Biografia · 33 min czytania
Tożsamość cz. I
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 1
Zastanawiam się od czego zacząć, jak wyjaśnić, dlaczego w ogóle piszę te słowa. Nie jestem bowiem artystą, nie mam jakiejś wielkiej misji, nie jestem nikim wyjątkowym. Chciałbym po prostu opowiedzieć historię mego życia. Po co to robię? Sam nie wiem, może ze strachu. Ze strachu, że pośród tylu niesamowitych wydarzeń i ludzkich historii moja opowieść pozostanie niezauważona? Każdy przecież chciałby, by o nim pamiętano, nawet jeśli obiektywnie patrząc na tę pamięć nie zasłużył. Czy ja zasłużyłem? Nie wiem. Kiedy patrzę w przeszłość, trudno mi postrzegać własne życie jako integralną całość. Tyle się zmieniało wokół mnie, ja sam też się zmieniałem. Do tego stopnia, że wydaje mi się, iż mieszka we mnie wiele różnych osób. Żyję już długo, bardzo długo, urodziłem się w XIX wieku, w 1896 roku. Ktoś powie, że piszę to bo boję się śmierci i rozpaczliwie staram się ocalić resztki mojego istnienia. To nieprawda. Właściwie to nigdy bardziej śmierci nie pragnąłem. A może raczej nie pragnąłem jej w tak zdrowy, normalny sposób. Czuję, że już czas. Przez ostatnie 20 lat widuję śmierć bardzo często. Siedzącą na ławce w parku, przechadzającą się ulicami, kilka razy nawet po powrocie do domu zastawałem ją siedzącą w moim fotelu. Lubię obserwować jej spokojny, opanowany, nieco znudzony wyraz twarzy. Staram się zwrócić jej uwagę na siebie, zająć ją rozmową. Ale to daremne. Nigdy nie zwraca na mnie uwagi, nawet na mnie nie patrzy. Myślę, że pojawia się, bo chce mi coś przekazać, że mam coś jeszcze do zrobienia. Może ktoś zastanawia się jak to jest mieć 111 lat? Spieszę donieść, że nikomu nie życzę takiego wieku. W zasadzie ciągle za czymś tęsknię. Za przyjaciółmi, którzy już odeszli, za moimi ukochanymi miejscami, które już w niczym nie przypominają tych dawnych, tak drogich memu sercu. Wreszcie za uczuciami, tymi które mnie ongiś wręcz rozsadzały, za rozpaczą, za miłością, wściekłością, pożądaniem. Teraz już wszystko przyjmuję ze spokojem, z melancholijnym, nostalgicznym opanowaniem… Jak już wspomniałem urodziłem się w 1896 roku, jestem najmłodszy z czwórki rodzeństwa. Wszyscy pozostali dziś już nie żyją, ale o tym opowiem później. Moja rodzina była zamożna, ojciec był właścicielem ziemskim, mieszkaliśmy w pięknym, wiejskim dworku nad rzeką. Moje dzieciństwo było beztroskie, byłem szczęśliwym chłopcem, ulubieńcem całej rodziny, niemiłosiernie wręcz rozpieszczanym. Ale nie byłem przez to zepsuty. Wręcz przeciwnie, było we mnie tyle miłości, ufności dla świata i ludzi. Wszystko było dla mnie dobre, kolorowe. Kochałem przyrodę, całymi godzinami potrafiłem leżeć na trawie nad rzeką, słuchać szumu krystalicznie czystej wody, pięknego śpiewu ptaków, leżąc tak myślałem o przyszłości, o tym jak będę w wieku mojego ojca, wyobrażałem sobie siebie, jak on wysokiego, z gęstymi, eleganckimi wąsami, pełnego jakiegoś nieokreślonego dostojeństwa i majestatu. Mojego ojca wszyscy szanowali, byliśmy bez wątpienia najbogatszą rodziną we wsi, ale on nigdy nie wywyższał się z tego powodu, zawsze nasze drzwi stały otworem dla sąsiadów, nawet tych najuboższych, on zawsze przyjmował ich z szacunkiem, zapraszając do salonu, a na stół stawiając najlepsze wino z naszej