Fantasy · 20 min czytania
Topielec
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 2
Ptaki świergotały wesoło, gdy dziewczynka nabierała wody z rzeki. Matka zakazała jej czerpać z tego miejsca, nakazując chodzenie do oddalonego o kilka kilometrów strumienia. Ludzie we wsi straszyli czającymi się w tych wodach potworami, przypominającymi ludzi o lśniących jak złoto łuskach i ostrych jak igły zębach. Słońce świeciło tak samo jasno, a ptaki śpiewały równie głośno, jak we wszystkich zakątkach wsi, a dziewczynka już nie raz oszukiwała matkę, aby mieć więcej czasu na zabawę. Za każdym razem się udawało. Tym razem w wodzie błyszczało coś ciekawego, przypominającego pierścionek. Napełnione wiadro stanęło twardo na piaszczystym brzegu. Za każdym razem się udawało. A gdy nie udało się po raz pierwszy, ptaki nadal świergotały wesoło, a słońce świeciło tak samo jasno.
Topielec
Od chwili, w której wjechała do tej wsi, wiedziała, że stało się w niej coś strasznego. Dobry łowca wyczuwa od razu, gdy do nieszczęścia ludzi przyczyniają się ci, którzy od dawna nie żyją. A jeśli nadal się ruszają … poprawiła się w siodle i uśmiechnęła chytrze. Jeśli się jeszcze ruszają, znaczy, że jeszcze jej nie spotkali. Co to może być? Wilkołak czy wampir? Jeśli grasuje od dawna to nie może być wilkołak. Chłopi od razu zadźgaliby widłami kogoś, kto wyróżnia się zachowaniem. We wsi wilkołakom ciężko. Wstrzymała konia, rzucając mu pod kopyta niedopałek i sięgając po kolejnego papierosa. Słońce przypiekało niemiłosiernie, dopełniając jej uczucie zmęczenia i udręczenia. Podjechała do największej chałupy, zsuwając się z siodła. Zrobiła to bardzo niezgrabnie, ocierając sobie dłonie i zaklęła szpetnie. Poruszała się jak ktoś, kto naprawdę długo podróżował konno.
Z chałupy wybiegł stary, ale krzepki mężczyzna, ściskając w dłoniach czapkę. Zatrzymał się kilka kroków od przybyłej i ukłonił się nisko. - Ugościcie? – spytała, prostując grzbiet. - Ugościmy! – odparł ochoczo, spoglądając na jej czarnego, wielkiego ogiera. Taki koń musiał kosztować niemałą fortunę. - Pan z daleka? – pytał chłop, prowadząc ją do pełnej much, ale przestronnej izby. Słysząc pytanie wyszczerzyła zęby, poprawiając białą, płócienną koszulę. Ludzie prości reagowali na nią różnie – zaślepieni jej ubraniem i sposobem zachowywania się, zauważali w niej wielkiego wojownika lub zdeformowanego pana, ale nigdy – kobietę. W jej pracy nie istniało większe błogosławieństwo. - Ze stolicy. - Ach, to rzeczywiście – pokiwał głową, odsuwając jej krzesło, choć mogłaby przysiąc, że nie miał pojęcia, co to stolica, a nawet jeśli, nie wiedział jak daleko się znajduje. - Niedaleko stąd nasz pan, dzieciak zaprowadzi, jeśli takie życzenie. Skrzywiła się lekko, na myśl o jakiejkolwiek podróży. Odparła z niechęcią: - Wolę waszą chałupę. Chłop ukłonił się ponownie, a jego czapka poddawana była jeszcze mocniejszemu miętoszeniu. Nagle wyszedł do sieni, by krzyknąć na całe gardło: - Jagna! Jagna! Nie usłyszawszy odpowiedzi uśmiechnął się przepraszająco: - To powietrznica. Zamiast wstawiać kartofle siedzi u tej Maciejowej, co jej się dziś rano dzieciak utopił. Widząc uniesione w górę brwi przybysza ukłonił się, mrucząc przepraszająco. - Nie, nie, to bardzo ciekawe…
Meitner nienawidziła wody. Oczywiście, ciepła woda z mydłem i gąbką była czymś, o czym potrafiła marzyć nieustannie podczas długich podróży. Za to brudna, mętna i w dodatku z topielcami nie należała do czegoś, co chciała spotkać na swojej drodze do domu. Urlop. Podręczniki do wampirologii. Niewidziana od ponad roku rodzina. Cholerny, cholerny topielec… umoczyła usta w zsiadłym mleku, rozkoszując się jego chłodem i prostotą. W zasadzie… lepszy topielec i mleko niż pałace i torciki czekoladowe. Zwłaszcza gdy w parze z pałacami szła nadęta rodzina. Rozejrzała się po chałupie. Obielona na biało wyglądała na solidną i sprawiała wrażenie ciepłej i bezpiecznej.
