Biografia · 16 min czytania
Tożsamość cz. II
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 1
Zamieszkaliśmy w czteropokojowym mieszkaniu w typowej dzielnicy mieszczańskiej klasy średniej. Nie było z nami również mojego drugiego brata, postanowił bowiem wstąpić do seminarium duchownego. Ojciec otworzył sklep, w którym sprzedawał drogie, sprowadzane z zagranicy perfumy i stopniowo coraz dłużej przesiadywał w swym nowym przybytku. Moja matka zaś, wraz z siostra wpadły w wir życia towarzyskiego. Coż więc ze mną? Codziennie rano wychodziłem z mieszkania, spacerowałem po tłocznych, gwarnych ulicach, obserwowałem przechodniów. Dla mnie, człowieka znającego właściwie tylko wiejskich, żyjących zgodnie z rytmem pór roku, ludzi, wielkie miasto było czymś fascynującym. Widziałem robotników zmierzających do pracy, czasami opowiadających wulgarne dowcipy i zaśmiewających się przy tym w głos, a czasami idących powoli, złorzeczących na podły los i swych przełożonych, tracących nadzieję na lepsze jutro. Widziałem studentów, młodych, przystojnych i eleganckich, siadywali w parku podczas przerwy w wykładach, zbierali się w kilkuosobowych grupach i dyskutowali. Czasami poważnie, o literaturze, polityce, filozofii, czy też najnowszych osiągnięciach w różnych dziedzinach nauki. Kiedy indziej zaś przechwalali się swymi miłosnymi podbojami, bądź też szydzili złośliwie z niektórych profesorów. Oglądałem dymiące fabryki, sprawiające wrażenie doskonale działającej maszyny, nie potrzebującej ingerencji człowieka, a także niewielkie kamieniczki, zawsze gwarne, wesołe, wypełnione ludzkimi głosami, z których wciąż ktoś wychodził i wchodził, rządzące się własnymi prawami, niczym autonomiczne, małe światy, funkcjonujące niezależnie w ramach tego jednego, wielkiego, jakim było miasto. Lubiłem też zachodzić na targ. Panująca tam atmosfera była dla mnie zaprzeczeniem tego, co znałem ze sklepu mego ojca, sztuczności, jakiegoś groteskowego snobizmu i niesamowitego napuszenia. To ci ludzie z targu byli prawdziwi, ich brak ogłady, szczere, prostoduszne, wesołe twarze, rubaszne żarty, to było coś, co mnie uspokajało, ci ludzie naprawdę żyli, nie myśleli o przeszłości, od której z kolei ja nie mogłem się w żaden sposób uwolnić, ani o przyszłości, o którą się trapiłem, liczył się dzień dzisiejszy, carpe diem. Ja nie umiałem być taki, niepokoiłem się, czasami obawiałem się czegoś konkretnego, a kiedy indziej mój lęk był zupełnie niezdefiniowany i, wydawałoby się, irracjonalny. Po jakimś czasie przestałem odwiedzać targ, szukałem spokoju, ciszy i samotności. Pewnego dnia, przechadzając się po nieznanych mi wciąż zakątkach miasta, trafiłem na niewielki, usytuowany jakby na uboczu, cmentarz. Stałem przez chwilę, w skupieniu wpatrując się w zardzewiałą furtkę. Chciałem tam wejść, a jednocześnie czułem, że jest w tym coś niewłaściwego, jakbym zakłócał spokój spoczywających tu zmarłych. Nie byłem jednak w stanie oprzeć się pokusie. Pchnąłem furtkę, a ta z przeraźliwym zgrzytem poczęła ustępować. Przez powstałą w ten sposób, niewielką szparę wśliznąłem się na teren cmentarza. Było to miejsce opuszczone, alejki pozarastały trawą i chwastami, również większość nagrobków pokrywała warstwa mchu. Ne kilku z nich leżały jeszcze dawno zwiędłe kwiaty. Mimo tej przygnębiającej atmosfery czułem, że nareszcie odnalazłem swoja przystań, swoją samotnię. Potrafiłem godzinami przesiadywać na spróchniałych ławeczkach, patrząc w dal i rozmyślając o swoim życiu, życiu które płynęło tak wolno, miałem świadomość, że nic jeszcze nie jest rozstrzygnięte, że nic tak naprawdę jeszcze w moim życiu się nie wydarzyło, trwałem więc w pełnym napięcia oczekiwaniu. Zadawałem sobie pytanie, czy kiedykolwiek coś się wydarzy? Czy może zostanę skazany na wieczną bezczynność i beznadziejną wegetację. Lubiłem także przechadzać się pomiędzy grobami i odczytywać napisy na tych, na których