spiżarni. Ludzie przychodzili do niego dosłownie ze wszystkim, niczym Salomon rozsądzał najtrudniejsze spory, służył radą i pomocą w każdej sytuacji. W długie zimowe wieczory odwiedzali nas zawsze ksiądz proboszcz i miejscowy nauczyciel, najbliżsi przyjaciele ojca, i dyskutowali na poważne tematy. Ojciec pozwalał mi niekiedy położyć się na dywanie, tuż przy jego fotelu, i wsłuchiwać się w te rozmowy, z których wówczas naturalnie nic nie mogłem rozumieć. Wyobrażałem sobie jednak, tam nad rzeką, że też będę taki jak on, też będę wszystkim pomagał, będę dyskutował z przyjaciółmi na poważne tematy i też będę miał syna, któremu pozwolę słuchać naszych rozmów. Ja i całe moje rodzeństwo, czyli dwóch braci i siostra, pobieraliśmy prywatne lekcje u wspomnianego już, miejscowego nauczyciela. Był to człowiek światły, w młodości zwiedzał świat, mówiono, że kończył studia za granicą. Jego mały domek pełen był książek, wielkich, opasłych tomów, obleczonych w skórzane oprawy. Marzyłem, żeby móc kiedyś przeczytać je wszystkie. Nauczyciel był niewysoki, bardzo chudy i przygarbiony, miał drobną, niemal dziewczęcą twarz, zawsze starannie wygoloną, jego niski, pełen spokoju i pewności siebie głos w ogóle nie pasował do wyglądu. Mimo swej nieatrakcyjności był obiektem westchnień wielu miejscowych panien, swego czasu także mej siostry. Nie okazywał im jednak żadnego zainteresowania, krążyły plotki, jakoby jego narzeczona, jego pierwsza i jedyna wielka miłość, umarła na zapalenie płuc, on zaś z rozpaczy próbował popełnić samobójstwo. Do dziś nie wiem czy była to prawda, jego historia pobudzała jednak niezwykle moją wyobraźnię. Nauczyciel nie chodził do kościoła, mimo swej przyjaźni z proboszczem. Pamiętam jak wiejskie kobiety z przestrachem i uroczystym przejęciem na twarzach mówiły, że nauczyciel przygotowuje książkę, w której udowodni, że Boga nie ma. Przez to trochę się go również bałem, moi rodzice byli głęboko wierzący, więc dla mnie istnienie Boga było czymś oczywistym. Podczas lekcji, na które uczęszczałem z braćmi i siostrą, uczył nas pisania i czytania, podstaw matematyki i historii. Wszyscy byliśmy tym zafascynowani, z wyjątkiem naszego najstarszego brata. Był pięć lat ode mnie starszy, czarna owca naszej rodziny. Fizycznie, podobny był do naszego ojca, również wysoki, barczysty, ciemnowłosy. Podziwiałem go, a jednocześnie byłem jego zachowaniem zgorszony. Nie uznawał żadnych autorytetów, mówił, że nie wierzy w Boga, często też, czego nie mogłem pojąć, krytykował ojca. Twierdził, że niepotrzebnie zadaje się z pospólstwem, że ludzie, których gości u siebie w domu, nie są tego godni. Sterałem mu się sprzeciwiać, krzyczałem, że nie ma racji, a zawsze , gdy wspominał o ojcu zaczynałem płakać. Brat patrzył wtedy na mnie swoimi błękitnymi, smutnymi oczami, uśmiechał się drwiąco i mówił: „Szczeniak jesteś, gówno rozumiesz”. Dziś myślę, że jego bunt wynikał z nienawiści do samego siebie, w głębi duszy wiedział, że nigdy nie dorówna ojcu, nie mógł tego znieść. Tak naprawdę był zwykłym egoistą i tchórzem, o czym świadczą jego późniejsze losy, ale o tym później. Mój drugi brat, następny w kolejności starszeństwa, starszy ode mnie cztery lata, był jego zupełnym przeciwieństwem. Wyglądem nie przypominał nikogo z naszej rodziny. Był bardzo skryty, zamknięty w