dokładne. Oczywiście wykorzystałem takową do zważenia mojej walizki. Nie jest to jednak takie proste jak by się mogło wydawać. Raz, ze się waliza nie mieści na samej wadze, dwa, ze jak już się na niej postawi duży plecak to nie widać wskaźnika. Można wiec zważyć najpierw siebie, a potem siebie z walizka i przeliczyć. Kyrk. Tak wiec w końcu walizka moja miała w zapasie dobre cztery kilo, istne marnotrawstwo nie do pomyślenia dla mojej towarzyszki podroży.
Jak już w końcu się wylegitymowałem paszportem, w którym mam zdjęcie jeszcze chyba z podstawówki, przeszliśmy do sali odlotów, gdzie jeszcze ciągle można podziwiać wypłowiały szyld Baltona. Start samolotu widziany od środka wygląda… inaczej. Wewnątrz nagle przyspieszenie wgniata cię w fotel, wszystko się trzęsie jakby miało się zaraz rozpaść, jakieś trzaski, szum silników, a każdy nowy dźwięk jest podejrzany, no i tego nagle pamiętasz wszystkie filmy katastroficzne jakie w życiu widziałeś.
Potem jest już całkiem przyjemnie. Pierwszy lot wiec człowiek nadziwić się nie może, jak niektórzy zaraz po starcie a nawet jeszcze przed, potrafią zasnąć jak w hamaku. Jeszcze gdy przed startem stewardesa tłumaczy jak zapiąć pasy i w co dmuchać żeby się uratować w razie wodowania z wysokości 10 km a stali bywalcy już drzemią albo czytają gazetę rozpościerając ją przed sobą tak aby skutecznie uniemożliwić bezcenna edukacje pasażerowi za sobą. Jakiekolwiek nadmuchiwane urządzenie ma raczej charakter symboliczny nadania poczucia bezpieczeństwa,natomiast można raczej zapomnieć o wszelkiego rodzaju filmowych sposobach ratunku. Otóż jest raczej trudne a przynajmniej karkołomne żeby nie powiedzieć nie wykonalne, pochylenie się do przodu i nakrycie głowy rękami. Mimo iż rysunek na fotelu przed tobą instruuje co należy zrobić i jak się pochylić, konia z rzędem temu kto się zmieści skulony w tej pozycji.Siedzenia szczególnie te w Boeingach 737-800 pozwalają na pochylenie się do przodu może na 45 stopni nie więcej. Dalej już bijesz głową w fotel sąsiada z naprzeciwka.
Nie ma to jak pierwszy lot a za tobą trzy panikujące stewardesy na urlopie. Do tego podchodzi pilot, który właśnie opuścił samowolnie kokpit, i zaczyna opowiadać jak jest zmęczony i pada na twarz. Natomiast jeśli chodzi o opuszczanie samolotu to z reguły trwa to na tyle długo ze zniecierpliwieni lub zestrachani lotem pasażerowie są jeszcze bardziej zestrachani. Ale bywało i tak ze powody do paniki były. Podczas jednego z takich lądowań w Krakowie moja pasażerka wyraźnie się modliła. Natychmiast po wylądowaniu udała się w stylu najkrótsza droga do wyjścia nie zważając na moja skromna osobę i moje równie skromne stopy. Jak i na fakt ze samolot się jeszcze dobrze nie zatrzymał. Na lotnisku w Londynie czekaliśmy jakieś sześć godzin na lot do Dublina i jeszcze tego samego wieczora byliśmy na wyspie.
Wyjazd, zupełnie w ciemno, do obcego kraju, 2000/km od domu, bez biletu powrotnego to wielka przygoda. Głupota trochę tez, ale przygoda brzmi znacznie lepiej. Wielka przygodą było znalezienie na pierwsza noc, hostelu w jednej z gorszych dzielnic centralnego Dublina. O czym rzecz jasna nie mieliśmy bladego pojęcia . Późnym wieczorem jak już myślałem ze moje zmęczone serce zaraz sobie pójdzie odpocząć na dobre, wykonaliśmy jeden jedyny telefon. Naszym punktem zaczepienia była Karina. Karina była znajoma znajomego mojego znajomego którego chyba widziałem raz w życiu. Mieliśmy się z nią spotkać następnego dnia na "Krupówkach" jak określiła główna dzielnice handlową w Dublinie.
Część 22 / 2
Rozdział drugi czyli - Dawno nie jadłem grzanek a jeszcze nie wiem ze będę je przeklinał.
Nastepnego dnia, spakowani, zwyczajnie ruszyliśmy w miasto taszcząc cały nasz skromny dobytek w dwóch walizkach na kółkach. Skierowaliśmy się pod wskazany adres gdzie w jednym z szeregowych domków jednorodzinnych otworzył nam drzwi zdziwiony Antek.
Antoni, człowiek z gór jak i mieszkająca z nim jego dziewczyna zaprosili nas do środka, nie ukrywając zdziwienia i podejrzliwości. Usiedliśmy w dużym pokoju i zamieniliśmy się w słuch. Marta z Antkiem udzielili nam pierwszych porad i zasad z jakimi mięliśmy się niedługo zetknąć. Z podstawowych pamiętam do dziś ;
1. Nie ufaj Polakom 2. W Irlandii niczego raczej przez telefon nie załatwiaj 3. Jak zostawiasz CV to tylko u managera bo zwykli pracownicy maja to gdzieś i zwyczajnie zapomną o nim/tobie zanim zdążysz zamknąć za sobą drzwi. 4. Jak kupować komórkę czy pakiet startowy to tylko z Meteora. Najlepsze promocje w sieci a i tak wszyscy rodacy maja telefony w tej sieci wiec będzie taniej.
Przyswoiliśmy sobie te cenne uwagi i udaliśmy się na pokoje. W jednorodzinnym domu były cztery pokoje jeden living room jedna łazienka, toaleta i kuchnia. W całym domu mieszkało już sześć osób. Po jakimś czasie, wliczając nas, zrobiło się dziesięć a w ostatnim tygodniu naszego pobytu w tym domu, ktoś czyli jedenasta osoba spała na kanapie w living roomie.
Nasz pokoik maił wymiary 2x2. Dosłownie, można było zrobić jakieś dwa kroki w prawo i dwa w lewo.…