Ustawienia czytania
Preferencje tekstuŹródło: ustawienia tej wizyty
Motyw

Horror · 12 min czytania

Torment. Część druga - Deionarra.

Bezpłatny fragment · pierwsze 50%

Na pierwszym piętrze panował porządek. Tu i ówdzie przechadzaly się ubrane w niezbyt gustowne kaftany szkielety, ze stawami połączonymi metalowymi nitami. Ten rodzaj nieumarłych służących przynajmniej nie cuchnął zgnilizną, ale był za to o wiele głośniejszy niż zombiaki. Grzechot kości odbijał sie echem od ścian hali. - Morte, nie pożyczyłbyś sobie ciała od żadnego z tych panów? - wskazałem dłonią na szkielety. - Szefie... - Spojrzał na mnie kpiąco. - Miałbym śmigać w takim wieśniackim kaftaniku? - Właśnie, czemu oni noszą te kaftany? Chyba nie mają się czego wstydzić, prawda? Szedłem wzdłuż ścian, czytając imiona zmarłych wyryte na plakietkach. Niektóre z katakumb były pięknie zdobione, inne kruszały ze starości, na kilku z nich były postawione świeże kwiaty. Żadne imię nie wzbudziło we mnie fali wspomnień. Westchnąłem i ruszyłem pod następną ścianę. Jedna z plakietek przykuła moją uwagę. "Tu spoczywa Deionarra". - Deionarra? - wyszeptałem. Nagle obok katakumby pojawiła się mgła, która zaczęła formować się w kształt niesamowicie pięknej kobiety. Jej długie włosy spływały na ramiona, poruszane delikatnym powiewem nieziemskiego wiatru. Miała zamknięte oczy i skrzyżowane na piersi ręce. Wyglądała na wrażliwą, kruchą istotę. Wyprostowała się i otworzyła oczy. Rozejrzała się po sali, a gdy jej wzrok padł na mnie, wzdrygnęła się. - Ty! - Zmarszczyła brwi. - Dlaczego tu przyszedłeś? Chcesz na własne oczy obejrzeć nieszczęście, które sam spowodowałeś? Może po śmierci też jestem dla ciebie przydatna, co? Znów chcesz mnie wykorzystać? - Przymknęła oczy. - Mój ukochany... - Kim jesteś? - spytałem, zaskoczony jadem w jej głosie. Nagle jej spojrzenie się zmieniło, wezbrało współczuciem. - Dlaczego złodzieje umysłu wciąż pozbawiają cię mego imienia? Nie *pamiętasz* mnie, ukochany? Pomyśl... - Wyciągnęła do mnie dłonie. - Czy imię *Deionarra* nic ci nie mówi? - *Sądzę*, że czuję jakieś delikatne resztki tych wspomnień... Powiedz mi więcej, być może to odsłoni mrok spowijający mój umysł. - Nareszcie Los był dla ciebie łaskawy! - Uśmiechnęła się delikatnie. - Nawet śmierć nie była w stanie usunąć mnie z twego umysłu. Twoje wspomnienia powinny powrócić! Powiedz mi tylko, jak mogę ci pomóc. - Czy wiesz, kim jestem? - Zadałem pytanie, które już zdążyłem znienawidzić. - Jesteś zarówno błogosławiony, jak i przeklęty. Poza tym jesteś tym, który zawsze jest obecny w moich myślach i w sercu, ukochany. - Głos Deionarry stał się bardziej łagodny. - Błogosławiony i przeklęty? - Natura twej klątwy jest chyba oczywista - Musnęła palcem moje blizny. Nie poczułem jej dotyku. - Śmierć cię odrzuca, a wspomnienia cię opuściły. - Nie mogę zginąć... Dlaczego to klątwa? - Nie wątpię w to, że potrafisz powstać z martwych, ukochany. Wierzę, że każda z twoich śmierci osłabia twój umysł i zabija wspomnienia. Jeśli tak jest, co więcej możesz jeszcze stracić w wyniku niekończących się śmierci? Może stracisz świadomość siebie i nawet nie będziesz zdawał sobie sprawy z tego, że nie możesz umrzeć? - Ile razy już zginąłem? - spytałem, przerażony. - Nie mam pojęcia... Wiem tyle, że to się ciągnie już od bardzo dawna. Zadrżałem. Ile żyć pozostawiłem za sobą? Trzy? Osiem? Tysiąc? Spojrzałem raz jeszcze na swoje blizny. Mogly one oznaczać nawet setki śmierci... Kim ja byłem? Ile zagadek kryłem w sobie? - Cóż więcej możesz mi o mnie powiedzieć? - Wiem, że kiedyś twierdziłeś, że mnie kochasz. I że będziesz mnie kochał, póki śmierć nas nie rozłączy. Wierzyłam w to, nie więdząc, kim naprawdę byłeś. I kim wciąż jesteś. - Przerwała na chwilę. - Umarłeś tyle razy, że posiadłeś wiedzę o tym, co śmiertelne. W dłoni trzymasz iskrę życia, lub też śmierci. Ci, którzy umierają obok ciebie, zostawiają ślad. Ślad, dzięki któremu możesz sprowadzić ich ponownie... Podczas gdy Deionarra wypowiadała te słowa, poczułem dziwne wrażenie, jakby czyjąś obecność wewnątrz mojej czaszki. Poczułem, że muszę spojrzeć na swoją dłoń. Nagle widok dłoni rozmył się, a ja potrafiłem dostrzec krew krążącą w żyłach, docierającą do mięśni, niosącą życiową energię. Promieniowała mocną poświatą. Zamknąłem oczy, lecz wciąż widziałem drobne żyłki, dostarczające krew do powiek. Po chwili wszystko wróciło do normy. Wiedziałem, że Deionarra ma rację. Przypomniałem sobie, w jaki sposób mogę odnaleźć w ludzkim ciele ostatnią iskierkę życia i ściągnąć duszę z powrotem do ciała. Świadomość tego, co potrafię, jednocześnie uspokoiła mnie i przeraziła. - Jesteś teraz ze mną, kochanie... - Głos kobiety wyrwał mnie z zadumy. - Jak w czasach, gdy oboje dzieliliśmy ze sobą życie. Teraz dzieli nas Wieczysta Granica. - Cóż to za granica? - Obawiam się, że nigdy nie będzie ci dane jej przekroczyć. - Jej oczy wezbrały łzami. - To granica między twoim życiem, a tym, co pozostało z mojego. Spoglądała na mnie ze smutkiem. Nie mogłem spytać jej wprost, jak mam wydostać sie z kostnicy. Nie chciałem, by czuła się raz jeszcze porzucona przeze mnie. Chciałem pogładzić ją po policzku, ale moja dłoń przeszła tylko przez mglistą substancję. - Deionarro, jestem w niebezpieczeństwie... Czy mogłabyś mi wskazać bezpieczną drogę wyjścia? Wrócę wtedy, gdy tylko będę mógł. - W niebezpieczeństwie? - Zmartwiła się. - Oczywiście, ukochany, pomogę ci tak, jak tylko mogę... Przymknęła oczy, a delikatny podmuch wiatru rozmył jej sylwetkę. Tkwiła w skupieniu, a ja patrzyłem z zachwytem na jej piękną twarz. Jak mogłem kiedyś ją skrzywdzić? - Jest tu wyjście - powiedziała. - Kostnica posiada wiele drzwi, lecz skrytych przed wzrokiem śmiertelnych.…

Postęp podglądu tylko w tej sesji · 0%