sobie, nigdy nie miał przyjaciół, podczas gdy najstarszy brat był jednym z największych miejscowych uwodzicieli, on nigdy nie interesował się dziewczętami. W swoim pokoju powiesił święte obrazki, całymi dniami siedział tam zamknięty i studiował biblię. Czasami wychodził z domu bez słowa, a ja śledziłem go, ciekawy ,dokąd pójdzie. Zwykle szedł do kościoła, gdzie w skupieniu modlił się przez wiele godzin, czasami również chodził nad rzekę, siedział i wpatrywał się w jej błękitną toń, albo na plebanię, odwiedzić proboszcza. Raz, w akcie wyjątkowej odwagi, zakradłem się pod samo okno pokoju, w którym siedzieli i zdołałem usłyszeć fragment rozmowy. Okazało się, że mój brat chce zostać księdzem. Byłem bardzo podekscytowany tym, że znam jego sekret, a jednocześnie dumny, że będę miał w rodzinie księdza, wyobrażałem sobie, że mój brat mógłby zostać świętym, a obrazy z jego podobizną wisiałyby wówczas we wszystkich kościołach na całym świecie. Miałem jeszcze starszą o dwa lata siostrę, zarówno fizycznie, jak i osobowością przypominała ona moją matkę. Smukła, o jasnych włosach, zdrowej cerze i pięknych błękitnych oczach, uznawana była za najpiękniejszą dziewczynę w okolicy. Podobnie jak matka, była zawsze wesoła i uśmiechnięta, dla każdego miała dobre słowo, a jednocześnie, gdy jej na czymś zależało potrafiła być zadziwiająco stanowcza. Dziwnie potoczyły się ich losy, żadne z nich nie żyło choćby w połowie tak długo jak ja, myślę o nich właściwie codziennie, zadaję sobie pytanie: dlaczego? Dlaczego właściwie nigdy dobrze ich nie poznałem, dlaczego im nie pomogłem? Jednym z okresów mojego życia, który wspominam najchętniej, a jednocześnie zadziwiająco dokładnie pamiętam jest lato 1911. Powietrze było wtedy niezwykle gorące i suche. Pamiętam, że przez kilka miesięcy nie spadła bodaj ani jedna kropla deszczu. Wyszedłem już wtedy z wieku dziecięcego, zaczynałem zastanawiać się nad sensem mojej egzystencji, coraz częściej odczuwałem zniechęcenie, obojętność, samotność, nieokreślony strach. To, co kiedyś tak kochałem wydawało mi się teraz błahe i niepoważne, wręcz wstydziłem się tego. Z przerażeniem zdałem sobie sprawę, że coraz bardziej zaczynam przypominać mego najstarszego brata. Ojciec nie był mi już tak bliski, jego życie i poglądy wydawały mi się nużące, łaknąłem wolności, przestrzeni, a nasza wioska, w której jeszcze niedawno chciałem spędzić resztę moich dni jawiła mi się teraz jako klatka, z której pragnąłem się jak najszybciej wydostać. Zacząłem wówczas wątpić również w istnienie Boga. Po raz pierwszy, ale nie ostatni w moim długim życiu. Wtedy, w wieku piętnastu lat, nie miałem jakiegoś szczególnego powodu, by utracić wiarę. Po prostu religia kojarzyła mi się z czymś skrajnie nudnym, zwykłym, codziennym, a ja bardzo pragnąłem od tego uciec. Tego lata zaś, po raz pierwszy poznałem również smak miłości. Odwiedziła nas wtedy przyjaciółka matki, na stałe mieszkająca w Anglii, wraz z nią przyjechała jej najstarsza, siedemnastoletnia już córka, dziewczyna niebywałej wręcz urody. Pamiętam jak ujrzałem ja po raz pierwszy, wracałem znad rzeki, gdzie przez wiele godzin zmagałem się z dręczącymi mnie problemami, wszedłem do domu i w salonie siedziała ona. Pamiętam, że wówczas zaniemówiłem, moja matka przedstawiła mnie, a ja wyjąkałem coś