Część 22 / 2
Jadła ziemniaki ze spokojem, od czasu do czasu żując suche udo kury. Cholerny topielec, których na dodatek nigdy nie umiała łowić. Gdyby nie poczucie obowiązku, gdyby nie przysięga, że zawsze w nocy i we dnie, w zdrowiu i chorobie … mogłaby przespać się i jechać dalej, a może już za tydzień dotrzeć do swoich ziem. Jak zapolować na topielca, bez odpowiedniego ekwipunku i co tu kryć - wyszkolenia oraz predyspozycji fizycznych? Po raz pierwszy od bardzo długiego czasu musiała połknąć gorzką pigułkę, prosząc o pomoc. Zeskrobała resztę ziemniaków z patelni, zwracając się do stojącego obok chłopa: - Zawieziecie wiadomość do najbliższego miasta, do siedziby łowców. Wyszukają nam i przyślą najbliższego łowcę topielców. - Pan sam… - Nie, takie są procedury. To nie moja specjalizacja, powinien zjawić się w ciągu kilku tygodni. Westchnęła ciężko, na myśl o kolejnej, bardzo nieprzyjemnej procedurze. - Do tego czasu zostanę tutaj, zbierając materiały do raportu. Zdając sobie sprawę, że mówi do chłopa w obcym mu języku, dodała z uśmiechem: - Od dawna to u was taka morowa woda? Chłop odwzajemnił uśmiech, uderzając dłonią w udo: - A kto to wie… to już moja babka opowiadali… Omiotła zmęczonym wzrokiem drewniany sufit. A więc to będzie naprawdę długi raport…
- Jak żyje, a mam już, dzięki Bogu sześćdziesiąt lat i jestem najstarsza baba we wsi, najpierw utopił się jeden wojak, a potem wdowa po nim. Potem to już była prawie klątwa rodzinna: w jednym roku poszły w wodę wszystkie ich dzieciaki, a nawet wdowy matka i jej wuj. Potem było kilka lat spokoju, aż się utopił chłop Maryśki… - Czy ta Maryśka miała jakieś nazwisko? – spytała Meitner zgarbioną postać siedzącą przy kominie, po czym sama odpowiedziała sobie na to pytanie. Przecież oni nie mają nazwisk. Na listę dopisała więc „Maria, kobieta ze wsi”. - Jakie tam nazwisko, baba zwykła, Maryśka Józkowa. Za swoim chłopem poszła następnej wiosny. Potem to już były ludzie z całej wsi: dzieciaki Staśka kowala, co zmarł tamtej zimy na suchoty, kilka dziewuszek sołtysa i po jednym dzieciaku chyba z każdego domu, tak se teraz myślę, że to będzie z pięćdziesiąt ludzi. - Pięćdziesiąt osób w ciągu sześćdziesięciu lat to całkiem sporo – myślała na głos, w odpowiedniej rubryce formularza wpisując: „Wyjątkowo żarłoczne”, a w następnej: „Prawdopodobnie obecny topielec pierwotny oraz grupa wtórnych”. Podrapała się po głowie, po czym umoczyła pióro w kałamarzu i wypytywała dalej, przeklinając w duchu tę biurokrację. Gdyby miała przy sobie jakiegoś ucznia on wykonywałby brudną robotę, a ona wygrzewałaby grzbiet w dworku nieopodal. - Niech sobie pani teraz przypomni – zaczęła uprzejmie, wywołując u staruchy bezzębny uśmiech – jak najwięcej imion, a jeśli dałoby się to i przybliżonych dat wszystkich utopień.