jeszcze było to możliwe. Większość z nich bowiem, była już zupełnie niewidoczna, czas zatarł na marmurowych płytach imiona zmarłych nieszczęśników, tak jak i prawdopodobnie wymazał je z ludzkiej pamięci. Nie istnieli już dla nikogo. Te anonimowe mogiły były dla mnie szczególnie przygnębiające, starałem się więc omijać je, skupiając się na tych, które walczyły jeszcze z czasem, toczyły beznadziejny bój, by uniknąć zapomnienia. Szczególnie upodobałem sobie dwie. Pierwsza znajdowała się w samym rogu cmentarza, nieco samotna i odizolowana od innych. Spoczywały tam szczątki czteroletniej dziewczynki. Ze zgrozą patrzyłem na daty jej urodzin i śmierci, jak niewiele czasu dostała, nie zdążyła nawet nabrać świadomości istnienia, a już pogodne, dziecinne oczka zakryła jej czarna zasłona śmierci. Na nagrobku wyryta została płaskorzeźba przedstawiająca słodkie dziecko-aniołka, małego cherubinka z kręconymi włosami. Z fascynacją się w nią wpatrywałem, czas zrobił bowiem z twarzą postaci niesamowitą rzecz. Usta aniołka, pierwotnie zapewne promiennie uśmiechnięte, teraz były przeraźliwie wykrzywione, pod oczami zaś pojawiły się dwie ciemne smugi, do złudzenia przypominające strumienie łez. Dla mnie było to coś niesamowitego, odnajdywałem w tym, na pozór zwykłym wydarzeniu, jakąś głęboką sprawiedliwość. Wydawało mi się, że radosna postać aniołka jest tu zupełnie nie na miejscu, a nawet jest obrazą pamięci spoczywającej w grobie dziewczynki. Pewien byłem, że była niewinna, pełna radości i chęci życia, z niecierpliwością oczekująca każdego kolejnego dnia. Jej przedwczesna śmierć była zaś tragedią, najgorszą tragedią, za jaką uważałem odejście tak małej i kruchej istoty. Cherubinek nie miał prawa być szczęśliwy, teraz jego twarz o wiele lepiej wyrażała uczucia, jakie wzbudzał we mnie ten grób. Ową drugą, ważną dla mnie, mogiłą, był grobowiec mężczyzny, bardzo starego, zmarłego w wieku stu dwóch lat. Ogrom przeżytego przezeń czasu, a także ponury i przerażający kontrast pomiędzy nim, a dziewczynką napawał mnie trwogą i stał się dla mnie namacalnym dowodem na boską obojętność, czy też nawet na nieistnienie stwórcy. Te dwie postacie fascynowały mnie w sposób niezwykły i przedziwny, rzekłbym nawet, chorobliwy. Pewnego dnia, siedząc już na cmentarzu od kilku godzin, męcząc swą biedną, niedojrzałą głowę lawiną myśli, wyczerpany zamknąłem oczy i zasnąłem. Nagle znalazłem się na bezkresnej, kolorowej łące, usłanej mnóstwem pięknych, barwnych kwiatów. W uszach grała mi jakaś niesamowicie poruszająca, niebiańska wręcz muzyka, stworzona nie za pomocą instrumentów, a szumu wody i wiatru, śpiewu ptaków oraz radosnych ludzkich głosów. Wszystko to razem brzmiało tak uspokajająco, tak harmonijnie, że do oczu napłynęły mi łzy, te od dawna wyczekiwane, tak wiele razy, dumając nad swym losem starałem się je przywołać, one jednak nigdy mnie nie słuchały, nie chciały mi służyć, nie zgadzały się być mi pomocą i oczyszczeniem. Tym razem pojawiły się jakby z nikąd, pociekły po mych policzkach swobodnie, ja zaś czułem, jak wraz z nimi pozbywam się ogromnego ciężaru, który przytłaczał mnie od tak dawna. Płakałem, a jednocześnie na mych ustach widniał uśmiech, pierwszy szczery i prawdziwy od niepamiętnych już czasów. Nagle, wokół mnie, jakby z podziemi wyrośli ludzie. Patrzyłem na ich piękne, młode, roześmiane twarze. Cudne, urodziwe dziewczęta, piękni i silni młodzieńcy, oni wszyscy otaczali mnie, uśmiechali się do mnie, wyciągali do mnie ręce, zapraszali do tańca. Mieli na sobie białe, zwiewne szaty, ze zdziwieniem spostrzegłem, że także ja jestem w takowe odziany. Pozwoliłem im się porwać do zabawy, czułem się lekko, wszelkie troski wydały mi się głupie i niepoważne, teraz tańczyłem, śmiałem się, zrywałem kwiaty, radowałem się wraz z innymi. Byłem swobodny i beztroski, jakby ci ludzie byli mymi dawno niewidzianymi przyjaciółmi, jakby istniała między nami…