niezrozumiale i natychmiast stamtąd uciekłem. Przez następne tygodnie obserwowałem ją uważnie, byłem nią zafascynowany. Sposobem, w jaki siedziała, jej pełnymi gracji ruchami, figlarnymi uśmiechami. Starałem się przy tym zachować dyskrecję i pewien byłem, że nie zdaje sobie sprawy z mego, śledzącego jej każdy ruch wzroku. Okazało się, że bardzo się myliłem. Było to pewnej nocy, na początku lipca. Miałem problemy z zaśnięciem, jak zawsze, gdy jest tak gorąco, teraz również mi się to zdarza. Moje myśli krążyły wokół niej, byłem niespokojny, wydawała mi się tak dojrzała, przy niej czułem się śmieszny i dziecinny, martwiłem się, co może o mnie myśleć, bałem się, że mną gardzi, uważa mnie za niemądrego , nie znającego życia, ja zaś w głębi duszy wiedziałem, że taki właśnie jestem. Nagle usłyszałem hałas, zerwałem się z łóżka i zacząłem rozglądać się po pokoju. Było bardzo jasno, księżyc rozświetlał niemal całe pomieszczenie. Na podłodze ujrzałem niewielki kamień, sprawcę całego zamieszania, nie namyślając się wiele podbiegłem do otwartego okna , wyjrzałem na zewnątrz i zobaczyłem , kto tak brutalnie wyrwał mnie z moich rozmyślań. To była ona. Stała tam, ubrana na biało, niczym zjawa, a delikatny wiaterek rozwiewał jej długie, ciemne włosy. Dawała mi znaki ręką, wyraźnie przywoływała mnie do siebie, jak jedna z mitycznych syren, wabiących śpiewem nierozważnych żeglarzy. Chciałem do niej iść, niczego przecież bardziej nie pragnąłem przez ten cały czas, niż rozmowy z nią, niż choćby odrobiny jej uwagi. Teraz jednak nie byłem w stanie się poruszyć, wpatrywałem się jak urzeczony w białą, widmową postać tuż pod moim oknem. Miałem pustkę w głowie, nie byłem w stanie myśleć o niczym. Trwało to przez chwilę, która wówczas wydawała mi się niemal wiecznością, dziś myślę, że mogły to być najwyżej dwie, trzy minuty. Ona przez cały ten czas nie ruszała się z miejsca, wciąż powtarzała też ten sam, przywołujący mnie, gest. W końcu zdołałem pokonać ten przedziwny paraliż, który mnie ogarnął, odskoczyłem od okna i zacząłem szybko się ubierać. Następnie wróciłem do okna, bałem się, czy nie odeszła, zniechęcona tak długim na mnie czekaniem, ona jednak stała nadal, dokładnie w tym samym miejscu. Wdrapałem się na parapet, mój pokój znajdował się bowiem na parterze, o czym wcześniej nie wspomniałem, i jednym susem znalazłem się na zewnątrz. Chciałem do niej podbiec, zawołać, ona jednak zupełnie niespodziewanie zaczęła uciekać. Bez namysłu podążyłem za nią. Czułem się szczęśliwy, wyzwolony, ciepły wiatr przyjemnie muskał moją twarz, kilkanaście metrów przed sobą mogłem dostrzec jej sylwetkę, niezwykle zwinnie i szybko poruszającą się, słyszałem jej słodki, radosny śmiech, wydawało się, że dokądś mnie prowadzi, jakby doskonale znała okolicę. W pewnym momencie znikła mi z oczu. Przystanąłem i począłem niepewnie rozglądać się dookoła, oczywiście bywałem już tutaj wielokrotnie, ale nigdy w nocy, o tej porze ten niewielki lasek wyglądał niesamowicie, srebrzyste światło księżyca przenikało pośród drzew, czułem bliską obecność rzeki, chłodna bryza owiewała mą skórę, przez chwilę pomyślałem, że to sen, że przez przypadek trafiłem do tego wspaniałego, baśniowego świata, zewsząd dochodził do moich uszu śmiech. Wiedziałem, że to ona, była jak nimfa, lekka, zwiewna, tajemnicza. Jak