Zdobycie sieci rybackiej ponad czterysta kilometrów od morza zajęło łowczymi ponad tydzień. Był to czas wytężonej pracy biurokratycznej i nudzenia się ponad wszelką miarę. Sierść czarnego Gree lśniła jak na demonie, zresztą wielkie zwierzę zawsze sprawiało wrażenie wierzchowca z nie tego świata. Tak dopieszczony nie był od dawna – pani spędzała z nim mnóstwo czasu, zabawiając wiejskie dzieci sztuczkami. Gree tańczył pięknie, stawał na tylnych nogach, rżał zaciekle, atakował łbem wyimaginowanego przeciwnika. W końcu kłaniał się głęboko widzom i pozwalał ciągnąć się za piękną, gęstą grzywę. Gdy zapadał zmierzch ćwiczyli dużo trudniejsze układy, podskoki, siady, czy wskakiwanie na konia w biegu. Gdy po raz czwarty łowczyni nie dała rady złapać za siodło i wskoczyć w nie, spadając na glebę i obijając plecy, zaklęła szpetnie. Gree zahamował kilka metrów dalej, machając ogonem i przyglądając jej się paciorkowatymi oczami. - Taaa, wiem… nie te lata, co? Wstała, otrzepując się z kurzu. - Przejedziemy się nad to jezioro, stary. Trzeba się temu spokojnie przyjrzeć.
Kobieta nie jest istotą, za którą Meitner byłaby skłonna skoczyć do wody. Dlatego, gdy rozsiadła się nad jeziorem piękne, nagie istoty o nienagannych kształtach, odziane jedynie w lśniące fale włosów, znikły w odmętach szybko, a na ich miejscu pojawił się wysoki brunet. Ciemne oczy lśniły dziko, gdy wyciągał do niej umięśnione ramię. Jego muskuły wyglądały cudownie w świetle księżyca w pełni. Od pasa w dół skryty w wodzie uśmiechał się do niej z pożądliwością w oczach. Łowczyni ogryzła jabłko ze wszystkich stron, po czym rzuciła ogryzkiem w upiora. Gree zarżał wystraszony, nie cofnął się jednak ani o krok. - Bierze mnie pod włos – wymruczała, uśmiechając się drapieżnie – Dobry jest, skurwiel. Skąd on wie, co ja lubię, co, Gree? Upiór stał nieruchomo jeszcze chwilę, po czym zniecierpliwiony zniknął w wodzie. Zalśniła ona setkami złotych monet. - No ale inteligencją to on nie grzeszy – dodała, klepiąc konia po nodze. Człowiek zaczyna rozmawiać z własnym wierzchowcem, jeśli długo przebywa z daleka od ludzi. W lasach, na bagnach... a gdy zwierzę padnie, jeszcze szybciej zaczyna rozmawiać sam ze sobą, a stąd już tylko krok do szaleństwa. - Jeśli sam upiór pierwotny jest głupi, te które powstały z jego jadu również powinny nie grzeszyć rozumem. A ponad to, skoro polują tak często, to musi ich tam być naprawdę sporo. Może czekał w tych wodach dziesiątki, a może setki lat i gdy wreszcie miał okazję przemienić kogoś, rozsądek zaćmiła mu samotność. Rozmnożył się bardziej niż powinien, a teraz ma za dużo gąb do wykarmienia. Kobiety, mężczyźni, a głównie dzieci… tak, dzieci. Topielce są jedynymi z najbardziej stadnych istot na ziemi. Nic dziwnego, że potrafią samoistnie ginąć całymi koloniami, zatracając granicę pomiędzy tym co do jedzenia, a tym co do przemiany w towarzyszy. Jezioro znajdowało się jednak za blisko wsi, aby zostawić tą sprawę naturalnym kolejom rzeczy.
- Sieć nie jest duża, ale idealna do łowienia na przynętę. Po rozstawieniu wystarczy sprowokować topielce, a można ich ułowić do czterech jednorazowo. Zaplączą się w niej jak śledzie. Podejrzewam, że jest ich tu około dziesięciu, cała upiorna rodzinka.…