zahipnotyzowany ruszyłem ponownie przed siebie, jej głos mnie prowadził . Po chwili opuściłem lasek i znalazłem się nad brzegiem rzeki. Tak dobrze znałem to miejsce, lecz jakże obce i bajkowe wydało mi się tamtej nocy. Przysiadłem, zamknąłem oczy i powoli zacząłem wdychać wilgotne powietrze, delektowałem się nim, wszystkie wątpliwości, towarzyszące mi przez tak długi czas zdały mi się śmieszne, odkryłem swój świat na nowo, w pięknej, księżycowej poświacie ponownie stał się dla mnie fascynujący, ni chciałem już więcej wschodu słońca, noc była moją panią, obejmowała mnie, niczym ukochanego syna, który powrócił po długiej nieobecności, narodził się na nowo. Później, w najgorszych, najstraszniejszych chwilach mojego życia, gdy zżerała mnie bezlitosna nienawiść do samego siebie i całego świata, gdy chciałem umrzeć i zostać na zawsze zapomniany przez ludzi, wracałem pamięcią do tamtych wydarzeń, do dnia, w którym, przynajmniej tak mi się wydaje, przestałem być zagubionym, bezrozumnym, strachliwym zwierzątkiem, a stałem się człowiekiem w pełnym tego słowa znaczeniu. Silnym, świadomym swej wartości, śmiałym i odważnym. Siedząc tam straciłem poczucie czasu, wpadłem w jakiś trans, zacząłem szeptać, szeptać jakieś dziwne słowa, których nigdy już nie potrafiłem dokładnie odtworzyć. To było jak modlitwa, ale nie do Boga, który, jak już wspomniałem, wydawał mi się w owym czasie daleki i ulotny, a do nocy, do przyrody, do niezwykłej życiowej siły tkwiącej w człowieku, a którą ja w tej chwili poznawałem. Nagle mym ciałem wstrząsał dreszcz. Czułem jej obecność, mimo, że nie mogłem jej widzieć, wiedziałem, że stoi tuż za mną. Zamarłem, pełen napięcia. Zdałem sobie sprawę, że wokół panuje niesamowita, niczym niezmącona cisza. Trwało tylko przez krótką chwilę. -Jesteś nareszcie-odezwała się beztroskim, jakby zupełnie nieadekwatnym do sytuacji tonem-czekałam już na ciebie tak długo, że myślałam, żeś zawrócił, ale widzę, że się jednak myliłam. O dziwo wcale nie czułem się onieśmielony, znalazłem w sobie jakąś niezwykłą odwagę i pewność siebie, która mnie samego zaskoczyła. -Nie zwykłem zawracać w takich chwilach-odparłem bez zająknięcia. Może to śmieszne, ale nawet mój głos był w tamtym momencie inny, jakby bardziej męski-Ciekawym natomiast, natomiast jakiegoż to powodu przyprowadziłaś mnie tutaj w ten dość raczej nietypowy sposób? -Po prostu nabrałam ochoty na przechadzkę-odpowiedziała- a że nie lubię chodzić sama, pomyślałam, że może zechcesz mi towarzyszyć, chyba się nie myliłam, prawda?- uśmiechnęła się zalotnie. Wybuchnąłem długim, głośnym śmiechem, do którego po chwili przyłączyła się i ona. -Masz rację, nie myliłaś się, rad jestem, że mogę z tobą wreszcie porozmawiać- rzekłem, wciąż nie mogąc powstrzymać się od śmiechu-od razu zwróciłaś moją uwagę, nie myślałem jednak, że możesz zechcieć się ze mną zadawać ze względu na mój młody wiek. -O, byłam bardzo zaskoczona gdym dowiedziała się ile masz lat, szczerze mówiąc, to myślałam, że jesteś w moim wieku, lub nawet nieco starszy. Muszę tu wspomnieć, że najpewniej rzeczywiście tak myślała, byłem już wówczas dość wysoki, wyższy od mojego drugiego brata, matki i siostry, a tylko nieznacznie ustępujący wzrostem ojcu oraz najstarszemu bratu. Dość szybko również pozbyłem się niewinnego,…